Archiwa kategorii: Bez kategorii

Najtrudniej powstrzymać upadek i destrukcję. Ta architektoniczna prawda obowiązuje także w świecie piłki i wyjątkowo boleśnie dotyka właśnie klubów z naszego regionu.

Z największym impetem w głąb zmierza oczywiście Ruch Chorzów, który jest przykładem skrajnym, bo tak dynamicznego i jednocześnie dramatycznej dezintegracji nie było bodaj od czasów Odry Wodzisław. W poważnych opałach na początku sezonu znajdują się jednak także ci, którzy na mecie poprzednich rozgrywek zaliczyli pierwszą degradację – GKS Katowice i Zagłębie Sosnowiec. Na Bukowej kolejny eksperyment na żywym organizmie znów przynosi opłakane skutki i znów kibice uznają, że zmiany w szatni najwyraźniej były zbyt delikatne, skoro zespół jak przegrywał tak przegrywa. Na marginesie tych sportowych perypetii katowiczanie w sobotę świętowali zadziwiający jubileusz – na własnym boisku nie wygrali meczu od… roku. Może nawet szkoda, że nie urządzono z tej niezwykłej okazji jakiejś oficjałki z zaproszeniem na murawę wszystkich, którzy dołożyli do takiego osiągnięcia swoje cegiełki.

Aż tak spektakularnego wyczynu nie ma jeszcze na swoim koncie Zagłębie Sosnowiec, co nie zmienia faktu, że od momentu awansu do Ekstraklasy klub sprawia wrażenie, jakby dosłownie uderzył wtedy za mocno głową w sufit. Zadziwiające decyzje personalne, polityka transferowa prowadzona od ściany do ściany, raz z dużym opóźnieniem, innym razem z wyraźnym falstartem, i gra zespołu, przy której nie może dziwić miejsce pod kreską spadkową tym razem już w I lidze.

We wszystkich trzech przypadkach można znaleźć jeden mianownik – w Ruchu, GKS-ie i Zagłębiu dużą część winy za obecną sytuację ponoszą miasta. W pierwszym przypadku gołym okiem widać brak zdecydowania w działaniu, w drugim brak kompetencji do zarządzania klubem sportowym, a w trzecim podejście kibicowskie zamiast racjonalnego.

W całej tej historii pojawia się też wątek, który można nazwać etycznym, bo akurat w Katowicach rechot z upadku Ruchu słychać było najgłośniej. A przecież przed tym, by nie śmiać się z cudzych wypadków, przestrzegają nawet ludowe przysłowia.

O realnej sile polskiej Ekstraklasy świadczą już nie subiektywne oceny, a twarde liczby. Mistrz Polski przegrał oba dwumecze w przedpokoju europejskich pucharów, a najlepszy piłkarz całej ligi opuścił ją za kwotę, której na Wyspach, gdzie trafił do średniaka drugiego szczebla rozgrywkowego, nikt nawet nie zauważył.

Oczywiście eksperci troskliwie się nad transferem Joela Valencii pochylili, analizując, czy zmniejszenie szans na awans w Lidze Europy było warte otrzymanej kwoty, użalając się jednocześnie nad brakiem lojalności cudzoziemskiego zaciągu, ale przez ten zgiełk z trudem przebijały się zdania z samego Piasta. A w nich tkwił klucz sprawy: zawodnik bardzo, ale to bardzo chciał z Gliwic odejść.

