D wie najpopularniejsze w Polsce dyscypliny i dwie afery. W obu przypadkach w głównych rolach wystąpili sędziowie i w obu zostali później odesłani na przymusowy odpoczynek. Wyniki spotkań zostały jednak utrzymane, a traf chciał, że oznaczały one porażki drużyn pokrzywdzonych, i to w meczach mogących mieć decydujące znaczenie dla losów tytułów mistrzowskich.
Mowa oczywiście o starciu Lechii Gdańsk z Legią Warszawa i ZAKSY Kędzierzyn-Koźle z ONICO Warszawa. W pierwszym przypadku sędzia DanielStefański doprowadził do największej kontrowersji w polskiej piłce w ostatnich latach uznając, że obrona piłki ręką przed linią bramkową nie zasługuje na rzut karny i czerwoną kartkę, tylko na… rzut sędziowski. W drugim Wojciech Maroszek narobił w tie-breaku gigantycznego bałaganu, najpierw przyznając, potem odbierając punkt gościom, dodatkowo pokazując jednemu z nich czerwoną kartkę za ekspresyjne zachowanie, co właściwie rozstrzygnęło spotkanie na korzyść kędzierzynian.
Trener ONICO, Stephane Antiga, oświadczył, że po meczu arbiter złożył samokrytykę w krótkich wojskowych słowach, czyli „Przepraszam, zje….”. O podobnej deklaracji ze strony Stefańskiego nic nie wiadomo, ale wyrazy ubolewania dla Lechii, jej kibiców, piłkarzy i trenerów wyartykułował prezes PZPN, Zbigniew Boniek. Opinię złagodził jednak przekonaniem, że nie była to sytuacja decydująca o końcowym wyniku. Tę kwestię trudno jednoznacznie rozstrzygnąć, tym niemniej można mieć pewność, że wyrok mieszkającego w Warszawie sędziego z Bydgoszczy miał na przebieg meczu olbrzymi wpływ.
Dodatkowego smaczku dodaje tym wydarzeniom fakt, że sędziowie wspomagali się techniką i to właśnie zapisy wideo tak naprawdę doprowadziły do katastrofy. Obaj przed spojrzeniem do monitora podjęli już przecież decyzje, które nie budziły emocji i z pewnością dałyby się obronić. Arbiter piłkarski prawdopodobnie – kłania się brak komunikacji ze spikerem, który mógłby wyjaśnić sprawę widowni – zamierzał jedynie upewnić się, że nie było spalonego (co miało związek z kolejnym błędem, popełnionym przez jego asystenta), a siatkarski przyznał już punkt warszawianom. Dopiero późniejsze interpretacyjne dzielenia włosa na czworo sprowadziło ich j na manowce.
Wniosek? Wideoweryfi-kacja jest narzędziem, które wymaga określonych umiejętności, ale również zachowania zdrowego rozsądku. W obu przypadkach sędziów nie zawiodło czucie i wiara, a właśnie „mędrca szkiełko i oko”. W efe-kcie nastąpiły krzywdy, których nie sposób naprawić.

Rzadko się zdarza, by wszyscy trenerzy Ekstraklasy mówili jednym głosem lub co najmniej zgodnie milczeli. Tymczasem z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia na finiszu obecnego sezonu. Wszystko ze względu na szaleńcze tempo finałowych rund, spowodowane zbliżającymi się mistrzostwami świata U-20.

Jasne, wiem, że terminarz był znany od dawna i nikt nie protestował w momencie jego premiery. Być może jednak ludzie w klubach żyją zanadto dniem dzisiejszym, wychodząc z założenia, że martwić się będą później, o ile do tego momentu dotrwają na swoich stanowiskach. Tym niemniej takie „później” właśnie nadeszło i trudno się nie zgodzić z zarzutami artykułowanymi najgłośniej przez tradycyjnego samozwańczego rzecznika środowiska Michała Probierza. Siedem najważniejszych kolejek rozegranych w miesiąc stanowi nie tylko poważne wyzwanie, ale wręcz przypomina grę w ruletkę i stanowi rażący kontrast w porównaniu z pozostałą częścią sezonu. Zwłaszcza jesienną, skutkującą między innymi absurdalnym startem rzekomo wiosennej rundy w środku zimy.

