Archiwa tagu: blog o sporcie

Czy potrafisz twerkować? – tak brzmi najpopularniejsze zdanie mijającego tygodnia. Wspomniana w nim czynność oznacza nic innego jak kręcenie tyłkiem do muzyki na mocno ugiętych nogach. Wydźwięk takiego pokazu bywa zazwyczaj dość erotyczny.

Autorem zdania jest Martin Solveig, adresatką Ada Hegerberg. On to didżej, ona to piłkarka. Dodajmy, że najlepsza w Europie. Okazją do spotkania była gala, podczas której po raz pierwszy w historii wręczono Złotą Piłkę „France Football” w kategorii futbolu kobiecego. Solveig był prowadzącym, Hegerberg historyczną laureatką.

Nieszczęsne pytanie – skwitowane pełną zakłopotania odpowiedzią „nie” – wywołało zrozumiały medialny rezonans. Seksizm w najprymitywniejszej postaci – absurdalnie niewłaściwy zawsze i wszędzie, ale szczególnie w takich okolicznościach, stanowiący jaskrawy kontrast dla pełnego pasji przemówienia Szwedki, podsumowanego adresowanym do wszystkich dziewczyn hasłem „wierzcie w siebie” – trafił na czołówki gazet i portali, które na co dzień z piłką kobiecą nie mają nic wspólnego. Dalszy ciąg był dość banalny. DJ przeprosił, a Hegerberg dyplomatycznie oświadczyła, że w tamtym momencie nie pomyślała, że jest to pytanie obraźliwe, bo przepełniało ją szczęście związane z nagrodą.

Kurz bitewny już jednak się uniósł, błysnęła w nim m.in. Katarzyna Kiedrzynek, publicznie dziwiąc się, że „Luki Modricia nie poproszono o zakręcenie tyłkiem albo i czym innym!”. Na koniec bramkarka PSG zadeklarowała, że dzięki wydarzeniom na gali sprecyzowała swoją przyszłość po karierze sportowej. – Zajmę się wtedy walką z seksizmem – oznajmiła jedna z najlepszych polskich piłkarek w historii.

Oburzenie – podkreślę raz jeszcze – jest całkowicie słuszne i zrozumiałe. Ale nie da się jednocześnie uciec od pewnego spostrzeżenia. Gdyby nie twerkowa afera, nikt nad Wisłą (zaokrąglam oczywiście, bo hipsterzy bywają także na naszych ulicach) nie dowiedziałby się o istnieniu DJ-a Solveiga, a zapewne niewiele więcej osób usłyszałoby o kobiecej Złotej Piłce i samej Hegerberg (zwłaszcza w innym kontekście niż jej narzeczeństwa z piłkarzem Lecha Poznań). Wystarczy zresztą spojrzeć na pierwsze relacje z gali i proporcje dotyczące tej nagrody wobec triumfu wspomnianego przez Kiedrzynek Modricia nad Ronaldo, aby upewnić się, że teza ta jest prawdziwa. Krótko mówiąc, Martin Laurent Picandet, bo tak nazywa się DJ, swoją głupotą znakomicie przysłużył się popularyzacji kobiecego futbolu.

Już dawno żadnego debiutu w polskiej piłce nie oczekiwano z takim zainteresowaniem, jak przejęcia rządów na ławce trenerskiej Lecha przez Adama Nawałkę. Poznaniacy słono za to zapłacili, ale pod względem marketingowym już im się co nieco zwróciło. Gorzej na razie z aspektem wynikowym, jednak czas na oceny w tej kategorii przyjdzie dopiero wiosną.

W całej historii najciekawszy wydaje mi się element porównawczy, na który media nie zwracają większej uwagi. Chodzi o fakt, że wejście Nawałki jest przecież drugim w ostatnim czasie takim zdarzeniem w polskiej piłce. Niedawno do ligowej piłki wrócił wszakże nie kto inny, a Franciszek Smuda.

