Archiwa kategorii: Bez kategorii

Lanie, blamaż, kompromitacja, wstyd, żenada, hańba – lista takich określeń na temat występów Ruchu Chorzów sunie właśnie przez media. Trudno się temu dziwić, skoro piłkarze z Cichej i ich trener Dariusz Fornalak biją wszystkie antyrekordy blisko stuletniego klubu. Ubiegłotygodniowe 0:6 na własnym stadionie, z Pogonią Siedlce, klubem, który kibicom kojarzy się z… niczym, w dniu, gdy Ruch powinien świętować urodziny, było wydarzeniem symbolicznym. Jak się okazało nie stanowiło końca upokorzeń. Ba, wiele wskazuje na to, że mieliśmy do czynienia zaledwie z przystawką do porażająco gorzkiego dania w postaci degradacji.

Oglądając jak piłka raz po raz wpada do chorzowskiej bramki, tym razem w Legnicy, uświadomiłem sobie, że wśród wielu tekstów, jakie przeczytałem o dramatycznej sytuacji Ruchu nie znalazłem żadnego, próbującego odpowiedzieć na pytanie dlaczego wpadł w taką otchłań. Być może przyczyną tej zmowy milczenia jest fakt, że ojców tej klęski jest co najmniej kilku, a to oznacza spore możliwości narażenia się tu i ówdzie?

Sztandar zaczął wyprowadzać (a z herbem zrobił tak nawet dosłownie) oczywiście Dariusz Smagorowicz, ale ręce ubrudzili krwią także prezydenci Chorzowa i miejscy radni, którzy nie potrafili i nie potrafią wybrać pomiędzy przejęciem klubu na własność gminy a jednoznacznym potraktowaniu go jako firmy prywatnej. Śmiem twierdzić, że gdyby zamiast ulegać serii szantaży finansowo-emocjonalnych kilka lat temu podjęto kasacyjne decyzje podobne do tych, jakie zapadły niegdyś w Katowicach, dziś Ruch byłby w miejscu zbliżonym do GKS-u. A tak pod pozorem ratowania wlewano beton do tonącej łodzi tak długo, aż poszła na dno, zabierając ze sobą miliony złotych należące do mieszkańców miasta. I za to też ktoś powinien zostać rozliczony,

Zadziwiająco łagodnie w mediach traktowany jest obecny prezes Janusz Paterman. Skupiony na spłacaniu zaległości kompletnie stracił kontakt z rzeczywiastością, a kolejne decyzje obsady trenerskiej ławki graniczą z absurdem. Jest takie powiedzenie: jeśli w ciągu jednego sezonu zmieniasz szkoleniowca trzy razy, to znaczy, że popełniłeś dwa błędy, które dyskwalifikują się jako menedżera. Dodajmy do tego jakość piłkarzy, których udało się zatrzymać lub ściągnąć do klubu, a otrzymamy przepis na katastrofę i nawet ogłaszanie ekonomicznych wieści z kościelnej ambony nie wystarczy, by dokonał sie cud. A czy ktoś wie, jaką spójną wizję przyszłości ma szef klubu w przypadku spadku do II ligi? Ba, czy nie chodzi mu po głowie opuszczenie w takim przypadku gabinetu na dobre?

Na Cichej dzieje się źle, ale i mnożą się zagadki. Dlaczego Krzysztof Warzycha rozmienia swoją renomę na drobne, dając sie przesuwać z roli trenera do tłumacza i pośrednio firmują wszystkie kompromitujące wyniki zespołu? Dlaczego Fornalak, sponiewierany rezultatami przez własnych zawodników, zapowiada konsekwencje, chociaż nie ma do ich wyciągania żadnych sensownych narzędzi? Dlaczego klub ogłasza wojnę z kibicami i grozi im procesami sądowymi, a potem udaje, że nie podjął takich kroków z braku czasu?

Dziwnym trafem te pytania, a także sporo innych, równie oczywistych, dotychczas publicznie nie padły. I ten grzech medialnego zaniechania, które w kontekście Ruchu panuje od wielu lat, także jest jednym z kamieni, jakimi wybrukowano niebieską drogę do przepaści.

To był piłkarski poker – oznajmiła Danuta Witkowska już w przerwie meczu Termaliki Nieciecza ze Śląskiem Wrocław. Prezes i współwłaścicielka klubu skomentowała w ten sposób wydarzenia z pierwszej połowy, podczas której sędzia podyktował dwa rzuty karne dla rywali. Witkowskiej zabrakło już jednak inwencji, by pociągnąć temat i sparafrazować cytat z przywołanego filmu: – Ja jestem uczciwy, ma być 2:1 to będzie 2:1… Zabrakło jej także obiektywizmu, bo wtedy użyłaby jeszcze innego słynnego powiedzenia ze scenariusza Jana Purzyckiego „Ty mniej gorzołka pij, ty więcej trynuj” (dalszy ciąg perory żony Grundola można sobie darować, zwłaszcza, że dla dużej grupy piłkarzy Witkowskiej hasło„ty za granica jedziesz” oznaczało wyjazd właśnie do Niecieczy).

