Archiwa tagu: blog o piłce

0,02. Taki procent Polaków zasiadał na trybunach podczas meczu Lotto Ekstraklasy w sezonie 2016/17. Ten wskaźnik z raportu Europejskiego Stowarzyszenia Piłkarskich Lig Zawodowych nie jest przesadnie eksponowany w opracowaniach tego dokumentu i trudno się dziwić, bo nijak nie da się go przedstawić w kategoriach sukcesu. A jednak to właśnie on daje sporo do myślenia – biorąc pod uwagę fakt, że nie sposób już narzekać na infrastrukturę, oznacza bowiem, że największym problemem polskiej ligi jest jej poziom sportowy, który nie skłania do wydawania pieniędzy na bilet.

Taki absolutnie logiczny i uprawniony wniosek, podparty cotygodniowymi dowodami empirycznymi, stanowi z kolei nie lada zagwozdkę dla uzasadnienia coraz bardziej nieuchronnej reformy rozgrywek, której głównym owocem ma być powiększenie ekstraklasy do 18 drużyn. O bezsensie rozwadniania i tak mocno przeciętnego produktu pisałem w tej rubryce już nie raz i zdania nie zmieniłem. Teraz jednak w projekcie pojawił się jeszcze jeden punkt, którego absurdalność skłoniła mnie do ponownego wzięcia tematu na klawiaturę.

Chodzi mianowicie o opcję, zgodnie z którą, w systemie baraży, do elity mógłby awansować nawet zespół zajmujący w I lidze miejsce szóste. Czy ktoś, kto na co dzień śledzi wydarzenia na tym szczeblu, zwanym trafnie zapleczem (czyli czymś, co niekoniecznie pokazuje się światu), mógłby wpaść na taki pomysł? W rozgrywkach gdzie trudno znaleźć dwa kluby, których awans nie obniżyłby wartości ekstraklasy, miałoby być takich potencjalnych kandydatów aż sześciu?! A gdzie niby stoją ich nowoczesne stadiony? Gdzie księgowi pławiący się w solidnych podstawach finansowych? I wreszcie gdzie- nie licząc kilku rozsianych po całej tabeli rodzynków – piłkarze, których naprawdę chcielibyśmy oglądać w wyższej lidze?

Wszystko na kilometr pachnie przysługą dla tych, którzy mają wielkie ambicje, ale małe możliwości ich spełnienia na obecnej wąskiej ścieżce awansu sportowego. A to oznacza, że jest tak śmiesznie, że aż strasznie.

Tradycji stało się zadość. Coroczna pielgrzymka kibiców na Jasną Górę zakończyła się godną czwartej części Trylogii wycieczką za mury. Patrioci zdobyli kilka wrażych flag, poturbowali grupę zaprzańców, odśpiewali pobożne pieśni i na cześć legendarnego wyczynu Kmicica użyli prochu i saletry pod dobrotliwymi spojrzeniami spadkobierców duchowych przeora Kordeckiego. Nic więc dziwnego, że świadkom tych podniosłych wydarzeń wzruszenie pomieszane z gryzącym dymem wyciskało łzy z oczu.

Sportowy patriotyzm w kraju nad Wisłą ma się dobrze. Co prawda próby jego eksportu kończą się niezrozumiałymi prześladowaniami następującymi tuż po przekroczeniu granic Ojczyzny, tym niemniej generalnie powodów do narzekania nie ma. Za to powodów do dumy przybywa błyskawicznie – na przykład dzięki Robertowi Kubicy, który został właśnie testerem Williamsa. Trzeba przecież podkreślić, że krakowianin zachował honor, w przeciwieństwie do rosyjskiego konkurenta, który nie dość, że jest wspierany przez Putina, to jeszcze miejsce w głównym bolidzie po prostu kupił. Cały świat będzie więc patrzył na Sirotkina z politowaniem, tak jak na Freitaga, który przewrócił się na Czterech Skoczniach, chociaż akurat nikt w niego śnieżkami nie rzucał.