Pierwszy przejął Lecha, drugi grającego na peryferiach krajowego futbolu Górnika Łęczna, pierwszy na powitalnej konferencji zaprezentował firmową powściągliwość i umiejętność mówienia bez powiedzenia czegokolwiek, drugi snuł opowieści mające tyle wspólnego z rzeczywistością co historie z książki nieżyjącego już Janusza Wójcika. Przy okazji wyszło zresztą na jaw, że Smudę dotknął środowiskowy syndrom Jana Tomaszewskiego, czyli nawet najpoważniejsze oskarżenia puszczane są mimo uszu. Smuda powiedział przecież wprost, że poprzedni spadek Łęcznej wynikał z otaczającego ją procederu korupcyjnego. No cóż, różnica w obrazach powitalnych obu szkoleniowców jest dokładnie taka, jak w grze prowadzonych przez nich reprezentacji na mistrzostwach Europy 2012 i 2016 i w wysokości wypłat, jakie obaj pobierają obecnie za swoje usługi…

A propos – w przypadku Nawałki największy żal może gnębić z pewnością… Górnika Zabrze. Gdyby w środowisku trenerów obowiązywały takie same zasady, jak w kontekście transferów zawodników, na Roosevelta trafiłaby całkiem spora suma pieniędzy z funduszu solidarnościowego. Bo przecież to ten klub miał największe zasługi w wypromowaniu marki trenerskiej aktualnego szkoleniowca Lecha, chociaż GKS Katowice też zgarnąłby z tego stołu przyzwoity okruch.

Nie rozumiem krytyki, jaka spadła na Zbigniewa Bońka w związku z jego wywiadem dla „Gazety Wyborczej” i jasną deklaracją, że powoływanie do reprezentacji piłkarzy, którzy nie grają w klubach, jest tej kadry profanacją. I że na takie praktyki w 2019 roku nie będzie już pozwolenia. Przecież szef PZPN wreszcie powiedział to, co wszyscy podejrzewali, a poza tym słowa te można przecież interpretować w dwójnasób, za każdym razem pozytywny.

Wariant 1. Już po nominacji Brzęczka dość powszechnie pojawiały się opinie, że wybór ten stanowi odpowiednik przejęcia firmy „na słupa”, a nowy selekcjoner ma być przede wszystkim wykonawcą poleceń z bliżej nieokreślonej, ale łatwej do zdefiniowania „góry”. I teraz Boniek jedynie to ograniczenie selekcjonerskiej autonomii oficjalnie potwierdził. Skąd więc nagle to oburzenie? Nie lepiej westchnąć z satysfakcją „a nie mówiłem?”.

Wariant 2. Jerzy Brzęczek jesienią miał całkowicie wolną rękę i totalnie ten egzamin oblał (chociaż sam ma zapewne na ten temat inne zdanie). Dlatego prezes PZPN miał dwa wyjścia: albo przyznać się do porażki swojej idei, albo przejść na ręczne sterowanie. I najwyraźniej wybrał to ostatnie rozwiązanie, w dodatku stosując metodę, która ostatecznie zdemolowała wizerunek selekcjonera w oczach kibiców. Bądźmy bowiem szczerzy: późniejsze zapewnienia Brzęczka, że nikt nie będzie ingerował w jego decyzje, wobec mocy wypowiedzi Bońka, brzmiały jeszcze zabawniej niż niedawna dedykacja trenera dla Michała Pola. No cóż, teraz przynajmniej będzie wiadomo, że reklamację za wyniki należy kierować pod innym adresem, a to może mieć pozytywny wpływ na stan selekcjoner-skich nerwów.

Bońkowi za jasne postawienie sprawy należą się więc brawa, a nie ciosy, a gdyby jeszcze dokonał zmian w sztabie i administracyjną decyzją usunął z niego osobę bardziej niegodną noszenia reprezentacyjnej bluzy niż piłkarze z głębokich klubowych rezerw, wówczas mój podziw dla jego stanowczości byłby już pełny.

Na tle przypływu szczerości prezesa PZPN słabo wypadł za to Robert Kubica, który twierdzi, że nie wie, czy Orlen faktycznie będzie sponsorował jego hobby, przelewając dziesiątki milionów złotych na konto brytyjskiego Williamsa. W kontekście wielomiesięcznych opowieści o tym, że walka o fotel kierowcy rozgrywa się nie na torze, a przy okienku bankowych wpłat, brzmi to tak samo fałszywie jak narracja, że spotkanie z premierem akurat po wypłynięciu pamiętnych taśm było całkowicie przypadkowe. Jeśli ktoś wierzy w to, że na widok mechaników w bluzach z logo polskiego koncernu Kubicy ze zdziwienia opadnie szczęka, niech pierwszy uderzy w jakikolwiek gong.

