Archiwa kategorii: Bez kategorii

Cieszę się, że reprezentacja nie uległa presji kibiców i starała się rozgrywać piłkę do ostatniej chwili- oświadczył Jerzy Brzęczek po meczu z Irlandią, za obejrzenie którego wspomniani przez niego kibice zapłacili z własnej kieszeni od 70 do 120 złotych. W zamian dostali kiepskiej jakości produkt, szansę na oklaskiwanie Jakuba Błaszczykowskiego otrzymującego zaległą paterę za 100 meczów kadrze oraz widok na ławkę rezerwowych, na której siedzieli m.in. Robert Lewandowski i Andrzej Woźniak, kojarzony we Wrocławiu z doprowadzenia do prokuratury prowadzącej śledztwo w aferze korupcyjnej.

„Presja”, wyrażana w formie gwizdów, nie na wiele się zdała, a ci, którzy tworzyli najmniejszą w historii wrocławskiego stadionu grupę widzów na meczu kadry, bynajmniej nie znajdowali się w tak świetnym nastroju jak szkoleniowiec kadry. Dla nich wtorkowe spotkanie stanowiło kontynuację mundialu, na którym reprezentacja straciła o wiele więcej niż kilka punktów i goli. Tym wyraźniej więc przytoczone na wstępie słowa Brzęczka wpisały się w wakacyjną narrację kadrowiczów- z kulminacją w postaci palca narzeczonej w wiadomym miejscu Grzegorza Krychowiaka – doprowadzających niedawnych jeszcze fanów do stanu wrzenia.

Odbudowywanie zaufania, o którym tak często mówiono w kontekście nominacji nowego szkoleniowca póki co przypomina plac budowy z serialu Alternatywy 4.

Krytycy Adama Nawałki często podkreślali, że jedną z jego słabszych stron stanowiło wyczucie momentu na dokonanie zmian. Zwlekał z nimi do ostatniej chwili, a znakomitą ilustracją tej pięty achillesowej był obrazek zamykający jego selek-cjonerską karierę, czyli śmieszno-straszne próby wprowadzenia Jakuba Błaszczykowskiego na boisko w meczu z Japonią.

W inaugurującym pracę Jerzego Brzęczka spotkaniu z Włochami temat zmian znów stał się kwestią numer jeden. Nie sposób przecież ukryć, że w dużej mierze właśnie przez nie straciliśmy szansę na historyczne pierwsze zwycięstwo nad Italią na jej terenie. O ile ściągnięcie z boiska Piotra Zielińskiego okazało się spełnieniem prośby samego zawodnika to utrzymanie na nim Błaszczy-kowskiego, mającego oczywisty problem z wyczuciem gry, było błędem z gatunku kardynalnych. W dodatku Brzęczek nie skorzystał z oczywistych zmienników pierwszego wyboru, czyli Arkadiusza Milika lub Krzysztofa Piątka, jedynych zawodników dających nadzieję na zadanie rozstrzygającego trafienia słabym tego dnia Włochom.

Nie do końca można zrozumieć także decyzje dotyczące bramkarzy. Rozpisanie z góry obsady bramki w kolejnych meczach raczej nie wpłynie pozytywnie na rywalizację na treningach i robi kolejną krzywdę Łukaszowi Fabiańskiemu…
Generalnie debiut Brzęczka trzeba uznać za udany, ale w tej grze zawsze chodzi o to, by plusy nie przesłoniły minusów…

Nic na to nie poradzę, ale podczas lektury raportu, który miał wyjaśnić przyczyny mundialowej klęski, stawał mi przed oczami fragment pewnego pamiętnego filmu. Dokładniej rzecz biorąc tego, na którym Adam Nawałka (jeszcze w Górniku Zabrze) powtarza do swojego asystenta Marcina Prasoła „Zapisz to, faken”. Nie mogę mieć oczywiście pewności, ale też nie zdziwiłbym się, gdyby ten najbardziej oczekiwany w ostatnich tygodniach dokument powstawał w podobny sposób, tyle, że w funkcję kronikarza wcielał się Tomasz Iwan.

