Archiwa tagu: blog o piłce

Najlepsze, przynajmniej w kontekście miejsc zajmowanych w tabeli, zespoły Lotto Ekstraklasy rozpoczęcie rundy finałowej potraktowały dość frywolnie. Czołowa trójka solidarnie straciła punkty, nabijając kieszenie bukmacherom, bo trudno przypuszczać, by znalazł się w kraju gracz, który obstawiłby taką kombinację rozstrzygnięć. No, chyba, że skreślał typy metodą kojarzoną jednoznacznie ze sponsorem tytularnym ligi, czyli na chybił – trafił…

Moi koledzy po fachu, pisząc o walce o tytuł, po raz kolejny automatycznie sięgają po wytarte już od zbyt częstego używania skojarzenia z wyścigiem ślimaków. Tymczasem te sympatyczne skądinąd stworzenia z ligowcami nie mają nic wspólnego. One akurat podążają, co prawda dość powolnie, ale w określonym kierunku, w przeciwieństwie do klubów Ekstraklasy, które kręcą się w kółko, gubiąc w tym chocholim tańcu pliki banknotów i porywając do korowodu przypadkowych gapiów.

Prym w tej zabawie wiedzie oczywiście – jak na mistrzów ceremonii przystało – Legia. To wprost nie do wiary, ale od ostatniego jej meczu w Lidze Mistrzów minęło raptem szesnaście miesięcy. To wystarczyło, by z mrzonek o wieloletnim panowaniu zbudowanym na gigantycznych wpływach związanych z wejściem do piłkarskiego raju, pozostał dym oraz gromki śmiech grupy cwaniaków, którzy przepompowali sporą część tej rzeki do własnych portfeli wykorzystując naiwność ludzi zarządzających legijnym interesem.

No cóż, nie nasze małpy, nie nasz cyrk, ale w moim przekonaniu to, co się dzieje, będzie miało wpływ na negocjacje dotyczące praw telewizyjnych. Nieoczekiwanie bowiem Ekstraklasa może stać się konkurencją dla emitowanych na żywo programów kabaretowych i wprowadzić tam własny cykl. Na przykład pod tytułem. „Sam jesteś fatalny”.

Najpierw krótki test. Spróbujcie wyobrazić sobie Roberta Lewandowskiego, który siedzi na lotnisku w Bydgoszczy, je makaron z kartonika i od siedmiu godzin czeka na samolot tanich linii lotniczych, by polecieć na czekający go za niespełna 24 godziny mecz eliminacji MŚ.

Albo Adama Nawałkę tuż przed spotkaniem, które może mieć kluczowe znaczenie w walce o udział w mundialu, gdy dowiaduje się, że z kadry wypadło mu sześciu zawodników. Nie z powodu kontuzji, a dlatego, że pracownik PZPN-u zapomniał ich zgłosić.

Takie przypadki miały miejsce naprawdę. Tyle że dotyczyły reprezentacji kobiet i spadły na Biało-Czerwone w ciągu kilkudziesięciu godzin przed meczami z Albanią i Szkocją. Zawiodło wszystko. I ludzie, i maszyny. Zawiodła też komunikacja.

PZPN na ujawnienie – przez wyżej podpisanego – kompromitacji swojego człowieka, najpierw zareagował milczeniem, potem alergicznie, by w końcu po kilku godzinach wydać oświadczenie z przyznaniem się do błędu. Nie tylko mocno spóźnione, ale i jedno z najbardziej niezwykłych w historii, adresowane bowiem tylko do… jednej osoby! Mojej skromnej (jak to mawiają politycy) zresztą.

Nie lepiej było w poniedziałek, gdy kadra czekała na samolot Ryanaira. Zamiast jasnego postawienia sprawy, na Twitterze rozpoczęła się walka związkowych działaczy, z prezesem Zbigniewem Bońkiem na czele, z grupką dziennikarzy. Walka mało merytoryczna, za to do granic brutalna. PZPN faulował ironią, uderzał żenującymi skojarzeniami z nazwiskami polemistów, a nad wszystkim unosił się duch poczucia wyższości, by nie rzec zwykłej bufonady. Dopiero dzień później rzecznik związku przyznał, że w czasie tych starć szukano rozwiązania alternatywnego, z wynajęciem czarteru włącznie. W najważniejszym momencie tej informacji znów jednak zabrakło. Zarządzanie kryzysowe w PZPN-ie okazało się odpowiednikiem działań strażaka-podpalacza.

