Archiwa tagu: blog o piłce

Gdyby Zbigniew Boniek poruszał się przed laty po boiskach z taką samą finezją, jak obecnie na niwie mediów społecznościowych, znacznie częściej niż do siatki rywali trafiałby do szatni po czerwonych kartkach. Prezes PZPN od dawna balansuje na Twitterze na wyjątkowo cienkiej linie, raz po raz ją zresztą przekraczając, czego doświadczyła m.in. Karolina Hytrek-Prosiecka, co skończyło się feministyczną zadymką.

Wsobotę szef PZPN-u znów nie ugryzł się w porę w język, wspierając wulgarny komentarz Zbigniewa Koźmińskiego, ojca wiceprezesa związku Marka, który na sugestię posła PiS Arkadiusza Mularczyka, że wyznaczenie warszawskiego arbitra do meczu Legii nie buduje zaufania do PZPN, odpowiedział: „Panie Mularczyk odp… (w oryginale bez kropkowania) się Pan od piłki”. Koźmiński senior (o ile to faktycznie jego konto) jest osobą prywatną i cała sprawa zakończyłaby się co najwyżej publiczną oceną jego kondycji intelektualnej, gdyby do akcji nie wkroczył osobiście właśnie Boniek.

Boss PZPN postanowił nobilitować wspomniany wpis słowami „Mnie nie wypadało”, okraszając je buźkami sugerującymi popłakanie się ze śmiechu. Później Boniek, pod wpływem krytyki, tłumaczył swoją reakcję pisząc „spoko, trochę humoru dobrze zrobi, a jak ktoś nie kumaty….. to już jego problem!”, ale niesmak pozostał. Bo co wolno „Zbyszkowi” zdecydowanie nie wypada – przynajmniej do końca kadencji – prezesowi PZPN Zbigniewowi Bońkowi.

Atak z innej beczki: warto zwrócić uwagę, że Górnik obnażył kłamstwa, jakimi większość klubów tłumaczyła mizerną frekwencję na swoich stadionach. W Zabrzu trybuny wypełniają się do ostatniego miejsca pomimo tego, że jest środek wakacji, mecz kończy się bardzo późno i do tego pokazuje go telewizja. A więc jednak się da? Po prostu trzeba kibicom, w zamian za zakup biletu, zapewnić odpowiednią dawkę emocji i godziwe warunki ich oglądania. I nagle bilans zaczyna się zgadzać…

Miała być rewolucja, w której polska piłka z odkrytą głową stanie na czele pochodu, a wyszedł pasztet. System wideoweryfikacji mający wyeliminować – no dobra, powiedzmy mocno ograniczyć – element krzywdy i niesprawiedliwości, okazuje się przede wszystkim okazją do, chociażby nieświadomych, ale jednak manipulacji. A wszystko dlatego, że zamiast demokratycznej masowości mamy do czynienia z wyjątkowością. Nawet nie chodzi o to, że kosmiczny pojazd nie stoi wszędzie tam, gdzie kopie się piłkę w sposób zorganizowany (chodzi o strukturę rozgrywek, bo w kontekście boiskowym pojęcie to bywa abstrakcją na każdym szczeblu), ale że nawet w tak zwanej elicie jest oficjalnie stosowany tylko w pojedynczych przypadkach.

