Archiwa kategorii: Bez kategorii

Jeden wielki smutek – tak Zbigniew Boniek na Twitterze skomentował walne zgromadzenie akcjonariuszy, którzy wybierali członków Rady Nadzorczej spółki Ekstraklasa. – Zero dyskusji o piłce… zero. Jedyne, co kręci środowisko, to kto kogo wykiwa… Smutna prawda. Tak piłka klubowa do przodu nie pójdzie – napisał szef PZPN.

Kilkadziesiąt godzin później słowa Bońka nabrały dodatkowego wymiaru po poświęconym ocenie potencjału polskiej gospodarki Kongresie 590, jaki odbył się w Rzeszowie. W ramach tej imprezy zorganizowano otóż panel pod hasłem „Co zrobić, aby polskie kluby dogoniły Europę?”. Jego uczestnicy godnie zaprezentowali Ekstraklasę, dostosowując się do jej sportowego poziomu, czyli prezentując mieszankę kabaretu i bezgranicznej finansowej chciwości.

Dariusz Mioduski, prezes staczającej się po równi pochyłej pod względem sportowym Legii, oznajmił na przykład, że gdyby dostał z Orlenu takie pieniądze, jakie ten wydaje na Roberta Kubicę, to w końcu awansowałby do Ligi Mistrzów. Dodał też, że albo w Polsce wszyscy będą równie przeciętni, albo wreszcie postawmy na drużyny, które będą nas etatowo reprezentować w Europie. I to ci wybrańcy powinni rosnąć w siłę, czytaj: obligatoryjnie dostawać znacznie większy kawałek telewizyjnego tortu, lepszych piłkarzy i najsilniejszych (państwowych) sponsorów. Dlaczego akurat Legia ma się znaleźć w tym gronie, już jednak nie wyjaśnił…

Jeszcze zabawniejszą tezę przedstawił szef Ekstraklasy, Marcin Animucki, oświadczając, że prezesi zagranicznych lig, patrząc na dynamikę wzrostu oglądalności telewizyjnej, frekwencję na stadionach i wzrost wartości praw TV, boją się, że „będziemy ich wkrótce przeskakiwać”. Tu także jednak zabrakło kluczowej odpowiedzi na kwestię, dlaczego jednocześnie ci sami prezesi marzą, by ich kluby w losowaniach trafiły właśnie na polskie zespoły.

Oba te przekazy, uzupełnione przez prezesów Lecha i Jagiellonii, stanowią koncentrat myśli ludzi rządzących ligową piłką. Słychać w nich przekonanie o własnej wyższości, nieważne, że raz po raz weryfikowanej kompromitacjami w europejskich pucharach. Mocno wybrzmiewa również koncentrowanie się na biciu rekordów finansowych za prawa telewizyjne, bez refleksji o marnowaniu tych środków przez fatalną dystrybucję ukierunkowaną na utrzymanie coraz droższych piłkarzy. A w tle pozostaje bezczelnie przemilczana pasożytnicza symbioza z budżetami publicznymi, utrzymującymi infrastrukturę potrzebną do prywatnej zabawy.

Do prezesa Bońka można mieć wiele zastrzeżeń, ale w tym przypadku nie sposób odmówić mu racji. To naprawdę jest przeraźliwie smutne.

Czy królowa sportu zamieniła się w kurtyzanę? Na to pytanie mają odpowiedzieć francuskie organy ścigania, które trafiły na ślad możliwej korupcji przy wyborze gospodarza mistrzostw świata w lekkiej atletyce. Ściągnięcie tej imprezy miało kosztować 4,5 miliona dolarów przekazanych przez Katarczyków członkowi zarządu IAAF. To kolejna afera związana z szejkami, którzy już dawno uznali, że za petrodolary można kupić wszystko i wszystkich. Nawet obojętne milczenie świata w kontekście wyzysku i tragedii zagranicznych robotników na budowach aren, co skutecznie przetestowano przy okazji tworzenia infrastruktury na potrzeby również kupionego piłkarskiego mundialu.