O merytorycznej warstwie raportu powiedziano i napisano już niemal wszystko, ale również istotny był przecież język i styl, jakim mundialową operację opisano. Błędy rzeczowe (np. Arkadiusz Reca figuruje na liście piłkarzy objętych monitorin-giem dwukrotnie – pod numerami 30 i 52) i stylistyczne („we Rosji”) zostały przyćmione przez „opisy przyrody”. Niestety, także i one pozostawiły czytelników z niedosytem, bo zabrakło w nich szczegółów dotyczących umeblowania hotelowych apartamentów i rysunków miejsc zajmowanych w samolocie przez poszczególnych członków kadry.

Oczywiście wyzłośliwianie się jest nie tylko najprostsze, ale i – sądząc po mediach społecznościowych – zgodne z obowiązującymi trendami. Największe pretensje autorzy raportu i oburzeni takimi reakcjami szefowie PZPN powinni mieć jednak nie do dziennikarzy i kibiców, a do… Niemców. To przez nich przecież ten cały galimatias. Gdyby Joachim Loew nie wpadł na szatański plan publicznego wyprania brudów i gdyby nie zrobił tego, wspólnie z menedżerem Oliverem Bierhoffem, w dodatku w sposób ze wszech miar interesujący, Nawałkowy raport do teraz zapewne leżałby w szufladzie któregoś z biurek na Bitwy Warszawskiej (adres siedziby PZPN – przyp. autora). A tak presja przekroczyła stan krytyczny i jedynym wyjściem, by ją zdetonować, było pokazanie tych zapisków światu. Niemcy zresztą w podłożonej minie schowali jeszcze jedną pułapkę – podkreślili, że ich reprezentacja za bardzo oddaliła się od kibiców i zbyt wiele związanych z nią spraw działo się za zamkniętymi drzwiami. A to już wyglądało na bezczelną wręcz zaczepkę pod adresem Biało-Czerwonych, którzy chcąc nie chcąc też musieli pokazać (jak się okazało niestety), żeśmy nie gęsi i swój język mamy.

No cóż, jeden ze swoich komentarzy z Euro 2016 poświęciłem Loewowi, a tekst nosił tytuł „Obrzydliwiec ze Szwarcwaldu”. Nie przypuszczałem jednak wtedy, że jest zdolny do aż tak wyrafinowanej intrygi.

We wrześniu 2017 roku prezydent Katowic, Marcin Krupa, występując w roli właściciela GKS-u, oświadczył w katowickim „Sporcie”, że sezon można uznać za stracony. Słowa te wywołały burzę, zespół z Bukowej nagle wrócił do gry, ale koniec końców skończyło się jak zawsze, czyli na zmarnowanej szansie awansu.

Na spotkaniu po rozgrywkach najważniejszy z samorządowców sprawiał wrażenie zirytowanego tym faktem, ale koniec końców znów zaufał ludziom z klubu, którzy wykorzystując frustrację kibiców dokonali w szatni prawdziwej rewolucji, wymieniając w niej niemal całą ekipę. Dyrektor sportowy Tadeusz Bartnik i trener Jacek Paszulewicz podkreślali, że wszystkich nowych zawodników dobierali według bardzo precyzyjnych kryteriów zawartych w (jeśli dobrze zapamiętałem) 21 punktach, z których najważniejsze określały cechy charakteru, jakie muszą posiadać piłkarze, by być godnymi noszenia koszulek z godłem GieKSy.

Skala zmian, w połączeniu z krótkim okresem przygotowawczym oraz niewielką siłą przebicia katowickiego klubu na transferowym rynku (złożyły się na to czynniki nie tylko ekonomiczne, także fama o presji z trybun oraz opinie piłkarzy odchodzących z klubu) sprawiały jednak, że poziom ryzyka był olbrzymi. Po blisko ćwiartce sezonu widać, że ani Bartnik, ani Paszulewicz, nie oszacowali go właściwie. Słowa szkoleniowca o tym, że zespół znajduje się daleko od miejsca, jakie zakładano przed sezonem, to wyjątkowo delikatne określenie sytuacji na Bukowej, pogłębianej wrażeniem przypadkowości przy wyborach wyjściowych jedenastek na poszczególne mecze.