W całej aferze nie zabrakło też zjawisk dziwnych. Między innymi z mojej branży, bo zastanawiać musiała zmowa milczenia podczas polsatowskiej transmisji z meczu, a także ze strony dziennikarzy obecnych na konferencji prasowej po nim. Nikt nie zauważył kadrowiczek na trybunach ani szczątkowej ławki rezerwowych? Przypadek? Nie sądzę. Raczej test lojalności zaprzeczający temu, czym ta praca być powinna.

Ale przecież milczeli nie tylko dziennikarze. Taką samą pokorną postawę – a to graniczy ze zdradą własnej kadry – przyjął selekcjoner reprezentacji, Miłosz Stępiński. Jak można w takiej sytuacji nie grzmieć?! Podobnie zresztą trener zachował się w czasie bydgoskiego koczowania. Czy prawdą jest, jak sugerował Zbigniew Boniek, że to szkoleniowiec optował za rejsowym przelotem do Szkocji i to zaledwie dzień przed meczem? A może po prostu robi, co mu każą, bo to niejedyne jego zajęcie zlecane przez PZPN? Takich pytań, które wciąż czekają na odpowiedzi, pozostało sporo. Warto jednak przypomnieć, że to nie pierwsze wpadki związane z tą drużyną. W 2011 w meczu z Rosją wystawiono zawodniczkę, która miała pauzować za żółte kartki (wynik 0:2 zweryfikowano jako walkower), a w 2016 było blisko powtórki, gdy selekcjoner Stępiński na swój debiut powołał kadrowiczkę z podobnym nadbagażem…

Przypuszczam, że spora grupa Czytelników potraktuje tę historię w kategoriach folklorystycznych. Warto więc dodać, że po pierwsze, reprezentacja kraju to zawsze reprezentacja; po drugie, w składzie ma kilka sporych gwiazd i gwiazdek z Katarzyną Kiedrzynek, bramkarką PSG i finalistką Ligi Mistrzyń na czele, a po trzecie – kobiece Euro 2017 oglądało w TV 165 milionów osób (finał ostatniego mundialu w USA pobił oglądalnością szósty mecz finału NBA). Potencjał kobiecej kopanej jest więc olbrzymi. I warto zdawać sobie z tego sprawę, zanim powtórzy się pamiętne zdanie Zbigniewa Boń-ka, że podczas rozmów o piłce baby nie są mu potrzebne…

O tym, że na meczu GKS-u Tychy z Ruchem będzie gorąco, wiedzieli wszyscy co najmniej od kilkunastu dni. Jak twierdzi policja, wojewoda śląski otrzymał stosowną informację, z sugestią zamknięcia stadionu przy ulicy Edukacji dla gości z Chorzowa, jednak podpisu nie złożył. Tłumaczono, że zablokowały go obowiązujące przepisy. Tak się bowiem złożyło, że kibole obu zespołów dawno nie zorganizowali w Tychach porządnej awantury. Fakt, że stało się tak głównie dlatego, że oba zespoły nie miały okazji ze sobą zagrać, nie miał nic do rzeczy, podobnie jak wiedza operacyjna policji o scenariuszu wydarzeń z paleniem flag w rolach głównych.

Interpretacja przepisów i efekty działań administracyjnych, które nie miały nawet cienia impetu, z jakim ten sam urzędnik zmienia nazwy ulic, rond i placów, mogli w sobotę ocenić wszyscy. Przykład urzędniczego błędu był tym jaskrawszy, że w Katowicach, gdzie tego samego dnia GKS grał z Zagłębiem Sosnowiec, sektor gości świecił pustkami, bo w tym przypadku wojewoda decyzję wydał.

Tyskie wydarzenia przypominały do złudzenia dramatyczne sceny z derbów ekstraklasowych pomiędzy Piastem a Górnikiem. Niewiele też brakowało, by zakończyły się w podobny sposób, zwłaszcza, że płot odgradzający sektor gości uginał się już pod naporem… jednego harcownika. Do dramatu na szczęście nie doszło, całkiem nieźle spisała się w tym przypadku ochrona, która jednak całkowicie zawiodła przy bramach wejściowych, przeprowadzając nieskuteczne kontrole przez które przeszła i pirotechnika, i flagi należące do rywali, wyraźnie odróżniające się barwami i herbami od macierzystych.

Po ostatnich tygodniach jedynym logicznym rozwiązaniem wydaje się administracyjny zakaz obecności kibiców gości na wszystkich spotkaniach derbowych w kraju.

To niewątpliwie medialny fenomen. Mecze Lotto Ekstraklasy w zdecydowanej większości przypadków stoją na poziomie co najwyżej przeciętnym, a bywa że wręcz kabaretowym. Pomimo tej powszechnej świadomości, na rynku telewizyjnym są towarem gorącym. I wszystko wskazuje na to, że staną się linią frontu pomiędzy największymi władcami plazmowych ekranów.

