Miesięczne archiwum: Grudzień 2019

Cluj i Ferencvaros. Wiecie, że od tych dwóch klubów zależy los polskich pucharowiczów w przyszłym sezonie? Ekstraklasowcy sami go oddali w ręce Rumunów i Węgrów po raz kolejny kompromitując się w przedsionkach europejskiego futbolu.

Zabawa polega na tym, że polska klubowa piłka tkwi na 28 miejscu w kontynentalnym rankingu i może jedynie przyglądać się rywalom, którzy próbują nas z tej pozycji zrzucić. A wtedy reprezentanci dumnej Ekstraklasy w 2021 roku zaczynaliby eliminacje do – wymyślonej na pocieszenie dla słabeuszy i drużyn nie mieszczących się w czołówkach poważnych lig – Europa Conference, jeszcze wcześniej niż wynika to z obecnego rozstawienia.

Na wyprzedzenie Polski szansę mają dwie wspomniane na wstępie nacje. O ile Węgrzy aby osiągnąć cel musieliby wprowadzić w obecnych rozgrywkach Ferncvaros aż do półfinału Ligi Europy (żeby w ogóle wyjść z grupy Węgrzy 12 grudnia muszą wygrać na wyjeździe z zajmującym drugą pozycję Łudogorcem Razgrad) to Cluj stanowi zagrożenie bardzo realne. Rumuni, aby minąć Polskę,potrzebują w tym sezonie jeszcze dwóch wygranych meczów. Oznacza to więc przede wszystkim konieczność awansu do 1/16 LE. Obecnie zespół prowadzony przez Dana Petrescu jest drugi i do szczęścia potrzebuje co najmniej remisu w starciu u siebie z pewnym awansu Celticem lub w przypadku własnej porażki braku wyjazdowego zwycięstwa Lazio na Stade Rennes.

Krótko mówiąc: polscy piłkarze leżąc na kanapach przed telewizorami, w których trwa walka w poważnych pucharach, wciąż walczą o kilkanaście dni letnich wakacji. Tyle, że ich sytuacja w kolejnym roku będzie niemal tragiczna – ranking obejmujący rozgrywki 2016/17-2020/21 plasuje naszą ligę już na 31 miejscu. Węgrzy w nim dyszą nam w ucho, a za nami tylko taki potęgi, jak Liechtenstein, Litwa i Luksemburg. Jeśli w przyszłym roku nie nastąpi cud i pucharowi delegaci z Ekstraklasy nie pokonają kilku rywali wówczas uderzenie w dno, które zostanie przebite, zabrzmi niczym huk gromu.

Trzeba przyznać, że zrzeszone w Spółce Ekstraklasa kluby mają spójną wizję przyszłości. Jej wyrazem stał się apel o zmniejszenie liczby miejsc oznaczających degradację – z trzech do dwóch. Takie postawienie sprawy musi budzić szacunek. Można było przecież ligę w ogóle zamknąć na kilka lat, a jednak zwyciężyła odwaga i chęć sportowej rywalizacji.

Na wszelki wypadek zaznaczę: ten wstęp ma charakter ironiczny. Prawdą jest natomiast to, że deklaracja Rady Nadzorczej, jaka powstała po corocznym posiedzeniu przedstawicieli klubów, znakomicie oddaje sposób myślenia ludzi nimi zarządzających. Ich marzeniem jest pozbawiony ambicji byt, odmierzany przelewami kolejnych telewizyjnych transz. Wypisz wymaluj Odra Wodzisław sprzed lat, gdy jedynym sensem jej ekstraklasowego istnienia było zwykłe trwanie.

Dwuzespołowa strefa spadku pokazuje także krótkowzroczność klubowych działaczy. Nikt z nich najwyraźniej nie pomyślał, że takie rozwiązanie mocno, bo o 1/3, przycina też strefę awansu z I ligi. A to w przyszłości, niewykluczone, że bliskiej, może mieć kluczowe znaczenie dla tych nieszczęśników, którzy znajdą się w duecie opuszczającym Ekstraklasę.