I właśnie to musi budzić emocje. Znaki zapytania można i należy stawiać już przy wyborze meczu, który znajdzie się pod tak szczególnym nadzorem. Bo dlaczego w siedmiu ósmych rozgrywek można się mylić, uznawać gole, których nie ma lub które zostały zdobyte nieprawidłowo, a w jednej ósmej są one weryfikowane? Czy to nie bonus dla tych, którzy mają szansę dzięki ludzkim błędom skorzystać na braku oficjalnego monitoringu i jednocześnie rażąca niesprawiedliwość dla drugiej strony, której taką szarą strefę odebrano? Krótko mówiąc: została złamana elementarna zasada równości, stanowiąca podstawę sportowej rywalizacji.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z faktu, że każda nowinka potrzebuje czasu, że w przypadku VAR-u jest on niezbędny, by przeszkolić obsługę systemu i przede wszystkim samych sędziów, ale znacznie sprawiedliwsze byłoby kontynuowanie tych przygotowań na sucho, tak jak dzieje się to na wspomnianej większości spotkań, a na potrzeby „egzaminacyjne” stosowanie VAR-u na przykład w finale Pucharu Polski czy opłacanych przez PZPN meczach towarzyskich. Właśnie w takim praniu wychodziłyby na jaw także poboczne problemy, jak chociażby brak komunikacji z kibicami na trybunach, którzy nie mogą z sędzią zajrzeć do „lodówki” i poznać uzasadnienia jego decyzji. A przecież jeśli powiedziało się A, należy powiedzieć B i wzorem siatkówki czy tenisa pokazać analizę na telebimie, którego posiadanie zostałoby wpisane do podręcznika licencyjnego. Dla wszystkich oczywiście. Bo to jedyna zasada, która w piłce nigdy nie powinna być łamana: albo wszyscy albo nikt!

Pawła Żelema osobiście nie znam. Zaznaczam to tylko dlatego, by tekstu tego nie potraktowano w kategoriach personalnych, bo jego sednem jest nie osoba, a zjawisko. Nominacja na stanowisko prezesa Piasta Gliwice byłego członka zarządu Lechii Gdańsk i szefa Śląska Wrocław stanowi bowiem potwierdzenie, że mamy już do czynienia nie z wyjątkiem, a regułą.

Drugim śląskim ekstrakla-sowcem, Górnikiem Zabrze, też przecież rządzi gdański „spadochroniarz” Bartosz Sarnowski. Już jego lądowanie wywołało dyskusje, czy przyjście osoby z zewnątrz to gwarancja obiektywnego zarządzania klubem, czy efekt zatrważającej mizerii wśród podobnych kandydatów w regionie. Więcej zwolenników zdobyła ta druga teza, tym bardziej, że podobne plany snuto w Ruchu Chorzów, gdzie faworytem był Piotr Należyty, poprzednio pracujący w sopockim Lotosie Treflu. Tam do transferu ostatecznie nie doszło, ale sprawa Żelema jest chyba już koronnym argumentem, że szukamy daleko tego, czego na Śląsku po prostu nie sposób znaleźć.

Na zakończenie chcę zwrócić Państwa uwagę na jeden fakt – Żelem zasiadał w zarządzie Lechii wtedy, gdy rządził nią… Sarnowski. Może właśnie dlatego, gdy ten pierwszy przyszedł do Piasta, wyobraźnia podsunęła mi finałową scenę z „Piłkarskiego pokera”, gdy Bolo mówi do Laguny, który właśnie został prezesem Czarnych: – „To my możemy teraz wszystko!”.

No cóż, nic na to nie poradzę, że akurat wyobraźnię to mam bogatą…

Wyobraźcie sobie Państwo, że pożyczacie komuś wielkie pieniądze. I pewnego dnia o świcie dowiadujecie się, że wierzyciel, który i tak miał problemy ze spłatą dotychczasowych rat w terminie, zbankrutował. Czy nie będzie naturalnym odruchem spotkanie, na którym zorientujecie się, czy kolejne spłaty w ogóle będą możliwe i wystąpienie o nową formę zabezpieczenia swoich milionów?

Tak właśnie postąpił prezydent Chorzowa w kontekście Ruchu Chorzów. Niebiescy stracili przecież wszystko – nie mają już piłkarzy, których da się korzystnie sprzedać, bo wszyscy odeszli za darmo, nie dostaną milionowych zastrzyków z telewizji, bo spadli z Ekstraklasy, ba, nie mają nawet swojego herbu, bo wciąż tkwi zastawiony w banku. A na domiar złego były prezes, który zabezpieczył pożyczkę swoimi nieruchomościami, wije się jak piskorz, żeby się z tego układu wycofać.