Termin przetargu na lata 2019-2023 zostanie ogłoszony prawdopodobnie w lipcu, ale konkurenci już weszli w bloki startowe. Na razie skupiają się na strojeniu groźnych min i deprymowaniu rywali, jednak już wkrótce będą musieli schować się w szatni, by przeliczyć banknoty w portfelach i przeanalizować, ile z nich warto wydać na to, by pokazać nie tylko mecze Górnik Zabrze – Legia Warszawa, ale także cały serial z cyklu Sandecja Nowy Sącz – Termalica Nieciecza (oczywiście za kilkanaście miesięcy te nieprzypadkowo wybrane nazwy mogą zastąpić ich ówczesne synonimy).

I właśnie w tych analizach jest pies pogrzebany, bo wycena w gruncie rzeczy oparta jest tylko na spekulacjach. Wyniki oglądalności rozgrywek nie powalają. W ubiegłym roku średnia widzów w Canal+ wyniosła niespełna 103 tysiące, a niemal powszechnie dostępnego Eurosportu 1 minimalnie ponad 155 tysięcy. Biorąc pod uwagę fakt, że za każdy z sezonów stacje wyłożyły ok. 145 milionów złotych, przelicznik nie wygląda oszałamiająco. Rodzi się jednak pytanie o rzeczywisty potencjał – Canal+ jest zakodowany, Eurosport pokazywał mecze dalekiego wyboru, w kiepskich porach, zwłaszcza w poniedziałkowe późne popołudnia, natomiast TVP, która w minionym sezonie tradycyjnie transmitowała najciekawszy mecz 37. kolejki, na starciu Legia – Lechia przyciągnęła aż 1,14 mln osób. Prawda leży zapewne gdzieś pośrodku, a taka stawka, mnożąc przez liczbę spotkań, oznacza już kąsek nie do pogardzenia.

Czy jednak realne jest osiągnięcie pułapu 250 milionów złotych za sezon? Wywindowaniu wyniku sprzyja koniunktura. Nie na piłkę jako taką, a wynikająca z medialnych puzzli, które dynamicznie zmieniły konfigurację. Dla NC+ po serii klęsk, w wyniku których stacja straciła ze swojego tortu sporo wisienek, utrata Ekstraklasy byłaby równoznaczna ze sportowym unicestwieniem. Polsat jest w ofensywie, a dorzucenie polskiej ligi do Champions League mocno złagodziłoby kaca po odjeździe reprezentacji. Eleven z pieniędzmi specjalnie się nie liczy, ale posiadając wachlarz naprawdę atrakcyjnych rozgrywek europejskich, może spokojnie szacować koszty i ryzyko związane z pokazaniem zmagań znad Wisły. Oliwy do ognia dolewa jednak TVP, po raz pierwszy w historii realnie zainteresowana zwycięstwem w przetargu, choćby po to, by dać rozrywkę i poczucie radości kibicowskiej części elektoratu partii rządzącej. Do tego wszystkiego można dodać zapytania o oferty ze strony mniej lub bardziej tajemniczych podmiotów, być może liczących na wypracowanie zysku ze sprzedaży sublicencji, i powstanie krajobraz wyraźnie sprzyjający wydaniu całkiem pokaźnej kwoty. Co nie czyniłoby z nas przecież Zielonej Wyspy, bo telewizyjne rozpasanie panuje na całym Starym Kontynencie i poprzez wypychanie zdrowego rozsądku na rzecz szaleństwa psuje i piłkę, i piłkarzy. W Polsce przebicie sufitu długo nam jeszcze zapewne nie zagrozi, ale i tak już warto przede wszystkim przemodelować system podziału milionów, tak, by dowartościowywać najlepszych kosztem najsłabszych i nie przejmować się wreszcie rzekomym łamaniem sprawiedliwości.

Ile więc naprawdę warte jest pokazywanie polskiej ligi? Takiej refleksji mogą się Państwo poddać przy wielkanocnych stołach, zawsze to wszak zdrowsze od rodzinnych debat politycznych… A więc Wesołych Świąt, zabawnego prima aprilisu i ciepłego, mokrego dyngusa!

Przed tygodniem w tym samym miejscu pisałem o podróży w czasie polskiego sportu. Życie jak to życie – lubi dopisywać do takich historii kolejne rozdziały. Tak właśnie stało się przy okazji meczu Polska – Korea Południowa na Stadionie Śląskim: w najbliższy wtorek w Katowicach i w Chorzowie przeniesiemy się do lat 60. Wszystko za sprawą odrodzenia gigantycznego stadionu, przy którym wciąż nie uwzględniono infrastruktury spełniającej współczesne realia.