Cierpią na tym sportowcy, cierpią kibice, a gwiazdy mają wrażenie startów na innej planecie. Cierpi jednak na tym przede wszystkim sam wizerunek sportu, który komercję zamienił w patologię. Czy można coś z tym zrobić?

Wyjścia są dwa. Pierwsze to odbieranie łapownikom organizacji imprezy, co skutkowałoby pozostawieniem ich z ręką w nocniku, a właściwie w stadionach kosztujących krocie, a których istnienie nie miałoby w takiej sytuacji kompletnie sensu. Do tego doszedłby oczywiście wstyd, ale na to uczucie sami zainteresowani dawno się zaimpregnowali.

Wariant drugi to rozwiązanie, które na Twitterze (może trochę ironicznie) zaproponował Zbigniew Waśkiewicz, były rektor katowickiej AWF i znana postać w świecie śląskiej piłki oraz krajowego biathlonu. Jego zdaniem najuczciwszy byłby otwarty przetarg „kto da więcej”. A gdyby jeszcze udało się zapisać obligatoryjną daninę ze środków od zwycięzcy na walkę z dopingiem i promowanie sportu wśród najmłodszych, wizja byłaby bliska ideału. Istnieje rzecz jasna zagrożenie, że w przypadku zgłoszenia się Kataru konkurencja oddawałaby pole walkowerem, ale w sumie teraz też nie ma żadnych szans, a wtedy przynajmniej wszystko działoby się przy otwartej kurtynie. No i prezent dostałyby stacje telewizyjne transmitujące takie licytacje. O ile oczywiście wcześniej wygrałyby przetarg, by je pokazać…

Raport Deloitte dotyczący klubów z zaplecza Ekstraklasy to fascynująca lektura. Najbardziej frapujący wątek tegorocznego opracowania dotyczy GKS-u Katowice, który w badanym okresie zmierzał w kierunku drugoligowej przepaści.

Czarno na białym widać jak zmarnowano finansowy potencjał (nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, że jest to klub wielosekcyjny), o jakim inni konkurenci mogli jedynie pomarzyć. Odpowiadający za piłkarską sekcję dyrektor sportowy Tadeusz Bartnik, trener Dariusz Dudek i sami zawodnicy dokonali w tym kontekście wyczynu wręcz nieprawdopodobnego.

O ile jednak cała zabawa sportowa była oparta na złotówkach z miasta (7 z 9 milionów przychodów komercyjnych stanowiły takie właśnie wpływy), to jest w raporcie dziedzina, w której GKS osiągnął samodzielny sukces. Mowa o wartości mediowej, czyli kwocie, jaką miasta będące siedzibą klubów musiałyby zapłacić mediom za powierzchnię reklamową adekwatną do liczby wzmianek o nich w sportowych – i wokółsportowych – artykułach. Po przebadaniu 2 tysięcy portali i stron informacyjnych w przypadku GKS wyceniono ten zysk na 5,5 mln zł, podczas gdy reszta konkurentów nie pokonała bariery 3,8 mln!

I tu dochodzimy do sedna. Od kilku tygodni widoczna jest zmiana polityki medialnej, czego efektem była m.in. nieobecność klubowych mediów na meczu wyjazdowym w Rzeszowie i konieczność ratowania się… stroną internetową kibiców. Krytyka ze strony sympatyków klubu pojawiła się błyskawicznie, a w odpowiedzi na nią prezes Marek Szczerbowski zapowiedział ponowne przeanalizowanie tej kwestii. „Analiza” skończyła się na pierwszym od wielu lat braku tekstowej relacji na żywo i galerii zdjęć z występu katowiczan na boisku Garbarni Kraków… Podobny problem dotyczy walczących o medal mistrzostw Polski piłkarek nożnych oraz hokeistów, co kiepsko wróży także dopiero czekającym na ligową inaugurację siatkarzom.

Coraz więcej wskazuje więc na to, że na Bukowej zostanie zmarnowany kolejny wielki – po finansowym i sportowym – potencjał tego klubu. I w dodatku odbędzie się to kosztem jednej z nielicznych, o ile nie jedynej, korzyści, jaką dzięki GKS-owi odnosiło będące jego właścicielem miasto.