Termalica do Ekstraklasy weszła z impetem, w dodatku za własne pieniądze i z samodzielnie zbudowanym stadionem, pokazując, że patologiczny system finansowania klubów i ich aren z publicznej kasy nie musi być normą. W miarę upływu czasu niecieczanie zaczęli się jednak zachowywać jak symbolizujący ich klub słoń. Niestety, ten przysłowiowy, buszujący w składzie porcelany. Brzęk talerzy wywoływał u nich kolejne ataki popłochu, przekładające się na nieracjonalne zmiany trenerów oraz przebudowywanie zespołu w zadziwiającym kierunku. W efekcie z pozycji solidnego średniaka z wieloletnimi perspektywami na regularne zastrzyki finansowe za prawa telewizyjne, Termalica z szeroko zamkniętymi oczami ruszyła w kierunku przepaści. Biorąc pod uwagę skalę tych autodes-trukcyjnych zabaw przestał zadziwiać fakt, że Małopolanie konsekwentnie odmawiają podawania danych do kolejnych wydań raportów „Piłkarskiego biznesu”.

Opór właścicieli Bruk-Betu był i jest w tym względzie niezłomny, a prowadzące opracowania firmy bezradne, podobnie zresztą jak firmująca te coroczne wydawnictwa Ekstraklasa. Tym większą więc pożywkę mają plotki mówiące o kulisach działań klubu z gotówkowym sposobem wypłacania kontraktów nowym zawodnikom włącznie.

O tym, czy niecieczański słoń wypadnie z Ekstraklasowej witryny przekonamy się już wkrótce, po zakończeniu walki na śmierć i życie z Sandecją Nowy Sącz oraz Piastem Gliwice. Traf chce, że ta pierwsza – jako kompletnie nieprzygotowana do występów w elicie – korzysta ze stadionu w Niecieczy, więc nie można wykluczyć, że dojdzie do historycznego momentu, czyli degradacji dwóch zespołów na jednym boisku…

Generalnie jednak szykuje się bitwa systemów. Całkowicie prywatna Termalica kontra w stu procentach należąca do miasta, ale pozbawiona własnego stadionu Sandecja, oraz Piast, który arenę od samorządu dostał już dawno, a w którym miasto posiada około 67 procent akcji regularnie zasilając zastrzykami publicznej gotówki. W tym przypadku degradacja oznaczałaby zapewne serię niewygodnych pytań do władz Gliwic nie tylko o samą celowość topienia milionów złotych w trawnik na Okrzei, ale również o racjonalność ich wydawania wewnątrz klubu. A przecież atmosfera i tak jest już gęsta ze względu na fatalne wizerunkowo wydarzenia podczas derbów z Górnikiem Zabrze i późniejszy konflikt z kibicami (ten ostatni czyściec powinien jednak Piastowi wyjść na dobre, bo frekwencja oraz jakość dopingu i tak pozostawiały zawsze wiele do życzenia). W przypadku najgorszego scenariusza prezydentowi Gliwic przyda się zapewne gorąca linia do swojej zabrzańskiej odpowiedniczki – jej Górnik przetarł już taki czarny szlak krachu sportowego, szybko zamieniając go w nieoczekiwany happy end i uciekając tym samym spod opadającego już topora sondaży opinii publicznej.

Na razie pewne jest jedno: 20 maja dwóch nieszczęśliwców obudzi się z dojmującym kacem, na który najlepszym lekarstwem będzie sportowy jeż poranny. I dopiero wtedy skojarzenia z „Piłkarskim pokerem” będą w pełni uprawnione.

Jakoś dziwnie bez echa przechodzi w Polsce największa w dziejach afera biathlonowa. Okazało się otóż, że prezes światowej federacji tej dyscypliny, Anders Besseberg, był w znacznie ciekawszych miejscach i widział znacznie więcej niż polscy kibice według olimpijki Weroniki Nowakowskiej. 72-letni Norweg miał uprawiać własną odmianę biathlonu – biegał po pieniądze i strzelał na luksusowych polowaniach. A ponieważ w przeciwieństwie do wielu swoich rodaków i rodaczek on akurat nie cierpiał na astmę, obie te rzeczy robił ponoć często i systematycznie, dbając też o odnowę biologiczną w fachowych ramionach prostytutek.