Podczas obrad z oddechem ulgi przyjęto natomiast rekomendację utrzymania szesnastozespołowej tabeli. Bynajmniej nie dlatego, że powiększenie mogłoby dodatkowo rozwodnić i tak mizerną jakość rozgrywek. Chodzi tylko i wyłącznie o niechęć do dopuszczenia kolejnych dwóch klubów do dzielenia (coraz większego przecież) finansowego tortu. Jednocześnie ligowy plankton nie zgadza się na naprawdę solidne różnice w wysokościach premii wypłacanych za każde miejsce zajęte na mecie sezonu, co wzmocniłoby i tak mocnych, a jednocześnie niespecjalnie – jak pokazuje doświadczenie – osłabiłoby słabszych. Co najwyżej ograniczyłoby im pole do sprowadzania zagranicznego szrotu, przekładającego się nie na jakość gry, a co najwyżej na miejsce w sumarycznym zestawieniu pieniędzy przekazywanych menedżerom.

Wszystkie te poczynania jasno pokazują, że największym problemem ligi, która coraz wyraźniej przypomina wydmuszkę opakowaną w piękne stadiony, jest mentalność kształtujących ją ludzi.

I jeszcze „last not least”. Warto przypomnieć, że degradację trzech drużyn zaklepała ta sama Spółka Ekstraklasa raptem 22 miesiące temu. Teraz organizator rozgrywek rekomenduje krok w tył. I w takim właśnie kierunku zmierza cała polska klubowa piłka, a jej prezesi są pod tym względem bardzo konsekwentni.

Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że wobec najświeższego pomysłu ligowców PZPN postawi twarde weto.

Jest taka polska komedia z 1966 roku „Kochajmy syrenki”. W skrócie chodzi o to, że w środku lata na Mazurach rywalizują ze sobą dwie grupy organizujące w miasteczkach i ośrodkach wczasowych wydarzenia, powiedzmy, artystyczne, czyli znane i dzisiaj wakacyjne chałturnictwo. Obsada aktorska znakomita i historyjka zabawna, jak to w tamtych czasach w polskim kinie bywało.

Fabuła, dość dawno oglądana, przypomniała mi się w kontekście… współczesnego polskiego boksu zawodowego, a konkretnie „gali”, na której niedawno wystąpił Artur Szpilka. Z wieści, jakie do mnie dotarły, wynika, że miasto Sosnowiec wydarzenie to hojnie dosponsorowało. W zamian kibice i telewidzowie otrzymali zakalec podawany przez ringowych kelnerów, zdecydowana większość walk zakończyła się w pierwszej rundzie, telewizja wypełniając czas przypominała w całości wcześniejsze pojedynki gwiazdy wieczoru, a rywalem Szpilki okazał się emerytowany pięściarz, obecnie włoski miejski radny, który na chwilę wstał od biurka, by dorobić przed świętami.

Skojarzenie ze wspomnianym na wstępie filmem było więc oczywiste, zwłaszcza, że grupa organizująca ten show ubiegła konkurencję, która ostatecznie przeniosła swoją galę (stojącą na dużo wyższym poziomie emocji) z nieskłonnej do dopłacania za postawienie ringu w jej hali Dąbrowy Górniczej do Radomia.

Ten wyścig trwa już od dłuższego czasu. Promotorzy – niczym filmowi Jan Koszajtis (Janusz Kłosiński) i Zenon Pimonow (Wojciech Rajewski) – jeżdżą po miastach oferując firmowane przez siebie spektakle, w zamian za przychylność rozdają urzędnikom darmowe zaproszenia, a w programach umieszczają artystów, których nazwiska miały szansę obić się o uszy obecnych odpowiedników kierowników dawnych domów kultury. Kto pierwszy, ten lepszy, byle wciągnąć w tę grę telewizję (swoją drogą na miejscu TVP za wieczór ze Szpilką pokazałbym grupie co najmniej żółtą kartkę), a wtedy kibice, którzy uczciwie kupią bilet, stają się już tylko bonusem i tylko od zwykłej przyzwoitości menedżerów zależy czy dostaną towar chociażby przyzwoity. Warto przypomnieć, że na sosnowiecką imprezę wejściówki, w słonej cenie, sprzedawano na długo przed tym, jak przedstawiono rywala Szpilki. Majstersztyk marketingu, nieprawdaż?