Rozwiązanie szarady jest na pewno trudne. Nagromadzenie terminów reprezentacyjnych czy pucharowych, w kraju i na kontynencie, pozostawia niewielkie pole manewru. Także z tego samego powodu nie sposób odebrać resztek wakacji najlepszym zawodnikom i ich mistrzostw przesunąć na okres, gdy mniej zdolni koledzy po fachu będą leżeć na tropikalnych plażach. Może jednak w ramach wyjątku w sezonach, które muszą zostać skompresowane ze względu na tego typu imprezę, jak młodzieżowy mundial, należy rezygnować z rozgrywania dodatkowych siedmiu rund? Bo obecna karuzela rzeczywiście z logiczną rywalizacją nie ma za wiele wspólnego i jeszcze wyraźniej promuje najsilniejszych i najbogatszych, w dodatku – sądząc po frekwencji (wiele mówiący jest na przykład spadek z kolejki na kolejkę liczby widzów spotkań transmitowanych przez TVP) – wcale nie sprawia kibicom aż takiej frajdy, jak zakładali to twórcy ESA-37? Zwłaszcza po zniesieniu podziału punktów, w efekcie czego grupki zespołów zainteresowanych jeszcze czymkolwiek, topnieją błyskawicznie z kolejki na kolejkę.

Jedynym, acz marginalnym plusem takiej sytuacji jest rosnąca odwaga trenerów w dawaniu szansy gry młodzieży. Ich decyzje spowodowane są jednak głównie nakazami prezesów, próbujących dokonać last minute skoku na sporą kasę leżącą w sejfach najrozsądniejszego pomysłu ostatnich lat, czyli Pro Junior Systemu.

W Wielki Czwartek mecz Rakowa Częstochowa o awans do Ekstraklasy. W Wielki Piątek walka siatkarzy Jastrzębskiego Węgla o grę w finale PlusLigi. W Wielką Sobotę początek rundy finałowej bijącego się o europejskie puchary Piasta Gliwice. W Wielkanoc jazda żużlowców ROW-uRybnik w Nice 1. Lidze. W lany poniedziałek na Arenie Zabrze Górnik wystartuje do boju o utrzymanie, a Zagłębie w tej samej grupie zacznie szukać ostatniej szansy. Sportowi kibice święta przeżyją z dużą intensywnością, dzieląc czas między Pasję i pasję.
Chociaż część sportowców i ich trenerów otwarcie buntuje się przeciwko terminarzom obejmującym ważne daty religijne (o czym obok pisze mój redakcyjny kolega), to podobne wydarzenia nie stanowią już wyjątków, a wręcz przeciwnie, są regułą. Podobny trend wymuszają zobowiązania wobec utrzymujących przy życiu nie tylko same kluby, ale i całe rozgrywki stacji telewizyjnych, rozbudowane terminarze oraz system międzynarodowych mistrzostw wymagających dotrzymania terminów dla reprezentacji oraz rozmnożonych ponad miarę pucharów europejskich, których wagi czasami nie sposób oszacować.
W efekcie nie tylko dosłownie traktowane święta nam spowszedniały, ale i te w przenośni. Piłkarska Liga Mistrzów otwarta nie tylko dla drużyn spełniających tytułowe kryterium, cotygodniowe duże turnieje tenisowe, nieustanne ściganie się kolarzy, codzienne już właściwie mecze siatkarskie i pokazujące to wszystko, sięgające dziesiątek stacji, sportowe pakiety telewizyjne sprawiły, że nawet ogień olimpijski, chociaż nadal płonie w czteroletnim rytmie, w dużej mierze stracił swój wyjątkowy blask. Pytanie, dokąd to rozpasanie zmierza, wydaje się retorycznym, a odpowiedzi udzielają najbogatsze kluby świata, które najchętniej bawiłyby się tylko we własnym gronie, ostatecznie burząc i tak mocno pokruszoną podstawową zasadę równości szans. Tyle tylko, że takie posunięcie może oznaczać początek sanacji, bo natłok meczów wielkich firm (już dziś np. częstotliwość Gran Derbi budzi przesyt) może przerodzić się w masę krytyczną, która skłoni kibiców do poszukiwania nowych, mniej komercyjnych i znacznie prawdziwszych doznań, zmuszając jednocześnie do podążenia w tym kierunku także medialnych potentatów.
Mam wrażenie, że zastawione wielkanocne stoły sprzyjają podobnym rozważaniom w gronie rodziny, więc życzę niniejszym Państwu nie tylko wesołych, ale i inspirujących Świąt! Nawet jeśli część z nich spędzicie na trybunach sportowych aren, co zresztą czeka również wyżej podpisanego.