Źródło tych wszystkich rozkoszy biło w Rosji. Taki zarzut potwierdził Grigorij Rodczenkow, najsłynniejszy obecnie uciekinier z tego kraju, który do wyjazdu w 2015 roku zarządzał rosyjską agencją antydopingową i był tam uznawany za magika potrafiącego zatuszować każdy przypadek złapania na koksie (zamieniając ten proceder w bardzo zresztą dochodową sztukę). Jak sam twierdzi, uciekł do USA, bo zaczął obawiać się o życie, a w zamian za bezpieczeństwo został najsłynniejszym sportowym świadkiem koronnym. Ujawnił wiele ciemnych spraw, przyznał się do zniszczenia kilku tysięcy pozytywnych próbek rosyjskich gwiazd i zdradził największą z tajemnic – że dopingowy przemysł wspierany był przez państwo, a pojemniki z moczem podczas igrzysk w Soczi otwierali i ponownie napełniali agenci służb bezpieczeństwa.

Po tych rewelacjach na Rosję spadł grad twardych konsekwencji, z wyrzuceniem z igrzysk włącznie. Jak przystało na wyrachowanego gracza, Radczenkow wciąż chowa w rękawie kolejne asy. Jednego właśnie rzucił i zbił nim króla biathlonu, rządzącego tą dyscypliną od 1992 roku. Sednem systemu miały być manipulacje paszportami biologicznymi, które dziwnym trafem na polecenie IBU (federacji zarządzanej przez Norwega) znikały z laboratorium rosyjskich antydopingowiczów.

Besseberg był częstym gościem kolegów z Moskwy i okolic. Uczestniczył tam w łowach na grubego i drobnego zwierza, a potem w rozmowach przy myśliwskich ogniskach, tudzież hotelowych kominkach, gdzie gospodarze zwierzali mu się z problemów, a on starał się im pomóc. Traf chciał, że chodziło głównie o utajnienie wyników badań rosyjskich gwiazd (w sumie podobno o 65 takich przypadków), co pozwalało im nadal startować i święcić triumfy. Wisienką na torcie było przyznanie Tjumeni organizacji mistrzostw świata 2021. Gdy rosyjski przemysł dopingowy ujrzał wreszcie światło dzienne, a na IBU zaczęła naciskać WADA (agencja antydopingowa), Besseberg znalazł się pod ścianą i decyzja została zmieniona. Polowania, wycieczki, luksusowe hotele, panie do towarzystwa i drogie gadżety – Norweg niczego sobie nie żałował i to właśnie zwróciło uwagę reporterów śledczych. Wreszcie więc brudna bomba wybuchła i biathlonowy boss złożył dymisję, nie przyznając się jednak do zarzutów.

Afera, jak to zwykle bywa, ma charakter rozwojowy i niewątpliwie pojawi się w niej więcej szczegółów, ale już widać, że biathlon stanie w jednym rzędzie hańby z lekką atletyką, kolarstwem czy – niedościgłym na razie – podnoszeniem ciężarów. Generalnie sprawa ta stanowi kolejny dowód na patologie, jakimi przesiąknął skomercjalizowany do bólu sport, w którym dopingowa zabawa w policjantów i złodziei trwa bez końca, a każda próbka ma swoją wagę i cenę. Chociażby mieszczącą się w jednym neseserze. Na pewnym nagraniu powiązanym z biathlonową aferą szef misji olimpijskiej w Soczi, Aleksander Krawcow, twierdził bowiem, że do takiej walizeczki zmieściłoby się 400.000 dolarów, a wiceszef IBU, Aleksander Tichonow, kontrował, że co najwyżej 300.000. Być może ten spór rozwiąże sam Besseberg. O ile oczywiście stanie przed sądem i powie prawdę, całą prawdę i tylko prawdę.

Najlepsze, przynajmniej w kontekście miejsc zajmowanych w tabeli, zespoły Lotto Ekstraklasy rozpoczęcie rundy finałowej potraktowały dość frywolnie. Czołowa trójka solidarnie straciła punkty, nabijając kieszenie bukmacherom, bo trudno przypuszczać, by znalazł się w kraju gracz, który obstawiłby taką kombinację rozstrzygnięć. No, chyba, że skreślał typy metodą kojarzoną jednoznacznie ze sponsorem tytularnym ligi, czyli na chybił – trafił…

Moi koledzy po fachu, pisząc o walce o tytuł, po raz kolejny automatycznie sięgają po wytarte już od zbyt częstego używania skojarzenia z wyścigiem ślimaków. Tymczasem te sympatyczne skądinąd stworzenia z ligowcami nie mają nic wspólnego. One akurat podążają, co prawda dość powolnie, ale w określonym kierunku, w przeciwieństwie do klubów Ekstraklasy, które kręcą się w kółko, gubiąc w tym chocholim tańcu pliki banknotów i porywając do korowodu przypadkowych gapiów.