Prezydent miasta nie podzielił się jeszcze refleksjami na temat GKS-u, ale kolejne zmiany wiszą podobno w powietrzu. Jeśli do nich rzeczywiście dojdzie powinny być równie szerokie, jak te dokonane w ostatnich tygodniach w szatni. Bo ani nowi zawodnicy, ani ich szkoleniowiec, nie zmaterializowali się na Bukowej znienacka za pośrednictwem tajemniczego transportera ze Star Treka.

Najpierw Jerzy Brzęczek strzelił sobie w kolano wciągając do reprezentacji Polski skazanego za znaczący udział w aferze korupcyjnej Andrzeja Woźniaka. Wchodząc na własną prośbę na medialne pole minowe szkoleniowiec musiał zdawać sobie sprawę, że tradycyjny kredyt zaufania nowego selekcjonera został poważnie nadszarpnięty. Patrząc na reakcje po pierwszym wyborze kadrowiczów wygląda na to, że zniknął już całkiem…

Nie chodzi oczywiście o krytykę ze strony Jana Tomaszewskiego, bo akurat były znakomity bramkarz i kiepski poseł na sejm RP po prostu z wygłaszania takich tez żyje, ale o powszechne wrażenie związane ze sprzecznościami wyboru. Postawienie na Jakuba Błaszczykowskiego stoi przecież w kontrze do pominięcia Kamila Grosickiego, skoro obaj jadą ostatnio na takim samym futbolowym wózku, a właściwie obaj obok niego maszerują. Brzęczek na własne życzenie znów wyszedł wprost pod lufy krytyków, wiedząc, że zdania o rodzinnych powiązaniach tym razem zabrzmią jak prokuratorskie zarzuty.

Dodając do tego zrozumiałą, ale cichszą już dyskusję nad wpłynięciem do kadry nowej fali z Wisły Płock nie mam wątpliwości, że mecze Ligi Narodów nie będą, przynajmniej dla kibiców i dziennikarzy, zwykłymi testami przed eliminacjami mistrzostw Europy, a poważną weryfikacją nowego opiekuna Biało-Czerwonych.

A propos wspomnianego na marginesie Adama Nawałki. Cisza wokół rozliczenia mundialu ukoronowanego hańbiącą końcówką spotkania z Japonią wciąż nie została przerwana. Tymczasem w minioną środę w Niemczech Joachim Loew przez blisko dwie godziny publicznie tłumaczył rosyjską klęskę Niemców. Przyczyn porażki szukał i w szczegółach (od przyjęcia piłki do jej oddania mijało średnio 1,6 sekundy, wobec 1,2 sekundy w 2014), i w ogółach, takich jak uznanie fazy grupowej za formalność). Polscy kibice widać na taką analizę nie zasługują. Dlatego też przy okazji Ligi Narodów rodzi się pytanie czy Stadion Śląski nie zamieni się w miejsce frekwencyjnego rozliczenia kadry za rosyjski blamaż…

O tym, że mecz dwóch GKS-ów, z Katowic i Jastrzębia, wiązał się z ryzykiem awantur wiedzieli niemal wszyscy. Na trybunach rzeczywiście było gorąco – dosłownie i w przenośni, bo na sektorze gości szaliki płonęły otwartym ogniem, a kibole z obu stron przeprowadzali systematyczne testy wytrzymałości płotów i bram dzielących ich od adwersarzy. Według informacji z policji katowiczanie dokonali też próby manewru okrążającego, co zakończyło się starciem z funkcjonariuszami na boisku treningowym za „Blaszokiem”. Sam mecz na kilkadziesiąt sekund został z kolei przerwany po tym, jak ochroniarzy obrzucono kijami od flag.

Wszystkie te wydarzenia nie stanowiły wielkiego zaskoczenia, ale zamieniły się w istotne pytanie – dlaczego wojewoda śląski, który dość często i to „last minute”, zamykał stadiony przed kibicami gości w meczach, których potencjał niebezpieczeństw był dużo mniejszy, tym razem nie zastosował takiej procedury? Odpowiedź może być oczywiście banalna – zarządca województwa rozleniwił się ostatnimi upalnymi dniami wakacji, ewentualnie zawiodła komunikacja ze strony odpowiednich służb, w których – jak wieść gminna głosi – pojawili się ludzie, dopiero uczący się regionalnej specyfiki związanej z zagęszczeniem antagonizmów kibolskich.