Nie ma takiego dna, którego nie dałoby się przebić, zwłaszcza jeśli schowane są pod nim duże pieniądze. Z takiego założenia wyszli prawdopodobnie organizatorzy czegoś, co nazwano Fame MMA, a polegającego na wzajemnym obijaniu i obkopywaniu twarzy przez walczących ze sobą celebrytów. Na przykład takich pokroju połowy duetu sióstr Godlewskich, które zasłynęły ostatnio z twardej, acz przegranej walki, o pozostanie w samolocie lecącym do Amsterdamu, stosując wyrafinowane techniki z nokautującym oznajmieniem, że „jesteśmy w Polsce znane” na czele.
Zamiłowanie Polaków do oglądania mordobicia, w którym im mniej obowiązuje zasad, tym lepiej, jest zapewne mocno związane z narodową tradycją weselno-dyskotekową. Dorzucenie do tego osób znanych tylko z tego, że są znane, okazało się zapewne wytrychem do skarbca, z którego pełnymi garściami korzystali dotychczas promotorzy klasycznego MMA. W dodatku opakowano to wszystko w sportowopodobne sreberko, o czym świadczyć może na przykład zamieszczona na facebookowym profilu, poważnie brzmiąca „weryfikacja niesprawiedliwego werdyktu, dokonana przez niezależną komisję sędziowską”.
Jeden z bossów najbardziej znanego w Polsce cyklu KSW, Maciej Kawulski, w rozmowie ze sport.pl bardzo trafnie zdefiniował odmianę Fame następująco: „Ktoś strasznie dziwny mierzy się z kimś jeszcze bardziej dziwnym. I tworzy się coś bardzo dziwnego”. Po chwili dodał jednak jednocześnie coś bardzo niepokojącego w kontekście współczesnych trendów: „Albo reaguj na to, w którą stronę idzie świat, albo to olej. Jeśli tylko bezczynnie siedzisz i wszystko wokół krytykujesz, to stajesz się zgorzkniałym głupcem”.
W tym ostatnim kontekście mam diametralnie inne zdanie. Wiem, że nie sposób kijem czy piórem zawrócić nie tylko rzeki, ale i ścieków płynących w rynsztokach, uważam jednak za wskazane krytykowanie podobnych zjawisk, bo powszechne i podyktowane kunktatorstwem schlebianie najniższym gustom, na dłuższą metę doprowadzi do obyczajowej apokalipsy.
Pod koniec ubiegłego roku naukowa ekspedycja, w skład której wchodzili m.in. Fabien Cousteau (nazwisko nieprzypadkowe, to wnuk słynnego Jacques’a) oraz miliarder Richard Branson, zbadała batyskafem dno Great Blue Hole, widocznego nawet z kosmosu wielkiego leja kresowego w Morzu Karaibskim. Znaleziono tam tylko śmieci, podobnie zresztą jak niegdyś w Rowie Mariańskim. Widocznie jest to już standard, gdy schodzi się poniżej poziomu, na jakim da się normalnie funkcjonować… ą