Prym w tej zabawie wiedzie oczywiście – jak na mistrzów ceremonii przystało – Legia. To wprost nie do wiary, ale od ostatniego jej meczu w Lidze Mistrzów minęło raptem szesnaście miesięcy. To wystarczyło, by z mrzonek o wieloletnim panowaniu zbudowanym na gigantycznych wpływach związanych z wejściem do piłkarskiego raju, pozostał dym oraz gromki śmiech grupy cwaniaków, którzy przepompowali sporą część tej rzeki do własnych portfeli wykorzystując naiwność ludzi zarządzających legijnym interesem.

No cóż, nie nasze małpy, nie nasz cyrk, ale w moim przekonaniu to, co się dzieje, będzie miało wpływ na negocjacje dotyczące praw telewizyjnych. Nieoczekiwanie bowiem Ekstraklasa może stać się konkurencją dla emitowanych na żywo programów kabaretowych i wprowadzić tam własny cykl. Na przykład pod tytułem. „Sam jesteś fatalny”.

Najpierw krótki test. Spróbujcie wyobrazić sobie Roberta Lewandowskiego, który siedzi na lotnisku w Bydgoszczy, je makaron z kartonika i od siedmiu godzin czeka na samolot tanich linii lotniczych, by polecieć na czekający go za niespełna 24 godziny mecz eliminacji MŚ.

Albo Adama Nawałkę tuż przed spotkaniem, które może mieć kluczowe znaczenie w walce o udział w mundialu, gdy dowiaduje się, że z kadry wypadło mu sześciu zawodników. Nie z powodu kontuzji, a dlatego, że pracownik PZPN-u zapomniał ich zgłosić.

Takie przypadki miały miejsce naprawdę. Tyle że dotyczyły reprezentacji kobiet i spadły na Biało-Czerwone w ciągu kilkudziesięciu godzin przed meczami z Albanią i Szkocją. Zawiodło wszystko. I ludzie, i maszyny. Zawiodła też komunikacja.

PZPN na ujawnienie – przez wyżej podpisanego – kompromitacji swojego człowieka, najpierw zareagował milczeniem, potem alergicznie, by w końcu po kilku godzinach wydać oświadczenie z przyznaniem się do błędu. Nie tylko mocno spóźnione, ale i jedno z najbardziej niezwykłych w historii, adresowane bowiem tylko do… jednej osoby! Mojej skromnej (jak to mawiają politycy) zresztą.

Nie lepiej było w poniedziałek, gdy kadra czekała na samolot Ryanaira. Zamiast jasnego postawienia sprawy, na Twitterze rozpoczęła się walka związkowych działaczy, z prezesem Zbigniewem Bońkiem na czele, z grupką dziennikarzy. Walka mało merytoryczna, za to do granic brutalna. PZPN faulował ironią, uderzał żenującymi skojarzeniami z nazwiskami polemistów, a nad wszystkim unosił się duch poczucia wyższości, by nie rzec zwykłej bufonady. Dopiero dzień później rzecznik związku przyznał, że w czasie tych starć szukano rozwiązania alternatywnego, z wynajęciem czarteru włącznie. W najważniejszym momencie tej informacji znów jednak zabrakło. Zarządzanie kryzysowe w PZPN-ie okazało się odpowiednikiem działań strażaka-podpalacza.

W całej aferze nie zabrakło też zjawisk dziwnych. Między innymi z mojej branży, bo zastanawiać musiała zmowa milczenia podczas polsatowskiej transmisji z meczu, a także ze strony dziennikarzy obecnych na konferencji prasowej po nim. Nikt nie zauważył kadrowiczek na trybunach ani szczątkowej ławki rezerwowych? Przypadek? Nie sądzę. Raczej test lojalności zaprzeczający temu, czym ta praca być powinna.

Ale przecież milczeli nie tylko dziennikarze. Taką samą pokorną postawę – a to graniczy ze zdradą własnej kadry – przyjął selekcjoner reprezentacji, Miłosz Stępiński. Jak można w takiej sytuacji nie grzmieć?! Podobnie zresztą trener zachował się w czasie bydgoskiego koczowania. Czy prawdą jest, jak sugerował Zbigniew Boniek, że to szkoleniowiec optował za rejsowym przelotem do Szkocji i to zaledwie dzień przed meczem? A może po prostu robi, co mu każą, bo to niejedyne jego zajęcie zlecane przez PZPN? Takich pytań, które wciąż czekają na odpowiedzi, pozostało sporo. Warto jednak przypomnieć, że to nie pierwsze wpadki związane z tą drużyną. W 2011 w meczu z Rosją wystawiono zawodniczkę, która miała pauzować za żółte kartki (wynik 0:2 zweryfikowano jako walkower), a w 2016 było blisko powtórki, gdy selekcjoner Stępiński na swój debiut powołał kadrowiczkę z podobnym nadbagażem…