Jest jednak także inna opcja, granicząca niebezpiecznie z teorią spiskową. Mianowicie taka, że wojewoda postanowił dać szalikowcom szansę, by udowodnili, że jego dotychczasowe postępowanie było słuszne. Tyle, że podobna zabawa, chociaż zakończona wynikiem zgodnym z oczekiwaniami, oznaczałaby grę wyjątkowo niebezpieczną dla osób postronnych. A w taki cynizm urzędnika państwowego nie chcielibyśmy uwierzyć…

Tak czy inaczej derby obu klubów powinny być kolejnym przyczynkiem do dyskusji na temat administracyjnego odgórnego zakazu uczestnictwa kibiców gości we wszystkich ligowych meczach. Dotychczasowej loterii, zarówno decyzyjnej, jak i organizacyjnej, chyba wszyscy mają już serdecznie dosyć.

Mike Tyson z biało-czerwoną opaską, opowiadający o Powstaniu Warszawskim… Oglądałem, słuchałem i nie mogłem uciec od obrazu byłego mistrza świata wagi ciężkiej z książki „Mike Tyson. Moja prawda” (wydawnictwo SQN). Pełnej ćpania, alkoholu, problemów z prawem, przypadkowego seksu, awantur z najbliższymi, bijatyk i klimatów ulicznych gangów…

Wybór Bestii do takiego spotu był nieoczywisty, poza pewnością, że za odpowiednie honorarium Tyson powie wszystko, sfotografuje się z każdym i pojedzie wszędzie. Problem polega na tym, że w efekcie jego wiarygodność jest na poziomie ringowej maty, a wypowiadane słowa traktowane jak – nie przymierzając – futbolowe tyrady Jana Tomaszewskiego. W tym całym procederze można mieć tylko nadzieję, że sam Tyson chociażby szczątkowo zapamiętał to, co przyszło mu odczytać, a zasadniczy cel jego występu był inny niż w „Kac Vegas” („Wystąpiłem w tym filmie tylko po to, żeby mieć pieniądze na narkotyki. Cały czas byłem wtedy na dużym haju…”).

Efektem ubocznym aktorskiego popisu naćpanego pięściarza, którego kulminacją było odśpiewanie „In The Air Tonight” Phila Collinsa, okazało się przekonanie Malika Abdula Aziza (tak nazwał się Tyson po przejściu na islam) o własnym wrodzonym aktorskim talencie, który właśnie doprowadził go do powstańczej gawędy.

Fundator tego spotu, obserwując skalę reakcji na swoje dzieło, może oczywiście uznać, że cel został osiągnięty. Pytanie jednak brzmi: czy burza nie ma czasem zasięgu jedynie lokalnego? Bo na razie wszystkie jej echa słychać jedynie nad Wisłą. A tu akurat o Powstaniu Warszawskim nikomu przypominać nie trzeba. W przeciwieństwie na przykład do powstań śląskich.

Swoją drogą, wyobrażacie sobie Tysona opowiadającego o masakrze dokonanej przez Grenzschutz w kopalni Mysłowice? I to po śląsku? Pewnie kosztowałoby to słono, ale w tym przypadku byłoby bezcenne z punktu widzenia edukowania nie świata, a Polski.

Warszawskie media uważają sprawę za przesądzoną. Ich zdaniem w środę nowym szkoleniowcem Legii zostanie Adam Nawałka.

Dziwne, że nikt nie zadaje najbardziej oczywistego pytania: po co niedawny jeszcze selekcjoner reprezentacji Polski wchodzi do tak rwącej rzeki, zamiast chwilę odpocząć i ponapawać się rolą środowiskowego mentora?

Oczywiście odpowiedzi mogą być różne. Może Nawałka jest po prostu uzależniony od adrenaliny, jaką daje tylko praca na ławce przy linii bocznej? A może wciąż doskwiera mu brak realnych klubowych sukcesów i uznał, że po mistrzostwo kraju sięgnie albo wcale, albo właśnie na Łazienkowskiej? W każdym razie nie robi tego chyba tylko dla pieniędzy, bo przez kilka lat pracy z kadrą powinna mu się uzbierać solidna górka oszczędności (chyba, że prawdą są plotki o Biało-Czerwonym pogromie ze strony firmy GetBack, ale na razie nie sposób ich zweryfikować).

