Archiwa tagu: blog o piłce

Czy potrafisz twerkować? – tak brzmi najpopularniejsze zdanie mijającego tygodnia. Wspomniana w nim czynność oznacza nic innego jak kręcenie tyłkiem do muzyki na mocno ugiętych nogach. Wydźwięk takiego pokazu bywa zazwyczaj dość erotyczny.

Autorem zdania jest Martin Solveig, adresatką Ada Hegerberg. On to didżej, ona to piłkarka. Dodajmy, że najlepsza w Europie. Okazją do spotkania była gala, podczas której po raz pierwszy w historii wręczono Złotą Piłkę „France Football” w kategorii futbolu kobiecego. Solveig był prowadzącym, Hegerberg historyczną laureatką.

Nieszczęsne pytanie – skwitowane pełną zakłopotania odpowiedzią „nie” – wywołało zrozumiały medialny rezonans. Seksizm w najprymitywniejszej postaci – absurdalnie niewłaściwy zawsze i wszędzie, ale szczególnie w takich okolicznościach, stanowiący jaskrawy kontrast dla pełnego pasji przemówienia Szwedki, podsumowanego adresowanym do wszystkich dziewczyn hasłem „wierzcie w siebie” – trafił na czołówki gazet i portali, które na co dzień z piłką kobiecą nie mają nic wspólnego. Dalszy ciąg był dość banalny. DJ przeprosił, a Hegerberg dyplomatycznie oświadczyła, że w tamtym momencie nie pomyślała, że jest to pytanie obraźliwe, bo przepełniało ją szczęście związane z nagrodą.

Kurz bitewny już jednak się uniósł, błysnęła w nim m.in. Katarzyna Kiedrzynek, publicznie dziwiąc się, że „Luki Modricia nie poproszono o zakręcenie tyłkiem albo i czym innym!”. Na koniec bramkarka PSG zadeklarowała, że dzięki wydarzeniom na gali sprecyzowała swoją przyszłość po karierze sportowej. – Zajmę się wtedy walką z seksizmem – oznajmiła jedna z najlepszych polskich piłkarek w historii.

Oburzenie – podkreślę raz jeszcze – jest całkowicie słuszne i zrozumiałe. Ale nie da się jednocześnie uciec od pewnego spostrzeżenia. Gdyby nie twerkowa afera, nikt nad Wisłą (zaokrąglam oczywiście, bo hipsterzy bywają także na naszych ulicach) nie dowiedziałby się o istnieniu DJ-a Solveiga, a zapewne niewiele więcej osób usłyszałoby o kobiecej Złotej Piłce i samej Hegerberg (zwłaszcza w innym kontekście niż jej narzeczeństwa z piłkarzem Lecha Poznań). Wystarczy zresztą spojrzeć na pierwsze relacje z gali i proporcje dotyczące tej nagrody wobec triumfu wspomnianego przez Kiedrzynek Modricia nad Ronaldo, aby upewnić się, że teza ta jest prawdziwa. Krótko mówiąc, Martin Laurent Picandet, bo tak nazywa się DJ, swoją głupotą znakomicie przysłużył się popularyzacji kobiecego futbolu.

Już dawno żadnego debiutu w polskiej piłce nie oczekiwano z takim zainteresowaniem, jak przejęcia rządów na ławce trenerskiej Lecha przez Adama Nawałkę. Poznaniacy słono za to zapłacili, ale pod względem marketingowym już im się co nieco zwróciło. Gorzej na razie z aspektem wynikowym, jednak czas na oceny w tej kategorii przyjdzie dopiero wiosną.

W całej historii najciekawszy wydaje mi się element porównawczy, na który media nie zwracają większej uwagi. Chodzi o fakt, że wejście Nawałki jest przecież drugim w ostatnim czasie takim zdarzeniem w polskiej piłce. Niedawno do ligowej piłki wrócił wszakże nie kto inny, a Franciszek Smuda.