Przypuszczam, że spora grupa Czytelników potraktuje tę historię w kategoriach folklorystycznych. Warto więc dodać, że po pierwsze, reprezentacja kraju to zawsze reprezentacja; po drugie, w składzie ma kilka sporych gwiazd i gwiazdek z Katarzyną Kiedrzynek, bramkarką PSG i finalistką Ligi Mistrzyń na czele, a po trzecie – kobiece Euro 2017 oglądało w TV 165 milionów osób (finał ostatniego mundialu w USA pobił oglądalnością szósty mecz finału NBA). Potencjał kobiecej kopanej jest więc olbrzymi. I warto zdawać sobie z tego sprawę, zanim powtórzy się pamiętne zdanie Zbigniewa Boń-ka, że podczas rozmów o piłce baby nie są mu potrzebne…

Czy wy jesteście niepoważni? – rzucił Artur Jędrzejczyk do dziennikarzy, którzy próbowali namówić go na krótką rozmowę tuż po zejściu z murawy w Zabrzu. Poważny Pan Piłkarz, Reprezentant Polski i Gracz Warszawskiej Legii wchodził właśnie do szatni, w której powinien znaleźć się dużo wcześniej, i to dyscyplinarnie. Przy faulu taktycznym sędzia Daniel Stefański zamknął jednak oczy, zapewne dlatego (uwaga: ironia), że winowajca miał już żółtą kartkę za wywołanie boiskowej awantury.

Co prawda stołeczni żurnaliści przyjęli później rolę adwokatów diabła, twierdząc, że na piłkarskich salonach (w tłumaczeniu: na Łazienkowskiej) zawodnicy wielkich klubów rozmawiają dopiero po wzięciu prysznica i przebraniu w wyjściowe dresy, zapomnieli jednak o dwóch zastrzeżeniach. Po pierwsze, stacje telewizyjne nie mają problemów z zatrzymaniem piłkarzy tuż za linią boczną, a po drugie – ważna jest nie tylko treść, ale i forma, a ta w wydaniu Jędrzejczyka była kiepska tak w mowie, jak i na murawie. Bo jeśli legionista faktycznie zamierzał najpierw spędzić czas pod natryskiem, by zyskać minuty na zamienienie myśli nieuczesanych w medialne bon moty, wystarczyło o tym grzecznie poinformować… A tak wyszło fatalnie. Zwłaszcza gdy miało się świeżo w pamięci znakomity występ tegoż Jędrzejczyka przed kamerą Canal+ po przegranym spotkaniu z Arką. Pomocnik Legii pokazał wtedy łatwość wyrażania tego, co pomyśli głowa, a co zawarło się w romantycznie rozpaczliwym wyznaniu „Wszyscy jesteśmy wk…”, oczywiście bez kropek.

A propos „wyszło fatalnie”. Niewiele innych słów tak jednoznacznie kojarzy się z Legią. Rozsławił je Michał Kucharczyk, gdy w 2015 roku nie zdzierżył krytyki i odparował reporterowi pamiętną refleksją „fatalny to ty jesteś”. Później jednak piłkarz wyciągnął wnioski i zdaniem klubu poszarżował w drugą stronę, bo rzekomo to właśnie za nadmierną przyjaźń z mediami został przeniesiony do rezerw. Tamten wywiad nie był zresztą jedynym fajerwerkiem „Kuchego”. Zaimponował kibicom również krytyką systemu rozgrywek. – Gramy sześćdziesiąt meczów w sezonie. Składając wszystkie nasze wolne dni w ciągu roku, skleimy może miesiąc. Inni ludzie nie pracują w weekendy, święta… – żalił się legionista po remisie z Tiraspolem.

Kucharczyk z rezerw już wrócił, a my wróćmy do głównego tematu. Nie da się uciec od konkluzji, że Legia do krasomówczych talentów swoich piłkarzy ma wyjątkowe szczęście, znacznie większe niż przy transferach, ze szczególnym uwzględnieniem trenerskich. Wiele osób – zapewne nie tylko pod samym Klimczokiem – pamięta oratorski popis Jakuba Rzeźniczaka, który słabą grę ekipy spod znaku eLki (nie mylić z najdłuższą nizinną kolejką krzesełkową w Europie, która funkcjonuje w Parku Śląskim) tłumaczył… zapachem kiełbasek i widokiem bloków otaczających stary stadion Podbeskidzia.

