Miesięczne archiwum: Wrzesień 2019

Nuda – powiedział Vital Heynen po kolejnym sparingowym meczu w ramach mistrzostw Europy. Selekcjoner siatkarzy trafił tym określeniem w punkt – turniej w pierwszej fazie, a wszystko wskazuje na to, że aż do półfinałów, jest najlepszą ilustracją trendu, jaki obowiązuje w sporcie podporządkowanym interesom telewizyjnym, a jednocześnie całkowicie niszczącym intrygującą dotychczas elitarność zawartą w słowie „mistrzostwa”.
Wpuszczenie do tej rangi zawodów amatorów, dla których barierą bywały dotychczas eliminacje pełniące rolę naturalnego „sita”, całkowicie zabiło emocje. Udział w tej parodii biorą jednak nie tylko siatkarze, ale przedstawiciele wszystkich największych sportowych federacji, o czym można było się przekonać chociażby podczas niedawnych mistrzostw świata w koszykówce. Trend wyznaczają rzecz jasna FIFA i UEFA. Sami powiedzcie – ale tak z ręką na sercu – czy naprawdę podniecają Was mecze w pierwszej fazie grupowej Ligi Mistrzów? Ba, wielu kibiców ma problem, by przypomnieć sobie, kto zagrał w poprzednim finale LigiEuropy, a tymczasem lada moment powstanie kolejny puchar, w którym będą mogli wystartować już właściwie wszyscy chętni, a już na pewno ci wykazujący chęci, by zmierzyć się z zespołami Ekstraklasy…
Jest coś zdecydowanie absurdalnego w fakcie, że w kwalifikacjach do Euro 2020 szansę na awans do finałów mogą mieć nawet zespoły z piątego miejsca w grupie. Wszystko oczywiście po to, by nie stracić ani centa z rzeki pieniędzy, która mogłaby zubożeć w przypadku (uwielbianych przecież przez kibiców) sensacyjnych wpadek „dużych” graczy piłkarskiego świata.
Pytanie brzmi więc nie „czy”, ale „kiedy” ta sztucznie pompowana bańka pęknie. Nie sposób utrzymać wysokiego poziomu zainteresowania wydarzeniami, w których jedna ze stron jest – to pojęcie znane ze sportów walki – kelnerem przynoszącym faworytom punkty na tacy. Poziomy wykresów emocji i oglądalności powoli, ale coraz wyraźniej, zbliżają się i nie jest to bynajmniej tendencja zwyżkowa.
Na marginesie tej gigantomanii trzeba zwrócić uwagę na samych sportowców. Na jednej szali leżą sprawy ludzkie, na przykład nieustanna niemal rozłąka z najbliższymi, na drugiej zdrowotne. Kontuzje wynikające z przeciążeń i nadmiernej eksploatacji organizmów stają się normą, a jedynym sposobem na oszczędzanie gwiazd jest rotowanie składem. To z kolei wymaga olbrzymich nakładów finansowych, co siłą rzeczy promuje najbogatszych, dodatkowo pogłębiając rosnącą z roku na rok przepaść.
Czy taka gra naprawdę jest warta świeczki w imię wypełniania ramówki hojnie płacących stacji telewizyjnych?

Postawienie na Jerzego Brzęczka przez Zbigniewa Bońka było hazardem (w końcu prezes PZPN bywał twarzą bukmacherskich reklam), ze zminimalizowanym stopniem ryzyka. System wymyślony przez europejską federację opiera się bowiem na założeniu, że brak awansu do EURO 2020 graniczyłby właściwie z antycudem, a w przypadku takiego składu grupy, do jakiej trafiła Polska, byłby po prostu największą w dziejach kompromitacją, chociaż poprzeczka w tej kategorii wisi przecież niebotycznie wysoko.

Tym niemniej prezes PZPN postawił na wyjątkowo niepewnego kandydata, który nie osiągnął do tej pory jakichkolwiek trenerskich sukcesów. Był zwolniony z Rakowa Częstochowa, zanim ten klub chociażby otarł się o obecną pozycję, nie dał rady w Lechii Gdańsk, uciekł – wysyłając z szatni esemesa do prezesa klubu – z GKS Katowice, a w Wiśle Płock przegrał wyścig o europejskie puchary z debiutującymi w Ekstraklasie dzieciakami prowadzonymi przez Marcina Brosza.

Z takim dorobkiem Brzęczek został wsadzony na najwyższego możliwego trenerskiego konia i wepchnięty do szatni, gdzie znajdowały się charyzmatyczne gwiazdy pokroju Roberta Lewandowskiego, Kamila Glika, Grzegorza Krychowiaka czy Wojciecha Szczęsnego. W dodatku wszedł do niej ze współpracownikiem, którego wybór wywołał słuszną, a obecnie niesłusznie zapomnianą nieco burzę – skazanym za istotny udział w aferze korupcyjnej trenerem bramkarzy Andrzejem W.