Pierwszy przejął Lecha, drugi grającego na peryferiach krajowego futbolu Górnika Łęczna, pierwszy na powitalnej konferencji zaprezentował firmową powściągliwość i umiejętność mówienia bez powiedzenia czegokolwiek, drugi snuł opowieści mające tyle wspólnego z rzeczywistością co historie z książki nieżyjącego już Janusza Wójcika. Przy okazji wyszło zresztą na jaw, że Smudę dotknął środowiskowy syndrom Jana Tomaszewskiego, czyli nawet najpoważniejsze oskarżenia puszczane są mimo uszu. Smuda powiedział przecież wprost, że poprzedni spadek Łęcznej wynikał z otaczającego ją procederu korupcyjnego. No cóż, różnica w obrazach powitalnych obu szkoleniowców jest dokładnie taka, jak w grze prowadzonych przez nich reprezentacji na mistrzostwach Europy 2012 i 2016 i w wysokości wypłat, jakie obaj pobierają obecnie za swoje usługi…

A propos – w przypadku Nawałki największy żal może gnębić z pewnością… Górnika Zabrze. Gdyby w środowisku trenerów obowiązywały takie same zasady, jak w kontekście transferów zawodników, na Roosevelta trafiłaby całkiem spora suma pieniędzy z funduszu solidarnościowego. Bo przecież to ten klub miał największe zasługi w wypromowaniu marki trenerskiej aktualnego szkoleniowca Lecha, chociaż GKS Katowice też zgarnąłby z tego stołu przyzwoity okruch.

Nie rozumiem krytyki, jaka spadła na Zbigniewa Bońka w związku z jego wywiadem dla „Gazety Wyborczej” i jasną deklaracją, że powoływanie do reprezentacji piłkarzy, którzy nie grają w klubach, jest tej kadry profanacją. I że na takie praktyki w 2019 roku nie będzie już pozwolenia. Przecież szef PZPN wreszcie powiedział to, co wszyscy podejrzewali, a poza tym słowa te można przecież interpretować w dwójnasób, za każdym razem pozytywny.

Wariant 1. Już po nominacji Brzęczka dość powszechnie pojawiały się opinie, że wybór ten stanowi odpowiednik przejęcia firmy „na słupa”, a nowy selekcjoner ma być przede wszystkim wykonawcą poleceń z bliżej nieokreślonej, ale łatwej do zdefiniowania „góry”. I teraz Boniek jedynie to ograniczenie selekcjonerskiej autonomii oficjalnie potwierdził. Skąd więc nagle to oburzenie? Nie lepiej westchnąć z satysfakcją „a nie mówiłem?”.

Wariant 2. Jerzy Brzęczek jesienią miał całkowicie wolną rękę i totalnie ten egzamin oblał (chociaż sam ma zapewne na ten temat inne zdanie). Dlatego prezes PZPN miał dwa wyjścia: albo przyznać się do porażki swojej idei, albo przejść na ręczne sterowanie. I najwyraźniej wybrał to ostatnie rozwiązanie, w dodatku stosując metodę, która ostatecznie zdemolowała wizerunek selekcjonera w oczach kibiców. Bądźmy bowiem szczerzy: późniejsze zapewnienia Brzęczka, że nikt nie będzie ingerował w jego decyzje, wobec mocy wypowiedzi Bońka, brzmiały jeszcze zabawniej niż niedawna dedykacja trenera dla Michała Pola. No cóż, teraz przynajmniej będzie wiadomo, że reklamację za wyniki należy kierować pod innym adresem, a to może mieć pozytywny wpływ na stan selekcjoner-skich nerwów.

Bońkowi za jasne postawienie sprawy należą się więc brawa, a nie ciosy, a gdyby jeszcze dokonał zmian w sztabie i administracyjną decyzją usunął z niego osobę bardziej niegodną noszenia reprezentacyjnej bluzy niż piłkarze z głębokich klubowych rezerw, wówczas mój podziw dla jego stanowczości byłby już pełny.