Mowa przede wszystkim o podziemnych (lub chociażby naziemnych, jednak biorąc pod uwagę otoczenie obiektu to opcja mniej praktyczna) parkingach. Za to niedopatrzenie zapłacą teraz wszyscy mieszkańcy centrum aglomeracji, w dodatku zafundowano im to za ich własne pieniądze, których przez lata wydano na inwestycję tyle, że powinno wystarczyć nawet na metro Katowice – Chorzów ze stacją pod Stadionem. Ten grzech zaniedbania zamienił się zresztą w pasztet już podczas uroczystego otwarcia nowego Śląskiego. Ci, którzy byli, widzieli to na własne oczy, reszta zapewne na zdjęciach. Kierowcy w desperacji poszukujący kawałka wolnego trawnika w Parku Śląskim ominęli chyba jedynie ZOO, i to pewnie tylko dlatego, że świerklaniecka brama pozostała zamknięta. Rozjeżdżona zieleń, spacerowicze przeciskający się między stojącymi na alejkach pojazdami, biegacze i rowerzyści wdychający spaliny oraz wszechogarniający chaos stały się tłem wydarzenia, które miało być początkiem nowej wspaniałej historii.

Teraz – jak wynika z lektury tekstu mojej redakcyjnej koleżanki Justyny Przybytek, a który możecie znaleźć w zasobach DZ, wpisując w wyszukiwarce „Stadion Śląski, utrudnienia w ruchu”) – będzie lepiej, bo cały problem przerzucono do… centrum Katowic. Z ulgą odetchną więc osoby korzystające z uroków Parku i mieszkańcy Tysiąclecia, za to krew zaleje wszystkich wyjeżdżających z Katowic w kierunku Bytomia, a także samych kibiców, którzy swoje samochody będą musieli zostawić dziewięć (ulica Murckowska) lub siedem (parking Strefy Kultury) kilometrów od Stadionu i przemieścić się do celu – często razem z dziećmi – środkami komunikacji publicznej. Taką samą trasę trzeba też będzie oczywiście pokonać również po meczu, który zakończy się około godziny 23. Taka nocna turystyka zapewne przypadnie do gustu zwłaszcza kibicom z innych regionów kraju. A to ich opinie, pozbawione romantyzmu, jakim na Śląsku otoczony jest Kocioł Czarownic, będą najbardziej miarodajne dla oceny całego przedsięwzięcia.

W tej kunsztownej operacji dorównującej rozmachem lądowaniu w Normandii kluczową rolę ma do odegrania tabor KZK GOP. Na prośbę marszałka musi rzucić na front wszystkie dostępne pojazdy, ryzykując, że to one zakorkują centrum miasta. A spróbujcie do tego wyobrazić sobie drobną stłuczkę w tunelu – wtedy na Rondzie wrażenie przeniesienia w czasie będzie już niemal doskonałe, no może tylko modele samochodów będą się różniły od tych na zdjęciach Zygmunta Wieczorka czy Władysława Morawskiego.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że innego rozwiązania – ze względu na wspomniane na wstępie zaniechanie projektantów – nie ma. I zapewne długo nie będzie. Ba, te, które są podobno brane pod uwagę, na przykład parkingi na krańcach Parku od strony Siemianowic, oznaczają dodatkową komplikację. Jak niby zorganizować stamtąd transport do Stadionu? Przez Park? No chyba, że marszałek zatrudni tysiące rikszarzy, co zapewne stanowiłoby znakomity chwyt marketin-gowo-medialny i rozsławiło Śląski na całym świecie.

Wtorkowy mecz z Koreą oznaczać ma prawdziwy powrót Stadionu na piłkarską mapę. Na razie wygląda na to, że będzie to mapa drogowa obejmująca całkiem spory kawałek województwa…

GKS nie zgadza się na rozgrywanie meczu z Ruchem Chorzów w Wielki Piątek – ogłosił wszem i wobec klub z Tychów. Można podejrzewać że za tym stanowiskiem stoi przede wszystkim trener Ryszard Tarasiewicz, który nie raz już protestował przeciwko wychodzeniu na boisko w tym właśnie dniu, zwłaszcza, gdy przyjeżdżał z Miedzią do Katowic.

