Miesięczne archiwum: Lipiec 2019

Czasami najgłośniej słychać milczenie. Tak jest w kontekście haniebnych białostockich wydarzeń sprzed kilkunastu dni. Głównymi postaciami zadymy byli kibice, przede wszystkim Jagiellonii, ale dość powszechnie pojawiały się informacje o zawarciu paktu „ponad podziałami”, bodaj pierwszego na taką skalę od momentu żałoby po Janie Pawle II. Klub z Białegostoku, którego wizerunek został zszargany i sponiewierany najbardziej, długo nie raczył sprawy skomentować, ograniczając się do konstatacji, że takie koszulki, szaliki i kominiarki, w jakich występowali zadymiarze można przecież kupić w każdym sklepie z koszulkami, szalikami i kominiarkami. Uparcie ignorowano też doniesienia o wpisie kierownika zespołu, podkreślającego, że „kibice to jedyna grupa społeczna potrafiąca się zjednoczyć w słusznej sprawie”. Dopiero po naciskach mediów szefostwo klubu zareagowało, udzielając autorowi cytatu… napomnienia i sugerując, by już nie wychodził poza zakres obowiązków.
Milczy także Spółka Ekstraklasa. Najwyraźniej nie ma poczucia, że warto byłoby z przesłaniem „Nie dla rasizmu” – w rozumieniu szerszym niż tylko dotyczącym koloru skóry i wolności wyznania – wyjść poza obręb stadionów. I pokazać, że kategorycznie nie chce być kojarzona z patologią, przybierającą w społecznej świadomości – tym razem dosłownie – barwy było nie było ekstrakla-sowych akcjonariuszy.
Milczenie staje się też znakiem firmowym stacji transmitujących rozgrywki. W komentarzach pomijane są incydenty na trybunach, o racowiskach mówi się – bywa że i żartem – dopiero, gdy dym zasłania murawę, a stek bluzgów przebijających się do głośników telewizorów zasadniczo jest ignorowany. Nawet wtedy, gdy jego natężenie przekracza masę krytyczną, jak miało to miejsce np. podczas spotkania Wisły Płock z Górnikiem Zabrze.
Doprawdy, są takie sytuacje, że to mowa jest złotem, a czyny platyną. Bo w przeciwnym wypadku mamy do czynienia z podszytym tchórzostwem albo wyrachowaniem grzechem zaniechania, tożsamym z akceptacją tego, czego akceptować nie wolno.

M istrz Polski na inauguracyjny mecz nowego sezonu nie potrafi przyciągnąć na stadion nawet 5.000 osób, a odliczając grupę kibiców gości (771 osób) liczba miejscowych zaczyna przypominać błąd statystyczny. W Gliwicach, które dysponują rozsądnie „uszytym” stadionem, bez jakiegokolwiek rozpasania, to niestety norma. Nie zmieniły tego ani awanse do Ekstraklasy, ani pierwsze kroki w Europie, ani historyczny ubiegłosezonowy fantastyczny triumf, ani kwalifikacje Ligi Mistrzów…
Patrząc zdroworozsądkowo trudno to zrozumieć, ale na tle całej polskiej ligi Piast bynajmniej nie stanowi samotnej ciemnej wyspy. Powrót ligi – liczby nie kłamią – ucieszył 56.702 osoby. Na każdy mecz czekało średnio 8.100 kibiców, przy czym żadne ze spotkań nie przyciągnęło więcej niż 15.000 kibiców.
W takim kontekście działania Ekstraklasy, która potrafiła sprzedać prawa do transmisji za rekordowo duże pieniądze, trzeba uznać za absolutny majstersztyk. Pojawia się jednak pytanie: dlaczego mając do dyspozycji taką górę gotówki tak mocno zaoszczędzono na ozdobnikach graficznych? Nowe, szumnie zapowiadane zmiany – oczywiście de gustibus non est disputan-dum, ale korzystam z prawa do publicznego wyrażenia własnej opinii – wyglądają, to chyba najlepsze słowo, prymitywnie. Rewolucję zapowiadano jako wyjście w kierunku młodych ludzi, którzy na co dzień obcują z komputerową grafiką, ale twórcy elementów zamiast sięgnąć do współczesnych możliwości cofnęli się do epoki pikselowych obrazków produkowanych przez sprzęt marki Spectrum, Atari czy innego Commodore, a dobór kolorów stanowi nie lada wyzwanie zwłaszcza dla mężczyzn rozpoznających i nazywających tylko podstawową paletę barw. Po chwili zastanowienia pojawia się jednakrefleksja, że może w ten sposób podjęto podprogową grę z odbiorcami? W końcu poziom polskich zespołów, co widać w rozgrzewkowych fazach europejskich pucharów, też zatrzymał się w czasie. ą

Nie szata zdobi piłkarza, ale grać bez szaty jednak nieco… łyso. Tymczasem w śląskich klubach przed sezonem zapanował kryzys odzieżowy.