Na tle przypływu szczerości prezesa PZPN słabo wypadł za to Robert Kubica, który twierdzi, że nie wie, czy Orlen faktycznie będzie sponsorował jego hobby, przelewając dziesiątki milionów złotych na konto brytyjskiego Williamsa. W kontekście wielomiesięcznych opowieści o tym, że walka o fotel kierowcy rozgrywa się nie na torze, a przy okienku bankowych wpłat, brzmi to tak samo fałszywie jak narracja, że spotkanie z premierem akurat po wypłynięciu pamiętnych taśm było całkowicie przypadkowe. Jeśli ktoś wierzy w to, że na widok mechaników w bluzach z logo polskiego koncernu Kubicy ze zdziwienia opadnie szczęka, niech pierwszy uderzy w jakikolwiek gong.

Prezes GKS Katowice, Marcin Janicki, ma w biurku gotowy projekt profesjonalnego funkcjonowania klubu sportowego. Na jego stronach rozrysowano strukturę stanowisk i zakresu związanej z nimi odpowiedzialności, zawarto sugestię stworzenia cyfrowej bazy danych zawodników, wizję optymalnego modelu finansowania i mnóstwo innych interesujących rozwiązań.

Przyznam, że nie wiem, czy w tej obszernej księdze znalazły się również kryteria, według których dyrektor sportowy Tadeusz Bartnik dobierał nowych zawodników podczas letniej rewolucji prowadzonej wespół w zespół z trenerem Jackiem Paszulewiczem. Gdy podczas konferecji prasowej dyrektor wspomniał o sporej liczbie punktów psychologiczno-fizyczno-sportowych, według których sprowadzano zawodników, brzmiało to interesująco. Teraz, z perspektywy czasu, tamte intelektualne fajerwerki okazały się zwykłymi kapiszonami. Tym ciekawsze byłoby poznanie tej nieujawnionej publicznie listy, chociażby po to, by podobnych błędów już nie popełniać.

Brak logiki i wrażenie przypadkowości rzucały się przecież w oczy już po tamtej wypowiedzi. Zamiast zapowiadanego odmłodzenia i zregionalizowania kadry – podobnego jak w Górniku Zabrze – sprowadzano wszystkich, którzy wyrazili na to ochotę. Łącznie z Jakubem Wawrzyniakiem truchtającym po parku i szykującym się do zakończenia kariery, a do tego szczerze przyznającym, że dojście do formy zajmie mu nieco czasu. Co – jak się okazało – nie miało dla Paszulewicza żadnego znaczenia.

Rachunek za to rozpasanie okazuje się wyjątkowo słony. I to zarówno ten materialny, opłacany przez Urząd Miasta, jak i wynikowy. Rozgrywki minęły już półmetek, a GKS znów spadł na samo dno tabeli, za plecy Garbarni Kraków, uważanej raczej za ciekawostkę niż pełnokrwistego pierwszoligowca.

Kibice, którzy rozczarowani finiszem poprzedniego sezonu domagali się „rzezi” w szatni i cel osiągnęli, właśnie przekonują się, że wepchnęli GieKSę z deszczu pod rynnę.

Posada selekcjonera piłkarskiej reprezentacji Polski stanowi odpowiednik krzesła elektrycznego, przez które cyklicznie przepuszcza się prąd. Dlatego jedną z cech, jakie musi posiadać Naczelny Trener RP, jest gruboskórność i umiejętność maskowania emocji, by nie stroić pociesznych min, wywołujących rechot gawiedzi, co prowadzi do upadku autorytetu osoby i stanowiska.