Sytuacja z pewnością jest delikatna, bo w dzisiejszych czasach wyjątkowo łatwo można podpaść pod paragraf znieważenia uczuć religijnych (absurdalny z natury i obowiązujący bodajże tylko w siedmiu krajach w Europie, za to powszechny w państwach muzułmańskich – przyp. autora). Tym niemniej jednak tak stanowcze postawienie sprawy na ostrzu noża, jak ma to miejsce w przypadku Tychów, musi budzić poważne wątpliwości. Bo – wszelkie ewentualne skojarzenia są przypadkowe – piłkarz jest od grania, natomiast od ustalania terminarza ktoś zupełnie inny. Na szczęście zresztą, bo pamiętając słynną wypowiedź Michała Kucharczyka, w innym przypadku spotkania rozgrywane byłyby sporadycznie, najczęściej w środku tygodnia i to niezbyt późno, by zawodnikom nie torpedować barwnych wieczornych planów.

Warto też pamiętać, że Wielki Piątek nie jest dniem ustawowo wolnym od pracy i swoje obowiązki będą wykonywać wtedy nie tylko piłkarze. W dodatku w ich przypadku bonusem takiego rozwiązania jest komfort spędzenia z rodziną dni świątecznych, a przecież ekstraklasowi koledzy po fachu będą kopać piłkę i w sobotę, i w poniedziałek, czyli dni również uznawane w teologii katolickiej za Wielkie.

Może więc GKS, zamiast iść na czołowe zderzenie, powinien po prostu kompromisowo wystąpić o to rozegranie meczu w piątek jak najwcześniej, tak, aby trener Tarasiewicz zdążył na wieczorną procesję?

Kamil Stoch został samodzielnym liderem zestawienia skoczków pod względem liczby punktów zdobytych po 30. urodzinach. Magdalena Gwizdoń zapisała się w historii biathlonu jako najstarsza zawodniczka, która zmieściła się w trzydziestce zawodów Pucharu Świata. 42-letni Adrian Parzyszek strzela gole dla Naprzodu Janów w hokejowej ekstraklasie. O rok młodszy Tomasz Adamek szykuje się do wyjścia na ring w Częstochowie. Emerytowane gwiazdy i gwiazdki stoją w kolejkach, by dać sobie po twarzy w klatkach MMA. Wygląda na to, że polski sport przeżywa drugą młodość…

Ta jednak, jak wszyscy wiedzą, bywa głupia. I nie inaczej jest w tym przypadku. Bo oprócz nazwisk sportowców, które dają nam wrażenie podróży w czasie, koło zatacza też atmosfera towarzysząca ich występom. W tym przypadku o nostalgicznej zadumie nie ma jednak mowy, na ulice wracają bowiem klimaty z lat 90., czyli złotej ery polskiego kibolstwa. Obrazki ze śląskich derbów w Gliwicach wszyscy znają już pewnie na pamięć, ale to jedynie ilustracja w coraz grubszej kronice, w której wpisów przybywa z zatrważającą szybkością. Od drobnych począwszy – jak chociażby rozbicie, a właściwie wykopanie pleksi na meczu hokejowym w Katowicach, po zapisy naprawdę dramatyczne, jak te z drugoligowego spotkania koszykarskiego w Sosnowcu, gdzie zamaskowani bandyci wpadli między rodziny z dziećmi.

Informacje o gęstniejącej atmosferze dostajemy na bieżąco. Wśród nich są także zaskakujące. Tak było chociażby po wspomnianych nieszczęsnych śląskich derbach, gdy kibice z centralnych sektorów podkreślali, że przemoc rodzi się nie na miejscach ultrasów, a wśród osób z pozoru statecznych. – Wobec nas, wiekowo zaawansowanych i dalekich od szowinizmu, ze strony gliwickich rówieśników padały otwarte groźby. Siedzieliśmy obok siebie, a dzieliło nas wszystko. To chyba było nawet bardziej wstrząsające niż to, co się działo na murawie – opowiadali mi kilka godzin po bulwersujących wydarzeniach kibice z Zabrza.
Ta historia stanowiła zresztą świetne uzupełnienie tego, co zobaczyłem, a właściwie usłyszałem w punkcie odbioru akredytacji, gdzie wysłannik jednej z kibicowskich stron nie przejmował się brakiem swojego nazwiska na liście, oświadczając wszem i wobec, że „szef ochrony jest moim kolegą, jakoś sobie z wejściem poradzę”. Czy były to tylko właściwe młodzieży puste przechwałki, czy też kolejny objaw gangreny toczącej ligowy futbol? O to trzeba pewnie zapytać tegoż szefa, o ile oczywiście nadal pełni swoją rolę po kompromitacji, jaką były wówczas działania jego formacji.