Oprócz patriotyzmu dużego jest jednak także patriotyzm – patrząc w kategoriach powierzchniowych – mały, czyli lokalny. Na przykład śląski. Chociaż on i tak często, a już na pewno w obszarze piłki nożnej, podlega dodatkowemu rozbiciu najpierw miejskiemu, a potem wręcz dzielnicowemu. O nim właśnie dumałem podczas debaty zorganizowanej przez szefa regionalnej piłki Henryka Kulę. Dyskusja toczyła się w zacnym gronie, jej temperatura była dość umiarkowana, a z większością tez zgadzali się wszyscy obecni, czemu zresztą trudno się dziwić, skoro były to tezy ze wszech miar słuszne i rozsądnie – choć mało optymistycznie – prowadzące do odpowiedzi na zasadnicze pytanie: Kiedy klub z naszego regionu znów zostanie mistrzem Polski?

W całej tej atmosferze wzajemnego zrozumienia nie sposób było jednak uciec od poczucia surrealizmu. Zasadniczo bowiem świetlana przyszłość piłki śląsko-zagłębiowskiej, a także beskidzkiej, według panelistów opierać się powinna na solidarności i wzajemnym wsparciu. W negocjacjach z samorządami, w rozmowach ze sponsorami, w systemach szkolenia młodzieży, w rozwiązaniach infrastrukturalnych, a czasem i finansowych. Brzmi to świetnie, ba, nawet logicznie, jednak znajduje się w tej wizji jedna zasadnicza drzazga, mianowicie kibicowska, podlana patriotyczno-tożsamościowym sosem – otoczka futbolu. O współpracy klubów mówiono wszak w ostatnich latach już wiele, próbowano też słowa przekuć w czyny. Na szczeblu Ekstraklasy organizowano wspólne wyprawy na zgrupowania, na szerszym polu zawiązywano sponsorskie porozumienia. Piękne, nieprawdaż?

Tyle tylko, że to ostatnie podpisano za bliską, bo bliską, ale jednak granicą. I w tym jest właśnie pies pogrzebany. Bo żaden realny futbolowy sojusz nie jest w regionie możliwy. Dowodów mamy aż nadto – największe awantury związane są z meczami derbowymi, największe problemy stwarza logistyka kibicowskich przejazdów nie ogólnopolskich, a właśnie tych najkrótszych, najpoważniejsze incydenty ostatnich miesięcy związane były z najazdami wrogich grup na stadiony położone najbliżej ich macierzy… Świeżo w pamięci pozostają też przypadki prezesów skłonnych pomóc sąsiadom w momentach, gdy ci nie mogli korzystać z własnych, przebudowywanych w danym momencie aren, czy piłkarzy zamierzających zmienić barwy bez zmiany miejsca zamieszkania. I dopóki ten system piłkarskiego ekosystemu się nie zmieni, dopóty każdy będzie drobił w miejscu, a ewentualne sukcesy wynikną tylko ze splotu przypadków. I o tym także powinni pomyśleć gospodarze takich wydarzeń jak jasnogórska pielgrzymka. Aby jednak skalę tej odpowiedzialności zrozumieć, trzeba czasem z klasztornej celi wybrać się na mecz. Najlepiej po cywilnemu i autobusem komunikacji publicznej. Na przykład z Katowic do Zabrza. Rzecz jasna, przez Chorzów.

Do worka z logo „#MeToo” można już wrzucić właściwie wszystko. Molestowania prawdziwe i rzekome, fizyczne i iluzoryczne, świeże i prehistoryczne. Skala akcji jest porażająca, ale wciąż pozostają regiony nieodkryte. Na przykład Bale Mistrzów Sportu, gdzie – z konieczności – zamiast laureatów na scenie pojawiają się ich żony bądź partnerki.

