Mam przeczucie, że na naszych oczach zbliża się właśnie koniec świata. Może nie całego, ale takiego, w którym tak zwany zawodowy sport żyje z pieniędzy podatników, siłą wyciąganych im z kieszeni i pompowanych w kluby, ze szczególnym uwzględnieniem tych, w których kopie się piłkę.

Pierwsza jaskółka wylądowała właśnie w Bytomiu, gdzie prezydent Damian Bartyla (były prezes Polonii) wpadł w nie lada tarapaty właśnie w związku z nieumiarkowaną przychylnością do sportu. Wykazane w raporcie nieprawidłowości dotyczą milionów złotych wydanych przez Bytomskie Przedsiębiorstwo Komunalne, na przykład na absurdalnie drogie kursy kształcące adeptów jazdy na łyżwach. W efekcie prezydent stracił większość w radzie, ta skreśliła z wydatków budowę nowego stadionu, a trop sportowy podejmują już nie tylko audytorzy i kontrolerzy RIO, ale także wyborcy. I z pewnością w zmianie tego trendu nie pomagają kibole, którzy skutecznie odstraszyli już od przychodzenia na trybuny Polonii zwykłych mieszkańców, za to nie zawahali się wywiesić wymierzonego w radnych transparentu o treści karalnej.

Coraz goręcej jest też w Chorzowie, gdzie prezydent Andrzej Kotala znalazł się w opałach po tym, jak Ruch złożył kolejny wniosek o finansowe wsparcie. Tymczasem od 2010 r. będący prywatnym klubem Niebiescy dostali w różnej formie 56 mln zł. 18 mln pożyczono im w 2016, od razu pojawiły się problemy ze spłatą, a na deser okazało się, że wpływy z transferu Mariusza Stępińskiego zagarnął poprzedni udziałowiec, mający pierwszeństwo przed miastem przy odzyskiwaniu udzielonej przez siebie pożyczki. Dwumilionowy kolejny datek przyjęto więc na ulicach Chorzowa raczej chłodno… Wróble ćwierkają, że sportowa przedwyborcza amunicja wkrótce pójdzie w ruch też w Zabrzu, gdzie morze pieniędzy pompowanych w Górnika (tylko w ciągu dwóch lat 70 mln w formie akcji i obligacji plus kilkanaście milionów innych zastrzyków, w tym udzielona na miesiąc milionowa pożyczka, którą ostatecznie rozłożono na dziesięć lat) nie przekłada się na wyniki sportowe. Z podobnego powodu rośnie też napięcie w Katowicach (od stycznia 6 mln zł na wszystkie sekcje plus gwarancja budowy nowego stadionu), gdzie na krawędzi balansują najdrożsi w utrzymaniu GieKSiarze, czyli piłkarze. W ich przypadku brak awansu do elity może oznaczać przestawienie zwrotnicy na siatkówkę.

A propos tej ostatniej – w 2017 roku Jastrzębski Węgiel otrzymał z publicznej kasy 150 tysięcy złotych i w zamian dał miastu brązowy medal PlusLigi. Czy tylko ja mam wrażenie, że coś się w tym wszystkim nie zgadza?

Tytuł odnosi się do polskich piłkarzy, zwłaszcza tych występujących obecnie na poziomie pierwszej ligi.Patrząc na ich tabelę nie sposób bowiem uciec od wrażenia, że obecne kolejki pełne niespodzianek jeszcze dekadę temu byłyby dopiero przygrywką do niezwykłego finiszu rozgrywek.

S próbujcie Państwo przenieść się wyobraźnią do czasów, gdy Fryzjer nie rozstawał się z telefonem, sędziowie z kołami zapasowymi swoich samochodów, piłkarze z pudełkami po butach, a dziennikarze z cennikiem not wystawianych po meczach. Czyż dzisiaj nie znaleźliby się w istnym raju? O awans – teoretycznie, bo przecież nie sposób uwierzyć, że wszyscy go naprawdę chcą – walczy pół ligi, żaden wynik nie jest podejrzany, bo wcześniej padały już rozstrzygnięcia iście kabaretowe, a poziom spotkań i tak usprawiedliwi każdy, nawet najbardziej żenujący kiks.