Jerzy Brzęczek, niestety, w tej kategorii radzi sobie podobnie jak w kontekście boiskowych wyników prowadzonej przez siebie kadry, czyli bez zwycięstw, a wręcz przeciwnie. Najpierw z uporem godnym lepszej sprawy spośród wielu zasłużonych bramkarzy na swojego asystenta wybrał człowieka, którego rękawice ubrudzone zostały po wsze czasy aferą korupcyjną, potem dał się wciągnąć dziennikarzom w słowną gierkę prowadzącą do spięcia z Robertem Lewandowskim, po drodze wygłosił histeryczne oświadczenie o medialnym prześladowaniu Jakuba Błaszczykowskiego, a teraz nie zrozumiał żartu Michała Pola i strzelił do niego z telewizyjnego ekranu dedykacją, która ośmieszyła nie adresata, a nadawcę komunikatu. W dodatku było to podszyte niezrozumiałą satysfakcją z nieprzegrania meczu, który po pierwsze, można było wygrać (lub chociażby walkę o zwycięstwo zamarkować), a po drugie – jeśli cokolwiek udowodnił, to była to właśnie dojmująca zachowawczość selekcjonera. Brzęczek bronił wszak wyniku w momencie, gdy jego zespół miał przewagę liczebną, a rywal sprawiał wrażenie mało zdeterminowanego, by zrobić mu krzywdę. Szkoda tej pasywności z punktu widzenia kibiców, budowania wizerunku tej kadry i zmarnowania okazji, by w warunkach bojowych sprawdzić ofensywne ustawienia, zamiast powielania niskiego pressingu z niechlubnego mundialowego meczu z Japonią.

W takim kontekście wygłoszona z triumfalną miną dedykacja dla dziennikarza zabrzmiała niepoważnie, a przede wszystkim pokazała słabość Brzęczka, którego odporność na krytykę – w kontekście wpisu dyrektora Onetu o zmianie szyldu kadry U-21, to słowo jest zresztą całkowicie nieadekwatne – wciąż jest na poziomie końcówki pracy w GKS-ie Katowice. Przypomnijmy: sfinalizowanej niezwykłą rejteradą za pośrednictwem esemesa, wysłanego do prezesa klubu z szatni – czasem mówi się, że wręcz z ławki – po meczu z Kluczborkiem.

Adam Nawałka z dziennikarzami też nie miał łatwo, ale przyjął znaną zasadę, że milczenie bywa złotem. Warto, by Brzęczek wziął z niego przykład, zanim swoją srebrną mową zrobi krzywdę nie tylko sobie, ale i reprezentacji.

C zy ABAB jest lepsze czy gorsze niż ABBA? Nad takim dylematem głowią się już nawet naukowcy, ze szczególnym uwzględnieniem statystyków. I wychodzi im na to, że prawidłową odpowiedzią jest B. ABAB daje bowiem 60-procentową szansę na końcowe zwycięstwo, a to już różnica bardziej niż znacząca.

O czym mowa? O systemie wykonywania rzutów karnych, rozstrzygających rywalizację po remisowych dogrywkach. „A” to litera oznaczająca pierwszy zespół, „B” to jego rywal. Naprzemienne strzelanie jedenastek daje podobno przewagę tym, którzy je zaczynają, natomiast oddanie ekipie numer 2 prób drugiej i trzeciej, szóstej i siódmej, dziesiątej i jedenastej itd., szanse diametralnie wyrównuje.

Nad tą kwestią deliberuje właśnie International Football Association Board, jedyna organizacja mająca prawo wprowadzania zmian do zasad piłki nożnej. Pakiet innowacji ma być zresztą szerszy. Rzuty karne w czasie meczu mają być egzekwowane tak samo jak w konkursie, czyli bez dobitek, za złapanie przez bramkarza podania od partnera z zespołu jedenastka zamiast rzutu wolnego pośredniego, zawodnicy atakujący nie będą mogli ustawiać się jako część muru ekipy broniącej, sędziowie będą mieli pokazywania żółtych i czerwonych kartek trenerom i członkom sztabów, a zejście na zmianę nie na środku boiska, tylko przez linię najbliższą miejscu pobytu zawodnika.