Żaden chyba wyczyn boiskowy nie budzi bowiem tylu emocji i wrażeń co kreacja, karnacja, fryzura, makijaż i odsłonięte powierzchnie ciała pań i panien, na co dzień obcujących – dosłownie i w przenośni – z Gwiazdami Masowej Wyobraźni. I na użytek tej ostatniej
w grę włącza się coraz większa część mediów, dla których podobne wydarzenia są niczym zastrzyk tlenu. A że większość „kibicowskich” komentarzy dotyczących wyglądu wybranek sportowych serc (ale również wyróżnianych sportsmenek, pracujących jednak przy takich okazjach dobrowolnie i na własny rachunek) ma charakter molestująco-upokarzający? No cóż, liczy się dobro najwyższe, czyli kliki, lajki i odsłony…

Typowy dla takich zdarzeń scenariusz obejrzeliśmy przy okazji organizowanego przez „Przegląd Sportowy” wyboru sportowca roku 2017. Werdykt stawiający wyżej loty Kamila Stocha niż kopnięcia piłki Roberta Lewandowskiego był być może dyskusyjny, ale najważniejszy okazał się „pojedynek” ich żon – Ewy z Anną, zwłaszcza że obie zaprezentowały różne style i różne preferencje modowe. Świetnym więc instynktem wykazał się zwycięzca Turnieju Czterech Skoczni, który z ekranu oświadczył, że żona jest jego najlepszą wizytówką, zdobywając dla niej wśród przedekranowego jury dodatkowe punkty.

Na tej wykreowanej rywalizacji zyskała też ta Trzecia, czyli Marcelina Hula. Uparcie pokazywana przez operatora Polsatu zamiast swojej przyjaciółki Ewy, zgarnęła część tortu, przy okazji niechcący wystawiając niefortunnego kamerzystę i realizatora na pośmiewisko oraz falę hejtu. Z takiej wpadki nie mogła przecież nie skorzystać grupa ekspertów od biografii i wizerunków celebrytów, czyli po prostu większość narodu z zapartym tchem przyglądająca się, czy na stoły podano już „ciepłe” i czy Apoloniusz Tajner po zgoleniu wąsa wygląda lepiej na tle dziewczyny, którą kiedyś brukowce uznały za pochodzącą z Pakistanu Pamelę, a naprawdę okazała się Izabelą Podolec z Jarosławia.

Bo właśnie hejt i chęć molestowania wydają się motorem napędowym wielu oglądaczy takich zdarzeń. I nawet jeśli ataki mają wymiar jedynie słowny, nadają się do akcji „MeToo” tak samo, jak mroczne historie odkrywane właśnie przez Hollywood. A co najgorsze – to zjawisko bazujące na tchórzliwej anonimowości wciąż rośnie. I jest coraz bardziej obrzydliwe.

Ruch Chorzów do 15 stycznia musi spłacić pół miliona złotych byłym piłkarzom i trenerom, a jeśli tego nie zrobi straci licencję na dalszą grę w Nice I lidze. Niebieskim znów więc zajrzał krach w oczy, ale powodów do paniki chyba tym razem nie ma, bo wspomnianą kwotę można przecież „pożyczyć” z 800.000 zł, jakie przewidziano (a więc zapewne także zabezpieczono) na premię za awans do Ekstraklasy. Co prawda złośliwcy twierdzili, że równie dobrze można było obiecać każdemu piłkarzowi po prywatnym odrzutowcu, ale trudno przecież podejrzewać szefa klubu z Cichej, że premie zostały ogłoszone tylko po to, aby zarobić odsłony w mediach społecznościowych. I że w rzeczywistości żadne pliki banknotów deklarowanych na wypadek zrealizowania misji niemożliwej tak naprawdę nie istnieją.