Diabeł, jak to ma w zwyczaju, rodzi się w takich drobiazgach. We flagach, których znaczenie rozpoznają nieliczni, a wtajemniczeni przymykają oczy. Na murach, jak w Krakowie, gdzie olbrzymie graffitti poświęcone wojnie szalikowców widzieli wszyscy, poza działaczami klubu leżącego za ozdobioną nim ścianą. W transparentach kwalifikujących się do kategorii karalnych, a pomijanych milczeniem. I przede wszystkim w poczuciu bezkarności wymieszanej z bezczelnością.

Jeszcze niedawno wydawało się, że jest to problem tylko Europy Wschodniej plus Bałkanów. Teraz ogniska zapalne pojawiły się jednak w miejscach uznawanych za wyleczone, a tam, gdzie tlą się od zawsze, przybrały nowy wymiar. Chociażby w Grecji, gdzie rosyjski szeryf wbiegając z pistoletem na murawę sterroryzował nie tylko sędziego meczu, ale i całe rozgrywki. Niewykluczone więc, że to co najgorsze dopiero przed nami i lata 90. staną się współczesnością. To już ostatni dzwonek by inicjatywę w tej wojnie przejęło państwo i przestało udawać, że białe jest czarne, a czarne jest białe, bo nie ma już wątpliwości, że dominującym kolorem staje się brunatny.

Media społecznościowe nie mają litości, za to mają nieprzebrane archiwa, w których nic nie ginie. I stanowią świetną pożywkę dla wszelakich interpretacji, także tych spiskowych. Nic więc dziwnego, że skandaliczna decyzja Komisji Ligi, która na jednym ogniu, pardon, posiedzeniu, zgrillowała dwa śląskie kluby, stała się odpowiednikiem benzyny wlanej do ogniska. A przy okazji wybuchu ujawniły się sprawy ze wszechmiar interesujące. Na przykład wpisy przewodniczącego KL, Zbigniewa Mrowca, który w czasie pamiętnej kartkowej kompromitacji Legii z Celtikiem domagał się od UEFA, by wygrał futbol. Albo biogram jego zastępcy Roberta Błaszczaka, będącego na co dzień członkiem Rady Nadzorczej koszykarskiej… Legii. Czy w tej sytuacji można się dziwić opiniom, że panowie komisarze strzelili Górnikowi gola, a nawet trzy, właśnie w imieniu klubu z Łazienkowskiej?

Cała ta sprawa faktycznie cuchnie na co najmniej tyle kilometrów, ile dzieli Śląsk od stolicy. W dodatku wszystkie argumenty KL upadały jak domek z kart (znaczonych) niemal z godziny na godzinę. Począwszy od tezy o sprowokowaniu zajść spaleniem flagi – jak się okazało linia czasu wyglądała zgoła odmiennie – po bezlitosne statystyki. Na przykład te dotyczące właśnie zamieniania flag rywali w pochodnie. Od kwietnia 2017 w Ekstraklasie było siedem takich przypadków i żaden nie miał konsekwencji w postaci odbierania punktów. Na myśl przychodzi za to miłosierne potraktowanie Legii po tym, jak jej kibole w meczu na szczycie z Górnikiem dwukrotnie zorganizowali racowiska, które doprowadziły do wielominutowego przerwania spotkania. Nawiasem mówiąc, już na zawsze nierozstrzygniętym dylematem pozostanie kwestia, co stałoby się w przypadku, gdyby któryś z zabrzan okazał się uczulony na toksyczny dym i nie był w stanie kontynuować gry… Ale do rzeczy – zasądzone wtedy 70 tysięcy grzywny, nałożonej na mistrzów Polski, szef Komisji ze śmiertelnie poważną miną odtrąbił jako najsroższą karę w historii tego gremium, ale o walkowerze nawet się nie zająknął.

Analizując wokółderbowe wydarzenia, warto jednak spojrzeć także bliżej niż za „gierkówkę”. Chociażby do samych Gliwic, gdzie zawiedli wszyscy. Począwszy od ochrony przepuszczającej flagę Piasta wnoszoną na sektor gości, przez system identyfikacji kibiców, który nie wychwycił nazwisk osób poszukiwanych przez policję, po ludzi montujących ogrodzenie w taki sposób, że wystarczyło je rozkołysać, by padło jak długie. Co prawda być może dzięki temu nie doszło do większej tragedii, bo fakt ten rzeczywiście zadziwił szturmujących do tego stopnia, że tylko trzech z nich weszło w rolę harcowników, a reszta bandy stanęła niczym wmurowana (czyli zrobiła to, czego nie zrobił płot).

