Archiwa tagu: blog o sporcie

Świat nigdy nie przestanie nas zadziwiać. Też sądziłem, że ubiegłotygodniowy felieton o absurdach sportowego światka chwilowo wyczerpał temat, a tymczasem kolejne dni przyniosły tak niezwykłe wydarzenia, że nie sposób przejść obok nich obojętnie.

Na plan pierwszy wysuwa się niewątpliwie badanie, jakie na piłkarzu Danchu Adamie przeprowadziły organy śledcze, czyli kibice zrzeszeni w Torcidzie. Były już kapitan Górnika dobrowolnie poddał się testom na wariografie, by udowodnić, że nie handlował meczami zespołu z Roosevelta. Wynik wypadł pozytywnie, Danch pojechał grać nad morze, a Torcida przetarła szlak, którym powinna zmierzać teraz cała polska piłka. Każdy kibic powinien mieć prawo do przebadania dowolnego piłkarza, choćby po to, by zadać mu najważniejsze pytanie: Czy nie uważasz, że zarabiasz dużo za dużo w stosunku do swoich umiejętności?

Pomieszanie oczywistych wydawałoby się ról nie dotyczy jednak tylko linii kibice – piłkarze. Do gry weszli też dziennikarze. Szambo wybiło dzięki młodzieżowemu Euro, które po raz kolejny ujawniło, jak masowe – o czym już niegdyś pisałem – stało się mylenie roli reportera z rzecznikowaniem. Nagle wyszło na jaw, że co najmniej kilkunastu moich kolegów po fachu wiedziało, że atmosfera w kadrze Orląt pozostawia sporo do życzenia, ale nie ujawniało tego z obawy, by nie zostać oskarżonym o psucie aury sukcesu. Bo przecież, gdyby stał się on faktem, na nich spadłaby krytyka ze strony PZPN-u i samych Orląt. I a nuż ten czy inny nie chciałby już udzielić banalnego wywiadu, o wspólnej słitfocie nie wspominając. Doprawdy boleśnie szczypałem się też tu i ówdzie czytając krytykę Krystiana Bielika, która spadła na niego za subiektywną, ale zapewne szczerą wypowiedź o poziomie treningów w kadrze. Chłopak palnął w emocjach coś, co dla mediów powinno być naturalną pożywką, a tymczasem niektórzy ich przedstawiciele mieli mu to wyraźnie za złe i zamykające sprawę przeprosiny przyjęli z nieukrywaną ulgą.

Truskawką na torcie szaleństwa wydają mi się jednak transfery w Ekstraklasie. Czy ktoś może mi racjonalnie wyjaśnić, dlaczego największym wzięciem cieszą się piłkarze, którzy w poprzednim sezonie nie zdołali się w lidze utrzymać, czyli byli na nią za słabi? Jedynym rozsądnym tłumaczeniem wydaje się takie, że po prostu zawodników o podstawowych umiejętnościach jest w Polsce niewielu, co oznacza, że elitę należy nie rozszerzać, a zmniejszać. A wszystkich, którzy twierdzą inaczej, trzeba posłać na dobrowolne badania wariografem.

Znając realia najpierw chcę zastrzec jasno: ten tekst nie będzie miał politycznego wymiaru, a jedynie społeczny. Powyższa uwaga jest konieczna, bo punktem wyjścia dla tego felietonu jest przypadek Jacka Kurskiego.

Prezes telewizji publicznej wybrał się mianowicie na mecz o mistrzostwo Polski, w którym Legia Warszawa podejmowała Lechię Gdańsk. Kurski jaki jest każdy widzi, jednak jego przywiązanie do barw tego drugiego klubu wielkiej tajemnicy nie stanowi. Nic więc dziwnego, że na lożę VIP zabrał ze sobą zielono-biały szalik. W efekcie został przez kiboli gospodarzy obrzucony przedmiotami drobnymi oraz zelżony słowami grubymi. I żeby była jasność – nie chodziło o poziom i treść firmowanego przez siebie telewizyjnego dziennika, a właśnie o wspomniany gdański gadżet.