Rewolucyjny pakiet może zostać wcielony w życie już w najbliższym sezonie. Jednorazowych zmian na taką skalę nie było jeszcze nigdy i widać w nich wpływ telewizji. Gra ma być płynniejsza, a jej czas netto ulec wydłużeniu.

Tym razem nowe rozwiązania nie wymagają wsparcia technologicznego, jak miało to miejsce przy wprowadzeniu VAR-u, a więc będą znacznie tańsze. Nie sposób jednak uciec od wrażenia, że dla polskiej piłki najważniejszy jest inny kierunek, a mianowicie wprowadzenie do podręcznika licencyjnego infrastruktury treningowej. IFAB tego za nas nie załatwi, bo w cywilizowanych obszarach futbolowej mapy konieczność jej posiadania jest regułą, a nie wyjątkiem.

Wszystko wskazuje na to, że TVP jednak nie wyłoży góry pieniędzy w zamian za prawo do pokazywania najlepszego meczu w każdej kolejce Ekstraklasy. Rada Nadzorcza uznała, że 70 milionów złotych za 37 transmisji to zdecydowanie za dużo. – Czyżby ktoś z nich przed podjęciem decyzji postanowił zobaczyć jakiś mecz? – zażartował gorzko jeden z internautów i chyba trafił w sedno.

Statystycznie wszystko da się oczywiście udowodnić. Trudno się dziwić, że walcząca o telewizyjne oferty prowadząca rozgrywki spółka przez ostatnie tygodnie podkreślała niezwykłą serię spotkań bez wyniku 0:0 (przerwaną w sobotę przez dramatycznie słabe, nawet jak na polskie realia, starcie Cracovii z Miedzią Legnica). Inne powody do pozytywnego marketingu trudno bowiem znaleźć. Ba, nie sposób pochwalić się chociażby frekwencją na stadionach – tylko w jednej trzeciej przypadków pojawiło się na nich powyżej 10.000 osób (średnia po 13 kolejkach to 9.043 widzów, a w obecnej 7.411 i jeszcze dziś spadnie, bo mecz domowy rozgrywa sosnowieckie Zagłębie). I gdyby nie zielone wyspy w Warszawie, Gdańsku, Krakowie, Poznaniu i Zabrzu – chociaż w tych ostatnich przypadkach to już chyba jedynie kwestia czasu – byłoby wręcz dramatycznie.

Nowe stadiony przestały stanowić zasłonę dla kiepskiego zazwyczaj towaru prezentowanego widzom. TVP wcześniej czy później też musiała to dostrzec, zwłaszcza w perspektywie wyłożenia na stół tak gigantycznych pieniędzy.Wdodatku w umowie miał się podobno znaleźć warunek, że w ciągu sezonu TVP może pokazać maksymalnie dziesięć meczów jednego zespołu. A to – biorąc pod uwagę wąskie grono klubów mogących przyciągnąć dużą widownię – mogło okazać się układanką prowadzącą w ciemny tunel.

Ekstraklasa na rekord finansowy wciąż ma nadzieję, licząc, że Polska nie pójdzie pod prąd trendom w Europie. Coraz więcej osób zauważa jednak, że świstak zawijający ligę w sreberka ma w nich coraz większe dziury.

Raków Częstochowa to klub prywatny, należący do Michała Świerczewskiego, twórcy i właściciela firmy X-com. GKS Katowice tkwi w portfelu miasta, mającego w nim blisko 82 procent akcji. Dwa modele funkcjonowania i finansowania, dwa bieguny pierwszej ligi.

Wspólnym mianownikiem jest Wojciech Cygan, obecny szef lidera Fortuny 1. Ligi, a były prezes jej dzisiejszej czerwonej latarni.Na Bukowej nie raz przeżywał trudne chwile, a rozczarowania były chlebem powszednim. W Częstochowie oczekiwania (nazywane w Katowicach górnolotnie presją) są zdecydowanie mniejsze, co z pewnością sprzyja realizowaniu równie dużych ambicji.