Pytanie jak wygląda prawda na pewno jest frapujące, jednak przyznam się, że w kontekście Ruchu znacznie ciekawsza wydaje mi się inna kwestia. A mianowicie taka, kto będzie dziś czekał z kwiatami pod aresztem, z którego ma wyjść na wolność były prezes Niebieskich, Dariusz S. Od dawna przecież wiadomo, że przyjaciół poznaje się w biedzie, a trzeba przyznać, że były członek rady nadzorczej Ekstraklasy wpadł w biedę nie lada. Biorąc pod uwagę wianuszek wielbicieli z różnych środowisk – także, co tu ukrywać, medialnych – którzy towarzyszyli mu w dawnych lepszych czasach i na ziemi rodzimej, i obcej, można się dziś spodziewać pokaźnego komitetu powitalnego. W przeciwnym wypadku moja opinia o ludziach, których mam w tym wątku na myśli, z pewnością ulegnie jakościowej zmianie…

Być może zadajecie sobie pytanie jak wstęp tego tekstu ma się do jego rozwinięcia, ale sądzę, że jest to nić bardzo logiczna. Przecież to właśnie kreatywne działania Dariusza S. wytyczyły szlak, jakim obecnie podąża Ruch. A samo niedawne ogłoszenie wysokości wspomnianej premii za awans to posunięcie, jakiego S. też by się nie powstydził.

Gdy piłkarze Górnika Zabrze po 15. kolejkach zameldowali się na pozycji liderów Lotto Ekstraklasy, w mediach, zwłaszcza tych społecznościowych, eksplodowały emocje. Akademicka dyskusja dotyczyła kwestii czy gang Marcina Brosza został mistrzem jesieni, rundy a może w ogóle nie został żadnym z nich. Tytuły w śląskich gazetach – a zwłaszcza w Dzienniku Zachodnim – już od początku sezonu (pamiętacie „Legła Warszawa!”?) są belką w oku kibiców i dziennikarzy, których serca biją dla mistrzów Polski, więc nie inaczej było w tym przypadku. Ostatecznie ze stolicy napłynęło zdanie zamykające temat – „Po 16. kolejce i tak na czele znajdzie się Legia”, co stanowiło aluzję do zbliżającego się bezpośredniego meczu obu drużyn na stadionie przy Łazienkowskiej.

Zabrzanie w stolicy rzeczywiście przegrali, Legia przejęła prowadzenie, więc w największym polskim mieście zabrzmiał triumfalny rechocik. Minęło jednak kilka dni i sytuacja diametralnie się zmieniła. Fani Legii, którzy z milczącą aprobatą przyjmowali niekorzystne dla Górnika pomyłki biegających z gwizdkiem krajanów, nagle obudzili się z wrzaskiem twierdząc, że piłka do siatki Arkadiusza Malarza wpadała po akcjach, w których piłkarze Korony byli na minimalnych, ale jednak spalonych. Ból był zapewne tym dotkliwszy, że dzień wcześniej zabrzanie znów zrobili to, co potrafią najlepiej, i zdemolowali Jagiellonię wymijając w tabeli warszawian. No cóż, w końcu legijna gwardia zapowiadała, że ich klub będzie na czele po 16. kolejce, o 17 nic nie mówiła…

Czas jednak przejść do poważniejszej kwestii. Otóż – w ligowym prowadzeniu Górnika nie ma przypadku, bo zespół Marcina Brosza wniósł do Ekstraklasy nową jakość i powiew świeżości, jakiego nie było w niej od lat. Pozostaje trzymać kciuki, by był on na tyle mocny, by na mecie sezonu solidnie przewietrzyć zastałe ekstraklasowe układy i przy okazji zmieść irytującą pychę mistrzów Polski, którzy nie wyciągnęli wniosków z lekcji pokory udzielonej im w europejskich pucharach.