W całym tym bulwersującym normalnego człowieka incydencie jeszcze bardziej szokujące okazały się późniejsze reakcje, wyrażane również w mediach. Powszechnie uznano mianowicie, że Kurski zachował się prowokacyjnie, czego dowodem było… wymachiwanie lechickim szalikiem. I ciemny lud to kupił! Owszem, pomogła w tym zapewne powszechna opinia dotycząca moralnej kondycji szefa TVP, któremu takie psychonarzędzia jak prowokacje nie są obce (a chyba nawet sprawiają masochistyczną przyjemność), jednak w tym przypadku chodzi jednak o coś innego i niezwykle istotnego. Otóż powszechnie zaakceptowano tezę, że „inność”, chociażby tylko sportowa, stanowi uzasadniony pretekst do przemocy. Usankcjonowano w ten sposób wszystko to, co dzieje się w weekendy na ulicach i poboczach autostrad!

Tymczasem należy powiedzieć jasno i mocno: Jacek Kurski miał prawo wymachiwać na stadionie Legii szalikiem Lechii! I ci, którzy go atakowali, powinni zostać zidentyfikowani i ukarani. A w ramach resocjalizacji – której skuteczność biorąc pod uwagę ich zdolność pojmowania współczesnego świata i tak zapewne będzie mizerna – oglądać na przykład transmisje z finału NHL, gdzie kibice klubów walczących o znacznie cenniejsze trofeum niż Puchar Ekstraklasy, siedzą w ramię w ramię i zwyczajnie dobrze się bawią. Z pewnością powiecie, że to spojrzenie naiwne. Ale czy nie lepiej czasami po prostu pomarzyć niż znienacka oberwać po gębie?

Reforma. Piękne słowo. Stanowiące przede wszystkim idealny kamuflaż dla psucia czegoś, co już działa. W imię konkretnych interesów. Zazwyczaj partyjnych, ale nie tylko…

Ta, o której będzie mowa, dotyczy piłki nożnej. Gra już się rozpoczęła. Pierwsza na boisko wyszła Ekstraklasa, występując z irracjonalnym wnioskiem o zlikwidowanie podziału punktów, ale pozostawienie systemu ESA-37. To kompletna bzdura, bo oczywistą oczywistością jest fakt, że ten najbardziej niesprawiedliwy punkt rozgrywek, czyli odbieranie klubom połowy wypracowanego dorobku, paradoksalnie stanowi jedyny atut całego modelu.

Nic więc dziwnego, że PZPN skorzystał z okazji i z tak wystawionej piłki przeprowadził zabójczą kontrę. Zbigniew Boniek przedryblował pół boiska ośmieszając rywali barwnym wywiadem, potem postawił na zespołowość, oddając inicjatywę najbardziej zainteresowanym, czyli właścicielom i prezesom klubów, a na końcu huknął z dystansu na temat powiększenia ligi do 18 drużyn.

To jasny sygnał, że właśnie do takiego rozwiązania będzie PZPN dążył. W dodatku znajdzie poklask tych, którzy od lat bezskutecznie dobijają się do elity, w nadziei na telewizyjne frukty, jakie się z nią wiążą. A ponieważ byli i są za słabi, by przedrzeć się przez obecne wąskie gardło awansów, poszerzenie mostu stanowi dla nich wymarzoną szansę.

Co ciekawe, pomimo tak oczywistych manewrów nie słychać na razie otwartej i szerokiej debaty. A przecież koronny argument zwolenników powiększenia brzmi absurdalnie. Ich zdaniem jesteśmy rzekomo zbyt dużym krajem, by Ekstraklasa liczyła 16 drużyn. Panowie, naprawdę waszym zdaniem wszystko zależy od wielkości i przelicznika liczby klubów na kilometr kwadratowy? A gdzie w tym wszystkim jakość, czyli realny wyznacznik wartości produktu? Patrząc obiektywnie większość osób kręcących się przy piłce zdaje sobie sprawę, że powinno się pójść w drugą stronę – zmniejszenia liczebności do 12, a może nawet 10 zespołów, które mogłyby rozgrywać cztery rundy, czyli 36 kolejek. Bo o ile nawet mecze Legii z Lechem nie są gwarancją wielkiego widowiska, to zdecydowana większość obecnego terminarza gwarantuje tylko mecze marne i marniejsze.

To doprawdy zadziwiające, ale niewiele mediów na świecie zwróciło uwagę na stawkę niedawnego meczu Tottenhamu z Manchesterem United. Ba, nawet piłkarze gospodarzy chyba nie do końca zdawali sobie z niej sprawę, bo w przeciwnym wypadku byliby sparaliżowani jak Miłosz Przybecki na widok pustej bramki. A przecież gra toczyła się nie tylko o punkty Premier League, ale przede wszystkim o awans Arki Gdynia do kolejnej rundy Ligi Europy!