Po prostu żyć i nie umierać. Waluta dowolna, twarda lub krajowa, przysługa za przysługę, dziś ja tobie, jutro ty mnie. I niepowtarzalne emocje związane z tym, czy czasem ktoś nas nie przekręcił bardziej niż my jego, i czy nie przebił naszej oferty. Prawda, że urocze to były zabawy? I wcale nie tak odległe, bo ci, którzy tak zwinnie poruszali się w tej korupcyjnej dżungli, wciąż biegają za piłką, tudzież siedzą na trenerskich ławkach.

Niniejszy tekst ma rzecz jasna wydźwięk ironiczny. Za to jego puenta jest dość poważna: obecnie piłkarze robią w ramach swoich pensji to, za co niegdyś otrzymywaliby sowite nieopodatkowane premie. Tylko dlaczego nikt już tego nie nazywa cudami?

W przyrodzie pewne cykle są niezmienne, nawet jeśli ktoś nadal wierzy w globalne ocieplenie pomimo tego, co oglądaliśmy w ostatnich dniach za oknami. Jednym z tych stałych punktów programu jest przednówek i związana z nim finansowa zapaść Ruchu Chorzów. W kasie Niebieskich jak zwykle przed procesem licencyjnym skończyły się zapasy miejskiej gotówki, a nowej na razie nie widać…

Ten nieco ironiczny wstęp nie ma na celu kopania leżącego. Chciałbym, abyście Państwo potraktowali go jako przyczynek do głębszej refleksji na temat funkcjonowania klubów korzystających z publicznych pieniędzy, zwłaszcza w kontekście odpowiedzialności za podejmowane i związane z nimi decyzje. Zarówno ze strony dających, jak i – może nawet przede wszystkim – biorących.

Nie wiem bowiem, czy zwróciliście uwagę na jeden znamienny szczegół – w obecnym Niebieskim kontredansie nie słychać głosu Dariusza Smagorowicza. Człowieka, który twierdził, że pożyczka AD 2016 pozwoli Ruchowi odzyskać równowagę i rentowność.

Od tamtej chwili minął rok. Nie ma już w klubie ówczesnego właściciela i prezesa, nie ma już pożyczonych wówczas 18 milionów złotych, jest za to niespłacona pierwsza rata i 36-milionowy dług, z którego 21 milionów to zobowiązania właścicielskie. Czy są tam zobowiązania także wobec Smagorowicza? Odpowiedź pozostaje nieznana. Podobnie jak na szereg innych pytań z najważniejszym na czele: czy w przypadku upadku klubu istnieje szansa na odzyskanie całości publicznych pieniędzy? A jeśli nie to kto za to odpowie? I czy ówczesny prezes nie wprowadził czasem miasta w błąd przedstawiając wizję odzyskania stabilizacji, podobnie jak miało to miejsce z deklaracją, że klubowy herb jest wolny (PS. Z chęcią dowiedziałbym się też, czy i jak skończyła się tamta sprawa w prokuraturze?).
Zabawa na cudzy koszt to odwieczne marzenie nienasyconych utracjuszy, których największym kapitałem jest fantazja. I właśnie prezesi sportowych klubów należą do tego grona zaskakująco wręcz często. Może dlatego, że ich odpowiedzialność za decyzje podejmowane zgodnie z maksymą „raz się żyje, a po mnie choćby potop”, wciąż jest iluzoryczna i po zamknięciu drzwi z drugiej strony rozwiewa się jak dym?

O pomyśle powiększenia Ekstraklasy powiedziano i napisano (także w tym miejscu) już wiele. Ale znacznie lepiej przemawia to, co dzieje się na boiskach pierwszej ligi. Nie chodzi nawet o fakt przekształcenia walki o awans w wyścig ślimaków i związane z tym wyniki, które trudno już nazwać sensacjami czy wypadkami przy pracy, ale o sam poziom rozgrywek i infrastrukturę, jaką dysponuje wiele klubów.