W Zabrzu na podobne gorące zwierzenia, które z biegiem czasu stają się anegdotami, nie mogliśmy liczyć, bo rozmowy poprysznicowe odbywały się wtedy, gdy większość z nas realizowała już inne służbowe zadania. Za to na pomeczowej konferencji, z udziałem trenera Romeo Jozaka, pytanie na temat medialnej pasywności legionistów zadał Jerzy Góra z Radia Katowice i wprawił Chorwata w nie lada ambaras.

Gwoli dopełnienia obrazu trzeba dodać, że podobnych problemów nie było z piłkarzami Górnika, poza jednym wyjątkiem. Można by nawet rzec, że wyjątkiem tradycyjnym, czyli Rafałem Kurzawą. Piłkarzem niezwykle efektywnym na boisku, za to nieefektownym poza nim. Ba, nawet po meczu z Koreą Południową na Stadionie Śląskim, już jako kadrowicz, odmówił podzielenia się reprezentacyjnymi przemyśleniami. Zabrzanina czekają jednak chyba trudne chwile, bo w klubie widać już wyraźną presję, by zmusić go do mówienia. Wszyscy bowiem zaczynają sobie zdawać sprawę, że mowa nie zawsze jest srebrem, czasem ma wartość wręcz diamentową…

O tym, że na meczu GKS-u Tychy z Ruchem będzie gorąco, wiedzieli wszyscy co najmniej od kilkunastu dni. Jak twierdzi policja, wojewoda śląski otrzymał stosowną informację, z sugestią zamknięcia stadionu przy ulicy Edukacji dla gości z Chorzowa, jednak podpisu nie złożył. Tłumaczono, że zablokowały go obowiązujące przepisy. Tak się bowiem złożyło, że kibole obu zespołów dawno nie zorganizowali w Tychach porządnej awantury. Fakt, że stało się tak głównie dlatego, że oba zespoły nie miały okazji ze sobą zagrać, nie miał nic do rzeczy, podobnie jak wiedza operacyjna policji o scenariuszu wydarzeń z paleniem flag w rolach głównych.

Interpretacja przepisów i efekty działań administracyjnych, które nie miały nawet cienia impetu, z jakim ten sam urzędnik zmienia nazwy ulic, rond i placów, mogli w sobotę ocenić wszyscy. Przykład urzędniczego błędu był tym jaskrawszy, że w Katowicach, gdzie tego samego dnia GKS grał z Zagłębiem Sosnowiec, sektor gości świecił pustkami, bo w tym przypadku wojewoda decyzję wydał.

Tyskie wydarzenia przypominały do złudzenia dramatyczne sceny z derbów ekstraklasowych pomiędzy Piastem a Górnikiem. Niewiele też brakowało, by zakończyły się w podobny sposób, zwłaszcza, że płot odgradzający sektor gości uginał się już pod naporem… jednego harcownika. Do dramatu na szczęście nie doszło, całkiem nieźle spisała się w tym przypadku ochrona, która jednak całkowicie zawiodła przy bramach wejściowych, przeprowadzając nieskuteczne kontrole przez które przeszła i pirotechnika, i flagi należące do rywali, wyraźnie odróżniające się barwami i herbami od macierzystych.

Po ostatnich tygodniach jedynym logicznym rozwiązaniem wydaje się administracyjny zakaz obecności kibiców gości na wszystkich spotkaniach derbowych w kraju.

To niewątpliwie medialny fenomen. Mecze Lotto Ekstraklasy w zdecydowanej większości przypadków stoją na poziomie co najwyżej przeciętnym, a bywa że wręcz kabaretowym. Pomimo tej powszechnej świadomości, na rynku telewizyjnym są towarem gorącym. I wszystko wskazuje na to, że staną się linią frontu pomiędzy największymi władcami plazmowych ekranów.

Termin przetargu na lata 2019-2023 zostanie ogłoszony prawdopodobnie w lipcu, ale konkurenci już weszli w bloki startowe. Na razie skupiają się na strojeniu groźnych min i deprymowaniu rywali, jednak już wkrótce będą musieli schować się w szatni, by przeliczyć banknoty w portfelach i przeanalizować, ile z nich warto wydać na to, by pokazać nie tylko mecze Górnik Zabrze – Legia Warszawa, ale także cały serial z cyklu Sandecja Nowy Sącz – Termalica Nieciecza (oczywiście za kilkanaście miesięcy te nieprzypadkowo wybrane nazwy mogą zastąpić ich ówczesne synonimy).