Prezydent Kotala zrobił więc tylko to, co zrobić musiał. Wypowiedział wcześniejszą umowę (miał do tego prawo), by uzgodnić nowe warunki odzyskania publicznych pieniędzy. I nagle spadł na niego medialny hejt, w którym zginęło meritum sprawy: te miliony należą do miasta i jego mieszkańców! A tymczasem z wielu przekazów można było odnieść jednoznaczne wrażenie, że Chorzów zrobił skok na… klubową kasę!

Pojawiło się też oskarżenie poboczne, że należało tę sprawę przeprowadzić dyplomatycznie. Otóż nie – o publicznych pieniądzach należy mówić publicznie, głośno i wyraźnie. Podobnie jak wątpliwy wydaje się argument, że cała sprawa może Kotali zaszkodzić w roku wyborczym. Po pierwsze, frekwencja na Cichej spada z roku na rok i składają się na nią mieszkańcy wielu miast, a po drugie – powszechne zmęczenie cynicznymi gierkami prowadzonymi z miastem przez kolejnych szefów Ruchu może sprawić, że efekt przy urnach okaże się korzystniejszy w przypadku stanowczych rozwiązań problemu.

Na koniec coś z całkiem innej beczki. Robert Lewandowski będzie miał w Kuźni Raciborskiej ulicę swojego imienia. Wszystko wskazuje, że to jednak nie fejk (w przeciwieństwie do wieści o zmianie płci dziecka Angeliny Jolie), a szkoda. Zwłaszcza że jakiegokolwiek związku RL9 z Kuźnią nie widać – może poza posiadaniem przez mieszkańców telewizorów. Być może chodzi jednak o to, by ośmieszyć polityczną przymusową zmianę nazw ulic. Wtedy sam postulowałbym powstanie okazałej alei Mariana Janoszki w Radzionkowie, przestronnego placu Jana Furtoka w Katowicach, a nawet mrocznego zaułka Dariusza S. w Chorzowie.

Naprawdę fajne (rzadko używam tego słowa, ale jego niezwykła pojemność w tym przypadku jest adekwatna) było to młodzieżowe Euro, w którym do rozegrania został już tylko finał. W dodatku przy okazji zobaczyliśmy w jakim miejscu tak naprawdę jest polska piłka, gdy zostanie odarta z magii Lewandowskiego i Nawałki.

Na największym plusie znalazły się stadiony. Nowoczesne i efektowne świetnie wypadały na żywo i na ekranach, robiąc znakomitą reklamę – nie bójmy się tego słowa – całej Polsce, która z pewnością nie przypomina kupy kamieni. Do tej otoczki dostosowali się kibice. Ci znad Wisły, stojąc ramię w ramię i piwo w piwo z Czechami, Niemcami, Włochami czy Anglikami po raz kolejny udowodnili, że potrafią się świetnie bawić w warunkach, w których nie ma ligowego, a firmowanego po cichu przez kluby, przyzwolenia na chamstwo. Bez klatek dla gości, bez rac w rękach tak zwanych ultrasów i bez lawiny bluzgów płynących przez megafony można było odnieść wrażenie, że wreszcie przenieśliśmy się mentalnie do lepszej części świata. Na ulicach niestety polska normalność dawała już o sobie znać – także w Tychach, gdzie kibole polowali na flagi kibiców z Czech i Niemiec.

Na drugim biegunie pozostały niestety kwestie sportowe. Młodzi piłkarze znad Wisły i ich selekcjoner Marcin Dorna zwyczajnie dali plamę, prezentując wszystkie śmiertelne grzechy znane z ekstraklasowych boisk i cofając polską piłkę do roku 2012, gdy Franciszek Smuda urządził reprezentacji upokorzenie porównywalne tylko z tym , jakiego Henryk IV doświadczył w Canossie. Na tle swoich rówieśników wypadli fatalnie pod każdym względem: fizycznym, technicznym, mentalnym i taktycznym.