Naprawdę tak było. Dzięki temu, że Koguty pokonały Czerwone Diabły, spora część Europy odetchnęła z ulgą. Zdobywca Pucharu Polski rozpocznie mianowicie swoje występy w LE nie od drugiej, ale od trzeciej rundy, co oznacza, że całe mnóstwo klubów z pogranicza Starego Kontynentu i Azji uniknie wyczerpującej podróży nad Bałtyk w dodatku z dość umiarkowaną i oscylującą w granicach 50 procent szansą na sportowy sukces.

Przede wszystkim odetchnęła jednak sama Arka. Późniejszy start w pucharach oznacza krótszy w nich udział, a więc i krótsze zapewne trwanie – jak to romantycznie ujął niegdyś Michał Probierz – pocałunku śmierci, jakim są dla polskich zespołów występy na europejskich salonach (no, powiedzmy, w ich przedpokojach albo innych werandach). O czym przekonali się także ubiegłoroczni uczestnicy tej zabawy, czyli wicemistrzowski Piast Gliwice, „brązowe” Zagłębie Lubin i finiszująca tuż za podium Cracovia, które w maju 2017 solidarnie bronią się przed spadkiem z Ekstraklasy.

Na szczęście dla Arki Tottenham udźwignął odpowiedzialność i misję zrealizował. Co prawda klubowe źródła nie ujawniły, jaki prezent dziękczynny został wysłany za kanał La Manche, ale z pewnością na beczkę śledzi „Koguty” zasłużyły. Tym niemniej trzeba też zwrócić uwagę na zapobiegliwość, a nawet profilaktykę, jaką zastosowały w kontekście pucharowym kluby ze Śląska. Piast szybko wyciągnął wnioski z poprzedniego sezonu, a Ruch na wszelki wypadek zadbał o to, by nie dostać nawet licencji na całowanie, sorry, pucharowanie.

Stara prawda mówi, że tak naprawdę szanujemy tylko to, za co przyszło nam zapłacić. I że szacunek rośnie proporcjonalnie do ceny. Jest też druga strona tego samego medalu – nikt nie doceni cię tak bardzo jak ty sam siebie.

Obie te zasady z sadomasochistycznym uporem łamią szefowie piłkarskich klubów, oferując kibicom w różnych konfiguracjach bilety za 5 zł, czyli nieco ponad 1 euro. I to zarówno na I ligę, jak i na Ekstraklasę! Czy nie mają przy tym poczucia, jak bardzo deprecjonują w ten sposób proponowany przez siebie „towar”?! I jak bardzo są poniżani, gdy nawet taka oferta zostaje zlekceważona i odrzucona? Tak jak miało to miejsce na przykład w Gliwicach, gdzie wicemistrz Polski, który w tym sezonie toczy walkę o utrzymanie, nawet propozycją pięciozłotowej ceny za bilety na dwa ostatnie spotkania nie przyciągnął do „młyna” mizernego tysiąca osób? Przecież to gorzej niż policzek dla renomy i klubu, i całej Ekstraklasy.

Podobne nieudane eksperymenty stanowią dowód, że potencjał kibicowski, w kontekście osób bywających na stadionach, a nie ograniczających się do transmisji telewizyjnych, został w dużej mierze wyczerpany. Mam jednak przeczucie, oparte na dziesiątkach rozmów, że istnieje sposób na odblokowanie zatoru. Jego podstawowym założeniem jest jednak nie obniżanie cen wejściówek, a wręcz przeciwnie. Droższe bilety byłyby środkiem do przemodelowania struktury widowni, co przyciągnęłoby wiele osób zrażonych jej obecnym stanem. Bo doprawdy trudno się dziwić tym, którzy rezygnują z przyjścia na stadion nie ze względu na mizerię sportowego poziomu, a przede wszystkim z powodów estetycznych, nie chcąc na przykład wysłuchiwać przez 90 minut dzikich i wulgarnych ryków z megafonów wnoszonych za pozwoleniem szefów klubów na tak zwane gniazda.

W cywilizowanej części Europy już dawno zrozumiano, że sama sprzedaż biletów to nie wszystko. Liczy się jeszcze otoczka, i że to właśnie tak zwani Janusze, a nie fanatycy, budują zasadnicze wpływy z dnia meczowego – kupując droższe wejściówki, programy, pamiątki i hot dogi plus piwo (dość drogie, za to o obniżonej zawartości alkoholu). W zamian oczekują jednak jakości, tak przed sobą, jak i wokół siebie.