Żaden z zespołów czołówki – a przecież to pojęcie odnosi się obecnie do ponad połowy całej stawki – nie gwarantuje podniesienia poziomu rozgrywek tak zwanej elity. Ba, nie daje nawet obietnicy, że beniaminkowie zastąpią tegorocznych spadkowiczów w jakościowym stosunku jeden do jednego, a poprzeczka nie wisi bynajmniej zbyt wysoko.

Nie jest chyba przypadkiem, że najgłośniej za opcją rozbudowy Ekstraklasy optują ci, którzy mogą na tym zyskać, dzięki sklonowaniu związanych z nią etatów: piłkarze, trenerzy i sędziowie. Natomiast wielce wymowną wstrzemięźliwość zachowują kibice, którzy i tak co tydzień oceniają atrakcyjność obecnej formuły pozostawiając – poza pracującymi na rekordy stadionami absolutnego polskiego topu – puste miejsca na trybunach, oraz telewizja zmagająca się ze słabnącą średnią oglądalnością rozgrywek (vide raport Ekstraklasa Piłkarskiego Biznesu).

Dolewanie letniej wody do szesnastozespołowego towarzystwa dodatkowo spotęguje ten efekt dwóch ekstraklasowych prędkości. Im więcej będzie meczów, tym ich mniejsza atrakcyjność. Dlatego od lat powtarzam, że najlepszym rozwiązaniem byłaby liga licząca dziesięć, no, może dwanaście drużyn.

Wielkanoc to czas refleksji. Niezależnie od poglądów politycznych i wyznań religijnych. Jej istotą jest bowiem ponadczasowa granica między istnieniem a nieistnieniem, śmiercią i zmartwychwstaniem. Granica bardzo często wyjątkowo wątła. Także w kontekście sportowym.

Przykład pierwszy z brzegu. Pamiętacie ubiegłoroczny przypadek Podbeskidzia Bielsko-Biała? Jeden gol, jedna niejasna decyzja i krótkie prawnicze gierki zadecydowały o tym, że to piłkarze z Beskidów znaleźli się nie w grupie mistrzowskiej, a w spadkowej, co okazało się prostą drogą do zaskakującego ekstraklasowego samounicestwienia. W efekcie Górale przekonują się na własnej skórze, że łatwiej jest „umrzeć” (nawet tak niespodziewanie) niż „zmartwychwstać”.

Zwłaszcza zbiorowo, bo w takim właśnie kierunku wędruje Góral indywidualista, mianowicie Tomasz Adamek. Na powrót do ringu namówił go – chociaż znając pięściarza nie były to rozmowy długie – znany dziennikarz i początkujący promotor Mateusz Borek. Adamek, który już dwukrotnie żegnał się ze światem (boksu), wygłaszając między innymi pamiętne zdanie „na szczęście mam co do garnka włożyć, więc mogę zakończyć karierę”, zdjął więc z kołka rękawice i ruszył po jeszcze jedną wypłatę.

Borka rozumiem, musi dbać o frekwencję i sprzedaż PPV. A nie od dziś wiadomo przecież, że najbardziej lubimy te piosenki, które już znamy. Z takich samych przyczyn do ringu wciągano na pożegnalne walki Andrzeja Gołotę czy Przemysława Saletę, a w MMA stawia się na Mariusza Pudzianowskiego. Motywacji Adamka do końca już jednak nie pojmuję. Na stan konta raczej nie narzeka, bo pieniądze – jak wieść niesie – inwestuje rozsądnie, za to wszystkie ważne pięściarskie ścieżki i tak są już przed nim zamknięte. No i przecież zdrowie, zwłaszcza po czterdziestce, ma się tylko jedno.