Równie bolesną lekcję – komunikacji społecznej – dostał też Zbigniew Boniek, który od dawna na Twitterze porusza się w sposób specyficzny (chociażby pamiętny seksistowski pseudodowcipny wpis odnośnie Karoliny Hytrek-Prosieckiej). Tym razem prezes PZPN wyskoczył jak Filip z konopi i już po pierwszym meczu stanął murem za selekcjonerem deklarując, że wszelkie dyskusje są nieuprawnione, bo trener ten i tak poprowadzi Orlęta w kolejnych eliminacjach. No i teraz szef PZPN ma dwa wyjścia: albo dotrzyma słowa, co na dobre kadrze nie wyjdzie, albo postąpi logicznie, narażając się jednak na zarzut, że zrobił z gęby cholewę. No chyba że nakłoni Dornę do „samodzielnego” złożenia dymisji.

Całkiem na koniec warto też zauważyć lekcję ekonomiczną – ceny oficjalnych pamiątek UEFA to sygnał, że nawet 500+ nie załatało różnicy, jakie dzielą nasze zarobki od zachodnich odpowiedników…

Będziemy musieli nauczyć się żyć z tym, że rywale będą na nas patrzeć już inaczej. Być może nawet jak na faworytów. I tę nową rolę trzeba będzie udźwignąć – mówili piłkarze polskiej reprezentacji po ostatnim występie na francuskim Euro.

I właśnie mecz, a właściwie dwu-mecz z Rumunami stanowił dla kadry znakomitą weryfikację tych deklaracji. Gorąca atmosfera w Bukareszcie i wyśrubowane oczekiwania w Warszawie były balastem, z którym uporać się mogła tylko drużyna dojrzała. I tę piłkarską maturę zespół Adama Nawałki (i on sam) zdali celująco.

J est jednak coś, co powinno nam psuć nieco nastroje po sobotnim wieczorze. Tym czymś są gwizdy, jakie kibice zafundowali gościom podczas odgrywania ich hymnu. Zdziczenie obyczajów ostatnio omijało mecze kadry, co można było tłumaczyć między innymi znaczącą podwyżką cen biletów na jej mecze, ale tym razem ta bariera okazała się niewystarczająca. I o tej plamie trzeba pamiętać tak samo długo, jak o trzech golach Lewandowskiego.

Znając realia najpierw chcę zastrzec jasno: ten tekst nie będzie miał politycznego wymiaru, a jedynie społeczny. Powyższa uwaga jest konieczna, bo punktem wyjścia dla tego felietonu jest przypadek Jacka Kurskiego.

Prezes telewizji publicznej wybrał się mianowicie na mecz o mistrzostwo Polski, w którym Legia Warszawa podejmowała Lechię Gdańsk. Kurski jaki jest każdy widzi, jednak jego przywiązanie do barw tego drugiego klubu wielkiej tajemnicy nie stanowi. Nic więc dziwnego, że na lożę VIP zabrał ze sobą zielono-biały szalik. W efekcie został przez kiboli gospodarzy obrzucony przedmiotami drobnymi oraz zelżony słowami grubymi. I żeby była jasność – nie chodziło o poziom i treść firmowanego przez siebie telewizyjnego dziennika, a właśnie o wspomniany gdański gadżet.

W całym tym bulwersującym normalnego człowieka incydencie jeszcze bardziej szokujące okazały się późniejsze reakcje, wyrażane również w mediach. Powszechnie uznano mianowicie, że Kurski zachował się prowokacyjnie, czego dowodem było… wymachiwanie lechickim szalikiem. I ciemny lud to kupił! Owszem, pomogła w tym zapewne powszechna opinia dotycząca moralnej kondycji szefa TVP, któremu takie psychonarzędzia jak prowokacje nie są obce (a chyba nawet sprawiają masochistyczną przyjemność), jednak w tym przypadku chodzi jednak o coś innego i niezwykle istotnego. Otóż powszechnie zaakceptowano tezę, że „inność”, chociażby tylko sportowa, stanowi uzasadniony pretekst do przemocy. Usankcjonowano w ten sposób wszystko to, co dzieje się w weekendy na ulicach i poboczach autostrad!