Naszym największym sukcesem było to, że wszyscy cali i zdrowi wróciliśmy do domu. Tak mecz Pucharu Polski podsumował Flavio Paixao, piłkarz Lechii Gdańsk.

Portugalczyk miał na myśli wydarzenie szokujące nawet w polskich standardach, czyli wystrzelenie racy z rakietnicy w bramkarza Zlatana Alomerovicia podczas spotkania z Gryfem w Wejherowie. Nieszczęście było o włos, przy czym trzeba dodać, że mecz odbył się bez kibiców gości, bo to oni mieli generować wszelkie ryzyko zadymy.

Kilka godzin później pokaz dali kibole Śląska Wrocław na stadionie Widzewa Łódź. Race, próby opuszczenia sektora, armatka wodna, pałki, policja – nie zabrakło żadnej z dodatkowych atrakcji. Stało się dokładnie to, przed czym kilkanaście godzin wcześniej ostrzegał Szymon Jadczak z TVN 24. Jak zwykle okazało się to wołaniem na puszczy lekceważenia.

W obu przypadkach powstało mnóstwo pytań. Tych samych, które padają co kilka tygodni przy podobnych okazjach. Kwestie działań służb ochroniarskich, współpracy działaczy klubowych ze środowiskami fanatyków, skuteczności ustawy o imprezach masowych… Sztampowo rozwija się też scenariusz zrzucania odpowiedzialności przez poszczególne ogniwa tego łańcucha. PZPN apeluje o wsparcie do państwa, państwo zorganizuje jedną czy dwie narady, ktoś wygłosi oświadczenie, po czym kurz opadnie. Bo przecież nikt nie zginął, chociaż w Wejherowie zadecydował o tym tylko i wyłącznie przypadek, czyli przesunięty o centymetry wylot trzymanej przez bandytę rakietnicy.

W całym świętym oburzeniu nikt oficjalnie nie zadał najbardziej fundamentalnego pytania: dlaczego oba mecze zostały dokończone?! Dlaczego ze strachu przed kibolami, szantażującymi wszystkich fałszywym przekonaniem, że definitywne przerwanie meczu może oznaczać jeszcze większe problemy, dąży się do jego dogrania za wszelką cenę? W warunkach, gdy piłkarze oglądają się nie za piłką, a na sektory, z których grozi im autentyczne niebezpieczeństwo.

  • Mam wrażenie, że wszystko zmierza do tragedii i dopiero wtedy ktoś zareaguje – stwierdził Paixao w rozmowie z Piotrem Koźmińskim z „Super Expressu” i Portugalczyk nie jest w tym wrażeniu odosobniony…

PZPN musi sobie zdać sprawę, że tylko bezwzględne kończenie meczów i karanie klubów kolejnymi walkowerami zmusi je do realnych działań i uniemożliwi umywanie rąk, tak jak podręcznikowo zrobił to Gryf, pisząc, że „potępia”, ale i „nie bierze odpowiedzialności”. Bo właśnie to ostatnie sformułowanie jest prawdziwym początkiem i końcem kibolskiego zła.