Z drugiej strony z każdym odejściem pogodzić się nie jest łatwo. Chociażby tylko takim ringowym. Adrenalina, chęć sprawdzenia się, no i – last but not least – wspominane już pieniądze, to kombinacja narkotyków, którym trudno się oprzeć. I o których trudno zapomnieć, zwłaszcza gdy dość nagle znika się z życia (publicznego). Adamek zamienia się po cichu w żywe wspomnienie fantastycznych, ale coraz bardziej odległych w czasie walk, nie bywa w studiach telewizyjnych, a jego start do kariery politycznej zakończył się ciężkim nokautem jeszcze przed wyjściem do prawdziwej bitwy. Może stąd ta próba sportowej rezurekcji? Z tym pytaniem pozostawiam siebie i Państwa, życząc wszystkim Wesołych Świąt!

W świecie mediów poruszam się od ponad ćwierćwiecza. Ale – niczym Waldemar Fornalik przez piłkarzy Ruchu – wciąż bywam w nim zaskakiwany. Tak właśnie stało się we wtorek wieczorem. Podczas telewizyjnych relacji z Dortmundu zszokowała mnie porażająca wręcz nieznajomość sportowych realiów wśród prowadzących wydania specjalne dziennikarzy newsowych, w dodatku w wielu przypadkach infantylizm ich wypowiedzi szedł pod rękę z narcystycznym samouwielbieniem. Na tym tle znacznie mniej dziwił mnie już kolejny antenowy wyścig po krew, w którym poczucie pierwszeństwa stanowiło wartość nad-rzędną wobec wiarygodności – na przykład w formie „informacji” o wybuchu W autokarze, a nie OBOK niego.

Tymczasem znacznie ważniejsze od kwestii czy mecz da się przełożyć na następny dzień czy też jest to operacja niemal niewykonalna, było coś innego. A mianowicie refleksja, że jeśli rzeczywiście była to próba zamachu, to mieliśmy do czynienia ze swoistą pętlą powiązaną z krwawymi wydarzeniami w Paryżu, gdzie wyjściowym celem także był mecz piłkarski.

Mając w pamięci skuteczne działania paryskich stewardów i widząc tłum kibiców spokojnie czekających na rozwój wydarzeń na stadionie Borussii, o co poprosili ich oganizatorzy ogłaszając, że to najbezpieczniejsze miejsce w mieście, przyszło mi do głowy pewne bolesne skojarzenie. Oto na naszych oczach pojęcie „Twierdza” w stosunku do sportowych aren nabrało nowego, wyjątkowo dosłownego znaczenia.

Jest obecnie słowo, które za sprawą rządzących robi prawdziwą furorę. Brzmi ono „eskpertyza”. Można na nim podeprzeć każdą tezę i każdy projekt, a jego pojemność wydaje się nieograniczona. Niniejszym postanowiłem więc również przeprowadzić ekspertyzę i wyszło mi z niej, że najbardziej pamiętnym elementem wielkiego finału ligi hokejowej był nie złoty gol zdobyty w dogrywce przez Cracovię, nie imponujące brody przesądnych zawodników, a… transparent. Tak przynajmniej twierdzą moi „eksperci” (czyli znajomi), niekoniecznie fani pogoni za krążkiem, którym zdarzyło się rzucić okiem na telewizyjne transmisje z Tychów. Dzięki tym rozmowom okazało się, że moje odczucia nie są jednak odosobnione.

Chodzi mianowicie o imponujących rozmiarów płachtę (którą na meczu numer cztery udało się jej autorom powiesić nawet w centralnym punkcie trybun, dokładnie naprzeciw głównej kamery TVP Sport), a na której wymalowano hasło „Pozdrowienia do więzienia”. Co prawda nie wymieniono na tej mizernej jakości artystycznej pocztówce adresatów, ale wrażenie było przytłaczające. Ba, można rzec iście piorunujące. Zwłaszcza przy okazji ostatniego siódmego spotkania, gdy na ekranach pojawiało się zamiennie z innym transparentem, przywiezionym prawdopodobnie przez fanów z Krakowa, o treści „Jan Paweł II. Pamiętamy”.