Mijający tydzień zapisał się w historii polskiej piłki. W ciągu 48 godzin ligowy światek wypluł na aut dwóch byłych selekcjonerów. Różnica tkwiła tylko w szczegółach: Adam Nawałka runął z piedestału, a Franciszek Smuda spadł z bardzo już niewysokiego konia.
Jako najważniejszych trenerów w kraju dzieliła ich przepaść. Smuda w roli opiekuna kadry poniósł najbardziej upokarzającą klęskę w jej nowożytnej historii – na polskich boiskach podczas najważniejszej imprezy, jaką kiedykolwiek organizowano nad Wisłą. Miał do dyspozycji wszystko, osiągnął wielkie nic, dorabiając się nowego przydomka „Dyzma”. Po wylaniu z reprezentacyjnej posady Franz nieustannie zbiera cięgi, ze spadkami z 2. Bundesligi i Ekstraklasy na czele, trudno się więc dziwić, że w końcu wylądował w drugoligowym średniaku i także tam nie zagrzał miejsca. Nawałka z kolei potrafił wykorzystać koniunkturę do maksimum. Z kadrowiczów – z pomocą szczęścia – na Euro 2016 wycisnął wynik ponad stan, konsekwentnie budując przy okazji własny mit. Dzięki temu „Ciepły”, jak nazywano go w czasie piłkarskiej kariery, wyszedł stosunkowo cało nawet z mundialowego Waterloo i trafił z najwyższą w historii ligi pensją do Lecha. I tu już bajka dobiegła końca, aczkolwiek takiego dalszego upadku jak w przypadku Smudy trudno się spodziewać.
Z elitarnego grona selekcjonerów na trenerskiej ławce aktywny pozostał więc już tylko Waldemar Fornalik, który bez problemów wyszedł z biało-czerwonej rzeki i odnalazł się w nowej-starej rzeczywistości najpierw w Ruchu, a teraz w Piaście. Fornalik, w przeciwieństwie do Nawałki i Smudy, potrafił szybko przestawić się z myślenia globalnego na lokalne, ba, niewykluczone zresztą, że poczuł ulgę po opuszczeniu tego piekiełka medialnych stołecznych gierek, którym nie potrafił się skutecznie oprzeć, co miało decydujące znaczenie dla jego reprezentacyjnej porażki.
Fornalik robi więc znów to, co potrafi najlepiej, a obecna dyspozycja Piasta wystawia mu jak najlepsze świadectwo, nawet z paskiem za mistrzowskie ogranie Nawałki w bezpośredniej konfrontacji. Zapewne on sam jest także ciekawy, jak teraz potoczą się losy jego małopolskiego (Fornalik, tak mocno już kojarzony ze Śląskiem, urodził się przecież w Myślenicach) krajana. Czy Nawałka pozostanie w szkoleniowym środowisku? A jeśli tak, to jak mocno będzie musiał spuścić z tonu zarówno w kontekście wysokości kontraktu, jak i liczebności sztabu, oraz słynnych wymagań tech-niczno-infrastrukturalnych. A może tym razem naprawdę wyląduje za Wielkim Murem? Bo w Ekstraklasie Król, przepraszam King, może być najwyraźniej tylko jeden.

O to, by ponawałkowy wizerunek reprezentacji zaczął pękać niczym kryształowy wazon inżyniera Stefana Karwowskiego w delegacji w Budapeszcie, Jerzy Brzęczek zadbał tuż po swojej nominacji. Do dziś nie wiadomo, dlaczego nowy selekcjoner dobrał sobie do sztabu akurat tego trenera bramkarzy, będącego w powszechnej świadomości jedną z twarzy afery korupcyjnej, co wywołało pierwszą falę całkowicie uzasadnionej krytyki. Jak się jednak szybko okazało, podobne kłopoty stały się specjalnością i znakiem firmowym obecnej kadry, a najświeższe jej przypadki tylko ten trend potwierdziły. Można nawet odnieść wrażenie, że bałagan na tym polu jest jeszcze większy niż na boisku, chociaż wydaje się to niemożliwe.

Ale do rzeczy. Po meczu z Austrią Brzęczek wdał się w kompletnie niezrozumiałe tłumaczenie dotyczące fatalnej gry Arkadiusza Milika. Selekcjoner przyznał mianowicie, że napastnik Napoli był chory, dodając, że wystawił go zamiast zdrowego Krzysztofa Piątka, bo… tak trenował w ostatnich dniach i nie chciał niczego zmieniać. Jak się okazało, był to początek poważniejszych perypetii, bo wkrótce wirus dopadł kolejnych reprezentantów. Zasadnicze pytanie brzmiało więc: kto dopuścił do tak ryzykownej sytuacji? Logicznie rzecz biorąc, wygląda to na błąd medycznej części sztabu, która nie zaleciła odizolowania chorego zawodnika i dopuściła do sytuacji, gdzie w środku nocy trzeba było ściągać specjalistów, by wykluczyć świńską grypę… Generalnie sekwencja tych irracjonalnych wydarzeń – w imię profesjonalizmu – zasługuje na powołanie przez PZPN specjalnej komisji śledczej, która stwierdziłaby niezbicie, czy wspomniane zalecenie rzeczywiście nie zostało sformułowane. Efektem dochodzenia powinny być personalne konsekwencje, bez względu na to, że osłabiona reprezentacja ostatecznie poradziła sobie z zespołem złożonym z byłych i obecnych piłkarzy polskiej ligi. A jeśli ostrzeżenie padło? No cóż, wtedy sprawa też będzie jasna.