Oczywiście, że na szali leżała solidna podwyżka – swoją drogą jej proporcje dobrze jednak świadczą o ekonomii mistrzów kraju, którzy najwyraźniej nie wypłacają w pensjach więcej, niż naprawdę muszą – jednak należy wziąć pod uwagę także aspekt psychologiczny. Valencia najwyraźniej po prostu uznał, że zdobycie mistrzostwa Polski to jedyna rzecz, którą można było wygrać i wpisać sobie do CV. W dodatku w kontekście Piasta jednorazowa. Uznał też zapewne, że powtórzenie takiego sukcesu w innych barwach nie przyniesie mu już porównywalnej satysfakcji, a czekanie z transferem na kolejny eurołomot też nie miało z jego punktu widzenia większego sensu. Wsiadł więc w samolot, wymieniając się na pocieszenie gliwiczanom na czek z Brentford, który pierwszoligowymi Anglikami nie wstrząsnął, a w Piaście – klub na szczęście honorowo odrzucił dwie pierwsze groszowe i nieprzekraczające miliona funtów oferty – gwarantował znaczące podpompowanie budżetu. Nawiasem mówiąc szkoda, że ta promocja okazała się jedynym wymiernym efektem sensacyjnego triumfu klubu z Okrzei, bo działania w sferze marketingowo-piarowskiej przerosły go jeszcze wyraźniej, niż utrzymanie poziomu sportowego, co widać chociażby po frekwencji na trybunach.

Na marginesie pucharowych epizodów Piasta warto wspomnieć, że jeden z warszawskich stołecznych dziennikarzy, oceniając wyniki ekipy Waldemara Fornalika, stwierdził, że Piast mistrzostwo po prostu zmarnował. Stosując taką kategorię postrzegania, trzeba było dodać, że zmarnowane zostały także inne trofea z poprzedniego sezonu. I właśnie dlatego tacy piłkarze jak Valencia ewakuują się znad Wisły w pierwszym możliwym momencie, zabierając na pamiątkę złoty medal i statuetkę piłkarza najlepszego z przeciętnych.

Adam Kownacki i Chris Arreola pobili rekord świata w liczbie zadanych ciosów (piszemy o tym na str. 6). Tymczasem także polskie kluby ustanawiają nowe niesamowite osiągnięcia w europejskich pucharach.Kropkę nad i ma szansę postawić warszawska Legia, co byłoby godnym zwieńczeniem jej jesiennych całokształtnych starań. Jeśli wicemistrzowie kraju odpadną z Atromitosem Athinon o dwa dni poprawią dla całej Ekstraklasy wynik z poprzedniego sezonu, gdy wszyscy reprezentanci znad Wisły pożegnali się z pucharami 16 sierpnia! Wtedy zresztą rekord był jeszcze efektowniejszy, bo oznaczał postęp o 8 dni w stosunku do wcześniejszego sezonu. Tyle, że taki skok jest już mało prawdopodobny.
Aż dziw, że prowadząca rozgrywki spółka, która tak głośno chwaliła się podpisaniem najwyższego w dziejach finansowego kontraktu, nie promuje takiego scenariusza nośnym hasłem „Jeszcze nigdy tak wielu nie zrobiło tak niewiele za tak dużo” (ewentualne tantiemy przekazuję na rzecz sympatycznego Naprzodu Świbie). Taki slogan mógłby biec na górze ekranu podczas każdego spotkania ligowego, tuż obok niezmiennie – chociaż liga zapowiadała wsłuchanie się w opinie i dokonanie modyfikacji – nieestetycznej i nieczytelnej ramki z aktualnym wynikiem meczu. Oczywiście pozostaje pytanie co dalej. Jeden z internautów zasugerował, że aby poprawić wynik trzeba będzie odpadać podczas ceremonii losowania…
Nieco poważniej patrząc najbardziej deprawujący pozostaje jednak fakt, że nawet mistrzowski Piast za swoje dwa blamaże zarobił ponad 500.000 euro, co pokazuje skalę finansowej patologii w piłce, zwłaszcza gdy porównamy ją z pieniędzmi, jakie np. w siatkówce dostaje triumfator (!) Ligi Mistrzów.
Na razie jednak żyjmy teraźniejszością, więc pozostaje trzymać kciuki za Legię, co zresztą, jak przekonują jej kibice i warszawscy dziennikarze, i tak jest obowiązkiem każdego Polaka.

Promocja miasta. Takim wytrychem Ruch Chorzów próbuje otworzyć skarbiec w ratuszu, by przetrwać jeszcze kilka tygodni. A miasto, jak oficjalnie poinformowało, uważnie się nad tym wnioskiem pochyliło.