Od tego czasu minął rok. Dwanaście miesięcy, które zostały oparte przede wszystkim na szczęściu i filozofii, jaką selekcjoner przekazał Krystianowi Bielikowi, wpuszczając go na boisko w Lublanie, czyli w prostym haśle „Próbuj”. Efekty punktowe były – co wynikało głównie z klasy przeciwników, niebędących w stanie zrównoważyć naturalnego talentu liderów Biało-Czerwonych – więc na styl gry przymykano oczy, jak to bywa w przypadku błogostanu. Ale oto nadszedł wrzesień i drzemka została brutalnie przerwana. Słowenia i Austria obnażyły znienacka wszystkie słabości nie tyle zespołu, co jego trenera właśnie. W obu przypadkach koledzy po fachu ograli Brzęczka niemiłosiernie, chociaż Austriacy nie przełożyli tego na boiskowy wynik. Dawno jednak nic polskiego kibica nie zabolało tak bardzo, jak widok przeciętnych gości grających na Stadionie Narodowym z polską reprezentacją w „dziada” przed ich polem karnym.

  • Jeżeli wstanie pewnego dnia i coś mu przeskoczy w głowie, to będziemy mieli zawodnika, którego będą nam zazdrościć wszyscy na świecie – powiedział Brzęczek o Piotrze Zielińskim.

No cóż, pozostaje mieć nadzieję, że to samo spotka samego selekcjonera, zanim trafi na markowych rywali.

Mistrz Polski gładko odpada w swoich pierwszych rundach kwalifikacji do europejskich pucharów. Mecz obrońcy tytułu ze zdobywcą Pucharu Polski przyciąga liczbę widzów mieszczącą się w futbolowym błędzie statystycznym, Najlepszy piłkarz Ekstraklasy przenosi się na Wyspy i ląduje na twardej ławce rezerwowych w klubie pierwszej ligi. Król strzelców nie dostaje w letnim okienku żadnej konkretnej oferty zmiany barw. Nikt nie ma już złudzeń, że marka Ekstraklasa i jej gwiazdy świecą tylko w krajowym grajdołku.

I wtedy nadchodzi kolejne okienko transferowe. I znów okazuje się, że ceny oraz gaże zawodników są kompletnie oderwane od rzeczywistości, prezentowanych przez nich umiejętności oraz mocy przyciągania widzów na trybuny. Ba – piłkarz, który był niemiłosiernie wyszydzany przez kibiców swojego klubu, a wystawiający go trener znalazł się pod poważnym oskarżeniem o autosabotaż, zostaje sprzedany za kwotę, która dla uboższych klubów oznaczałaby niemal półroczny budżet. No i tuż przed północą dnia ostatniego dochodzi do zdarzeń, które najlepiej pokazują mentalność powszechną w futbolowym polskim świecie.

Na scenie pojawia się otóż zawodnik, który kilkanaście miesięcy temu zasłynął jako „asystent sezonu”, czyli najlepiej podający do późniejszych zdobywców goli. Tytuł godny, ale po wyruszeniu w świat szybko i boleśnie zweryfikowany. Problemy z wywalczeniem miejsca w kolejnych zespołach mówiły same za siebie, a ich konsekwencją było wystawienie na listę do ponownego wypożyczenia. Chętnych wielu nie było, ale „źródłowy” klub nie miał wątpliwości, że warto spróbować. A ponieważ jako się rzekło ceny mają się nijak do wyceny prawdziwej wartości, konieczne okazało się przeprowadzenie zbiórki wśród zamożnych sympatyków, którzy do puszki wrzucili tyle, że starczyłoby na gażę przyprawiającą szarego zjadacza chleba o zawrót głowy, nawet doliczając do tego 500+ na kilkoro dzieci. Sęk jednak w tym, że drugą – równie hojną – część pensji miał płacić obecny pracodawca, a ten się do tego nie palił.

Żadna ze stron nie ustąpiła i w efekcie impasu sprawa upadła tuż przed zatrzaśnięciem okienka, co oznacza, że piłkarz nadal będzie się bogacił oglądając piłkę zapewne z bezpiecznego dystansu. Z jednej strony chęć zysku wydaje się całkowicie zrozumiała, ale z drugiej, romantyczniejszej, wydaje się, że wciąż priorytetem powinna być możliwość biegania po boisku. No chyba, że jego pisana przez niewielkie „k” kariera zakończyła się w momencie przekroczenia progu zachodniego klubu, zabierając ze sobą wszystkie ambicje i marzenia. Ale w takim przypadku ewentualna kolejna oferta z Polski powinna być już znacznie niższa.