I właśnie w tych analizach jest pies pogrzebany, bo wycena w gruncie rzeczy oparta jest tylko na spekulacjach. Wyniki oglądalności rozgrywek nie powalają. W ubiegłym roku średnia widzów w Canal+ wyniosła niespełna 103 tysiące, a niemal powszechnie dostępnego Eurosportu 1 minimalnie ponad 155 tysięcy. Biorąc pod uwagę fakt, że za każdy z sezonów stacje wyłożyły ok. 145 milionów złotych, przelicznik nie wygląda oszałamiająco. Rodzi się jednak pytanie o rzeczywisty potencjał – Canal+ jest zakodowany, Eurosport pokazywał mecze dalekiego wyboru, w kiepskich porach, zwłaszcza w poniedziałkowe późne popołudnia, natomiast TVP, która w minionym sezonie tradycyjnie transmitowała najciekawszy mecz 37. kolejki, na starciu Legia – Lechia przyciągnęła aż 1,14 mln osób. Prawda leży zapewne gdzieś pośrodku, a taka stawka, mnożąc przez liczbę spotkań, oznacza już kąsek nie do pogardzenia.

Czy jednak realne jest osiągnięcie pułapu 250 milionów złotych za sezon? Wywindowaniu wyniku sprzyja koniunktura. Nie na piłkę jako taką, a wynikająca z medialnych puzzli, które dynamicznie zmieniły konfigurację. Dla NC+ po serii klęsk, w wyniku których stacja straciła ze swojego tortu sporo wisienek, utrata Ekstraklasy byłaby równoznaczna ze sportowym unicestwieniem. Polsat jest w ofensywie, a dorzucenie polskiej ligi do Champions League mocno złagodziłoby kaca po odjeździe reprezentacji. Eleven z pieniędzmi specjalnie się nie liczy, ale posiadając wachlarz naprawdę atrakcyjnych rozgrywek europejskich, może spokojnie szacować koszty i ryzyko związane z pokazaniem zmagań znad Wisły. Oliwy do ognia dolewa jednak TVP, po raz pierwszy w historii realnie zainteresowana zwycięstwem w przetargu, choćby po to, by dać rozrywkę i poczucie radości kibicowskiej części elektoratu partii rządzącej. Do tego wszystkiego można dodać zapytania o oferty ze strony mniej lub bardziej tajemniczych podmiotów, być może liczących na wypracowanie zysku ze sprzedaży sublicencji, i powstanie krajobraz wyraźnie sprzyjający wydaniu całkiem pokaźnej kwoty. Co nie czyniłoby z nas przecież Zielonej Wyspy, bo telewizyjne rozpasanie panuje na całym Starym Kontynencie i poprzez wypychanie zdrowego rozsądku na rzecz szaleństwa psuje i piłkę, i piłkarzy. W Polsce przebicie sufitu długo nam jeszcze zapewne nie zagrozi, ale i tak już warto przede wszystkim przemodelować system podziału milionów, tak, by dowartościowywać najlepszych kosztem najsłabszych i nie przejmować się wreszcie rzekomym łamaniem sprawiedliwości.

Ile więc naprawdę warte jest pokazywanie polskiej ligi? Takiej refleksji mogą się Państwo poddać przy wielkanocnych stołach, zawsze to wszak zdrowsze od rodzinnych debat politycznych… A więc Wesołych Świąt, zabawnego prima aprilisu i ciepłego, mokrego dyngusa!

Przed tygodniem w tym samym miejscu pisałem o podróży w czasie polskiego sportu. Życie jak to życie – lubi dopisywać do takich historii kolejne rozdziały. Tak właśnie stało się przy okazji meczu Polska – Korea Południowa na Stadionie Śląskim: w najbliższy wtorek w Katowicach i w Chorzowie przeniesiemy się do lat 60. Wszystko za sprawą odrodzenia gigantycznego stadionu, przy którym wciąż nie uwzględniono infrastruktury spełniającej współczesne realia.

Mowa przede wszystkim o podziemnych (lub chociażby naziemnych, jednak biorąc pod uwagę otoczenie obiektu to opcja mniej praktyczna) parkingach. Za to niedopatrzenie zapłacą teraz wszyscy mieszkańcy centrum aglomeracji, w dodatku zafundowano im to za ich własne pieniądze, których przez lata wydano na inwestycję tyle, że powinno wystarczyć nawet na metro Katowice – Chorzów ze stacją pod Stadionem. Ten grzech zaniedbania zamienił się zresztą w pasztet już podczas uroczystego otwarcia nowego Śląskiego. Ci, którzy byli, widzieli to na własne oczy, reszta zapewne na zdjęciach. Kierowcy w desperacji poszukujący kawałka wolnego trawnika w Parku Śląskim ominęli chyba jedynie ZOO, i to pewnie tylko dlatego, że świerklaniecka brama pozostała zamknięta. Rozjeżdżona zieleń, spacerowicze przeciskający się między stojącymi na alejkach pojazdami, biegacze i rowerzyści wdychający spaliny oraz wszechogarniający chaos stały się tłem wydarzenia, które miało być początkiem nowej wspaniałej historii.