Mam na przykład pewność, że w Rakowie, gdzie wydawane są prywatne złotówki, nie przeszłyby ostatnie katowickie pomysły opłacone publicznymi pieniędzmi. Nieuzasadniona zmiana szkoleniowca w momencie, gdy zespół liczył się w walce o awans, plus przeprowadzona dla populistycznego zaspokojenia kibiców czystka w szatni zakończyły się powstaniem zespołu złożonego z nieprzygotowanych do gry i niepasujących do siebie piłkarzy oraz deficytem budżetowym. Wielopłaszczyznowy kataklizm firmowany przez dział sportowy i podkreślony przez absurdalną akcję wypisywania przez pracowników klubu karteczek ze wsparciem dla zawodników, tworzy obraz upadku, jaki trudno wytłumaczyć w jakikolwiek logiczny sposób.

Raków leży w cieniu Jasnej Góry, ale do sukcesu zmierza drogą racjonalną. GKS to środek okręgu przemysłowego, jednak to w nim trwa nieustanna modlitwa o cud. Tym razem wyjątkowo głośna, bo związana z uzasadnioną trwogą, że zamiast wniebowzięcia klub czekają piekielne otchłanie. Nawiasem mówiąc pachnie to wszystko związaną już z inną religią karmą, która podobno zawsze wraca. No bo przecież w Katowicach jeszcze nie do końca ucichł śmiech związany z katastrofą pewnego klubu zza miedzy…

Łaska kibica na wyjątkowo pstrym koniu jeździ. Tak było, tak jest i tak będzie. Czasami jednak piłkarscy fani zamieniają się w jeźdźców bez głowy.

Na przykład w Zabrzu. Ubiegłosezonowy fenomen, jakim były pękające w szwach i pulsujące niesamowitą atmosferą (trzy) trybuny tamtejszej Areny, niknie właśnie w jesiennej mgle. Frekwencja wciąż jest imponująca jak na polskie realia, ale już daleka od niedawnych kompletów, w dodatku ze średnią widzów spadającą z meczu na mecz. No i to, co stanowi największy wstrząs, a przy okazji uzasadnia wstęp tego tekstu – pojawiają się hasła obraźliwe dla piłkarzy i trenera. Lada chwila, może za kolejkę, a może za dwie, Marcin Brosz ze swoimi podopiecznymi zostanie „poproszony” po meczu na spowiedź i pokutę…

Mój redakcyjny kolega, Tomasz Kuczyński, w piątkowym Dzienniku Zachodnim napisał o klątwie europejskich pucharów, w których start w następnym sezonie często owocuje ligowym krachem, takim, jaki właśnie dotyka klub z Roosevelta. Chociaż w tym przypadku problem jest znacznie bardziej złożony, a jego źródło tkwi przede wszystkim w sposobie zarządzania Górnikiem, czyli w skazywaniu szkoleniowca – to cytat z Andrzeja Strejlaua – na syzyfową pracę, to jednak nie ulega wątpliwości, że pierwsza od lat zagraniczna przygoda zabrzan rzeczywiście stanowiła punkt zwrotny w dosłownym sensie tego określenia.

Z pucharowymi występami Górnika sprzed kilkudziesięciu raptem dni mam bowiem dwa najsilniejsze skojarzenia. Pierwsze to śmiertelnie blada twarz Marcina Brosza po rewanżowej klęsce z Trencinem w Myjavie. Przyznam, że wtedy nie do końca zrozumiałem skrajnie dramatyczny ton jego ówczesnej wypowiedzi, teraz mam świadomość, że najlepszy trener poprzedniego sezonu po raz pierwszy zobaczył przyszłość zespołu, któremu wyrwano wszystkie podpierające go filary. I skojarzenie drugie – bezsensowne racowisko, które kosztowało klub 300.000 złotych.