Nikt najwyraźniej nie zadał sobie trudu, by zwrócić uwagę na to, co jest w tym wszystkim najważniejsze. A więc na samo znaczenie słowa „promocja”. Oczywiście, że cały ten konkurs, który mógł wygrać tylko Ruch, stanowił formalną przykrywkę dla przekazania klubowi pieniędzy. Mam jednak przekonanie, że gdzieś powinny istnieć granice absurdu dotyczącego wydawania przez urzędników publicznych setek tysięcy, a może milionów złotych. I czuję podskórnie, że właśnie w Chorzowie ta bariera została osiągnięta.

Słownik Języka Polskiego definiuje promocję jako „działania zmierzające do zwiększenia popularności jakiegoś produktu lub przedsięwzięcia”. Zadajmy więc proste pytanie: w jaki sposób możemy to zastosować w kontekście Ruchu? Aby uniknąć podejrzenia o subiektywizm przeprowadziłem szybki test wśród znajomych w całej Polsce. Wyniki były jednoznaczne: klub piłkarski z Chorzowa, grający na szczeblu trzeciej ligi, do której obsunął się z Ekstraklasy w ekspresowym tempie, w żaden sposób popularności miasta nie zwiększa. Ba, jest właściwie odwrotnie. Bo Chorzów widziany przez niebieskie szkiełko jest obecnie – czas spojrzeć prawdzie w oczy – kojarzony fatalnie. Z zamykanymi gangami kiboli, porachunkami tych, którzy jeszcze chodzą na wolności, zabazgranymi murami, stadionem przynoszącym wstyd, sportowym krachem i właśnie bezmyślnym topieniem pieniędzy podatników.

Ruch, w ramach promocyjnej umowy miał nakręcić 200 spotów reklamowych i przeprowadzić 200 akcji. Miasto wyceniło taką usługę na 4 miliony złotych. Teraz zastanawia się, jaki procent klub już wykonał, i w związku z tym jaki procent kwoty docelowej już mu się należy. Tu też nikt nie zadał prostego pytania: czy ktoś z Was widział jakikolwiek filmik? A może słyszał coś o akcji, której popularność wykroczyła poza chorzowski wyremontowany Rynek?

W całej sprawie ciekawy jest także element stanowiący w tej wieloletniej rozgrywce absolutną nowość: znacząca większość kibiców już nie chce, by miasto wykładało kolejne pieniądze, które i tak niczego nie zmienią w sensie długoterminowym! A jednak to miasto nad sprawą się pochyla…

Trudno uciec od wrażenia, że chodzi tylko o to, by po całkowitym upadku klubu w jego obecnym kształcie, nie zaczęto zadawać pytań sięgających w przeszłość: dlaczego tak długo z magistratu w różny sposób finansowano prywatny klub i za publiczne pieniądze uparcie przeciągano go od jednej do kolejnej katastrofy?

Czasami najgłośniej słychać milczenie. Tak jest w kontekście haniebnych białostockich wydarzeń sprzed kilkunastu dni. Głównymi postaciami zadymy byli kibice, przede wszystkim Jagiellonii, ale dość powszechnie pojawiały się informacje o zawarciu paktu „ponad podziałami”, bodaj pierwszego na taką skalę od momentu żałoby po Janie Pawle II. Klub z Białegostoku, którego wizerunek został zszargany i sponiewierany najbardziej, długo nie raczył sprawy skomentować, ograniczając się do konstatacji, że takie koszulki, szaliki i kominiarki, w jakich występowali zadymiarze można przecież kupić w każdym sklepie z koszulkami, szalikami i kominiarkami. Uparcie ignorowano też doniesienia o wpisie kierownika zespołu, podkreślającego, że „kibice to jedyna grupa społeczna potrafiąca się zjednoczyć w słusznej sprawie”. Dopiero po naciskach mediów szefostwo klubu zareagowało, udzielając autorowi cytatu… napomnienia i sugerując, by już nie wychodził poza zakres obowiązków.
Milczy także Spółka Ekstraklasa. Najwyraźniej nie ma poczucia, że warto byłoby z przesłaniem „Nie dla rasizmu” – w rozumieniu szerszym niż tylko dotyczącym koloru skóry i wolności wyznania – wyjść poza obręb stadionów. I pokazać, że kategorycznie nie chce być kojarzona z patologią, przybierającą w społecznej świadomości – tym razem dosłownie – barwy było nie było ekstrakla-sowych akcjonariuszy.
Milczenie staje się też znakiem firmowym stacji transmitujących rozgrywki. W komentarzach pomijane są incydenty na trybunach, o racowiskach mówi się – bywa że i żartem – dopiero, gdy dym zasłania murawę, a stek bluzgów przebijających się do głośników telewizorów zasadniczo jest ignorowany. Nawet wtedy, gdy jego natężenie przekracza masę krytyczną, jak miało to miejsce np. podczas spotkania Wisły Płock z Górnikiem Zabrze.
Doprawdy, są takie sytuacje, że to mowa jest złotem, a czyny platyną. Bo w przeciwnym wypadku mamy do czynienia z podszytym tchórzostwem albo wyrachowaniem grzechem zaniechania, tożsamym z akceptacją tego, czego akceptować nie wolno.