Tymczasem należy powiedzieć jasno i mocno: Jacek Kurski miał prawo wymachiwać na stadionie Legii szalikiem Lechii! I ci, którzy go atakowali, powinni zostać zidentyfikowani i ukarani. A w ramach resocjalizacji – której skuteczność biorąc pod uwagę ich zdolność pojmowania współczesnego świata i tak zapewne będzie mizerna – oglądać na przykład transmisje z finału NHL, gdzie kibice klubów walczących o znacznie cenniejsze trofeum niż Puchar Ekstraklasy, siedzą w ramię w ramię i zwyczajnie dobrze się bawią. Z pewnością powiecie, że to spojrzenie naiwne. Ale czy nie lepiej czasami po prostu pomarzyć niż znienacka oberwać po gębie?

Reforma. Piękne słowo. Stanowiące przede wszystkim idealny kamuflaż dla psucia czegoś, co już działa. W imię konkretnych interesów. Zazwyczaj partyjnych, ale nie tylko…

Ta, o której będzie mowa, dotyczy piłki nożnej. Gra już się rozpoczęła. Pierwsza na boisko wyszła Ekstraklasa, występując z irracjonalnym wnioskiem o zlikwidowanie podziału punktów, ale pozostawienie systemu ESA-37. To kompletna bzdura, bo oczywistą oczywistością jest fakt, że ten najbardziej niesprawiedliwy punkt rozgrywek, czyli odbieranie klubom połowy wypracowanego dorobku, paradoksalnie stanowi jedyny atut całego modelu.

Nic więc dziwnego, że PZPN skorzystał z okazji i z tak wystawionej piłki przeprowadził zabójczą kontrę. Zbigniew Boniek przedryblował pół boiska ośmieszając rywali barwnym wywiadem, potem postawił na zespołowość, oddając inicjatywę najbardziej zainteresowanym, czyli właścicielom i prezesom klubów, a na końcu huknął z dystansu na temat powiększenia ligi do 18 drużyn.

To jasny sygnał, że właśnie do takiego rozwiązania będzie PZPN dążył. W dodatku znajdzie poklask tych, którzy od lat bezskutecznie dobijają się do elity, w nadziei na telewizyjne frukty, jakie się z nią wiążą. A ponieważ byli i są za słabi, by przedrzeć się przez obecne wąskie gardło awansów, poszerzenie mostu stanowi dla nich wymarzoną szansę.

Co ciekawe, pomimo tak oczywistych manewrów nie słychać na razie otwartej i szerokiej debaty. A przecież koronny argument zwolenników powiększenia brzmi absurdalnie. Ich zdaniem jesteśmy rzekomo zbyt dużym krajem, by Ekstraklasa liczyła 16 drużyn. Panowie, naprawdę waszym zdaniem wszystko zależy od wielkości i przelicznika liczby klubów na kilometr kwadratowy? A gdzie w tym wszystkim jakość, czyli realny wyznacznik wartości produktu? Patrząc obiektywnie większość osób kręcących się przy piłce zdaje sobie sprawę, że powinno się pójść w drugą stronę – zmniejszenia liczebności do 12, a może nawet 10 zespołów, które mogłyby rozgrywać cztery rundy, czyli 36 kolejek. Bo o ile nawet mecze Legii z Lechem nie są gwarancją wielkiego widowiska, to zdecydowana większość obecnego terminarza gwarantuje tylko mecze marne i marniejsze.