Prezes GKS Katowice, Marcin Janicki, ma w biurku gotowy projekt profesjonalnego funkcjonowania klubu sportowego. Na jego stronach rozrysowano strukturę stanowisk i zakresu związanej z nimi odpowiedzialności, zawarto sugestię stworzenia cyfrowej bazy danych zawodników, wizję optymalnego modelu finansowania i mnóstwo innych interesujących rozwiązań.

Przyznam, że nie wiem, czy w tej obszernej księdze znalazły się również kryteria, według których dyrektor sportowy Tadeusz Bartnik dobierał nowych zawodników podczas letniej rewolucji prowadzonej wespół w zespół z trenerem Jackiem Paszulewiczem. Gdy podczas konferecji prasowej dyrektor wspomniał o sporej liczbie punktów psychologiczno-fizyczno-sportowych, według których sprowadzano zawodników, brzmiało to interesująco. Teraz, z perspektywy czasu, tamte intelektualne fajerwerki okazały się zwykłymi kapiszonami. Tym ciekawsze byłoby poznanie tej nieujawnionej publicznie listy, chociażby po to, by podobnych błędów już nie popełniać.

Brak logiki i wrażenie przypadkowości rzucały się przecież w oczy już po tamtej wypowiedzi. Zamiast zapowiadanego odmłodzenia i zregionalizowania kadry – podobnego jak w Górniku Zabrze – sprowadzano wszystkich, którzy wyrazili na to ochotę. Łącznie z Jakubem Wawrzyniakiem truchtającym po parku i szykującym się do zakończenia kariery, a do tego szczerze przyznającym, że dojście do formy zajmie mu nieco czasu. Co – jak się okazało – nie miało dla Paszulewicza żadnego znaczenia.

Rachunek za to rozpasanie okazuje się wyjątkowo słony. I to zarówno ten materialny, opłacany przez Urząd Miasta, jak i wynikowy. Rozgrywki minęły już półmetek, a GKS znów spadł na samo dno tabeli, za plecy Garbarni Kraków, uważanej raczej za ciekawostkę niż pełnokrwistego pierwszoligowca.

Kibice, którzy rozczarowani finiszem poprzedniego sezonu domagali się „rzezi” w szatni i cel osiągnęli, właśnie przekonują się, że wepchnęli GieKSę z deszczu pod rynnę.

Agnieszka Radwańska zakończyła karierę, będącą w polskim tenisie całą epoką. Jedyną, w której nasze pokolenie mogło realnie emocjonować się odbijaniem piłeczki nie przez pryzmat kunsztownych uderzeń czy urody zawodniczek i nie w roli ubogich krewnych zagubionych w eleganckim świecie.

Generalnie jednak z Agnieszką Radwańską było (trzeba się przyzwyczaić do tego czasu przeszłego) jak z piłkarską reprezentacją Polski po francuskich mistrzostwach Europy. Dużo wrażeń, sporo radości, mnóstwo niezapomnianych momentów, ale jednocześnie poczucie, że coś naprawdę wielkiego znajdowało się – w przypadku krakowskiej tenisistki nawet dosłownie – na wyciągnięcie ręki, ale pozostało jedynie marzeniem. I takim też, co wiadomo od kilkudziesięciu godzin, pozostanie już na wieki…

Wspólnych mianowników pomiędzy Radwańską a piłkarzami było zresztą więcej. Chociażby brudny hejt. Na nich spłynął po mundialu, na nią po igrzyskach olimpijskich, które przegrywała z kretesem, rzeczywiście sprawiając wrażenie nieobecnej, co szybko w sferze internetu przetłumaczono na „lekceważenie”. Pani Agnieszce oberwało się zwłaszcza dlatego, że podczas ceremonii otwarcia niosła biało-czerwoną flagę, a to zdaniem niedzielnych kibiców, zobowiązywało ją do czynów nadludzkich. I tak przez całe lata uwielbienie walczyło z zazdrością, a podziw z krytyką. Od turnieju do turnieju, w zależności od wyników…

Sporty indywidualne mają niewątpliwą zaletę – nie rozdrabniają sławy. Ale też i wadę – zmuszają do walki w samotności. Już jednak Justyna Kowalczyk postawiła kiedyś sprawę jasno: gdybym potrzebowała koleżanek, grałabym w koszykówkę. I dlatego zapewne w środę wieczorem „Isia”, jak nazywano gwiazdę kortów znad Wisły, przyznała, że „warto było”. Pomimo tego całego bólu psychicznego i fizycznego.

