Archiwa tagu: blog o Euro 2016

To pewnie będzie teza równie popularna jak obiektywne przyznanie, że Howard Webb miał pełne prawo podyktować rzut karny w meczu Austria – Polska podczas Euro 2008. Uważam mianowicie, że ćwierćfinał mistrzostw Europy to dla reprezentacji znad Wisły wynik ponad stan, a kluczem dającym skok do ósemki był przede wszystkim dodatni bilans szczęścia i pecha w meczach ze Szwajcarią i Portugalią. Bo tak naprawdę rozegraliśmy jedno naprawdę dobre spotkanie – z Niemcami. I to w fazie, gdy mistrzowie świata przypominali poczwarkę, z której dopiero rodzili się medaliści.

Od początku turnieju można było zresztą odnieść wrażenie, że najwięksi faworyci nie za bardzo wiedzieli, jak „zjeść” żabę przygotowaną przez Michela Platiniego, czyli imprezę rozbudowaną czasowo i strukturalnie poza granice rozsądku. I że to właśnie stanowiło największy atut dla nieobciążonych wielkimi turniejowymi doświadczeniami nowicjuszy. W wyniku zmiany regulaminu całe Euro stało się dosłownie szalone i to nie tylko dlatego, że nastąpiło niespotykane w historii przechylenie drabinki, będące zresztą w dużej mierze wynikiem najpoważniejszego na tej imprezie błędu sędziego podczas spotkania Chorwacji z Hiszpanią.

A przecież to zaledwie przedsmak tego, co czeka nas w 2020 roku. Trzynaście państw i trzynaście miast, z których skrajne dzieli 3,7 tysiąca kilometrów, dla trenerów i piłkarzy stanowić będzie rebus bez logicznego rozwiązania. Czy taki rozwój szaleństwa to przypadek? Nie sądzę. Przecież w całej tej zabawie od dawna chodzi już tylko o pieniądze.

Tak się złożyło, że w ciągu ostatnich trzech tygodni reprezentacja Polski rozegrała co najmniej tyle samo najważniejszych meczów w swojej historii, co od początku roku stoczono walk stulecia w boksie zawodowym. Dziś zostanie do tej kroniki dopisany kolejny rozdział: Biało-czerwoni staną przed szansą wejścia do najlepszej czwórki Starego Kontynentu.

Tak się złożyło, że scenerią potyczki z Portugalczykami będzie Marsylia. Miasto wyjątkowe, założone przez Greków w VI w. przed naszą erą, dziś stanowiące konglomerat wielu kultur (co w kilku dzielnicach przybrało jednak formę patologiczną) i mające stałe miejsce nie tylko na mapie turystycznej, ale także filmowej.

Bo przecież właśnie Marsylia jest jednym z głównych planów legendarnego „Francuskiego łącznika”, który powstał wtedy, gdy polska piłka święciła swoje największe triumfy. W czwartek śródziemnomorski port może się stać łącznikiem dosłownie i połączyć epokę Orłów prowadzonych przez Kazimierza Górskiego, a później Antoniego Piechniczka, z teraźniejszością. Na taki pomost czekamy już ponad trzydzieści lat.

Francuskie mistrzostwa od początku zorganizowane są, jak by to delikatnie ująć, dość nonszalancko. Gospodarze sprawiają wrażenie, że piłkę owszem i lubią, ale nie zamierzają z jej powodu zmieniać swoich przyzwyczajeń. Tak było na przykład w Marsylii, gdy położoną w obrębie samego stadionu część biura prasowego nieoczekiwanie odcięto od świata, bo ktoś, spiesząc się do domu, pozamykał wszystkie drzwi. W nagrodę za tę wewnętrzną dyscyplinę anonimowego pracownika mieliśmy jednak szansę przejść się po vip-owskim dywanie. Co prawda jedynie w kierunku ostatniego otwartego wyjścia, ale zawsze to przecież ważne doświadczenie, bo parafrazując pytanie z „Misia”: czy Państwo wiecie, kto po nim wcześniej stąpał?

Zdecydowanie mniej wesoło było w podróży powrotnej do Nantes. Mocne turbulencje i niski pułap chmur dostarczyły wrażeń, które bynajmniej nie kojarzyły się już z żadną komedią, a wręcz przeciwnie. Ale i tu okazało się, że częściowo podzieliliśmy doświadczenia gwiazd.

Lecący kilkanaście godzin wcześniej samolot czarterowy naszej reprezentacji wpadł bowiem w taką samą pułapkę pogodową, jak nasz airbus Air France. Pilot LOT-u nie zdecydował się jednak na lądowanie i poleciał do Rennes. Wychodzi więc na to, że my byliśmy towarem nieco mniej cennym niż Orły Nawałki, ale przynajmniej przez chwilę mogliśmy się poczuć w ich skórze.