Miesięczne archiwum: Październik 2019

Jeden wielki smutek – tak Zbigniew Boniek na Twitterze skomentował walne zgromadzenie akcjonariuszy, którzy wybierali członków Rady Nadzorczej spółki Ekstraklasa. – Zero dyskusji o piłce… zero. Jedyne, co kręci środowisko, to kto kogo wykiwa… Smutna prawda. Tak piłka klubowa do przodu nie pójdzie – napisał szef PZPN.

Kilkadziesiąt godzin później słowa Bońka nabrały dodatkowego wymiaru po poświęconym ocenie potencjału polskiej gospodarki Kongresie 590, jaki odbył się w Rzeszowie. W ramach tej imprezy zorganizowano otóż panel pod hasłem „Co zrobić, aby polskie kluby dogoniły Europę?”. Jego uczestnicy godnie zaprezentowali Ekstraklasę, dostosowując się do jej sportowego poziomu, czyli prezentując mieszankę kabaretu i bezgranicznej finansowej chciwości.

Dariusz Mioduski, prezes staczającej się po równi pochyłej pod względem sportowym Legii, oznajmił na przykład, że gdyby dostał z Orlenu takie pieniądze, jakie ten wydaje na Roberta Kubicę, to w końcu awansowałby do Ligi Mistrzów. Dodał też, że albo w Polsce wszyscy będą równie przeciętni, albo wreszcie postawmy na drużyny, które będą nas etatowo reprezentować w Europie. I to ci wybrańcy powinni rosnąć w siłę, czytaj: obligatoryjnie dostawać znacznie większy kawałek telewizyjnego tortu, lepszych piłkarzy i najsilniejszych (państwowych) sponsorów. Dlaczego akurat Legia ma się znaleźć w tym gronie, już jednak nie wyjaśnił…

Jeszcze zabawniejszą tezę przedstawił szef Ekstraklasy, Marcin Animucki, oświadczając, że prezesi zagranicznych lig, patrząc na dynamikę wzrostu oglądalności telewizyjnej, frekwencję na stadionach i wzrost wartości praw TV, boją się, że „będziemy ich wkrótce przeskakiwać”. Tu także jednak zabrakło kluczowej odpowiedzi na kwestię, dlaczego jednocześnie ci sami prezesi marzą, by ich kluby w losowaniach trafiły właśnie na polskie zespoły.

Oba te przekazy, uzupełnione przez prezesów Lecha i Jagiellonii, stanowią koncentrat myśli ludzi rządzących ligową piłką. Słychać w nich przekonanie o własnej wyższości, nieważne, że raz po raz weryfikowanej kompromitacjami w europejskich pucharach. Mocno wybrzmiewa również koncentrowanie się na biciu rekordów finansowych za prawa telewizyjne, bez refleksji o marnowaniu tych środków przez fatalną dystrybucję ukierunkowaną na utrzymanie coraz droższych piłkarzy. A w tle pozostaje bezczelnie przemilczana pasożytnicza symbioza z budżetami publicznymi, utrzymującymi infrastrukturę potrzebną do prywatnej zabawy.

Do prezesa Bońka można mieć wiele zastrzeżeń, ale w tym przypadku nie sposób odmówić mu racji. To naprawdę jest przeraźliwie smutne.

Czy królowa sportu zamieniła się w kurtyzanę? Na to pytanie mają odpowiedzieć francuskie organy ścigania, które trafiły na ślad możliwej korupcji przy wyborze gospodarza mistrzostw świata w lekkiej atletyce. Ściągnięcie tej imprezy miało kosztować 4,5 miliona dolarów przekazanych przez Katarczyków członkowi zarządu IAAF. To kolejna afera związana z szejkami, którzy już dawno uznali, że za petrodolary można kupić wszystko i wszystkich. Nawet obojętne milczenie świata w kontekście wyzysku i tragedii zagranicznych robotników na budowach aren, co skutecznie przetestowano przy okazji tworzenia infrastruktury na potrzeby również kupionego piłkarskiego mundialu.

Cierpią na tym sportowcy, cierpią kibice, a gwiazdy mają wrażenie startów na innej planecie. Cierpi jednak na tym przede wszystkim sam wizerunek sportu, który komercję zamienił w patologię. Czy można coś z tym zrobić?

Wyjścia są dwa. Pierwsze to odbieranie łapownikom organizacji imprezy, co skutkowałoby pozostawieniem ich z ręką w nocniku, a właściwie w stadionach kosztujących krocie, a których istnienie nie miałoby w takiej sytuacji kompletnie sensu. Do tego doszedłby oczywiście wstyd, ale na to uczucie sami zainteresowani dawno się zaimpregnowali.

Wariant drugi to rozwiązanie, które na Twitterze (może trochę ironicznie) zaproponował Zbigniew Waśkiewicz, były rektor katowickiej AWF i znana postać w świecie śląskiej piłki oraz krajowego biathlonu. Jego zdaniem najuczciwszy byłby otwarty przetarg „kto da więcej”. A gdyby jeszcze udało się zapisać obligatoryjną daninę ze środków od zwycięzcy na walkę z dopingiem i promowanie sportu wśród najmłodszych, wizja byłaby bliska ideału. Istnieje rzecz jasna zagrożenie, że w przypadku zgłoszenia się Kataru konkurencja oddawałaby pole walkowerem, ale w sumie teraz też nie ma żadnych szans, a wtedy przynajmniej wszystko działoby się przy otwartej kurtynie. No i prezent dostałyby stacje telewizyjne transmitujące takie licytacje. O ile oczywiście wcześniej wygrałyby przetarg, by je pokazać…

Raport Deloitte dotyczący klubów z zaplecza Ekstraklasy to fascynująca lektura. Najbardziej frapujący wątek tegorocznego opracowania dotyczy GKS-u Katowice, który w badanym okresie zmierzał w kierunku drugoligowej przepaści.