Andrzej Woźniak w bluzie z Białym Orłem, absurdalne pozdrowienie dla Michała Pola, histeryczna obrona Jakuba Błaszczykowskiego, wycieczka na mecz młodzieżówki, dziennikarska prowokacja dotycząca słów Roberta Lewandowskiego, świńska grypa… Przy takiej – niekompletnej przecież – liście większych i mniejszych wpadek, nie może dziwić fakt, że totalny „fake news” na temat Arkadiusza Recy, podany jako pewnik przez Macieja Szczęsnego w studiu telewizyjnym, padł na tak podatny grunt. Po prostu kibice są już w stanie uwierzyć we wszystko, no może poza tym, że kadrowicze naprawdę wiedzą, co mają grać na murawie.

Miał być jeszcze Kubica, ale na szczęście złamał rękę raz, drugi. Ja tego nie chcę, kur… Pięć dych co roku płacić. Sp…laj – mówił Mateusz Morawiecki, wówczas prezes Banku Zachodniego WBK, w rozmowie nagranej w restauracji „Sowa i Przyjaciele”.

Dziś ten sam Mateusz Morawiecki pełni funkcję premiera RP i ma za sobą „kurtuazyjne” spotkanie z Kubicą, po którym Orlen – ponoć niezależnie od tych wszystkich wydarzeń – zdecydował się kupić kierowcy z Krakowa miejsce w bolidzie Williamsa. Kilkadziesiąt milionów złotych wpompowano więc w najsłabszy team Formuły 1, spełniając w ten sposób marzenie 34-latka o powrocie do sportu, z którego wypadł w skrajnie nieodpowiedzialny sposób.

Williams na starcie sezonu okazał się grupą kabaretową. Najpierw nie zdążył poskładać samochodu, potem okazało się, że złożył go w sposób niezgodny z regulaminem, a gdy już go przemodelował, wyszło na jaw, że brakuje mu części zamiennych, więc nie należy ścinać zakrętów po krawężnikach i generalnie trzeba uważać na zarysowania lakieru.

Kubica pojechał rzecz jasna w swoim stylu i nie zmieścił się w bramie do strefy garaży. Na starcie samego wyścigu od razu „przytarł” go jeden z konkurentów, potem jeszcze stracił lusterko, a do mety dojechał daleko za resztą stawki. A po drodze zdublował go nawet kolega z zespołu, który nie dość, że w F1 debiutuje, to przecież nie dostał do rąk samochodu zdecydowanie lepszego od tego, w którym – na uszkodzonej zresztą podłodze – siedział Polak.

Pomimo tego rachunku strat materialnych i prestiżowych, wszyscy byli jednak zadowoleni. Nawet Orlen ponoć był szczęśliwy, chociaż na bolidzie widnieje tylko macierzyste i właściwie wewnątrzkrajowe logo tej firmy, a nie bardziej rozpoznawalnego brandu używanego poza granicami. Ale może właśnie o to także chodziło, by nie być do końca kojarzonym z cyrkiem made in Williams?

Generalnie można odnieść wrażenie, że całej sprawy nie przemyślano do końca. Patrząc z perspektywy rozwoju polskiego sportu, finansowanie hobby Kubicy nie ma żadnego sensu. Znacznie ciekawsza i racjonalniejsza byłaby na przykład wzorowana na skokach narciarskich akcja „Szukamy następców Kubicy” i budowa kilku torów gokartowych, połączona z ufundowaniem stypendiów dla najzdolniejszych młodych kierowców. A wtedy pojawiłaby się szansa, że najlepszy z najlepszych także trafi do F1, ale już pod skrzydłami prywatnego sponsora i bez bagażu podejrzeń, że to wszystko jest tylko jedną wielką polityczną akcją, mającą za pieniądze podatników załatać dziurę w wizerunku premiera, który skutecznie pilnował tylko kasy prywatnej.

Marek Papszun. Niesamowita postać ligowej piłki. Do futbolu zstąpił niemal ex machina, wyciągnięty zza nauczycielskiego biurka. Nie wiem, czy właściciel x-komu, Michał Świerczewski, posiada w swojej firmie urządzenie podobne do tego, które wskazało w „Czterdziestolatku” Stefana Karwowskiego jako idealnego kandydata na dyrektora, ale trafił w dziesiątkę. 44-latek rozstawia po kątach kolegów z I ligi, a w Pucharze Polski bezlitośnie ograł butnego Sa „Niezasłużyliśmynaporażkę” Pinto.