Flagowym przypadkiem okazał się Raków Częstochowa. O tym, że beniaminek Ekstraklasy nie ma własnego stadionu (w sensie obiektu spełniającego minimalne wymogi licencyjne), wiadomo było od dawna, ale że jego piłkarze nie mają koszulek, okazało się dopiero przy okazji prezentacji drużyny. Czerwone T-shirty nie prezentowały się – mówiąc delikatnie – szczególnie efektownie, a już na pewno rzeczywiście nie nadawały się do pokazania ich światu przy okazji tradycyjnego przedsezonowego zdjęcia grupowego. Stanowiącego przecież znakomitą okazję, by zaprezentować się z jak najlepszej strony i przy okazji połechtać sponsorów oraz partnerów widocznych na trykotach. Ta operacja okazała się w Rakowie niewykonalna ze względu na – jak przyznał na Twitterze właściciel klubu, Michał Świerczewski – zbyt małe zatrudnienie w klubie osób kompetentnych. No cóż, pod Jasną Górą dość powszechna jest wiara w cuda, jednak tym razem szanse na nadnaturalne spełnienie marzeń były zerowe. Pozostaje jedynie pytanie, czy Michał Świerczewski tłumacząc się kibicom, miał na myśli brak na rakowskiej liście płac szwaczki i krawcowej?

Gorączka tekstylna trwała nie tylko w Częstochowie, ale także w kilku innych klubach różnych szczebli, które po prostu zbyt późno zorientowały się, że kwestie sprzętowe, w przeciwieństwie do wakacyjnych wyjazdów, nie powinny być załatwiane w systemie last minute. Zwłaszcza jeśli wybiera się komplety z podstawowych tanich katalogów, a nie – jak Borussia Dortmund – z szafy premium, gdzie na półkach leży 30 milionów euro za używanie koszulek (i spodenek) w każdym z dziesięciu zakontraktowanych sezonów.

Co więcej, sporo wskazuje na to, że dla takich lig jak polska nadchodzą naprawdę ciężkie czasy. Największe koncerny coraz wyraźniej koncentrują się właśnie na najpoważniejszych markach i trend ten – zdaniem ekspertów – będzie coraz wyraźniejszy. Do słabych trafiać będzie coraz bardziej ograniczona i coraz mniej okazyjna oferta. A w przypadku naszych futbolowych graczy sprawa na pewno nie wygląda różowo zarówno ze względu na jakość gry, jak i na frekwencję na trybunach. Oraz na fakt nikłego zainteresowania kibiców posiadaniem oryginalnych, i siłą rzeczy dość kosztownych, koszulek, co można odczytać z raportów finansowych w rubrykach zestawiających dochody komercyjne klubów. Niedługo może się więc okazać, że polski piłkarski król faktycznie jest nagi.

Kilkanaście dni temu w „Przeglądzie Sportowym” ukazał się tekst o Anicie Włodarczyk, trenującej w stanowiącej de facto ruinę hali warszawskiej Skry. Materiał przefrunął przez przestrzenie internetu, większość czytelników potraktowała go w kategoriach romantycznej historii o wielkiej mistrzyni, która kolejne złoto wykuwa w ekstremalnie trudnych warunkach. Tymczasem jest w tej opowieści pewna zagwozdka – gwiazda rzutu młotem niedawno podpisała przecież kontrakt z AZS AWF Katowice, zostając przy okazji ambasadorem Stadionu Śląskiego i całego naszego województwa.

Do dziś nie ujawniono wysokości opłaconego z publicznych pieniędzy transferu. Taka tajemnica sprzyja plotkom mówiącym o kwocie robiącej wrażenie porównywalne z frunącym na odległość 82,98 m czterokilogramowym żelastwem, rzuconym przez Włodarczyk, gdy biła rekord świata. Tak czy inaczej dziwić musi fakt, że marszałek województwa wespół z wiceprezesem Stadionu Śląskiego (kadencja prezesa Krzysztofa Klimosza dobiegła końca, po czym on sam zgodził się na dopisanie do stanowiska przydomka „wice”, by ustąpić pola wskazanemu przez polityczne władze następcy, którym ma być podobno Jan Widera) nie zareagowali na poczynania Włodarczyk. Czy nie byłoby oczywistym, a jednocześnie znakomitym PiaRowo posunięciem ściągnięcie mistrzyni, a za nią tłumu reporterów i kamerzystów, do Metropolii, by skorzystała ze znakomitej bazy, której wszak sama nie mogła się nachwalić po podpisaniu umowy? Zwłaszcza że w stanowiącym punkt wyjścia tego felietonu tekście Ryszarda Opiatowskiego, pojawia się cytat Krzysztofa Kaliszew-skiego, prezesa Skry: „Normalnie godzina wynajmu hali kosztuje 500 złotych. Możecie napisać, że zawodniczka AZS AWF Katowice trenuje tutaj pokątnie”. Dla czytelników nieobcujących na co dzień z lekką atletyką przekaz był jasny – zawodniczka śląskiego klubu, aby budować formę na największe imprezy, musi się tułać po stołecznych ruinach.