M istrz Polski na inauguracyjny mecz nowego sezonu nie potrafi przyciągnąć na stadion nawet 5.000 osób, a odliczając grupę kibiców gości (771 osób) liczba miejscowych zaczyna przypominać błąd statystyczny. W Gliwicach, które dysponują rozsądnie „uszytym” stadionem, bez jakiegokolwiek rozpasania, to niestety norma. Nie zmieniły tego ani awanse do Ekstraklasy, ani pierwsze kroki w Europie, ani historyczny ubiegłosezonowy fantastyczny triumf, ani kwalifikacje Ligi Mistrzów…
Patrząc zdroworozsądkowo trudno to zrozumieć, ale na tle całej polskiej ligi Piast bynajmniej nie stanowi samotnej ciemnej wyspy. Powrót ligi – liczby nie kłamią – ucieszył 56.702 osoby. Na każdy mecz czekało średnio 8.100 kibiców, przy czym żadne ze spotkań nie przyciągnęło więcej niż 15.000 kibiców.
W takim kontekście działania Ekstraklasy, która potrafiła sprzedać prawa do transmisji za rekordowo duże pieniądze, trzeba uznać za absolutny majstersztyk. Pojawia się jednak pytanie: dlaczego mając do dyspozycji taką górę gotówki tak mocno zaoszczędzono na ozdobnikach graficznych? Nowe, szumnie zapowiadane zmiany – oczywiście de gustibus non est disputan-dum, ale korzystam z prawa do publicznego wyrażenia własnej opinii – wyglądają, to chyba najlepsze słowo, prymitywnie. Rewolucję zapowiadano jako wyjście w kierunku młodych ludzi, którzy na co dzień obcują z komputerową grafiką, ale twórcy elementów zamiast sięgnąć do współczesnych możliwości cofnęli się do epoki pikselowych obrazków produkowanych przez sprzęt marki Spectrum, Atari czy innego Commodore, a dobór kolorów stanowi nie lada wyzwanie zwłaszcza dla mężczyzn rozpoznających i nazywających tylko podstawową paletę barw. Po chwili zastanowienia pojawia się jednakrefleksja, że może w ten sposób podjęto podprogową grę z odbiorcami? W końcu poziom polskich zespołów, co widać w rozgrzewkowych fazach europejskich pucharów, też zatrzymał się w czasie. ą

Nie szata zdobi piłkarza, ale grać bez szaty jednak nieco… łyso. Tymczasem w śląskich klubach przed sezonem zapanował kryzys odzieżowy.