Mam przeczucie, że na naszych oczach zbliża się właśnie koniec świata. Może nie całego, ale takiego, w którym tak zwany zawodowy sport żyje z pieniędzy podatników, siłą wyciąganych im z kieszeni i pompowanych w kluby, ze szczególnym uwzględnieniem tych, w których kopie się piłkę.

Pierwsza jaskółka wylądowała właśnie w Bytomiu, gdzie prezydent Damian Bartyla (były prezes Polonii) wpadł w nie lada tarapaty właśnie w związku z nieumiarkowaną przychylnością do sportu. Wykazane w raporcie nieprawidłowości dotyczą milionów złotych wydanych przez Bytomskie Przedsiębiorstwo Komunalne, na przykład na absurdalnie drogie kursy kształcące adeptów jazdy na łyżwach. W efekcie prezydent stracił większość w radzie, ta skreśliła z wydatków budowę nowego stadionu, a trop sportowy podejmują już nie tylko audytorzy i kontrolerzy RIO, ale także wyborcy. I z pewnością w zmianie tego trendu nie pomagają kibole, którzy skutecznie odstraszyli już od przychodzenia na trybuny Polonii zwykłych mieszkańców, za to nie zawahali się wywiesić wymierzonego w radnych transparentu o treści karalnej.

Coraz goręcej jest też w Chorzowie, gdzie prezydent Andrzej Kotala znalazł się w opałach po tym, jak Ruch złożył kolejny wniosek o finansowe wsparcie. Tymczasem od 2010 r. będący prywatnym klubem Niebiescy dostali w różnej formie 56 mln zł. 18 mln pożyczono im w 2016, od razu pojawiły się problemy ze spłatą, a na deser okazało się, że wpływy z transferu Mariusza Stępińskiego zagarnął poprzedni udziałowiec, mający pierwszeństwo przed miastem przy odzyskiwaniu udzielonej przez siebie pożyczki. Dwumilionowy kolejny datek przyjęto więc na ulicach Chorzowa raczej chłodno… Wróble ćwierkają, że sportowa przedwyborcza amunicja wkrótce pójdzie w ruch też w Zabrzu, gdzie morze pieniędzy pompowanych w Górnika (tylko w ciągu dwóch lat 70 mln w formie akcji i obligacji plus kilkanaście milionów innych zastrzyków, w tym udzielona na miesiąc milionowa pożyczka, którą ostatecznie rozłożono na dziesięć lat) nie przekłada się na wyniki sportowe. Z podobnego powodu rośnie też napięcie w Katowicach (od stycznia 6 mln zł na wszystkie sekcje plus gwarancja budowy nowego stadionu), gdzie na krawędzi balansują najdrożsi w utrzymaniu GieKSiarze, czyli piłkarze. W ich przypadku brak awansu do elity może oznaczać przestawienie zwrotnicy na siatkówkę.

A propos tej ostatniej – w 2017 roku Jastrzębski Węgiel otrzymał z publicznej kasy 150 tysięcy złotych i w zamian dał miastu brązowy medal PlusLigi. Czy tylko ja mam wrażenie, że coś się w tym wszystkim nie zgadza?

Wielkanoc to czas refleksji. Niezależnie od poglądów politycznych i wyznań religijnych. Jej istotą jest bowiem ponadczasowa granica między istnieniem a nieistnieniem, śmiercią i zmartwychwstaniem. Granica bardzo często wyjątkowo wątła. Także w kontekście sportowym.

Przykład pierwszy z brzegu. Pamiętacie ubiegłoroczny przypadek Podbeskidzia Bielsko-Biała? Jeden gol, jedna niejasna decyzja i krótkie prawnicze gierki zadecydowały o tym, że to piłkarze z Beskidów znaleźli się nie w grupie mistrzowskiej, a w spadkowej, co okazało się prostą drogą do zaskakującego ekstraklasowego samounicestwienia. W efekcie Górale przekonują się na własnej skórze, że łatwiej jest „umrzeć” (nawet tak niespodziewanie) niż „zmartwychwstać”.

Zwłaszcza zbiorowo, bo w takim właśnie kierunku wędruje Góral indywidualista, mianowicie Tomasz Adamek. Na powrót do ringu namówił go – chociaż znając pięściarza nie były to rozmowy długie – znany dziennikarz i początkujący promotor Mateusz Borek. Adamek, który już dwukrotnie żegnał się ze światem (boksu), wygłaszając między innymi pamiętne zdanie „na szczęście mam co do garnka włożyć, więc mogę zakończyć karierę”, zdjął więc z kołka rękawice i ruszył po jeszcze jedną wypłatę.