Zwróciłem na ten fakt uwagę publicznie, na Twitterze. I być może to przypadek, ale wkrótce potem galeria zdjęć z tamtego treningu, zamieszczona pierwotnie na portalu sportowefakty.wp.pl, zwyczajnie… znikła. W przyrodzie całkowicie jednak nic nie ginie, więc sprawa Włodarczyk zdecydowanie pozostaje aktualna.

A tak na marginesie, ale a propos Stadionu Śląskiego. Wokół bieżącego funkcjonowania tego obiektu rodzi się coraz więcej coraz ciekawszych pytań. Niektóre już wkrótce zadamy bezpośrednio w Urzędzie Marszałkowskim. Zapewne znajdzie się wśród nich także to o kontrakt Anity Włodarczyk…

300.000 złotych. Za taką kwotę miasto Katowice postanowiło pogrzebać stuletni klub z Brynowa. Historia Rozwoju dobiega właśnie końca, ponieważ z rzeki pieniędzy płynącej do GKS-u nie zdecydowano się na wyłowienie wspomnianej na wstępie kwoty, by uratować starszego brata klubu z Bukowej. Tego, którym tak chętnie chwalono się na salonach, gdy była mowa o szkolenieniu młodzieży ze sztandarowym przykładem „rozwojowego” Arkadiusza Milika.
W sezonie 2015/16 w I lidze doszło do historycznych derbów pomiędzy GKS-em iRozwojem. Trzy lata później oba kluby zaliczyły degradację – pierwszy spadł do II, a drugi do III ligi. GKS tonął wyładowany po brzegi publicznymi pieniędzmi (25 milionów na wszystkie sekcje), na bezpłatnym – z nazwy miejskim, w praktyce własnym – stadionie, Rozwój przypominał dziurawą łajbę i umierał na trawniku, za który musiał słono płacić kiedyś kopalni Wujek, a obecnie Spółce Restrukturyzacji Kopalń.Firmie za nic mającej sportową część historii owianej tragiczną chwałą sąsiedniej „gruby” i czekającej na zgon klubu, by podpisać ukratywną umowę z deweloperami ostrzącymi sobie zęby na miejsce, gdzie jeszcze w 2018/19 toczył się bój z Górnikiem Zabrze o ćwierćfinał Pucharu Polski.
Katowice, w sensie władz miasta, z Rozwojem problemy miały od dawna. Kulminacja nastąpiła w momencie, gdy ekipa z Brynowa awansowała do tej samej ligi, w której tkwił GKS. Nagle bowiem skomplikowała się jasna dotychczas zasada przyznawania hojnej dotacji za promocję poprzez sport, trafiającej do najwyżej grającego klubu, czyli etatowo do kasy GieKSy właśnie. Aby rozwiązać dylemat sięgnięto po rozwiązanie ostateczne: przypomniano, że to GKS jest klubem całego miasta, a Rozwój nie. Nie pomogły żadne sprytne manewry brynowian, nie pomogło oficjalne podpisanie umowy o współpracy przez ówczesnych prezesów Wojciecha Cygana i Zbigniewa Waśkiewicza, nie pomogły demonstracje koszulkowe piłkarzy. Władze miasta trwały w okopach i odetchnęły z ulgą po spadku Rozwoju, gdy sytuacja wróciła do normy.
To prawda, że Rozwój podleciał wtedy zbyt wysoko jak na swoje możliwości, ale spadł – to dobre słowo – uczciwie, wciąz trzymając w ryzach finanse i ambicje. Także dlatego, że jego zarząd, w przeciwieństwie do GKS-owego, za długi odpowiadał własnym majątkiem. Czy pierwszoligowa przygoda była warta świeczki pozostanie kwestią dyskusyjną. Nie podlega natomiast dyskusji fakt, że przy budżetowym rozpasaniu wobec GKS-u, 300.000 złotych o jakie Rozwój prosił od grudnia, należało po prostu znaleźć. Skoro na początku roku zdołano uratować zadłużoną po uszy sekcję hokejową, zrzucając te obciążenia na spółkę z Bukowej, do której formalnie Tauron KH jeszcze nie należał, przeprowadzenie operacji ratowania Rozwoju nie powinno stanowić dla miejskich księgowych większego wyzwania.
Aby postawić sprawę jasno: stoję na stanowisku, że samorządy nie powinny finansować żadnej formy zawodowego sportu. Ale jeśli już decydują się na taką politykę, to powinny ją realizować sprawiedliwie, zwłaszcza, że w ostatnich latach dzięki Milikowi to nazwa Rozwoju padała w Polsce częściej niż GKS-u, a już na pewno w lepszym kontekście.