Boks, który został przykryty czapką przez federacje MMA, nie potrafi się w obecnej rzeczywistości odnaleźć. Na razie promotorzy szczypią się jedynie na Twitterze, ale warto pamiętać, że we wspomnianym filmie jedna z grup z desperacji porwała gwiazdę konkurencji Seweryna Paterę (Czesław Wołłejko). Pięściarze powinni więc uważnie oglądać się za plecy…

Wiecie, że dziś startuje Puchar Świata w biegach narciarskich? Część kibiców pewnie taką świadomość posiada, ale zdecydowana większość skwituje ten fakt co najwyżej obojętnym wzruszeniem ramion czekając na kolejny konkurs skoków.

Biegi, najbardziej naturalna zimowa dyscyplina, stanowi znakomity przykład jak wielki ciężar spoczywa na barkach wielkich gwiazd. W nieodległych przecież czasach Justyny Kowalczyk terminarze startów, wizerunki faworytek, profile tras, rekordy i statystyki gościły na łamach wszystkich, także niesportowych wydawnictw. Mistrzyni z Kasiny Wielkiej prezentowała firmowy uśmiech w reklamach, felietoniści kruszyli kopie w walce ze stadnie walczącymi z naszą Królową Śniegą astmatyczkami z Norwegii, a cykl Tour de Ski miał większą oglądalność niż legendarne górskie etapy w Tour de France czy Giro d’Italia.

W momencie, gdy Justyny Kowalczyk na linii startu zabrakło, biegi wróciły tam, skąd wyruszały w momencie nastania jej ery. I to pomimo faktu, że dwukrotna mistrzyni olimpijska, dwukrotna mistrzyni świata i czterokrotna zdobywczyni Kryształowej Kuli nie zawiesiła desek na kołku, tylko stanęła u boku Aleksandra Wierietielnego i zaangażowała się w reprezentacyjne szkolenie. Start trzech jej podopiecznych oraz trzech chłopaków spod ręki Lukasa Bauera nie budzi jednak żadnych emocji…

Na tym tle jeszcze jaskrawiej widać, jak gigantyczne szczęście miały skoki. Adam Małysz, podobnie jak Justyna Kowalczyk, wyciągnął swoją dyscyplinę z niebytu, ale jego sukcesy okazały się prawdziwym przełomem. Orzeł z Wisły był wtedy pierwszą i jedyną telewizyjną zimową atrakcją, a siła stacji serwującej co tydzień do niedzielnych rosołów spektakle ze skoczni (szczerze mówiąc zdecydowanie lepiej prezentujące się na szklanym ekranie niż na żywo) przełożyła się na stworzenie fenomenu. Pomimo mocno ograniczonej możliwości uprawiania skoków przez masy powstało przyzwolenie na kosztowne inwestycje oraz programy szkoleniowe, o jakich na trasach biegowych i zjazdowych nawet nie śniono.

Mam na temat tego zjawiska dodaktową prywatną teorię. Skoki, właśnie przez swoją niedostępność dla zwykłych śmiertelników, stanowią znakomite alibi dla kibiców w kapciach. Podczas oglądania lotników nikt przecież nie usłyszy od najbliższej osoby „może też byśmy tak skoczyli?”. Za to biegi trafiają w lenistwo niczym podświadomy wyrzut sumienia, bo leżą w zasięgu amatorskich możliwości dosłownie każdego.