Miesięczne archiwum: Sierpień 2019

Najtrudniej powstrzymać upadek i destrukcję. Ta architektoniczna prawda obowiązuje także w świecie piłki i wyjątkowo boleśnie dotyka właśnie klubów z naszego regionu.

Z największym impetem w głąb zmierza oczywiście Ruch Chorzów, który jest przykładem skrajnym, bo tak dynamicznego i jednocześnie dramatycznej dezintegracji nie było bodaj od czasów Odry Wodzisław. W poważnych opałach na początku sezonu znajdują się jednak także ci, którzy na mecie poprzednich rozgrywek zaliczyli pierwszą degradację – GKS Katowice i Zagłębie Sosnowiec. Na Bukowej kolejny eksperyment na żywym organizmie znów przynosi opłakane skutki i znów kibice uznają, że zmiany w szatni najwyraźniej były zbyt delikatne, skoro zespół jak przegrywał tak przegrywa. Na marginesie tych sportowych perypetii katowiczanie w sobotę świętowali zadziwiający jubileusz – na własnym boisku nie wygrali meczu od… roku. Może nawet szkoda, że nie urządzono z tej niezwykłej okazji jakiejś oficjałki z zaproszeniem na murawę wszystkich, którzy dołożyli do takiego osiągnięcia swoje cegiełki.

Aż tak spektakularnego wyczynu nie ma jeszcze na swoim koncie Zagłębie Sosnowiec, co nie zmienia faktu, że od momentu awansu do Ekstraklasy klub sprawia wrażenie, jakby dosłownie uderzył wtedy za mocno głową w sufit. Zadziwiające decyzje personalne, polityka transferowa prowadzona od ściany do ściany, raz z dużym opóźnieniem, innym razem z wyraźnym falstartem, i gra zespołu, przy której nie może dziwić miejsce pod kreską spadkową tym razem już w I lidze.

We wszystkich trzech przypadkach można znaleźć jeden mianownik – w Ruchu, GKS-ie i Zagłębiu dużą część winy za obecną sytuację ponoszą miasta. W pierwszym przypadku gołym okiem widać brak zdecydowania w działaniu, w drugim brak kompetencji do zarządzania klubem sportowym, a w trzecim podejście kibicowskie zamiast racjonalnego.

W całej tej historii pojawia się też wątek, który można nazwać etycznym, bo akurat w Katowicach rechot z upadku Ruchu słychać było najgłośniej. A przecież przed tym, by nie śmiać się z cudzych wypadków, przestrzegają nawet ludowe przysłowia.

O realnej sile polskiej Ekstraklasy świadczą już nie subiektywne oceny, a twarde liczby. Mistrz Polski przegrał oba dwumecze w przedpokoju europejskich pucharów, a najlepszy piłkarz całej ligi opuścił ją za kwotę, której na Wyspach, gdzie trafił do średniaka drugiego szczebla rozgrywkowego, nikt nawet nie zauważył.

Oczywiście eksperci troskliwie się nad transferem Joela Valencii pochylili, analizując, czy zmniejszenie szans na awans w Lidze Europy było warte otrzymanej kwoty, użalając się jednocześnie nad brakiem lojalności cudzoziemskiego zaciągu, ale przez ten zgiełk z trudem przebijały się zdania z samego Piasta. A w nich tkwił klucz sprawy: zawodnik bardzo, ale to bardzo chciał z Gliwic odejść.

Oczywiście, że na szali leżała solidna podwyżka – swoją drogą jej proporcje dobrze jednak świadczą o ekonomii mistrzów kraju, którzy najwyraźniej nie wypłacają w pensjach więcej, niż naprawdę muszą – jednak należy wziąć pod uwagę także aspekt psychologiczny. Valencia najwyraźniej po prostu uznał, że zdobycie mistrzostwa Polski to jedyna rzecz, którą można było wygrać i wpisać sobie do CV. W dodatku w kontekście Piasta jednorazowa. Uznał też zapewne, że powtórzenie takiego sukcesu w innych barwach nie przyniesie mu już porównywalnej satysfakcji, a czekanie z transferem na kolejny eurołomot też nie miało z jego punktu widzenia większego sensu. Wsiadł więc w samolot, wymieniając się na pocieszenie gliwiczanom na czek z Brentford, który pierwszoligowymi Anglikami nie wstrząsnął, a w Piaście – klub na szczęście honorowo odrzucił dwie pierwsze groszowe i nieprzekraczające miliona funtów oferty – gwarantował znaczące podpompowanie budżetu. Nawiasem mówiąc szkoda, że ta promocja okazała się jedynym wymiernym efektem sensacyjnego triumfu klubu z Okrzei, bo działania w sferze marketingowo-piarowskiej przerosły go jeszcze wyraźniej, niż utrzymanie poziomu sportowego, co widać chociażby po frekwencji na trybunach.

Na marginesie pucharowych epizodów Piasta warto wspomnieć, że jeden z warszawskich stołecznych dziennikarzy, oceniając wyniki ekipy Waldemara Fornalika, stwierdził, że Piast mistrzostwo po prostu zmarnował. Stosując taką kategorię postrzegania, trzeba było dodać, że zmarnowane zostały także inne trofea z poprzedniego sezonu. I właśnie dlatego tacy piłkarze jak Valencia ewakuują się znad Wisły w pierwszym możliwym momencie, zabierając na pamiątkę złoty medal i statuetkę piłkarza najlepszego z przeciętnych.