Nad fenomenem szkoleniowca Rakowa i prowadzonego przez niego zespołu zastanawia się już cała Polska, ale mam wrażenie, że nigdy – a przynajmniej w czasach pokorupcyjnych – nie było klubu tak wymykającego się próbom diagnozy i klasyfikowania. Wszystko, co oczywiste – konsekwencja, zaufanie do szkoleniowca, jasny podział ról – nie przyniosłoby takich efektów, jakie obserwujemy w Częstochowie, bez drugiego dna. I właśnie na nim zapewne leży największa tajemnica sukcesu ekipy z ulicy Limanowskiego.

Gdybym miał wskazać najważniejszy z elementów,byłaby to struktura własnościowa. Raków jest mianowicie klubem w stu procentach prywatnym i w dodatku należy do człowieka, który piłkę, wraz z całą otaczającą ją specyfiką, po prostu czuje. Pozwala więc rozwinąć skrzydła – nie tylko trenerowi Papszunowi, ale także prezesowi Wojciechowi Cyganowi, spełniającemu marzenia z różnych powodów niespełniane przez blisko dekadę pracy w Katowicach, gdzie po jego odejściu klub wpadł w korkociąg w kierunku drugoligowej otchłani.

Wracając do Rakowa. Do osiągnięcia statusu w pełni profesjonalnego klubu potrzebuje jeszcze tylko i aż stadionu. I tu już pojawia się problem ze wspomnianą prywatnością. Bo marzenia o tym, by inwestycja została zrealizowana pozabudżetowymi środkami, nie są niestety realne. A czy ma uzasadnienie budowanie przez miasto areny dla prywatnego biznesu? Bo bądźmy szczerzy – to będzie stadion Rakowa, nie Częstochowy jako takiej.

Przed takim dylematem, wspartym potężnym lobbingiem chociażby ze strony PZPN-u (notabene Wojciech Cygan jest w nim członkiem zarządu), stają właśnie prezydent, radni i skarbnik miasta leżącego w cieniu Jasnej Góry. Pomimo takiego sąsiedztwa nie mogą liczyć na cud – na przykład w postaci wygranej w loterii Eurojackpot – i będą musieli sięgnąć do kieszeni po twarde złotówki. I podjąć decyzję: czy klub będzie za użytkowanie nowego stadionu płacił komercyjne stawki, czy też np. płacił mniej, ale jednocześnie rozliczał się reklamowo. A może miasto wniesie obiekt aportem do spółki? No cóż, to może być równie pasjonująca rozgrywka jak ta firmowana przez Papszuna i jego chłopaków.

Złapanie z ręką w nocniku ma od niedawna krwisty odpowiednik. Max Hauke podczas mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym w Seefeld został nakryty na gorącym uczynku, z żyłą podpiętą do aparatury dokonującej transfuzji krwi. Żeby było jeszcze bardziej ponuro trzeba zaznaczyć, że austriacki biegacz w życiu pozasportowym jest policyjnym kadetem, a rzecz się działa w symbolicznej różowej willi.

Dla wielu polskich kibiców afera, której początek miał miejsce podczas ówczesnego nalotu służb specjalnych, zniknęła w złoto-srebr-nym blasku bijącym ze skoczni, która tylko z nazwy była normalna. A szkoda, bo to właśnie dopingowa bomba stała się na świecie tematem numer jeden, znacznie ważniejszym od wyników i medali. Skala jej eksplozji wykracza wszak daleko poza Austrię i brudzi śnieg nie tylko w śladach na trasach biegowych. Za całym mechanizmem ma stać niemiecki lekarz Mark Schmidt, który „opiekował” się nie tylko biegaczami narciarskimi, i zapowiada się na dynamiczny rozwój afery, być może porównywalny z dokonaniami innego medyka, Eufemiano Fuentesa. Na liście klientów Schmidta znajdują się podobno także nazwiska kolarzy, więc skojarzenie jest całkowicie uprawnione.

W mijającym tygodniu dopingowa afera zyskała nieoczekiwanie polski wątek, za sprawą Justyny Kowalczyk, która wykorzystała okazję, by po raz kolejny uderzyć w skandynawskich astmatyków. Jej słowa, by podczas koniecznego oczyszczenia środowiska całkowicie zabronić używania leków przeznaczonych dla osób cierpiących na tę chorobę układu oddechowego przez zawodowych sportowców, spotkały się z natychmiastowym kontratakiem. Arne Ljungqvist, szwedzki były skoczek, wręcz uznał, że Kowalczyk powinna milczeć, bo taki przepis oznaczałby… złamanie praw człowieka.