Borka rozumiem, musi dbać o frekwencję i sprzedaż PPV. A nie od dziś wiadomo przecież, że najbardziej lubimy te piosenki, które już znamy. Z takich samych przyczyn do ringu wciągano na pożegnalne walki Andrzeja Gołotę czy Przemysława Saletę, a w MMA stawia się na Mariusza Pudzianowskiego. Motywacji Adamka do końca już jednak nie pojmuję. Na stan konta raczej nie narzeka, bo pieniądze – jak wieść niesie – inwestuje rozsądnie, za to wszystkie ważne pięściarskie ścieżki i tak są już przed nim zamknięte. No i przecież zdrowie, zwłaszcza po czterdziestce, ma się tylko jedno.

Z drugiej strony z każdym odejściem pogodzić się nie jest łatwo. Chociażby tylko takim ringowym. Adrenalina, chęć sprawdzenia się, no i – last but not least – wspominane już pieniądze, to kombinacja narkotyków, którym trudno się oprzeć. I o których trudno zapomnieć, zwłaszcza gdy dość nagle znika się z życia (publicznego). Adamek zamienia się po cichu w żywe wspomnienie fantastycznych, ale coraz bardziej odległych w czasie walk, nie bywa w studiach telewizyjnych, a jego start do kariery politycznej zakończył się ciężkim nokautem jeszcze przed wyjściem do prawdziwej bitwy. Może stąd ta próba sportowej rezurekcji? Z tym pytaniem pozostawiam siebie i Państwa, życząc wszystkim Wesołych Świąt!

Jest obecnie słowo, które za sprawą rządzących robi prawdziwą furorę. Brzmi ono „eskpertyza”. Można na nim podeprzeć każdą tezę i każdy projekt, a jego pojemność wydaje się nieograniczona. Niniejszym postanowiłem więc również przeprowadzić ekspertyzę i wyszło mi z niej, że najbardziej pamiętnym elementem wielkiego finału ligi hokejowej był nie złoty gol zdobyty w dogrywce przez Cracovię, nie imponujące brody przesądnych zawodników, a… transparent. Tak przynajmniej twierdzą moi „eksperci” (czyli znajomi), niekoniecznie fani pogoni za krążkiem, którym zdarzyło się rzucić okiem na telewizyjne transmisje z Tychów. Dzięki tym rozmowom okazało się, że moje odczucia nie są jednak odosobnione.

Chodzi mianowicie o imponujących rozmiarów płachtę (którą na meczu numer cztery udało się jej autorom powiesić nawet w centralnym punkcie trybun, dokładnie naprzeciw głównej kamery TVP Sport), a na której wymalowano hasło „Pozdrowienia do więzienia”. Co prawda nie wymieniono na tej mizernej jakości artystycznej pocztówce adresatów, ale wrażenie było przytłaczające. Ba, można rzec iście piorunujące. Zwłaszcza przy okazji ostatniego siódmego spotkania, gdy na ekranach pojawiało się zamiennie z innym transparentem, przywiezionym prawdopodobnie przez fanów z Krakowa, o treści „Jan Paweł II. Pamiętamy”.

W całej tej historii dziwi powszechna obojętność. Na więzienne przesłanie nie reagowali ani realizatorzy telewizyjni, których pewnie akurat najmniej to interesowało, ani tyscy działacze – być może powodowani strachem, a może po prostu przyzwyczajeni do takich standardów, chociaż ten „drobiazg” fatalnie rzutował nie tylko na tło najważniejszych w sezonie meczów, ale także na wizerunek klubu, a nawet miasta. Ba, asekuracyjnym niedowidzeniem wykazał się również obserwator sędziów, nie uznający – chociaż ma takie kompetencje – za konieczne, by opisać sprawę w raporcie meczowym.

Hokej to nie piłka, mamy inne przepisy. Nie ma na przykład funkcji delegata, który w piłce zwraca szczególną uwagę także na trybuny – tłumaczył później w materiale „Dziennika Zachodniego” rzecznik PZHL, Grzegorz Leśniak pytany czy hokejowa centrala zdaje sobie sprawę z poniesionych strat wizerunkowych. A tymczasem jeśli ktoś uważa, że ten tekst dotyczy burzy w szklance wody niech przeprowadzi swoją „ekspertyzę”. Naprawdę zdziwicie się jej wynikami.