Adam Kownacki i Chris Arreola pobili rekord świata w liczbie zadanych ciosów (piszemy o tym na str. 6). Tymczasem także polskie kluby ustanawiają nowe niesamowite osiągnięcia w europejskich pucharach.Kropkę nad i ma szansę postawić warszawska Legia, co byłoby godnym zwieńczeniem jej jesiennych całokształtnych starań. Jeśli wicemistrzowie kraju odpadną z Atromitosem Athinon o dwa dni poprawią dla całej Ekstraklasy wynik z poprzedniego sezonu, gdy wszyscy reprezentanci znad Wisły pożegnali się z pucharami 16 sierpnia! Wtedy zresztą rekord był jeszcze efektowniejszy, bo oznaczał postęp o 8 dni w stosunku do wcześniejszego sezonu. Tyle, że taki skok jest już mało prawdopodobny.
Aż dziw, że prowadząca rozgrywki spółka, która tak głośno chwaliła się podpisaniem najwyższego w dziejach finansowego kontraktu, nie promuje takiego scenariusza nośnym hasłem „Jeszcze nigdy tak wielu nie zrobiło tak niewiele za tak dużo” (ewentualne tantiemy przekazuję na rzecz sympatycznego Naprzodu Świbie). Taki slogan mógłby biec na górze ekranu podczas każdego spotkania ligowego, tuż obok niezmiennie – chociaż liga zapowiadała wsłuchanie się w opinie i dokonanie modyfikacji – nieestetycznej i nieczytelnej ramki z aktualnym wynikiem meczu. Oczywiście pozostaje pytanie co dalej. Jeden z internautów zasugerował, że aby poprawić wynik trzeba będzie odpadać podczas ceremonii losowania…
Nieco poważniej patrząc najbardziej deprawujący pozostaje jednak fakt, że nawet mistrzowski Piast za swoje dwa blamaże zarobił ponad 500.000 euro, co pokazuje skalę finansowej patologii w piłce, zwłaszcza gdy porównamy ją z pieniędzmi, jakie np. w siatkówce dostaje triumfator (!) Ligi Mistrzów.
Na razie jednak żyjmy teraźniejszością, więc pozostaje trzymać kciuki za Legię, co zresztą, jak przekonują jej kibice i warszawscy dziennikarze, i tak jest obowiązkiem każdego Polaka.

Promocja miasta. Takim wytrychem Ruch Chorzów próbuje otworzyć skarbiec w ratuszu, by przetrwać jeszcze kilka tygodni. A miasto, jak oficjalnie poinformowało, uważnie się nad tym wnioskiem pochyliło.

Nikt najwyraźniej nie zadał sobie trudu, by zwrócić uwagę na to, co jest w tym wszystkim najważniejsze. A więc na samo znaczenie słowa „promocja”. Oczywiście, że cały ten konkurs, który mógł wygrać tylko Ruch, stanowił formalną przykrywkę dla przekazania klubowi pieniędzy. Mam jednak przekonanie, że gdzieś powinny istnieć granice absurdu dotyczącego wydawania przez urzędników publicznych setek tysięcy, a może milionów złotych. I czuję podskórnie, że właśnie w Chorzowie ta bariera została osiągnięta.

Słownik Języka Polskiego definiuje promocję jako „działania zmierzające do zwiększenia popularności jakiegoś produktu lub przedsięwzięcia”. Zadajmy więc proste pytanie: w jaki sposób możemy to zastosować w kontekście Ruchu? Aby uniknąć podejrzenia o subiektywizm przeprowadziłem szybki test wśród znajomych w całej Polsce. Wyniki były jednoznaczne: klub piłkarski z Chorzowa, grający na szczeblu trzeciej ligi, do której obsunął się z Ekstraklasy w ekspresowym tempie, w żaden sposób popularności miasta nie zwiększa. Ba, jest właściwie odwrotnie. Bo Chorzów widziany przez niebieskie szkiełko jest obecnie – czas spojrzeć prawdzie w oczy – kojarzony fatalnie. Z zamykanymi gangami kiboli, porachunkami tych, którzy jeszcze chodzą na wolności, zabazgranymi murami, stadionem przynoszącym wstyd, sportowym krachem i właśnie bezmyślnym topieniem pieniędzy podatników.

Ruch, w ramach promocyjnej umowy miał nakręcić 200 spotów reklamowych i przeprowadzić 200 akcji. Miasto wyceniło taką usługę na 4 miliony złotych. Teraz zastanawia się, jaki procent klub już wykonał, i w związku z tym jaki procent kwoty docelowej już mu się należy. Tu też nikt nie zadał prostego pytania: czy ktoś z Was widział jakikolwiek filmik? A może słyszał coś o akcji, której popularność wykroczyła poza chorzowski wyremontowany Rynek?

W całej sprawie ciekawy jest także element stanowiący w tej wieloletniej rozgrywce absolutną nowość: znacząca większość kibiców już nie chce, by miasto wykładało kolejne pieniądze, które i tak niczego nie zmienią w sensie długoterminowym! A jednak to miasto nad sprawą się pochyla…

Trudno uciec od wrażenia, że chodzi tylko o to, by po całkowitym upadku klubu w jego obecnym kształcie, nie zaczęto zadawać pytań sięgających w przeszłość: dlaczego tak długo z magistratu w różny sposób finansowano prywatny klub i za publiczne pieniądze uparcie przeciągano go od jednej do kolejnej katastrofy?