Swoje dwanaście groszy dorzucił też oczywiście Górnik. Pod tym względem Komisja Ligi miała pełne prawo, by ukarać klub zakazem zorganizowanych wyjazdów, bo prowokacja w postaci wywieszonej odwrotnie flagi skradzionej onegdaj z siedziby Piasta nie ulega wątpliwości, aczkolwiek nie kwalifikuje się do odbierania punktów w tabeli. No i Górnik wciąż nie rozwiązał sprawy Grzegorza Kasprzika – z pozoru nie ma to wiele wspólnego z sobotnimi wydarzeniami, ale charakteryzuje fatalną politykę wewnętrzną klubu i budzi domysły w zakresie wpływu środowisk kibicowskich na decyzje zarządu z Roosevelta.

Na koniec tej podróży trzeba się przenieść w kierunku placu Sejmu Śląskiego w Katowicach, gdzie urzęduje wojewoda. Czy nikt nie zastanowił się nad tym, dlaczego urzędnik, który z takim zapałem zamykał przed kibicami gości pierwszoligowe stadiony, przespał okazję, by zadziałać prewencyjnie w przypadku, w którym wskaźnik ryzyka rzeczywiście usadowił się głęboko na czerwonym polu? Czy wojewodę aż tak pochłonęła batalia o zastąpienie Wilhelma Szewczyka Marią i Lechem Kaczyńskimi, czy też policji zabrakło papieru na złożenie stosownego wniosku? To już muszą między sobą rozstrzygnąć sami zainteresowani. W każdym razie przez sumę tych wszystkich zaniedbań śląskie kluby dostały słony rachunek, a Śląsk jako taki zebrał wizerunkowy łomot w ogólnopolskich mediach.

Pozostaje tylko mieć nadzieję, że w globalnym rozrachunku sobotnia hańba stanie się lekcją, z której region wyciągnie wnioski, udowadniając, że stereotypy o tutejszym rozsądku nie są już tylko pustym frazesem.

0,02. Taki procent Polaków zasiadał na trybunach podczas meczu Lotto Ekstraklasy w sezonie 2016/17. Ten wskaźnik z raportu Europejskiego Stowarzyszenia Piłkarskich Lig Zawodowych nie jest przesadnie eksponowany w opracowaniach tego dokumentu i trudno się dziwić, bo nijak nie da się go przedstawić w kategoriach sukcesu. A jednak to właśnie on daje sporo do myślenia – biorąc pod uwagę fakt, że nie sposób już narzekać na infrastrukturę, oznacza bowiem, że największym problemem polskiej ligi jest jej poziom sportowy, który nie skłania do wydawania pieniędzy na bilet.

Taki absolutnie logiczny i uprawniony wniosek, podparty cotygodniowymi dowodami empirycznymi, stanowi z kolei nie lada zagwozdkę dla uzasadnienia coraz bardziej nieuchronnej reformy rozgrywek, której głównym owocem ma być powiększenie ekstraklasy do 18 drużyn. O bezsensie rozwadniania i tak mocno przeciętnego produktu pisałem w tej rubryce już nie raz i zdania nie zmieniłem. Teraz jednak w projekcie pojawił się jeszcze jeden punkt, którego absurdalność skłoniła mnie do ponownego wzięcia tematu na klawiaturę.

Chodzi mianowicie o opcję, zgodnie z którą, w systemie baraży, do elity mógłby awansować nawet zespół zajmujący w I lidze miejsce szóste. Czy ktoś, kto na co dzień śledzi wydarzenia na tym szczeblu, zwanym trafnie zapleczem (czyli czymś, co niekoniecznie pokazuje się światu), mógłby wpaść na taki pomysł? W rozgrywkach gdzie trudno znaleźć dwa kluby, których awans nie obniżyłby wartości ekstraklasy, miałoby być takich potencjalnych kandydatów aż sześciu?! A gdzie niby stoją ich nowoczesne stadiony? Gdzie księgowi pławiący się w solidnych podstawach finansowych? I wreszcie gdzie- nie licząc kilku rozsianych po całej tabeli rodzynków – piłkarze, których naprawdę chcielibyśmy oglądać w wyższej lidze?

Wszystko na kilometr pachnie przysługą dla tych, którzy mają wielkie ambicje, ale małe możliwości ich spełnienia na obecnej wąskiej ścieżce awansu sportowego. A to oznacza, że jest tak śmiesznie, że aż strasznie.