Zwłaszcza że na pocieszenie – znów podobnie jak w przypadku kadrowiczów Nawałki – pozostała jej pokaźna kupka dolarów. Polka przez całą karierę tylko z wypłat WTA zgarnęła 27,7 miliona dolarów, co daje jej (w tym przypadku czas teraźniejszy) szóste miejsce w całej historii kolejki do kasy.

Warto wspomnieć, że Radwańska zapisała się również w popkulturze. Wyznaczała trendy mody, przede wszystkim torebkowej, bawiła się z fanami w social mediach, błyszczała na salonach, a jej ślub był wydarzeniem celebryckim. Suknie, buty, biżuteria, wszystko zostało prześwietlone także pod kątem metek z cenami. Ale nie ukrywajmy – najwięcej osób spoza sportowego grajdołka zapamiętało przede wszystkim jej rozbieraną sesję w basenie pełnym piłeczek. W tej konkurencji piłkarze nie mieli żadnych szans już na starcie.

Teraz Radwańskiej pozostało już tylko jedno: odpowiedź na pytanie „co dalej?”. Może na przykład, wzorem Grzegorza Krychowiaka, otworzyć butik. Porównując styl ubierania, także na tym polu wygrałaby zapewne przez nokaut, by nie rzec, że w sposób, który – dzięki plażowej fotce wykonanej przez narzeczoną – z byłym kapitanem kadry kojarzyć się będzie już zawsze.

C zy ABAB jest lepsze czy gorsze niż ABBA? Nad takim dylematem głowią się już nawet naukowcy, ze szczególnym uwzględnieniem statystyków. I wychodzi im na to, że prawidłową odpowiedzią jest B. ABAB daje bowiem 60-procentową szansę na końcowe zwycięstwo, a to już różnica bardziej niż znacząca.

O czym mowa? O systemie wykonywania rzutów karnych, rozstrzygających rywalizację po remisowych dogrywkach. „A” to litera oznaczająca pierwszy zespół, „B” to jego rywal. Naprzemienne strzelanie jedenastek daje podobno przewagę tym, którzy je zaczynają, natomiast oddanie ekipie numer 2 prób drugiej i trzeciej, szóstej i siódmej, dziesiątej i jedenastej itd., szanse diametralnie wyrównuje.

Nad tą kwestią deliberuje właśnie International Football Association Board, jedyna organizacja mająca prawo wprowadzania zmian do zasad piłki nożnej. Pakiet innowacji ma być zresztą szerszy. Rzuty karne w czasie meczu mają być egzekwowane tak samo jak w konkursie, czyli bez dobitek, za złapanie przez bramkarza podania od partnera z zespołu jedenastka zamiast rzutu wolnego pośredniego, zawodnicy atakujący nie będą mogli ustawiać się jako część muru ekipy broniącej, sędziowie będą mieli pokazywania żółtych i czerwonych kartek trenerom i członkom sztabów, a zejście na zmianę nie na środku boiska, tylko przez linię najbliższą miejscu pobytu zawodnika.

Rewolucyjny pakiet może zostać wcielony w życie już w najbliższym sezonie. Jednorazowych zmian na taką skalę nie było jeszcze nigdy i widać w nich wpływ telewizji. Gra ma być płynniejsza, a jej czas netto ulec wydłużeniu.

Tym razem nowe rozwiązania nie wymagają wsparcia technologicznego, jak miało to miejsce przy wprowadzeniu VAR-u, a więc będą znacznie tańsze. Nie sposób jednak uciec od wrażenia, że dla polskiej piłki najważniejszy jest inny kierunek, a mianowicie wprowadzenie do podręcznika licencyjnego infrastruktury treningowej. IFAB tego za nas nie załatwi, bo w cywilizowanych obszarach futbolowej mapy konieczność jej posiadania jest regułą, a nie wyjątkiem.