Krzysztof Warzycha wielkim piłkarzem był, ale jakim jest trenerem, tego nie wie nikt, zapewne nawet on sam. Trzeba było bowiem dopiero Janusza Patermana, by byłego legendarnego napastnika Ruchu i Panathinaikosu posadzić na wysokiej i gorącej ławce. Efekty sportowe tego posunięcia są mizerne, jednak w pełni wynagradzają je pomeczowe wypowiedzi szkoleniowca. Nikt inny w Ekstraklasie nie potrafi tak idealnie sparafrazować pewnego znanego kibicowskiego powiedzenia „dumny po porażce”…

Przez chwilę wydawało mi się, że oderwane od boiskowej rzeczywistości komentarze Warzychy to efekt wieloletniego przebywania w znacznie przyjemniejszym klimacie, w którym nawet bogowie preferują ambrozję, lub też specyfiki klubu, w jakim przyszło mu pracować, gdzie bajkopisarstwo od dawna bierze górę nad realiami. Dochodzę jednak do wniosku, że trzeba wziąć pod uwagę jeszcze inne rozwiązanie. A mianowicie takie, że mamy do czynienia z wirusem. I to najwyraźniej nie obecny trener Ruchu jest jego źródłem.

Po dokładnym prześledzeniu wiosennych ligowych kronik można zauważyć, że pierwsze, a już na pewno najbardziej radykalne objawy, wystąpiły u Jerzego Brzęczka. Były reprezentant Polski już w marcu przedstawił niezwykłą teorię, że słabe występy prowadzonego przez niego zespołu GKS-u Katowice przeminą wraz z… kartką z kalendarza. Kolejny oślepiający przebłysk nastąpił po meczu z Górnikiem Zabrze, gdy słuchając wypowiedzi szkoleniowca zacząłem się poważnie zastanawiać, czy aby na pewno dobrze zapamiętałem (i przekazałem Czytelnikom) wynik tego spotkania. Ze słów Brzęczka wynikało bowiem, że drużyna zagrała bardzo dobrze, zrealizowała wszystkie założenia, rozpracowała stałe fragmenty gry rywali i popełniła raptem jeden błąd.

Jak wszyscy mają zapewne świeżo w pamięci, kulminacją tego progresu była widowiskowa ucieczka Brzęczka z Bukowej. Szefom Ruchu, chociaż zaabsorbowanym układaniem puzzli ze świstków dokumentów i snuciem wyrafinowanych planów, jak pozyskać kolejne pieniądze z Urzędu Miasta, radziłbym więc uważnie przyglądać się trenerowi swojego zespołu i na wszelki wypadek dobrze zamykać klubową bramę…

W przypadku GKS-u sprawa jest jasna: sportową klęskę powinna ilustrować odwrócona piramida. Największą część winy ponoszą sami piłkarze, potem w kolejce stoi sztab szkoleniowy, szefostwo sekcji i dopiero na końcu prezesi klubu.

Wojciech Cygan i Marcin Janicki wykonali przecież swoje zadanie – zbudowali zawodnikom i szkoleniowcom idealną podstawę do osiągnięcia celu, zapewniając im idealne warunki przygotowań i środki na wskazane przez sztab transfery. W wyniku ich działań organizacyjnie i finansowo klub wyprzedził poziom sportowy. Wystarczy wspomnieć przyciągnięcie poważnych strategicznych sponsorów – to sukces, jakiego nie udało się osiągnąć w innych śląskich klubach. Także dlatego uważam, że obaj powinni na Bukowej pozostać.

Przy okazji trwających wokół i na samej Bukowej rozliczeń warto jednak zadać fundamentalne w całej sprawie pytanie: czy Katowice tak naprawdę potrzebują piłkarskiej Ekstraklasy?

Już sama frekwencja na meczach w pełni uprawomocnia postawienie w tym miejscu znaku zapytania. Jeśli do niego dodamy świadomość, że dzięki wielu innym sportowym wydarzeniom przez ostatnią dekadę jej braku nikt właściwie w mieście nie odczuł, otrzymamy zaczyn do bardzo poważnej dyskusji, w której może się okazać, że prawdziwą wartością klubu z Bukowej nie są piłkarze, a jego wielosekcyjność. A z nią obecni szefowie GieKSy radzą sobie znakomicie.