Flagowym przypadkiem okazał się Raków Częstochowa. O tym, że beniaminek Ekstraklasy nie ma własnego stadionu (w sensie obiektu spełniającego minimalne wymogi licencyjne), wiadomo było od dawna, ale że jego piłkarze nie mają koszulek, okazało się dopiero przy okazji prezentacji drużyny. Czerwone T-shirty nie prezentowały się – mówiąc delikatnie – szczególnie efektownie, a już na pewno rzeczywiście nie nadawały się do pokazania ich światu przy okazji tradycyjnego przedsezonowego zdjęcia grupowego. Stanowiącego przecież znakomitą okazję, by zaprezentować się z jak najlepszej strony i przy okazji połechtać sponsorów oraz partnerów widocznych na trykotach. Ta operacja okazała się w Rakowie niewykonalna ze względu na – jak przyznał na Twitterze właściciel klubu, Michał Świerczewski – zbyt małe zatrudnienie w klubie osób kompetentnych. No cóż, pod Jasną Górą dość powszechna jest wiara w cuda, jednak tym razem szanse na nadnaturalne spełnienie marzeń były zerowe. Pozostaje jedynie pytanie, czy Michał Świerczewski tłumacząc się kibicom, miał na myśli brak na rakowskiej liście płac szwaczki i krawcowej?

Gorączka tekstylna trwała nie tylko w Częstochowie, ale także w kilku innych klubach różnych szczebli, które po prostu zbyt późno zorientowały się, że kwestie sprzętowe, w przeciwieństwie do wakacyjnych wyjazdów, nie powinny być załatwiane w systemie last minute. Zwłaszcza jeśli wybiera się komplety z podstawowych tanich katalogów, a nie – jak Borussia Dortmund – z szafy premium, gdzie na półkach leży 30 milionów euro za używanie koszulek (i spodenek) w każdym z dziesięciu zakontraktowanych sezonów.

Co więcej, sporo wskazuje na to, że dla takich lig jak polska nadchodzą naprawdę ciężkie czasy. Największe koncerny coraz wyraźniej koncentrują się właśnie na najpoważniejszych markach i trend ten – zdaniem ekspertów – będzie coraz wyraźniejszy. Do słabych trafiać będzie coraz bardziej ograniczona i coraz mniej okazyjna oferta. A w przypadku naszych futbolowych graczy sprawa na pewno nie wygląda różowo zarówno ze względu na jakość gry, jak i na frekwencję na trybunach. Oraz na fakt nikłego zainteresowania kibiców posiadaniem oryginalnych, i siłą rzeczy dość kosztownych, koszulek, co można odczytać z raportów finansowych w rubrykach zestawiających dochody komercyjne klubów. Niedługo może się więc okazać, że polski piłkarski król faktycznie jest nagi.

Kilkanaście dni temu w „Przeglądzie Sportowym” ukazał się tekst o Anicie Włodarczyk, trenującej w stanowiącej de facto ruinę hali warszawskiej Skry. Materiał przefrunął przez przestrzenie internetu, większość czytelników potraktowała go w kategoriach romantycznej historii o wielkiej mistrzyni, która kolejne złoto wykuwa w ekstremalnie trudnych warunkach. Tymczasem jest w tej opowieści pewna zagwozdka – gwiazda rzutu młotem niedawno podpisała przecież kontrakt z AZS AWF Katowice, zostając przy okazji ambasadorem Stadionu Śląskiego i całego naszego województwa.

Do dziś nie ujawniono wysokości opłaconego z publicznych pieniędzy transferu. Taka tajemnica sprzyja plotkom mówiącym o kwocie robiącej wrażenie porównywalne z frunącym na odległość 82,98 m czterokilogramowym żelastwem, rzuconym przez Włodarczyk, gdy biła rekord świata. Tak czy inaczej dziwić musi fakt, że marszałek województwa wespół z wiceprezesem Stadionu Śląskiego (kadencja prezesa Krzysztofa Klimosza dobiegła końca, po czym on sam zgodził się na dopisanie do stanowiska przydomka „wice”, by ustąpić pola wskazanemu przez polityczne władze następcy, którym ma być podobno Jan Widera) nie zareagowali na poczynania Włodarczyk. Czy nie byłoby oczywistym, a jednocześnie znakomitym PiaRowo posunięciem ściągnięcie mistrzyni, a za nią tłumu reporterów i kamerzystów, do Metropolii, by skorzystała ze znakomitej bazy, której wszak sama nie mogła się nachwalić po podpisaniu umowy? Zwłaszcza że w stanowiącym punkt wyjścia tego felietonu tekście Ryszarda Opiatowskiego, pojawia się cytat Krzysztofa Kaliszew-skiego, prezesa Skry: „Normalnie godzina wynajmu hali kosztuje 500 złotych. Możecie napisać, że zawodniczka AZS AWF Katowice trenuje tutaj pokątnie”. Dla czytelników nieobcujących na co dzień z lekką atletyką przekaz był jasny – zawodniczka śląskiego klubu, aby budować formę na największe imprezy, musi się tułać po stołecznych ruinach.