Won. To słowo w minioną niedzielę zrobiło furorę. Właśnie nim posługiwali się bezrozumni wielbiciele wędzenia siebie i innych w toksycznym dymie, „odpierając” argumenty osób normalnych, którzy dzielenie meczu Legii z Górnikiem na tercje uznawali za powód, by definitywnie go zakończyć. Wspomniane „won” generalnie kierowano do wszystkich niedoceniających piękna legijnego racowiska. Bo wszak – jak napisał jeden z trolli – to właśnie dla takich chwil przychodzi się na stadiony. No cóż, pomimo tak elokwentnej polemiki pozostanę przy własnym zdaniu. I nadal będę twierdził, że uznawanie cuchnących pseudospektakli jako nieodłącznych przejawów rzekomej kibicowskiej tożsamości to prostackie alibi dla zachowań godnych neandertalczyków traktujących gorące płomienie jako zjawisko magiczne.

Igranie z ogniem w polskiej piłce trwa od lat. I pokazuje bezradność wszystkich, którzy mogliby tę niebezpieczną, i przede wszystkim niezgodną z prawem, zabawę ukrócić. A więc samych klubów, pracujących dla nich agencji ochroniarskich oraz organizatorów rozgrywek. Brak systemowych rozwiązań w postaci przepisów, jakie wprowadzono na przykład wobec wtargnięcia intruzów na murawę, stanowi zaniechanie rażące i… dające do myślenia. Krótko mówiąc race omijane są szerokim łukiem ( bo trudno za skuteczne przeciwdziałanie uznać groszowe niemal grzywny) z powodów, o których oficjalnie możemy jedynie gdybać.

W tym samym ogródku leżą niestety także kamienie rzucane przez media, ze stacją Canal+ na czele. Zasada, by nie pokazywać łamania prawa (podobno, by ich autorom nie robić reklamy, a podskórnie zapewne z potrzeby nieustannego owijania w sreberko jednego z ostatnich znaczących produktów, jakie stacja ma jeszcze w swoim pakiecie) zamieniła się właśnie w farsę. Nawet w przypadku tak oczywistym jak na Legii komentatorzy do ostatnich chwil udawali, że nie widzą nadciągającej chmury dymu, a gdy ta już przesłoniła murawę, skupiano się na wydumanych bonusach z tej sytuacji, bredząc o okazji do podglądania meczowej kuchni, czyli narad zespołów odesłanych przez sędziów pod szatnie. Szanowna ekipo C+, to taki sam argument jak ten, że kibice przychodzą na trybuny po to, by podziwiać fajerwerki a nie wyczyny piłkarzy. Jeśli zamiast goli chcielibyśmy posłuchać kaszlącego Żurkowskiego to włączylibyśmy jeden z waszych reportaży, a nie meczową transmisję na żywo.

To telewizyjne przekonanie, że jeśli czegoś nie pokażemy to tego nie ma, w tym przypadku zdecydowanie się nie sprawdza, podobnie jak zachwyty nad poziomem co dokładniejszych zagrań futbolistów. Nie od dziś wiadomo bowiem, że najcenniejsze jest prawda. Nawet wtedy, gdy boli. A może zwłaszcza wtedy. Bo inaczej można się solidnie poparzyć. Także racą.

Fanatycy. Taki właśnie tytuł nosi książka wydana przez krakowskie wydawnictwo SQN. Okładka płonie jak raca, w środku na trzystu stronach opowieść kibola z krwi – tej przelewanej też – i kości o wchodzeniu na stadiony razem z ich bramami, leśnych ustawkach, „promocjach” na stacjach benzynowych, polowaniach na wrogie ekipy i torturach w komisariatach. Całość doprawiona niezrozumieniem takiego stylu życia ze strony reszty świata i lekką tęsknotą za latami 90. gdy policja była słaba, źle wyposażona i nieprzygotowana na zderzenie z brutalnością owiniętą w klubowe szaliki.

Generalnie lektura dość wartka, ale bardziej pewnie szokująca dla tych, którzy trzy dekady temu dopiero przychodzili na świat, niż pamiętających go ze wszystkim odcieniami polityczno-społecznymi. Ewentualne zaskoczenia nie dotyczą też osób wciąż bywających na stadionach i nie opierających się jedynie na transmisjach w stacji Canal+, omijającej kamerami wszystkie ekscesy na trybunach aż do momentu, gdy brak widoczności i przerwanie meczu wymusza reakcję ze strony komentatorów.