W całej tej historii dziwi powszechna obojętność. Na więzienne przesłanie nie reagowali ani realizatorzy telewizyjni, których pewnie akurat najmniej to interesowało, ani tyscy działacze – być może powodowani strachem, a może po prostu przyzwyczajeni do takich standardów, chociaż ten „drobiazg” fatalnie rzutował nie tylko na tło najważniejszych w sezonie meczów, ale także na wizerunek klubu, a nawet miasta. Ba, asekuracyjnym niedowidzeniem wykazał się również obserwator sędziów, nie uznający – chociaż ma takie kompetencje – za konieczne, by opisać sprawę w raporcie meczowym.

Hokej to nie piłka, mamy inne przepisy. Nie ma na przykład funkcji delegata, który w piłce zwraca szczególną uwagę także na trybuny – tłumaczył później w materiale „Dziennika Zachodniego” rzecznik PZHL, Grzegorz Leśniak pytany czy hokejowa centrala zdaje sobie sprawę z poniesionych strat wizerunkowych. A tymczasem jeśli ktoś uważa, że ten tekst dotyczy burzy w szklance wody niech przeprowadzi swoją „ekspertyzę”. Naprawdę zdziwicie się jej wynikami.

Czy to jeszcze piłka czy też już kabaret? Takie pytanie można sobie zadawać po tej kolejce I ligi oglądając w akcji piłkarzy Górnika Zabrze, Zagłębia Sosnowiec i GKS-u Katowice, a także słuchając ich szkoleniowców, którzy pomeczowe wypowiedzi wyraźnie mylą ze skeczami.

Dwa tygodnie temu mój redakcyjny kolega Jacek Sroka obwołał ekipę Ruchu Chorzów Rycerzami Wiosny. Jego tezę zweryfikują tak naprawdę dopiero następne rundy spotkań, z poniedziałkowymi derbami włącznie, za to mnie przyszło na myśl coś z bieguna przeciwnego: czy ktoś kiedyś zastosował określenie Błazny Wiosny?

A właśnie w takim kierunku zmierzają wspomniane wcześniej trzy drużyny z naszego regionu, które do Lotto Ekstraklasy próbują wjechać na wstecznym biegu. Porażek Zagłębia i Górnika z dwiema najsłabszymi dużynami ligi nie wolno minimalizować określeniem „wpadki” – to po prostu wstyd i kompromitacja, natomiast katowiczanie pracują na historyczny antysukces systematycznie, tracąc punkty z kim popadnie.

W oparach absurdu zaczynają się poruszać także trenerzy. Doprawdy trudno zrozumieć ich pochwały dla zawodników za to, że w przegranych meczach wykazali ambicję i zaangażowanie, a zabrakło jedynie szczęścia. Szanowni panowie – szczęścia to może braknąć w losowaniu totolotka, na murawie brakuje przede wszystkim umiejętności. Natomiast ambicja i zaangażowanie wchodzą w zakres podstawowych piłkarskich obowiązków i dziękowanie za nie ma tyle samo sensu, co podziękowanie wyżej podpisanemu, że chciało mu się ten tekst napisać.

Ryszard Czarnecki żadnej pracy się nie boi. Żadnej przynależności partyjnej też zresztą nie, co widać w kronice jego niezwykłej politycznej kariery. I niczym swój teść Mirosław Hermaszewski (dla młodszych Czytelników wyjaśnienie: to wciąż jedyny Polak, który był w kosmosie), nie ma oporów, by sięgać do gwiazd. Choćby tylko sportowych.

Najnowszym celem europarlamentarzysty i – o czym nie wszyscy już pamiętają – niedoszłego prezesa PZPN, stał się fotel szefa Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Furtkę do spełnienia tego marzenia uchylił Czarneckiemu związek siatkarski. Nie od dziś to gremium słynie z nieszablonowych rozwiązań, których innowacji świat zewnętrzny czasami nie potrafi docenić. Jak chociażby tych zastosowanych przy okazji zwycięskich dla Polaków mistrzostw świata, gdzie hasło „Złoto” interpretowano podobno na najbardziej zaskakujące sposoby. Siatkarskie błogosławieństwo dla Czarneckiego nie wybija się więc jakoś bardzo na tej liście.

