Archiwa tagu: Anders Besseberg

Jakoś dziwnie bez echa przechodzi w Polsce największa w dziejach afera biathlonowa. Okazało się otóż, że prezes światowej federacji tej dyscypliny, Anders Besseberg, był w znacznie ciekawszych miejscach i widział znacznie więcej niż polscy kibice według olimpijki Weroniki Nowakowskiej. 72-letni Norweg miał uprawiać własną odmianę biathlonu – biegał po pieniądze i strzelał na luksusowych polowaniach. A ponieważ w przeciwieństwie do wielu swoich rodaków i rodaczek on akurat nie cierpiał na astmę, obie te rzeczy robił ponoć często i systematycznie, dbając też o odnowę biologiczną w fachowych ramionach prostytutek.

Źródło tych wszystkich rozkoszy biło w Rosji. Taki zarzut potwierdził Grigorij Rodczenkow, najsłynniejszy obecnie uciekinier z tego kraju, który do wyjazdu w 2015 roku zarządzał rosyjską agencją antydopingową i był tam uznawany za magika potrafiącego zatuszować każdy przypadek złapania na koksie (zamieniając ten proceder w bardzo zresztą dochodową sztukę). Jak sam twierdzi, uciekł do USA, bo zaczął obawiać się o życie, a w zamian za bezpieczeństwo został najsłynniejszym sportowym świadkiem koronnym. Ujawnił wiele ciemnych spraw, przyznał się do zniszczenia kilku tysięcy pozytywnych próbek rosyjskich gwiazd i zdradził największą z tajemnic – że dopingowy przemysł wspierany był przez państwo, a pojemniki z moczem podczas igrzysk w Soczi otwierali i ponownie napełniali agenci służb bezpieczeństwa.

Po tych rewelacjach na Rosję spadł grad twardych konsekwencji, z wyrzuceniem z igrzysk włącznie. Jak przystało na wyrachowanego gracza, Radczenkow wciąż chowa w rękawie kolejne asy. Jednego właśnie rzucił i zbił nim króla biathlonu, rządzącego tą dyscypliną od 1992 roku. Sednem systemu miały być manipulacje paszportami biologicznymi, które dziwnym trafem na polecenie IBU (federacji zarządzanej przez Norwega) znikały z laboratorium rosyjskich antydopingowiczów.

Besseberg był częstym gościem kolegów z Moskwy i okolic. Uczestniczył tam w łowach na grubego i drobnego zwierza, a potem w rozmowach przy myśliwskich ogniskach, tudzież hotelowych kominkach, gdzie gospodarze zwierzali mu się z problemów, a on starał się im pomóc. Traf chciał, że chodziło głównie o utajnienie wyników badań rosyjskich gwiazd (w sumie podobno o 65 takich przypadków), co pozwalało im nadal startować i święcić triumfy. Wisienką na torcie było przyznanie Tjumeni organizacji mistrzostw świata 2021. Gdy rosyjski przemysł dopingowy ujrzał wreszcie światło dzienne, a na IBU zaczęła naciskać WADA (agencja antydopingowa), Besseberg znalazł się pod ścianą i decyzja została zmieniona. Polowania, wycieczki, luksusowe hotele, panie do towarzystwa i drogie gadżety – Norweg niczego sobie nie żałował i to właśnie zwróciło uwagę reporterów śledczych. Wreszcie więc brudna bomba wybuchła i biathlonowy boss złożył dymisję, nie przyznając się jednak do zarzutów.

Afera, jak to zwykle bywa, ma charakter rozwojowy i niewątpliwie pojawi się w niej więcej szczegółów, ale już widać, że biathlon stanie w jednym rzędzie hańby z lekką atletyką, kolarstwem czy – niedościgłym na razie – podnoszeniem ciężarów. Generalnie sprawa ta stanowi kolejny dowód na patologie, jakimi przesiąknął skomercjalizowany do bólu sport, w którym dopingowa zabawa w policjantów i złodziei trwa bez końca, a każda próbka ma swoją wagę i cenę. Chociażby mieszczącą się w jednym neseserze. Na pewnym nagraniu powiązanym z biathlonową aferą szef misji olimpijskiej w Soczi, Aleksander Krawcow, twierdził bowiem, że do takiej walizeczki zmieściłoby się 400.000 dolarów, a wiceszef IBU, Aleksander Tichonow, kontrował, że co najwyżej 300.000. Być może ten spór rozwiąże sam Besseberg. O ile oczywiście stanie przed sądem i powie prawdę, całą prawdę i tylko prawdę.