Nuda – powiedział Vital Heynen po kolejnym sparingowym meczu w ramach mistrzostw Europy. Selekcjoner siatkarzy trafił tym określeniem w punkt – turniej w pierwszej fazie, a wszystko wskazuje na to, że aż do półfinałów, jest najlepszą ilustracją trendu, jaki obowiązuje w sporcie podporządkowanym interesom telewizyjnym, a jednocześnie całkowicie niszczącym intrygującą dotychczas elitarność zawartą w słowie „mistrzostwa”.
Wpuszczenie do tej rangi zawodów amatorów, dla których barierą bywały dotychczas eliminacje pełniące rolę naturalnego „sita”, całkowicie zabiło emocje. Udział w tej parodii biorą jednak nie tylko siatkarze, ale przedstawiciele wszystkich największych sportowych federacji, o czym można było się przekonać chociażby podczas niedawnych mistrzostw świata w koszykówce. Trend wyznaczają rzecz jasna FIFA i UEFA. Sami powiedzcie – ale tak z ręką na sercu – czy naprawdę podniecają Was mecze w pierwszej fazie grupowej Ligi Mistrzów? Ba, wielu kibiców ma problem, by przypomnieć sobie, kto zagrał w poprzednim finale LigiEuropy, a tymczasem lada moment powstanie kolejny puchar, w którym będą mogli wystartować już właściwie wszyscy chętni, a już na pewno ci wykazujący chęci, by zmierzyć się z zespołami Ekstraklasy…
Jest coś zdecydowanie absurdalnego w fakcie, że w kwalifikacjach do Euro 2020 szansę na awans do finałów mogą mieć nawet zespoły z piątego miejsca w grupie. Wszystko oczywiście po to, by nie stracić ani centa z rzeki pieniędzy, która mogłaby zubożeć w przypadku (uwielbianych przecież przez kibiców) sensacyjnych wpadek „dużych” graczy piłkarskiego świata.
Pytanie brzmi więc nie „czy”, ale „kiedy” ta sztucznie pompowana bańka pęknie. Nie sposób utrzymać wysokiego poziomu zainteresowania wydarzeniami, w których jedna ze stron jest – to pojęcie znane ze sportów walki – kelnerem przynoszącym faworytom punkty na tacy. Poziomy wykresów emocji i oglądalności powoli, ale coraz wyraźniej, zbliżają się i nie jest to bynajmniej tendencja zwyżkowa.
Na marginesie tej gigantomanii trzeba zwrócić uwagę na samych sportowców. Na jednej szali leżą sprawy ludzkie, na przykład nieustanna niemal rozłąka z najbliższymi, na drugiej zdrowotne. Kontuzje wynikające z przeciążeń i nadmiernej eksploatacji organizmów stają się normą, a jedynym sposobem na oszczędzanie gwiazd jest rotowanie składem. To z kolei wymaga olbrzymich nakładów finansowych, co siłą rzeczy promuje najbogatszych, dodatkowo pogłębiając rosnącą z roku na rok przepaść.
Czy taka gra naprawdę jest warta świeczki w imię wypełniania ramówki hojnie płacących stacji telewizyjnych?

Postawienie na Jerzego Brzęczka przez Zbigniewa Bońka było hazardem (w końcu prezes PZPN bywał twarzą bukmacherskich reklam), ze zminimalizowanym stopniem ryzyka. System wymyślony przez europejską federację opiera się bowiem na założeniu, że brak awansu do EURO 2020 graniczyłby właściwie z antycudem, a w przypadku takiego składu grupy, do jakiej trafiła Polska, byłby po prostu największą w dziejach kompromitacją, chociaż poprzeczka w tej kategorii wisi przecież niebotycznie wysoko.

Tym niemniej prezes PZPN postawił na wyjątkowo niepewnego kandydata, który nie osiągnął do tej pory jakichkolwiek trenerskich sukcesów. Był zwolniony z Rakowa Częstochowa, zanim ten klub chociażby otarł się o obecną pozycję, nie dał rady w Lechii Gdańsk, uciekł – wysyłając z szatni esemesa do prezesa klubu – z GKS Katowice, a w Wiśle Płock przegrał wyścig o europejskie puchary z debiutującymi w Ekstraklasie dzieciakami prowadzonymi przez Marcina Brosza.

Z takim dorobkiem Brzęczek został wsadzony na najwyższego możliwego trenerskiego konia i wepchnięty do szatni, gdzie znajdowały się charyzmatyczne gwiazdy pokroju Roberta Lewandowskiego, Kamila Glika, Grzegorza Krychowiaka czy Wojciecha Szczęsnego. W dodatku wszedł do niej ze współpracownikiem, którego wybór wywołał słuszną, a obecnie niesłusznie zapomnianą nieco burzę – skazanym za istotny udział w aferze korupcyjnej trenerem bramkarzy Andrzejem W.