Nominacja odbiła się jednak głośnym echem, wywołując nie tylko emocje, ale także zadziwiającą pasywność ze strony dziennikarzy zajmujących się siatkówką na co dzień. Nie zauważyłem mianowicie, by zadali związkowym bossom najprostsze możliwe pytanie, czyli „Co wami kierowało?”. Ciężar weryfikacji kandydatury wziął więc na siebie Konrad Piasecki, który w „Gościu Radia Zet” przepytał Czarneckiego także w temacie olimpijskim. Test wypadł kiepsko, ale bynajmniej nie zmącił dobrego samopoczucia posła, który brak wiedzy o liczbie złotych medali zdobytych przez Polaków na ostatnich igrzyskach skwitował w swoim mniemaniu zabawnym – choć to odczucie chyba nie było powszechne – stwierdzeniem „stremowałem się”.

Podsumowanie tej historii zabawne już jednak nie będzie. Sporo bowiem wskazuje na to, że u podstaw absurdalnego z pozoru posunięcia PZPS-u leży polityczno-ekonomiczne kunktatorstwo, oparte na nadziei pozyskania sponsorskiej przychylności spółek Skarbu Państwa. A jeśli tak jest to wybory mogą być jedynie formalnością. I dopiero wtedy naprawdę zaśmiejemy się w głos. Pamiętajmy jednak wówczas, że tak naprawdę śmieje się ten kto śmieje się ostatni… Zwłaszcza gdy siedzi w wygodnym fotelu lub w samolocie lecącym do apartamentu w luksusowym hotelu w Pjongczang.

Najpierw szybki test. Czy wiecie, który zespół został mistrzem Europy U-21 przed dwoma laty, z kim wygrał w finale i jaki padł wówczas wynik? A może pamiętacie, gdzie odbył się ten turniej? A poprzedni, w 2013?

OK, nie sprawdzajcie w Wikipedii, bo i tak nagród nie przewidziano. Celem tego odpytywania było udowodnienie, że Robert Lewandowski miał rację, gdy oznajmił, że impreza ta służy weryfikacji stanu szkolenia młodzieży i promocji piłkarzy mniej znanych, a nie „pompowaniu” wyniku poprzez powoływanie zawodników, których właściwym miejscem jest pierwsza reprezentacja. Nic dziwnego, że słowa największej gwiazdy Biało-Czerwonych i i Bayernu Monachium wywołały taką błyskawiczną reakcję w PZPN-ie. Były bowiem prawdziwe aż do bólu, a krzyk jest wszak na niego naturalną i częstą reakcją.

Ranga imprezy, której gospodarzem za trzy miesiące będzie Polska, lokuje ją w stanach średnich, także w odbiorze kibicowskim. Podjęto więc z nimi karkołomną grę, uparcie promując wizję, że przyjście na stadion będzie szansą, by za znacznie mniejsze pieniądze niż te w przypadku występów kadry A zobaczyć w akcji Arkadiusza Milika, Piotra Zielińskiego czy Mariusza Stępińskiego. Tymczasem de facto mamy do czynienia z formą zakładu w ciemno, bo ich obecność jest nie tylko niepewna, ale również, jak właśnie stwierdził Lewandowski, niekonieczna.

Analizując sprawę trudno uciec od skojarzeń z hokejem. Swego czasu do kadry powoływano Mariusza Czerkawskiego i Krzysztofa Oliwę, którzy przyciągali na trybuny kibiców, ale sportowych sukcesów nie byli w stanie zapewnić. W kontekście piłkarskiej młodzieżówki jest podobnie, a w dodatku gwiazdy takie jak Milik mają na Euro U21 znacznie więcej do przegrania niż do wygrania, o ryzyku niepotrzebnych kontuzji nie wspominając.