Tak czy inaczej, praca w Legii to duże ryzyko dla obu stron. Nawałka ma do stracenia nie tylko sympatię wielu kibiców, których jednoczy niechęć do stołecznego klubu, ale także znaczną część swojego prestiżu w przypadku niepowodzenia misji. Druga strona z kolei rzuca na szalę mnóstwo pieniędzy, bo przecież sam Nawałka do tanich nie należy, a do tego tradycyjnie skompletuje wokół siebie bardzo liczny sztab, stanowiący jeden z jego znaków firmowych. W przypadku braku awansu do fazy grupowej Ligi Mistrzów może to oznaczać wielką dziurę budżetową, a gdyby Legii powinęła się noga także w Lidze Europy katastrofa mogłaby przypominać apokalipsę.

No cóż, nie mój cyrk, nie moje małpy (proszę się nie obrażać, to nie ad personam, tak przecież brzmi znane powiedzenie)… Zresztą zarządzanie w polskich klubach należy do zupełnie innej dziedziny nauk ekonomicznych niż tych funkcjonujących w normalnym świecie. I aż się prosi o wydanie książkowe dla studentów. Stosowny podręcznik mógłby firmować niedościgły wzorzec, dożywotni dziekan korpusu kreatywnych prezesów, czyli Dariusz Smagorowicz.

Jerzy Brzęczek na starcie swojej selekcjonerskiej kariery popełnił błąd poważniejszy nawet niż strata piłki w spotkaniu ze Szwecją. Tym razem sam pognał na własną bramkę i pomimo licznych nawoływań dopełnił dzieła golem samobójczym.

Trudno doprawdy w inny sposób zinterpretować absurdalny upór dotyczący powołania Andrzeja Woźniaka na stanowisko trenera bramkarzy w reprezentacji Polski. Człowieka, który w zorganizowanej grupie przestępczej odgrywał rolę bynajmniej nie pionka, a później znany był szerzej jako Andrzej W. (nie mylić z innym bramkarzem, Bodziem W., który skracał się na koszulkach z własnej woli). Argument, że Woźniak swoje winy odpokutował nie powinien przekładać się na sferę reprezentacyjną, a słowa Brzęczka, że „wciąż ponosi konsekwencje, moim zdaniem niesłusznie” były absolutnie skandaliczne.

Nie wiem, czy nowy selekcjoner przed podjęciem decyzji, albo przynajmniej w momencie, gdy mógł się z niej honorowo wycofać, przeczytał akt oskarżenia, który zakończył się wyrokiem 2,5 roku więzienia w zawieszeniu na trzy lata, grzywną w wysokości 30.000 złotych i zakazem pracy w profesjonalnym sporcie przez rok.
Dominik Panek, niestrudzony kronikarz najmroczniejszych lat polskiego futbolu, autor bloga pilkarskamafia.blogspot.com, na szczęście zachowuje takie rzeczy dla potomności. Warto więc przypomnieć, że człowiek, któremu Brzęczek powierzył szkolenie najlepszych polskich bramkarzy, nie był tylko ofiarą systemu sterowanego przez „Fryzjera”, a jednym z czynnych uczestników.

Podczas pracy w Koronie Kielce razem z Andrzejem B. („człowiekiem ze znajomościami w świecie sędziów i obserwatorów”) oraz z trenerem Dariuszem W., „mieli ustalić, które mecze ustawić, a także w których spotkaniach wesprzeć rywali kieleckiego zespołu”. Pieniądze na ten cel pochodziły od zawodników, którzy przekazywali szkoleniowcom swoje premie „w ustalonej wysokości”. I tu dochodzimy do wyjątkowo paskudnej kwestii. Arkadiusz B., kapitan drużyny zeznał. że panowie W. brali udział w składkach, płacąc tyle, ile wynosiły premie zawodników podstawowej jedenastki, ale… „W przypadkach, gdy oprócz premii, mieliśmy przynosić dodatkowe pieniądze, to zwłaszcza młodzi, mniej zarabiający zawodnicy, ich nie mieli . Wówczas pożyczali i zakładali za nich pieniądze właśnie W. i W. Ci młodzi zawodnicy później im te pieniądze zwracali.”.