Od tego czasu minął rok. Dwanaście miesięcy, które zostały oparte przede wszystkim na szczęściu i filozofii, jaką selekcjoner przekazał Krystianowi Bielikowi, wpuszczając go na boisko w Lublanie, czyli w prostym haśle „Próbuj”. Efekty punktowe były – co wynikało głównie z klasy przeciwników, niebędących w stanie zrównoważyć naturalnego talentu liderów Biało-Czerwonych – więc na styl gry przymykano oczy, jak to bywa w przypadku błogostanu. Ale oto nadszedł wrzesień i drzemka została brutalnie przerwana. Słowenia i Austria obnażyły znienacka wszystkie słabości nie tyle zespołu, co jego trenera właśnie. W obu przypadkach koledzy po fachu ograli Brzęczka niemiłosiernie, chociaż Austriacy nie przełożyli tego na boiskowy wynik. Dawno jednak nic polskiego kibica nie zabolało tak bardzo, jak widok przeciętnych gości grających na Stadionie Narodowym z polską reprezentacją w „dziada” przed ich polem karnym.

  • Jeżeli wstanie pewnego dnia i coś mu przeskoczy w głowie, to będziemy mieli zawodnika, którego będą nam zazdrościć wszyscy na świecie – powiedział Brzęczek o Piotrze Zielińskim.

No cóż, pozostaje mieć nadzieję, że to samo spotka samego selekcjonera, zanim trafi na markowych rywali.

Mistrz Polski gładko odpada w swoich pierwszych rundach kwalifikacji do europejskich pucharów. Mecz obrońcy tytułu ze zdobywcą Pucharu Polski przyciąga liczbę widzów mieszczącą się w futbolowym błędzie statystycznym, Najlepszy piłkarz Ekstraklasy przenosi się na Wyspy i ląduje na twardej ławce rezerwowych w klubie pierwszej ligi. Król strzelców nie dostaje w letnim okienku żadnej konkretnej oferty zmiany barw. Nikt nie ma już złudzeń, że marka Ekstraklasa i jej gwiazdy świecą tylko w krajowym grajdołku.

I wtedy nadchodzi kolejne okienko transferowe. I znów okazuje się, że ceny oraz gaże zawodników są kompletnie oderwane od rzeczywistości, prezentowanych przez nich umiejętności oraz mocy przyciągania widzów na trybuny. Ba – piłkarz, który był niemiłosiernie wyszydzany przez kibiców swojego klubu, a wystawiający go trener znalazł się pod poważnym oskarżeniem o autosabotaż, zostaje sprzedany za kwotę, która dla uboższych klubów oznaczałaby niemal półroczny budżet. No i tuż przed północą dnia ostatniego dochodzi do zdarzeń, które najlepiej pokazują mentalność powszechną w futbolowym polskim świecie.

Na scenie pojawia się otóż zawodnik, który kilkanaście miesięcy temu zasłynął jako „asystent sezonu”, czyli najlepiej podający do późniejszych zdobywców goli. Tytuł godny, ale po wyruszeniu w świat szybko i boleśnie zweryfikowany. Problemy z wywalczeniem miejsca w kolejnych zespołach mówiły same za siebie, a ich konsekwencją było wystawienie na listę do ponownego wypożyczenia. Chętnych wielu nie było, ale „źródłowy” klub nie miał wątpliwości, że warto spróbować. A ponieważ jako się rzekło ceny mają się nijak do wyceny prawdziwej wartości, konieczne okazało się przeprowadzenie zbiórki wśród zamożnych sympatyków, którzy do puszki wrzucili tyle, że starczyłoby na gażę przyprawiającą szarego zjadacza chleba o zawrót głowy, nawet doliczając do tego 500+ na kilkoro dzieci. Sęk jednak w tym, że drugą – równie hojną – część pensji miał płacić obecny pracodawca, a ten się do tego nie palił.