Zwróciłem na ten fakt uwagę publicznie, na Twitterze. I być może to przypadek, ale wkrótce potem galeria zdjęć z tamtego treningu, zamieszczona pierwotnie na portalu sportowefakty.wp.pl, zwyczajnie… znikła. W przyrodzie całkowicie jednak nic nie ginie, więc sprawa Włodarczyk zdecydowanie pozostaje aktualna.

A tak na marginesie, ale a propos Stadionu Śląskiego. Wokół bieżącego funkcjonowania tego obiektu rodzi się coraz więcej coraz ciekawszych pytań. Niektóre już wkrótce zadamy bezpośrednio w Urzędzie Marszałkowskim. Zapewne znajdzie się wśród nich także to o kontrakt Anity Włodarczyk…

300.000 złotych. Za taką kwotę miasto Katowice postanowiło pogrzebać stuletni klub z Brynowa. Historia Rozwoju dobiega właśnie końca, ponieważ z rzeki pieniędzy płynącej do GKS-u nie zdecydowano się na wyłowienie wspomnianej na wstępie kwoty, by uratować starszego brata klubu z Bukowej. Tego, którym tak chętnie chwalono się na salonach, gdy była mowa o szkolenieniu młodzieży ze sztandarowym przykładem „rozwojowego” Arkadiusza Milika.
W sezonie 2015/16 w I lidze doszło do historycznych derbów pomiędzy GKS-em iRozwojem. Trzy lata później oba kluby zaliczyły degradację – pierwszy spadł do II, a drugi do III ligi. GKS tonął wyładowany po brzegi publicznymi pieniędzmi (25 milionów na wszystkie sekcje), na bezpłatnym – z nazwy miejskim, w praktyce własnym – stadionie, Rozwój przypominał dziurawą łajbę i umierał na trawniku, za który musiał słono płacić kiedyś kopalni Wujek, a obecnie Spółce Restrukturyzacji Kopalń.Firmie za nic mającej sportową część historii owianej tragiczną chwałą sąsiedniej „gruby” i czekającej na zgon klubu, by podpisać ukratywną umowę z deweloperami ostrzącymi sobie zęby na miejsce, gdzie jeszcze w 2018/19 toczył się bój z Górnikiem Zabrze o ćwierćfinał Pucharu Polski.
Katowice, w sensie władz miasta, z Rozwojem problemy miały od dawna. Kulminacja nastąpiła w momencie, gdy ekipa z Brynowa awansowała do tej samej ligi, w której tkwił GKS. Nagle bowiem skomplikowała się jasna dotychczas zasada przyznawania hojnej dotacji za promocję poprzez sport, trafiającej do najwyżej grającego klubu, czyli etatowo do kasy GieKSy właśnie. Aby rozwiązać dylemat sięgnięto po rozwiązanie ostateczne: przypomniano, że to GKS jest klubem całego miasta, a Rozwój nie. Nie pomogły żadne sprytne manewry brynowian, nie pomogło oficjalne podpisanie umowy o współpracy przez ówczesnych prezesów Wojciecha Cygana i Zbigniewa Waśkiewicza, nie pomogły demonstracje koszulkowe piłkarzy. Władze miasta trwały w okopach i odetchnęły z ulgą po spadku Rozwoju, gdy sytuacja wróciła do normy.
To prawda, że Rozwój podleciał wtedy zbyt wysoko jak na swoje możliwości, ale spadł – to dobre słowo – uczciwie, wciąz trzymając w ryzach finanse i ambicje. Także dlatego, że jego zarząd, w przeciwieństwie do GKS-owego, za długi odpowiadał własnym majątkiem. Czy pierwszoligowa przygoda była warta świeczki pozostanie kwestią dyskusyjną. Nie podlega natomiast dyskusji fakt, że przy budżetowym rozpasaniu wobec GKS-u, 300.000 złotych o jakie Rozwój prosił od grudnia, należało po prostu znaleźć. Skoro na początku roku zdołano uratować zadłużoną po uszy sekcję hokejową, zrzucając te obciążenia na spółkę z Bukowej, do której formalnie Tauron KH jeszcze nie należał, przeprowadzenie operacji ratowania Rozwoju nie powinno stanowić dla miejskich księgowych większego wyzwania.
Aby postawić sprawę jasno: stoję na stanowisku, że samorządy nie powinny finansować żadnej formy zawodowego sportu. Ale jeśli już decydują się na taką politykę, to powinny ją realizować sprawiedliwie, zwłaszcza, że w ostatnich latach dzięki Milikowi to nazwa Rozwoju padała w Polsce częściej niż GKS-u, a już na pewno w lepszym kontekście.