Tradycji stało się zadość. Coroczna pielgrzymka kibiców na Jasną Górę zakończyła się godną czwartej części Trylogii wycieczką za mury. Patrioci zdobyli kilka wrażych flag, poturbowali grupę zaprzańców, odśpiewali pobożne pieśni i na cześć legendarnego wyczynu Kmicica użyli prochu i saletry pod dobrotliwymi spojrzeniami spadkobierców duchowych przeora Kordeckiego. Nic więc dziwnego, że świadkom tych podniosłych wydarzeń wzruszenie pomieszane z gryzącym dymem wyciskało łzy z oczu.

Sportowy patriotyzm w kraju nad Wisłą ma się dobrze. Co prawda próby jego eksportu kończą się niezrozumiałymi prześladowaniami następującymi tuż po przekroczeniu granic Ojczyzny, tym niemniej generalnie powodów do narzekania nie ma. Za to powodów do dumy przybywa błyskawicznie – na przykład dzięki Robertowi Kubicy, który został właśnie testerem Williamsa. Trzeba przecież podkreślić, że krakowianin zachował honor, w przeciwieństwie do rosyjskiego konkurenta, który nie dość, że jest wspierany przez Putina, to jeszcze miejsce w głównym bolidzie po prostu kupił. Cały świat będzie więc patrzył na Sirotkina z politowaniem, tak jak na Freitaga, który przewrócił się na Czterech Skoczniach, chociaż akurat nikt w niego śnieżkami nie rzucał.

Oprócz patriotyzmu dużego jest jednak także patriotyzm – patrząc w kategoriach powierzchniowych – mały, czyli lokalny. Na przykład śląski. Chociaż on i tak często, a już na pewno w obszarze piłki nożnej, podlega dodatkowemu rozbiciu najpierw miejskiemu, a potem wręcz dzielnicowemu. O nim właśnie dumałem podczas debaty zorganizowanej przez szefa regionalnej piłki Henryka Kulę. Dyskusja toczyła się w zacnym gronie, jej temperatura była dość umiarkowana, a z większością tez zgadzali się wszyscy obecni, czemu zresztą trudno się dziwić, skoro były to tezy ze wszech miar słuszne i rozsądnie – choć mało optymistycznie – prowadzące do odpowiedzi na zasadnicze pytanie: Kiedy klub z naszego regionu znów zostanie mistrzem Polski?

W całej tej atmosferze wzajemnego zrozumienia nie sposób było jednak uciec od poczucia surrealizmu. Zasadniczo bowiem świetlana przyszłość piłki śląsko-zagłębiowskiej, a także beskidzkiej, według panelistów opierać się powinna na solidarności i wzajemnym wsparciu. W negocjacjach z samorządami, w rozmowach ze sponsorami, w systemach szkolenia młodzieży, w rozwiązaniach infrastrukturalnych, a czasem i finansowych. Brzmi to świetnie, ba, nawet logicznie, jednak znajduje się w tej wizji jedna zasadnicza drzazga, mianowicie kibicowska, podlana patriotyczno-tożsamościowym sosem – otoczka futbolu. O współpracy klubów mówiono wszak w ostatnich latach już wiele, próbowano też słowa przekuć w czyny. Na szczeblu Ekstraklasy organizowano wspólne wyprawy na zgrupowania, na szerszym polu zawiązywano sponsorskie porozumienia. Piękne, nieprawdaż?

Tyle tylko, że to ostatnie podpisano za bliską, bo bliską, ale jednak granicą. I w tym jest właśnie pies pogrzebany. Bo żaden realny futbolowy sojusz nie jest w regionie możliwy. Dowodów mamy aż nadto – największe awantury związane są z meczami derbowymi, największe problemy stwarza logistyka kibicowskich przejazdów nie ogólnopolskich, a właśnie tych najkrótszych, najpoważniejsze incydenty ostatnich miesięcy związane były z najazdami wrogich grup na stadiony położone najbliżej ich macierzy… Świeżo w pamięci pozostają też przypadki prezesów skłonnych pomóc sąsiadom w momentach, gdy ci nie mogli korzystać z własnych, przebudowywanych w danym momencie aren, czy piłkarzy zamierzających zmienić barwy bez zmiany miejsca zamieszkania. I dopóki ten system piłkarskiego ekosystemu się nie zmieni, dopóty każdy będzie drobił w miejscu, a ewentualne sukcesy wynikną tylko ze splotu przypadków. I o tym także powinni pomyśleć gospodarze takich wydarzeń jak jasnogórska pielgrzymka. Aby jednak skalę tej odpowiedzialności zrozumieć, trzeba czasem z klasztornej celi wybrać się na mecz. Najlepiej po cywilnemu i autobusem komunikacji publicznej. Na przykład z Katowic do Zabrza. Rzecz jasna, przez Chorzów.