Żadna ze stron nie ustąpiła i w efekcie impasu sprawa upadła tuż przed zatrzaśnięciem okienka, co oznacza, że piłkarz nadal będzie się bogacił oglądając piłkę zapewne z bezpiecznego dystansu. Z jednej strony chęć zysku wydaje się całkowicie zrozumiała, ale z drugiej, romantyczniejszej, wydaje się, że wciąż priorytetem powinna być możliwość biegania po boisku. No chyba, że jego pisana przez niewielkie „k” kariera zakończyła się w momencie przekroczenia progu zachodniego klubu, zabierając ze sobą wszystkie ambicje i marzenia. Ale w takim przypadku ewentualna kolejna oferta z Polski powinna być już znacznie niższa.

Najtrudniej powstrzymać upadek i destrukcję. Ta architektoniczna prawda obowiązuje także w świecie piłki i wyjątkowo boleśnie dotyka właśnie klubów z naszego regionu.

Z największym impetem w głąb zmierza oczywiście Ruch Chorzów, który jest przykładem skrajnym, bo tak dynamicznego i jednocześnie dramatycznej dezintegracji nie było bodaj od czasów Odry Wodzisław. W poważnych opałach na początku sezonu znajdują się jednak także ci, którzy na mecie poprzednich rozgrywek zaliczyli pierwszą degradację – GKS Katowice i Zagłębie Sosnowiec. Na Bukowej kolejny eksperyment na żywym organizmie znów przynosi opłakane skutki i znów kibice uznają, że zmiany w szatni najwyraźniej były zbyt delikatne, skoro zespół jak przegrywał tak przegrywa. Na marginesie tych sportowych perypetii katowiczanie w sobotę świętowali zadziwiający jubileusz – na własnym boisku nie wygrali meczu od… roku. Może nawet szkoda, że nie urządzono z tej niezwykłej okazji jakiejś oficjałki z zaproszeniem na murawę wszystkich, którzy dołożyli do takiego osiągnięcia swoje cegiełki.

Aż tak spektakularnego wyczynu nie ma jeszcze na swoim koncie Zagłębie Sosnowiec, co nie zmienia faktu, że od momentu awansu do Ekstraklasy klub sprawia wrażenie, jakby dosłownie uderzył wtedy za mocno głową w sufit. Zadziwiające decyzje personalne, polityka transferowa prowadzona od ściany do ściany, raz z dużym opóźnieniem, innym razem z wyraźnym falstartem, i gra zespołu, przy której nie może dziwić miejsce pod kreską spadkową tym razem już w I lidze.

We wszystkich trzech przypadkach można znaleźć jeden mianownik – w Ruchu, GKS-ie i Zagłębiu dużą część winy za obecną sytuację ponoszą miasta. W pierwszym przypadku gołym okiem widać brak zdecydowania w działaniu, w drugim brak kompetencji do zarządzania klubem sportowym, a w trzecim podejście kibicowskie zamiast racjonalnego.

W całej tej historii pojawia się też wątek, który można nazwać etycznym, bo akurat w Katowicach rechot z upadku Ruchu słychać było najgłośniej. A przecież przed tym, by nie śmiać się z cudzych wypadków, przestrzegają nawet ludowe przysłowia.

O realnej sile polskiej Ekstraklasy świadczą już nie subiektywne oceny, a twarde liczby. Mistrz Polski przegrał oba dwumecze w przedpokoju europejskich pucharów, a najlepszy piłkarz całej ligi opuścił ją za kwotę, której na Wyspach, gdzie trafił do średniaka drugiego szczebla rozgrywkowego, nikt nawet nie zauważył.

Oczywiście eksperci troskliwie się nad transferem Joela Valencii pochylili, analizując, czy zmniejszenie szans na awans w Lidze Europy było warte otrzymanej kwoty, użalając się jednocześnie nad brakiem lojalności cudzoziemskiego zaciągu, ale przez ten zgiełk z trudem przebijały się zdania z samego Piasta. A w nich tkwił klucz sprawy: zawodnik bardzo, ale to bardzo chciał z Gliwic odejść.