Ta historia jest tak dziwna, że aż straszna. Polska wygrała z nikim i za cztery lata zorganizuje Igrzyska Europejskie. No, może nie cała Polska, tylko Kraków, któremu tę imprezę wciśnięto z Warszawy i który o niczym właściwie nie wie, a już najmniej o pieniądzach, jakie trzeba na tę imprezę wyłożyć.
Jeśli Państwo akurat przegapili, to obecna, druga w historii, edycja tych starokontynentalnych igrzysk trwa właśnie w Mińsku. Przegapić ją można faktycznie łatwo, bo w tym samym czasie najlepsi sportowcy startują w innych miejscach globu, czego przykładem są koszykarze formuły trzech na trzech, którzy równolegle z białoruskimi zmaganiami rozgrywali swoje mistrzostwa świata w Amsterdamie, gdzie Polska sięgnęła po brązowy medal. Gwiazdy lekkiej atletyki też podróżują obecnie po intratnych mityngach, kolarze jeżdżą w tourach, itp., itd.
Nie chodzi jednak o deprecjonowanie tych zawodów, których sens od początku poddawano w wątpliwość i zderzano z mistrzostwami Europy w poszczególnych dyscyplinach (niektóre poszły na kompromis i postanowiły uznać za takowe rywalizację na IE, oszczędzając zapewne nieco pieniędzy wydawanych zazwyczaj na organizację), ale o sam sens ściągania jej do Krakowa. Okazało się otóż, że pomysł ten był przede wszystkim ideą nieobleczoną w jakiekolwiek materialne szaty. Nikt na przykład nie wie, ile taka zabawa ma kosztować i skąd te pieniądze w ogóle wziąć. Polski Komitet Olimpijski, który inicjatywie udzielił błogosławieństwa, ucieka od odpowiedzi, twierdząc, że obecnie najważniejsze są zmagania w Mińsku, a do kwestii krakowskiej przejdziemy później. Natomiast sam rząd – pomysł jest podobno autorstwa znanego z zamiłowania do Formuły 1 premiera Mateusza Morawieckiego i bliżej nieznanej z aktualnych sportowych pasji wicepremier Beaty Szydło – nie odpowiada na pytania w ogóle. Marszałek województwa małopolskiego też najwyraźniej zaniemówił ze szczęścia po zwycięstwie, które Kraków odniósł walkowerem, za to samorządowy prezydent miasta ogłosił, że się cieszy, ale przepłacać za tę stołeczną fanaberię nie ma zamiaru.
Cała sprawa wyraźnie dopiero się rozkręca, ale już widać, że pierwszą konkurencją będzie przerzucanie odpowiedzialności. Oczywiście, niewykluczona jest nawet ostateczna kompromitacja w postaci rezygnacji z organizacji, gdy ktoś sięgnie po kalkulator i oszacuje stosunek kosztów do sensu ich ponoszenia, ale to akurat wydaje się najmniej prawdopodobne. Historia skończy się zapewne, jak w przypadku Roberta Kubicy, publiczną olbrzymią daniną na rzecz zrealizowania igrzysk zafundowanych przez polityków ludowi za jego pieniądze…