Miesięczne archiwum: Listopad 2019


Mecz ze Słowenią zamknął najdziwniejsze w historii eliminacje do mistrzostw Starego Kontynentu i pozostawił po sobie wiele pytań. Zarówno tych fundamentalnych – o rzeczywistą siłę polskiej reprezentacji i o to, w jak dużym stopniu na jej wynikach zaważyło szczęście, słabość rywali oraz jednostkowa moc Roberta Lewandowskiego, jak i prozaicznych – jak można przygotować murawę w sposób, który przynosi wstyd na cały piłkarski świat. Jednoznacznych odpowiedzi, jak to w sporcie, nie otrzymamy nigdy, ale za to pole do popisu mają wszyscy domorośli i medialni fachowcy.
Przyznam, że od wtorkowego wieczoru – chociaż ta kwestia może zostać źle przyjęta w kategoriach poprawności politycznej – nurtuje mnie jeszcze coś zupełnie innego. A mianowicie ceremonia pożegnania Łukasza Piszczka. Żeby była jasność – chłopak z Goczałkowic-Zdroju absolutnie sobie zasłużył na taki splendor, owację od kibiców i łzy wzruszenia – moje wątpliwości dotyczą jedynie momentu, w którym to wszystko miało miejsce. Czy oficjalny mecz o punkty to właściwa okoliczność dla takiej fety? Wszak Jerzy Brzęczek świadomie rozpoczął spotkanie pozbawiając się jednej zmiany, która miała nastąpić już w 30. minucie spotkania. A przecież już sytuacja z Kamilem Glikiem pokazała, że w tej bitwie zdarzyć się może wszystko. I niewiele wszak brakowało, by Biało-Czerwoni kończyli ją, ze względu na kontuzje, w dziesiątkę…
A jeśli nawet uznać, że zapewniony awans i nieistniejące w praktyce szanse na wywalczenie miejsca w pierwszym koszyku usprawiedliwiały takie ryzyko, to czy szpalery i gratulacje powinny mieć miejsce w czasie gry? Wybicie piłki na aut przez Wojciecha Szczęsnego, zbiegnięcie zawodników do linii bocznej i postawienie w dziwnej sytuacji rozgrzanych batalią i Słoweńców, wyglądały dość specyficznie. No i pozostaje pytanie pół żartem pół serio: co by było gdyby niezorientowani w ceremoniale rywale wznowili grę z autu?
Czy naprawdę nie można było momentu pożegnania zorganizować tuż po gwizdku kończącym pierwszą połowę, w drodze do szatni? Wtedy szpaler byłby równie efektowny, wrzawa kibiców równie donośna, a może nawet sławetny okrzyk Dariusza Szpakowskiego nie byłby tak żenujący, jak miało to miejsce w czasie rozgrywania szybkiej akcji?
Mam wrażenie, że tych pytań nikt, może ze wzruszenia, a może z obawy o naruszenie tabu, dotychczas nie zadał. Pozwalam więc sobie zostawić je Państwu pod ocenę.
Opinie i odpowiedzi przysyłajcie jak zawsze na r.musiol@dz.com.pl.ą

Nie dość, że w listopadowy poniedziałek, to jeszcze o godzinie 20.30 – pora rozegrania meczu Rakowa Częstochowa z Wisłą Kraków od początku budziła kontrowersje. Powiedzieć, że lojalność kibiców beniaminka Ekstraklasy została wystawiona na ciężką próbę to właściwie nie powiedzieć niczego. Raków gra przecież z konieczności 80 kilometrów od macierzystego obiektu, co oznaczało skazanie fanów na nocną podróż i stratę kilku godzin odpoczynku przed wtorkowym pójściem do pracy lub szkoły. 2.500 osób na trybunach w Bełchatowie zasługiwało więc na słowa uznania za determinację…

Decyzja terminarzowa na pierwszy rzut oka zakrawała na kpinę. Z drugiej jednak strony, po chwili namysłu, można odnieść wrażenie, że była to zamierzona złośliwość i forma kary za nieposiadanie przez częstochowian stadionu spełniającego chociażby minimalne wymogi najwyższej klasy rozgrywkowej. Oczami wyobraźni widzę, jak macherzy z Canal+ oraz Ekstraklasy wpychają ten najbardziej wybrakowany klub w termin, który oznaczał gwarantowaną katastrofę frekwencyjną, wychodząc z założenia, że skoro Raków do Ekstraklasy nie pasuje, to jego miejsce przy stole znajduje się na szarym, niknącym w listopadowej mgle, końcu. Gdyby było inaczej oba poniedziałkowe mecze mogłyby przecież zostać rozegrane o godzinie 18. Czy rzeczywiście decydował cynizm zapewne nigdy się nie dowiemy, ale dzięki poniedziałkowemu wydarzeniu otrzymaliśmy kolejny dowód mówiący, że wszystkie furtki stadionowe w podręczniku licencyjnym powinny zostać definitywnie zatrzaśnięte, a ram terminarza bez względu na układ świątków i piątków nie powinno się naciągać w sposób urągający logice.

Gwoli ścisłości trzeba dodać, że na złośliwość organizatora rozgrywek piłkarze Rakowa i Wisły odpowiedzieli pięknym za nadobne prezentując mecz, który stanowił wzorcową antyreklamę krajowych rozgrywek, ale na szczęście nie zobaczył go nikt poza garstką zmarzniętych desperatów na widowni, bo telewizyjni kibice po prostu na nim zasnęli.