Oczywiście, że na szali leżała solidna podwyżka – swoją drogą jej proporcje dobrze jednak świadczą o ekonomii mistrzów kraju, którzy najwyraźniej nie wypłacają w pensjach więcej, niż naprawdę muszą – jednak należy wziąć pod uwagę także aspekt psychologiczny. Valencia najwyraźniej po prostu uznał, że zdobycie mistrzostwa Polski to jedyna rzecz, którą można było wygrać i wpisać sobie do CV. W dodatku w kontekście Piasta jednorazowa. Uznał też zapewne, że powtórzenie takiego sukcesu w innych barwach nie przyniesie mu już porównywalnej satysfakcji, a czekanie z transferem na kolejny eurołomot też nie miało z jego punktu widzenia większego sensu. Wsiadł więc w samolot, wymieniając się na pocieszenie gliwiczanom na czek z Brentford, który pierwszoligowymi Anglikami nie wstrząsnął, a w Piaście – klub na szczęście honorowo odrzucił dwie pierwsze groszowe i nieprzekraczające miliona funtów oferty – gwarantował znaczące podpompowanie budżetu. Nawiasem mówiąc szkoda, że ta promocja okazała się jedynym wymiernym efektem sensacyjnego triumfu klubu z Okrzei, bo działania w sferze marketingowo-piarowskiej przerosły go jeszcze wyraźniej, niż utrzymanie poziomu sportowego, co widać chociażby po frekwencji na trybunach.

Na marginesie pucharowych epizodów Piasta warto wspomnieć, że jeden z warszawskich stołecznych dziennikarzy, oceniając wyniki ekipy Waldemara Fornalika, stwierdził, że Piast mistrzostwo po prostu zmarnował. Stosując taką kategorię postrzegania, trzeba było dodać, że zmarnowane zostały także inne trofea z poprzedniego sezonu. I właśnie dlatego tacy piłkarze jak Valencia ewakuują się znad Wisły w pierwszym możliwym momencie, zabierając na pamiątkę złoty medal i statuetkę piłkarza najlepszego z przeciętnych.

Adam Kownacki i Chris Arreola pobili rekord świata w liczbie zadanych ciosów (piszemy o tym na str. 6). Tymczasem także polskie kluby ustanawiają nowe niesamowite osiągnięcia w europejskich pucharach.Kropkę nad i ma szansę postawić warszawska Legia, co byłoby godnym zwieńczeniem jej jesiennych całokształtnych starań. Jeśli wicemistrzowie kraju odpadną z Atromitosem Athinon o dwa dni poprawią dla całej Ekstraklasy wynik z poprzedniego sezonu, gdy wszyscy reprezentanci znad Wisły pożegnali się z pucharami 16 sierpnia! Wtedy zresztą rekord był jeszcze efektowniejszy, bo oznaczał postęp o 8 dni w stosunku do wcześniejszego sezonu. Tyle, że taki skok jest już mało prawdopodobny.
Aż dziw, że prowadząca rozgrywki spółka, która tak głośno chwaliła się podpisaniem najwyższego w dziejach finansowego kontraktu, nie promuje takiego scenariusza nośnym hasłem „Jeszcze nigdy tak wielu nie zrobiło tak niewiele za tak dużo” (ewentualne tantiemy przekazuję na rzecz sympatycznego Naprzodu Świbie). Taki slogan mógłby biec na górze ekranu podczas każdego spotkania ligowego, tuż obok niezmiennie – chociaż liga zapowiadała wsłuchanie się w opinie i dokonanie modyfikacji – nieestetycznej i nieczytelnej ramki z aktualnym wynikiem meczu. Oczywiście pozostaje pytanie co dalej. Jeden z internautów zasugerował, że aby poprawić wynik trzeba będzie odpadać podczas ceremonii losowania…
Nieco poważniej patrząc najbardziej deprawujący pozostaje jednak fakt, że nawet mistrzowski Piast za swoje dwa blamaże zarobił ponad 500.000 euro, co pokazuje skalę finansowej patologii w piłce, zwłaszcza gdy porównamy ją z pieniędzmi, jakie np. w siatkówce dostaje triumfator (!) Ligi Mistrzów.
Na razie jednak żyjmy teraźniejszością, więc pozostaje trzymać kciuki za Legię, co zresztą, jak przekonują jej kibice i warszawscy dziennikarze, i tak jest obowiązkiem każdego Polaka.