Czarno na białym widać jak zmarnowano finansowy potencjał (nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, że jest to klub wielosekcyjny), o jakim inni konkurenci mogli jedynie pomarzyć. Odpowiadający za piłkarską sekcję dyrektor sportowy Tadeusz Bartnik, trener Dariusz Dudek i sami zawodnicy dokonali w tym kontekście wyczynu wręcz nieprawdopodobnego.

O ile jednak cała zabawa sportowa była oparta na złotówkach z miasta (7 z 9 milionów przychodów komercyjnych stanowiły takie właśnie wpływy), to jest w raporcie dziedzina, w której GKS osiągnął samodzielny sukces. Mowa o wartości mediowej, czyli kwocie, jaką miasta będące siedzibą klubów musiałyby zapłacić mediom za powierzchnię reklamową adekwatną do liczby wzmianek o nich w sportowych – i wokółsportowych – artykułach. Po przebadaniu 2 tysięcy portali i stron informacyjnych w przypadku GKS wyceniono ten zysk na 5,5 mln zł, podczas gdy reszta konkurentów nie pokonała bariery 3,8 mln!

I tu dochodzimy do sedna. Od kilku tygodni widoczna jest zmiana polityki medialnej, czego efektem była m.in. nieobecność klubowych mediów na meczu wyjazdowym w Rzeszowie i konieczność ratowania się… stroną internetową kibiców. Krytyka ze strony sympatyków klubu pojawiła się błyskawicznie, a w odpowiedzi na nią prezes Marek Szczerbowski zapowiedział ponowne przeanalizowanie tej kwestii. „Analiza” skończyła się na pierwszym od wielu lat braku tekstowej relacji na żywo i galerii zdjęć z występu katowiczan na boisku Garbarni Kraków… Podobny problem dotyczy walczących o medal mistrzostw Polski piłkarek nożnych oraz hokeistów, co kiepsko wróży także dopiero czekającym na ligową inaugurację siatkarzom.

Coraz więcej wskazuje więc na to, że na Bukowej zostanie zmarnowany kolejny wielki – po finansowym i sportowym – potencjał tego klubu. I w dodatku odbędzie się to kosztem jednej z nielicznych, o ile nie jedynej, korzyści, jaką dzięki GKS-owi odnosiło będące jego właścicielem miasto.

Naszym największym sukcesem było to, że wszyscy cali i zdrowi wróciliśmy do domu. Tak mecz Pucharu Polski podsumował Flavio Paixao, piłkarz Lechii Gdańsk.

Portugalczyk miał na myśli wydarzenie szokujące nawet w polskich standardach, czyli wystrzelenie racy z rakietnicy w bramkarza Zlatana Alomerovicia podczas spotkania z Gryfem w Wejherowie. Nieszczęście było o włos, przy czym trzeba dodać, że mecz odbył się bez kibiców gości, bo to oni mieli generować wszelkie ryzyko zadymy.

Kilka godzin później pokaz dali kibole Śląska Wrocław na stadionie Widzewa Łódź. Race, próby opuszczenia sektora, armatka wodna, pałki, policja – nie zabrakło żadnej z dodatkowych atrakcji. Stało się dokładnie to, przed czym kilkanaście godzin wcześniej ostrzegał Szymon Jadczak z TVN 24. Jak zwykle okazało się to wołaniem na puszczy lekceważenia.

W obu przypadkach powstało mnóstwo pytań. Tych samych, które padają co kilka tygodni przy podobnych okazjach. Kwestie działań służb ochroniarskich, współpracy działaczy klubowych ze środowiskami fanatyków, skuteczności ustawy o imprezach masowych… Sztampowo rozwija się też scenariusz zrzucania odpowiedzialności przez poszczególne ogniwa tego łańcucha. PZPN apeluje o wsparcie do państwa, państwo zorganizuje jedną czy dwie narady, ktoś wygłosi oświadczenie, po czym kurz opadnie. Bo przecież nikt nie zginął, chociaż w Wejherowie zadecydował o tym tylko i wyłącznie przypadek, czyli przesunięty o centymetry wylot trzymanej przez bandytę rakietnicy.

W całym świętym oburzeniu nikt oficjalnie nie zadał najbardziej fundamentalnego pytania: dlaczego oba mecze zostały dokończone?! Dlaczego ze strachu przed kibolami, szantażującymi wszystkich fałszywym przekonaniem, że definitywne przerwanie meczu może oznaczać jeszcze większe problemy, dąży się do jego dogrania za wszelką cenę? W warunkach, gdy piłkarze oglądają się nie za piłką, a na sektory, z których grozi im autentyczne niebezpieczeństwo.

  • Mam wrażenie, że wszystko zmierza do tragedii i dopiero wtedy ktoś zareaguje – stwierdził Paixao w rozmowie z Piotrem Koźmińskim z „Super Expressu” i Portugalczyk nie jest w tym wrażeniu odosobniony…

PZPN musi sobie zdać sprawę, że tylko bezwzględne kończenie meczów i karanie klubów kolejnymi walkowerami zmusi je do realnych działań i uniemożliwi umywanie rąk, tak jak podręcznikowo zrobił to Gryf, pisząc, że „potępia”, ale i „nie bierze odpowiedzialności”. Bo właśnie to ostatnie sformułowanie jest prawdziwym początkiem i końcem kibolskiego zła.