Teraz – jak wynika z lektury tekstu mojej redakcyjnej koleżanki Justyny Przybytek, a który możecie znaleźć w zasobach DZ, wpisując w wyszukiwarce „Stadion Śląski, utrudnienia w ruchu”) – będzie lepiej, bo cały problem przerzucono do… centrum Katowic. Z ulgą odetchną więc osoby korzystające z uroków Parku i mieszkańcy Tysiąclecia, za to krew zaleje wszystkich wyjeżdżających z Katowic w kierunku Bytomia, a także samych kibiców, którzy swoje samochody będą musieli zostawić dziewięć (ulica Murckowska) lub siedem (parking Strefy Kultury) kilometrów od Stadionu i przemieścić się do celu – często razem z dziećmi – środkami komunikacji publicznej. Taką samą trasę trzeba też będzie oczywiście pokonać również po meczu, który zakończy się około godziny 23. Taka nocna turystyka zapewne przypadnie do gustu zwłaszcza kibicom z innych regionów kraju. A to ich opinie, pozbawione romantyzmu, jakim na Śląsku otoczony jest Kocioł Czarownic, będą najbardziej miarodajne dla oceny całego przedsięwzięcia.

W tej kunsztownej operacji dorównującej rozmachem lądowaniu w Normandii kluczową rolę ma do odegrania tabor KZK GOP. Na prośbę marszałka musi rzucić na front wszystkie dostępne pojazdy, ryzykując, że to one zakorkują centrum miasta. A spróbujcie do tego wyobrazić sobie drobną stłuczkę w tunelu – wtedy na Rondzie wrażenie przeniesienia w czasie będzie już niemal doskonałe, no może tylko modele samochodów będą się różniły od tych na zdjęciach Zygmunta Wieczorka czy Władysława Morawskiego.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że innego rozwiązania – ze względu na wspomniane na wstępie zaniechanie projektantów – nie ma. I zapewne długo nie będzie. Ba, te, które są podobno brane pod uwagę, na przykład parkingi na krańcach Parku od strony Siemianowic, oznaczają dodatkową komplikację. Jak niby zorganizować stamtąd transport do Stadionu? Przez Park? No chyba, że marszałek zatrudni tysiące rikszarzy, co zapewne stanowiłoby znakomity chwyt marketin-gowo-medialny i rozsławiło Śląski na całym świecie.

Wtorkowy mecz z Koreą oznaczać ma prawdziwy powrót Stadionu na piłkarską mapę. Na razie wygląda na to, że będzie to mapa drogowa obejmująca całkiem spory kawałek województwa…

GKS nie zgadza się na rozgrywanie meczu z Ruchem Chorzów w Wielki Piątek – ogłosił wszem i wobec klub z Tychów. Można podejrzewać że za tym stanowiskiem stoi przede wszystkim trener Ryszard Tarasiewicz, który nie raz już protestował przeciwko wychodzeniu na boisko w tym właśnie dniu, zwłaszcza, gdy przyjeżdżał z Miedzią do Katowic.

Sytuacja z pewnością jest delikatna, bo w dzisiejszych czasach wyjątkowo łatwo można podpaść pod paragraf znieważenia uczuć religijnych (absurdalny z natury i obowiązujący bodajże tylko w siedmiu krajach w Europie, za to powszechny w państwach muzułmańskich – przyp. autora). Tym niemniej jednak tak stanowcze postawienie sprawy na ostrzu noża, jak ma to miejsce w przypadku Tychów, musi budzić poważne wątpliwości. Bo – wszelkie ewentualne skojarzenia są przypadkowe – piłkarz jest od grania, natomiast od ustalania terminarza ktoś zupełnie inny. Na szczęście zresztą, bo pamiętając słynną wypowiedź Michała Kucharczyka, w innym przypadku spotkania rozgrywane byłyby sporadycznie, najczęściej w środku tygodnia i to niezbyt późno, by zawodnikom nie torpedować barwnych wieczornych planów.

Warto też pamiętać, że Wielki Piątek nie jest dniem ustawowo wolnym od pracy i swoje obowiązki będą wykonywać wtedy nie tylko piłkarze. W dodatku w ich przypadku bonusem takiego rozwiązania jest komfort spędzenia z rodziną dni świątecznych, a przecież ekstraklasowi koledzy po fachu będą kopać piłkę i w sobotę, i w poniedziałek, czyli dni również uznawane w teologii katolickiej za Wielkie.

Może więc GKS, zamiast iść na czołowe zderzenie, powinien po prostu kompromisowo wystąpić o to rozegranie meczu w piątek jak najwcześniej, tak, aby trener Tarasiewicz zdążył na wieczorną procesję?