Na szczęście dla książki narrator (a podobno i autor) „Fanatyków” nie sili się na fałszywe zdobywanie sympatii dla czarnych charakterów, chociaż zbyt często wtrąca dygresje stanowiące szytą grubymi nićmi prowokację wobec czytelnika. Przy okazji jednak pojawia się kilka ciekawych wątków, jak chociażby ten o genezie środowiskowego porozumienia dotyczącego zakazu używania podczas bójek niebezpiecznych narzędzi.

W całej tej opowieści znalazło się jednak zdanie, które najbardziej utkwiło mi w pamięci. Jeden z policjantów – podczas prywatnej rozmowy – pytany, czy po Euro 2012 policja kibolom już odpuści, odpowiada wprost: – Zależy, kto będzie trzymał koryto.

I właśnie ta krótka wypowiedź wygląda na klucz do zrozumienia wielu zjawisk z obecnej ulicznej rzeczywistości.

Zapewne większość z nas, facetów, zna tę sytuację, gdy za pośrednictwem bezpośredniego ulicznego marketingu próbuje się nas zwabić do miejsc, w których największą atrakcją są pokazy tańca na rurze. Co jednak ciekawe – wśród wielu zachęt nie pada ta, która mogłaby być najskuteczniejsza, czyli bazująca na instynkcie kibicowskim. A tymczasem pole dance jest od niespełna miesiąca oficjalną dyscypliną sportu. Ba, ma aspiracje, by znaleźć się w programie igrzysk olimpijskich!

Federacja tańca na rurze zrzesza obecnie piętnaście krajowych federacji, w tym polską. Aby zachować status dyscypliny profesjonalnej musi w ciągu dwóch lat przyciągnąć jeszcze co najmniej dwadzieścia pięć narodowych organizacji. Szefowa International Pole Sports Federation, Katie Coates, nie ma żadnych wątpliwości, że ta misja się powiedzie. Szczerze mówiąc optymizm ten ma solidne podstawy chociażby ze względu na potencjał związany z transmisjami telewizyjnymi. Oglądalność zawodów powinna bez problemów pokonać pułapy wyznaczone przez wiele dyscyplin – nazwijmy je po imieniu – konserwatywnych.

Nie bez znaczenia jest także fakt, że nowy sport od razu zadbał o alibi na wypadek modnych we współczesnym świecie zarzutów o seksizm i dopuścił do startów również mężczyzn. Co więcej, ci którzy mieli okazję takie zawody zobaczyć twierdzą, że poziom najlepszych jest poziomem kosmicznym. Kwestią czasu wydaje się więc wprowadzenie konkurencji mikstów, a być może nawet duetów.

Biorąc to wszystko pod uwagę warto chyba następnym razem zastanowić się nad ulicznymi propozycjami. W końcu kto wie – może na przykład nadarzy się okazja zobaczenia debiutu przyszłej mis-trzyni olimpijskiej (lub mistrza, bo o gus-tach się wszak nie dyskutuje)…

O tym, że Zbigniew Boniek jest zwolennikiem powiększenia Ekstraklasy wiadomo od dawna. Teraz jednak wygląda na to, że szef polskiej piłki zamierza dokonać tej operacji bez znieczulenia i w trybie nagłym – prezes PZPN chciałby, by liga liczyła 18 zespołów już od najbliższego sezonu, Aby tak się stało już w bieżących rozgrywkach z elity spadłby tylko jeden zespół, natomiast drugi wystąpiłby w barażach z czwartą drużyną 1. ligi, z której aż trzy drużyny awansowałyby bezpośrednio.