Czy to jeszcze piłka czy też już kabaret? Takie pytanie można sobie zadawać po tej kolejce I ligi oglądając w akcji piłkarzy Górnika Zabrze, Zagłębia Sosnowiec i GKS-u Katowice, a także słuchając ich szkoleniowców, którzy pomeczowe wypowiedzi wyraźnie mylą ze skeczami.

Dwa tygodnie temu mój redakcyjny kolega Jacek Sroka obwołał ekipę Ruchu Chorzów Rycerzami Wiosny. Jego tezę zweryfikują tak naprawdę dopiero następne rundy spotkań, z poniedziałkowymi derbami włącznie, za to mnie przyszło na myśl coś z bieguna przeciwnego: czy ktoś kiedyś zastosował określenie Błazny Wiosny?

A właśnie w takim kierunku zmierzają wspomniane wcześniej trzy drużyny z naszego regionu, które do Lotto Ekstraklasy próbują wjechać na wstecznym biegu. Porażek Zagłębia i Górnika z dwiema najsłabszymi dużynami ligi nie wolno minimalizować określeniem „wpadki” – to po prostu wstyd i kompromitacja, natomiast katowiczanie pracują na historyczny antysukces systematycznie, tracąc punkty z kim popadnie.

W oparach absurdu zaczynają się poruszać także trenerzy. Doprawdy trudno zrozumieć ich pochwały dla zawodników za to, że w przegranych meczach wykazali ambicję i zaangażowanie, a zabrakło jedynie szczęścia. Szanowni panowie – szczęścia to może braknąć w losowaniu totolotka, na murawie brakuje przede wszystkim umiejętności. Natomiast ambicja i zaangażowanie wchodzą w zakres podstawowych piłkarskich obowiązków i dziękowanie za nie ma tyle samo sensu, co podziękowanie wyżej podpisanemu, że chciało mu się ten tekst napisać.

Ryszard Czarnecki żadnej pracy się nie boi. Żadnej przynależności partyjnej też zresztą nie, co widać w kronice jego niezwykłej politycznej kariery. I niczym swój teść Mirosław Hermaszewski (dla młodszych Czytelników wyjaśnienie: to wciąż jedyny Polak, który był w kosmosie), nie ma oporów, by sięgać do gwiazd. Choćby tylko sportowych.

Najnowszym celem europarlamentarzysty i – o czym nie wszyscy już pamiętają – niedoszłego prezesa PZPN, stał się fotel szefa Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Furtkę do spełnienia tego marzenia uchylił Czarneckiemu związek siatkarski. Nie od dziś to gremium słynie z nieszablonowych rozwiązań, których innowacji świat zewnętrzny czasami nie potrafi docenić. Jak chociażby tych zastosowanych przy okazji zwycięskich dla Polaków mistrzostw świata, gdzie hasło „Złoto” interpretowano podobno na najbardziej zaskakujące sposoby. Siatkarskie błogosławieństwo dla Czarneckiego nie wybija się więc jakoś bardzo na tej liście.

Nominacja odbiła się jednak głośnym echem, wywołując nie tylko emocje, ale także zadziwiającą pasywność ze strony dziennikarzy zajmujących się siatkówką na co dzień. Nie zauważyłem mianowicie, by zadali związkowym bossom najprostsze możliwe pytanie, czyli „Co wami kierowało?”. Ciężar weryfikacji kandydatury wziął więc na siebie Konrad Piasecki, który w „Gościu Radia Zet” przepytał Czarneckiego także w temacie olimpijskim. Test wypadł kiepsko, ale bynajmniej nie zmącił dobrego samopoczucia posła, który brak wiedzy o liczbie złotych medali zdobytych przez Polaków na ostatnich igrzyskach skwitował w swoim mniemaniu zabawnym – choć to odczucie chyba nie było powszechne – stwierdzeniem „stremowałem się”.

Podsumowanie tej historii zabawne już jednak nie będzie. Sporo bowiem wskazuje na to, że u podstaw absurdalnego z pozoru posunięcia PZPS-u leży polityczno-ekonomiczne kunktatorstwo, oparte na nadziei pozyskania sponsorskiej przychylności spółek Skarbu Państwa. A jeśli tak jest to wybory mogą być jedynie formalnością. I dopiero wtedy naprawdę zaśmiejemy się w głos. Pamiętajmy jednak wówczas, że tak naprawdę śmieje się ten kto śmieje się ostatni… Zwłaszcza gdy siedzi w wygodnym fotelu lub w samolocie lecącym do apartamentu w luksusowym hotelu w Pjongczang.