Krótko mówiąc obecny członek sztabu reprezentacji Polski pożyczał młodym zawodnikom pieniądze na łapówki… Jeśli po tym zdaniu Brzęczek nie zauważył jaskrawo świecącego znaku „stop”, to trudno interpretować sprawę inaczej niż jako przejaw chęci udowodnienia całemu światu, że nikt i nic nie jest w stanie zmienić raz przez niego podjętej decyzji, choćby ta oznaczała krok w przepaść.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. Media społecznościowe zawrzały, fora kibiców też. Przewaga głosów negatywnych przypominała sejmową PiS-owską większość. Przede wszystkim stało się jasne, że każda wpadka kadry, a już na pewno w przypadku, gdy błąd popełni jej golkiper, wywoła falę precyzyjnie wymierzonego hejtu, z którym trudno będzie poradzić sobie i Woźniakowi, i samemu Brzęczkowi.Kilka trafień obaj panowie już zresztą zaliczyli. Jak chociażby to z Twittera: „Trenerem reprezentacji Polski został gość który był skazany za korupcję w piłce. Ja aby uzyskać licencję trenerską UEFA muszę przedstawić zaświadczenie o niekaralności #hipokryzja”.

Bo mówiąc o odpokutowaniu selekcjoner powinien pamiętać, że istnieją grzechy śmiertelne. Proceder korupcyjny nieodwracalnie złamał kariery wielu młodym zawodnikom i trenerom, a całą polską piłkę wrzucił do szamba. Także rękami Andrzeja Woźniaka.

Sezon właśnie się rozpoczął, a Rafał Kurzawa, zamiast wrzucać piłkę na czubek buta Igora Angulo, siedzi na kanapie z pilotem w ręku. Pomocnik Górnika doświadcza na własnej skórze, jak postrzegana jest w Europie polska Ekstraklasa.

Najlepszy „asystent” ligi, który swoje możliwości potwierdził na mundialu w meczu o pietruszkę, żegnał się z Zabrzem w atmosferze tajemnicy. Nie przedłużył umowy na Roosevelta, ale nie ujawnił kierunku, w którym zamierza się udać. Bąknął jedynie, że przyszedł czas, by spróbować sił w lidze zagranicznej. Generalnie sprawiał wrażenie, że gra z dziennikarzami w odwieczną zabawę „wiem, ale nie powiem”. A teraz wygląda, że był to jedynie pokerowy blef.

Oczywiście niewykluczone, że sytuacja 25-letniego pomocnika zmieni się w najbliższych godzinach. Niewykluczone też, że zamiast wyśnionej zagranicy (w definicji Kurzawy podobno nie mieści się w niej Turcja) skończy się na przeprowadzce o kilkadziesiąt, może kilkaset kilometrów. Tyle, że pozostanie w kraju, nawet jeśli menedżerskie gry rzucą go do klubu ze ścisłej czołówki, będzie wizerunkową porażką. Kurzawa też zapewne zdaje sobie z tego sprawę i właśnie dlatego wybrał stan nieważkości, licząc, że pojawi się jakaś oferta last minute.

Póki co jednak rośnie lista przegranych. Oprócz samego zawodnika znajdują się na niej i Górnik, który bez Kurzawy stracił na wartości, i cała Ekstraklasa, pokazująca, że jej najlepsze produkty nie są bynajmniej cenione w futbolowym poważnym światku. I trudno się temu dziwić – udany rosyjski występ byłego zabrzanina nie przysłonił kompromitacji całej reprezentacji, a w dodatku został zabrudzony końcówką meczu z Japonią, chociaż on sam akurat nie przyłożył do niej nogi. Podobnie zresztą jak do męczarni rodzimych klubów w preeliminacjach Ligi Europy. Tym niemniej te wydarzenia stanowią solidne ogniwa łańcucha, który takich piłkarzy jak Kurzawa, trzyma z daleka od marzeń.