Polka, która słynie z bezkompromisowego spojrzenia na świat, czego efektem była między innymi zupełnie niepotrzebna publiczna scysja z męską częścią biegowej reprezentacji kraju, swojego zdania rzecz jasna nie zmieniła. Skandynawowie też zresztą tematu już specjalnie nie drążyli, mając zapewne na uwadze fakt, że Kowalczyk ich gwiazdom już nie zagraża, spojrzeli za to szerzej na wieści z różowego domku. Niektórzy nieśmiało porównują już austriacką aferę (która jednak dotyczyła także zawodników innych narodowości) do rosyjskiego przemysły koksowniczego w lekkiej atletyce. I po cichu zadają pytanie czy MKOl. także w tym przypadku zastosuje odpowiedzialność zbiorową wobec najbardziej skażonych przetoczoną krwią reprezentacji?

Liczby nie kłamią. Piłkarska Ekstraklasa ma już wyraźny problem z przyciągnięciem na trybuny liczby kibiców, którą mogłaby się z czystym sumieniem pochwalić. Co więcej, widzowie uciekają też sprzed telewizorów, a to już sygnał alarmowy.

Średnia frekwencja w obecnym sezonie wynosi 8.597 widzów na jeden mecz. Według wyliczeń portalu ekstrastats.pl, oznacza to dramatyczny spadek – w analogicznym momencie rozgrywek w 2017/18 były to 9.624 osoby oglądające na żywo każde ze spotkań. A przecież wtedy w Lotto Ekstraklasie grały Sandecja Nowy Sącz i Termalica Nieciecza, czyli dwa kluby z najniższą widownią w lidze. Także w 2016/17 po 23 kolejkach bariera 9.000 została pokonana (9.089). Niezawodni twitterowicze szybko podkreślili, że dziś polska Ekstraklasa balansuje na poziomie zbliżonym do trzeciej ligi niemieckiej (średnia 8.067 wg danych Marka Wawrzynow-skiego) lub… piątoligowego angielskiego Wrexham (8.283, jak podał Emil Kot).

Wyniku Ekstraklasy nie da się wytłumaczyć w żaden wygodny dla niej sposób, czyli pomijający poziom meczów i atmosferę na wielu stadionach, która zmusza widzów do wyciszenia transmisji. Dobrym miernikiem atrakcyjności tych rozgrywek jest zresztą właśnie telewizyjna widownia ubiegłotygodniowego meczu Lech Poznań – Legia Warszawa, który Canal+ odkodował. Spotkanie średnio oglądało raptem 276.000 widzów, a wliczając online, nieco ponad 300.000. Co ciekawe, tak zwany hit tylko minimalnie wygrał z poniedziałkową transmisją Eurosportu z pierwszej wiosennej kolejki Górnik Zabrze – Wisła Kraków (259 tysięcy widzów, rekord sezonu tej stacji).

Prawdziwą weryfikację Ekstraklasa przejdzie oczywiście w TVP, ale już teraz decyzja prezesa Jacka Kurskiego o zakupie części praw wywołuje – skutecznie na razie wyciszane – dyskusje. Bo widzowie mając szeroki wybór prawdziwych atrakcji, przestali stawiać na bylejakość. Świadczą o tym na przykład problemy, w jakie wpadł hokej. Marek Szkolnikowski, szef TVP Sport, na platformie #zapytajszefatvpsport postawił sprawę jasno: – Poziom sportowy jest bardzo niski, hale nie wyglądają najlepiej i są źle oświetlane. Zależy nam na tym, żeby jakość produktu była na najwyższym poziomie, dlatego ograniczyliśmy transmisje z PLH do absolutnego minimum. Po czym dodał: – Czekają nas rozmowy, czy będziemy kontynuować współpracę i na jakich zasadach. Na pewno nie na takich jak obecnie, bo to jest dla telewizji nieopłacalne.

Jeśli w przypadku piłki również racjonalizm pokona przyzwyczajenia i emocje, mariaż ESA i TVP też może nie przetrwać próby czasu.
============04 BS Autor Czoło (41361133)============