W dwumeczu ze Słowakami coś zaczęło pękać i właśnie ta rysa bezustannie się pogłębia i powiększa. A właściwie trzy rysy: sportowa, ekonomiczna oraz kibicowska. I trzeba mieć świadomość, że ich załatanie będzie wyjątkowo trudne. Górnikowi nie wróży dobrze także kolejna wynikająca z doświadczeń piłkarska prawda, która mówi, że po awansie do Ekstraklasy najtrudniejszy jest sezon numer dwa. Warto więc, by kibice tego klubu nieco ochłonęli, przyjęli do wiadomości, że wyczyny ich klubu w poprzednich rozgrywkach graniczyły z cudem, a trener i piłkarze są akurat najmniej winni obecnego twardego lądowania.

Jest w Krakowie pewien zwyczaj, mało zapewne znany ludziom spoza kręgu najzagorzalszych kibiców sportowych. Nie chodzi bynajmniej o gonitwy z maczetami i ostrzeliwanie się racami, a o coś znacznie bardziej wyrafinowanego: staranne omijanie nazwy lokalnego rywala. Żadnemu prawdziwemu wiślakowi nie przejdzie przez usta Cracovia (chociażby był na przykład meczowym spikerem), a żaden genetyczny „pasiak” nie wyartykułuje nazwy byłego milicyjnego klubu (nawet jeśli profesor Filipiak najął go tylko do trenowania).

Śmieje się z tego cała Polska, mało jednak życzliwie, raczej z politowaniem, zwłaszcza, że czasem zamiast śmiesznie robi się zwyczajnie strasznie, a bywa, że i głupio. Jak ostatnio, gdy podczas podwawelskich derbów stewardzi zabraniali dzieciakom kibicować Wiśle, natomiast doping dla Cracovii był odtwarzany z „empetrójki”.

Zapytacie pewnie co wspólnego mają te zwyczaje z naszym regionem? Okazało się otóż, że są one zaraźliwe, a skutecznej szczepionki póki co nie widać. Pierwszą ofiarą krakowskiej bakterii padł Tadeusz Bartnik, dyrektor sportowy GKS-u Katowice. Na konferencji powitalnej nowego szkoleniowca Dariusza Dudka zaprezentował całą gamę synonimów zastępujących nazwę „Zagłębie Sosnowiec”. Ba, nawet zadane wprost pytanie wyżej podpisanego zablokował zwinną zasłoną, czyli „poprzednim pracodawcą” i znacznie mniej finezyjnym tłumaczeniem, że postępuje w taki sposób, ponieważ jest w „swoim klubie i uważnie dobiera słowa”.

Biorąc pod uwagę tę staranność i roztropność – która zapewne towarzyszyła dyrektorowi także w trakcie wyrzucania Piotra Mandrysza, by zrobić miejsce dla Jacka Paszulewicza, oraz przy sprowadzaniu osiemnastu piłkarzy stanowiących skład tkwiący w strefie spadkowej – nie sposób uciec od wrażenia obcowania z tajemnicą. Niezgłębioną bowiem zagadką pozostaje kwestia, w jaki sposób dyrektor Bartnik ściągnął Dariusza Dudka na Bukową. Unikając słowa Zagłębie w mowie, spojrzeniu i uczynku, nie mógł wszak wiedzieć, że ten opuścił Sosnowiec! Nie był też w stanie przeprowadzić wywiadu środowiskowego w poprzednim klubie, sprawdzić wyników przezeń osiąganych, a nawet wpisać w umowie adresu zamieszkania trenera. Nawet pomijając te kwestie, trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i oddać dyrektorowi, co jego: pochodzący z Poznania myszkowianin otworzył nowy rozdział w stosunkach katowicko-sosnowieckich. Znając temperament szefa Zagłębia, Marcina Jaroszewskiego, na odpowiedź zza Brynicy z pewnością nie trzeba będzie długo czekać.