Zdaniem autorów pomysłu rozbudowanie Ekstraklasy miałoby służyć podniesieniu jej poziomu. Czy naprawdę można uwierzyć, że rozcieńczenie i tak słabego produktu, jakim jest obecnie polska Ekstraklasa, może przynieść taki efekt? Wystarczy zresztą spojrzeć na frekwencję ze zdecydowanej większości stadionów elity oraz z czołówki jej zaplecza, by zdać sobie sprawę, że to przelewanie z pustego w próżne przyniesie spadek nawet tych nielicznych wskaźników, którymi zarządzająca rozgrywkami spółka lubi się jeszcze chwalić. Bo o poziomie sportowym świadczą wyniki w europejskich pucharach.

Najbardziej zabawny jest argument, że jesteśmy zbyt dużym krajem, by Ekstraklasa liczyła „zaledwie” szesnaście drużyn. Poziom rozgrywek pokazuje jasno, że ilość obywateli nie przeszła w jakość ligowców, których większość wygląda jakby na boiska trafiła z przymusowego poboru tylko dlatego, że obecny rozmach ligi wymusił posiadania pokaźnej liczebnie kadry.

W całej tej sprawie trzeba pamiętać także o jeszcze jednym, może nawet najważniejszym aspekcie: nie zmienia się zasad w trakcie gry! Reguły spadków i awansów były dla wszystkich jasne w momencie inauguracji sezonu i majstrowanie przy nich w momencie, gdy tabela ma już określony wygląd z pewnością będzie budziło podejrzenia o nieczyste, zakulisowe manipulacje wynikające z sympatii lub antypatii osób za to odpowiedzialnych.

Wbrew powszechnej opinii, sztuka epistolografii (wyjaśnienie dla gimbazy: chodzi o pisanie listów) ma się dobrze, a na Śląsku wręcz kwitnie. Znaczący wkład w jej reaktywację wnosi właśnie światek futbolowy.

Górnik Zabrze pisze do Piasta Gliwice, MORiS Chorzów do Ruchu, Ruch do Rakowa Częstochowa, policja do organizatorów rozgrywek, wojewoda do zarządców stadionów, zarządcy do firm remontowych. A wszystko to z okazji radosnej twórczości kolorowo ubranej młodzieży, prowadzącej weekendowe badania nad lotnością krzesełek, pojemnością przenośnych toalet i najnowszymi trendami w zakresie malarstwa ściennego…

Niestety, ten ironiczny wstęp prowadzi do poważnej puenty: za wszystkie te zabawy płacą nie winowajcy, a podatnicy. Wzajemne wystawianie sobie rachunków nie sięga bowiem do źródeł problemu. Czy ktoś z Państwa słyszał w ostatnich latach, by kluby pozwały o odszkodowania samych kibiców? Albo agencje ochrony, które nie są w stanie skutecznie działać ani na bramkach wejściowych, ani na trybunach, jeśli mają do czynienia z kimś innym niż dziennikarze lub fotoreporterzy? Czy ktoś kiedyś wyjaśnił, jakim cudem na trybuny trafiają sektorówki z zakazanymi treściami? Przecież tych płacht już na pewno nie da się przemycić w kieszeniach czy kanapkach… I czy kibice płacą za pomieszczenia lub magazyny zajmowane przez nich na miejskich stadionach?

Symbolicznym uosobieniem tej bezradności może zostać spiker Piasta Gliwice. Jego apele o kulturalny doping podczas niedawnego meczu z Sandecją, który toczył się w wyjątkowo – nawet jak na polskie ligowe standardy – ohydnej fali bluzgów płynących z tak zwanego „gniazda”, odnosiły skutek odwrotny do zamierzonego, ba, wręcz potęgowały inwencję zapiewajłów. Informacja o liczbie kibiców, którzy na stadion przy Okrzei przyszli po raz pierwszy, brzmiała w tym kontekście żałośnie, bo przecież było oczywiste (co potwierdza malejąca frekwencja), że jeszcze więcej osób przyszło po raz ostatni. Także w tym przypadku można mieć pewność, że nikt za takie straty (niesprzedane bilety, fatalna reklama) nie poniesie konsekwencji, o zakazie wnoszenia sprzętu nagłaśniającego nie wspominając…