David Haye, były mistrz świata w boksie, kilkanaście dni temu wpadł do Polski. Swoją wizytę rozpoczął od złożenia kwiatów na grobie Feliksa „Papy” Stamma. Oglądając zdjęcia z tej komercyjnej wizyty na Powązkach, na myśl nasunęło mi się pytanie – ilu kibiców wie, kto jest obecnie selekcjonerem reprezentacji Polski w dyscyplinie, w której szkoła z narodowym przydomkiem była synonimem największego kunsztu*? I czy ktoś w ogóle wie, kto w tej kadrze boksuje?

Polski Związek Bokserski dość skuteczne zakopał się w niebycie, a po raz ostatni było o nim głośno w 2014 r., gdy jego wiceprezes zaatakował nożem sędziego. Obecna siła medialnego przebicia oscyluje w granicach wartości ujemnych, ale podobnie jest również z chęciami, by taki stan rzeczy zmienić. Wystarczy spojrzeć na stronę internetową PZB, która prowadzona jest chaotycznie i nieczytelnie, a w przypadku wielu członków władz związku zamiast dumnych wizerunków widnieją puste plansze.

Ten trend dotyczy jednak nie tylko rodzimego grajdołka. Totalny kryzys dopadł cały boks amatorski, a lata, gdy zamiast sprytu i siły zawodników decydowały układy, doprowadziły go na skraj samounicestwienia. Międzynarodowy Komitet Olimpijski właśnie potwierdził, że poważnie rozważa wykreślenie szermierki na pięści z programu igrzysk, ponieważ światowa federacja zignorowała polecenie MKOl i nie tylko zezwoliła na start w wyborach, ale nawet wybrała na swojego szefa Uzbeka Gafura Rachimowa, oskarżanego o poważne przestępstwa. Ten samobójczy strzał może oznaczać koniec historii trwającej od pierwszych nowożytnych igrzysk. Kwestia, czy ktokolwiek za olimpijskim boksem zapłacze, pozostaje otwarta.

* Trenerem bokserskiej reprezentacji Polski jest Ukrainiec Iwan Juszczenko.

Wszystko wskazuje na to, że TVP jednak nie wyłoży góry pieniędzy w zamian za prawo do pokazywania najlepszego meczu w każdej kolejce Ekstraklasy. Rada Nadzorcza uznała, że 70 milionów złotych za 37 transmisji to zdecydowanie za dużo. – Czyżby ktoś z nich przed podjęciem decyzji postanowił zobaczyć jakiś mecz? – zażartował gorzko jeden z internautów i chyba trafił w sedno.

Statystycznie wszystko da się oczywiście udowodnić. Trudno się dziwić, że walcząca o telewizyjne oferty prowadząca rozgrywki spółka przez ostatnie tygodnie podkreślała niezwykłą serię spotkań bez wyniku 0:0 (przerwaną w sobotę przez dramatycznie słabe, nawet jak na polskie realia, starcie Cracovii z Miedzią Legnica). Inne powody do pozytywnego marketingu trudno bowiem znaleźć. Ba, nie sposób pochwalić się chociażby frekwencją na stadionach – tylko w jednej trzeciej przypadków pojawiło się na nich powyżej 10.000 osób (średnia po 13 kolejkach to 9.043 widzów, a w obecnej 7.411 i jeszcze dziś spadnie, bo mecz domowy rozgrywa sosnowieckie Zagłębie). I gdyby nie zielone wyspy w Warszawie, Gdańsku, Krakowie, Poznaniu i Zabrzu – chociaż w tych ostatnich przypadkach to już chyba jedynie kwestia czasu – byłoby wręcz dramatycznie.

Nowe stadiony przestały stanowić zasłonę dla kiepskiego zazwyczaj towaru prezentowanego widzom. TVP wcześniej czy później też musiała to dostrzec, zwłaszcza w perspektywie wyłożenia na stół tak gigantycznych pieniędzy.Wdodatku w umowie miał się podobno znaleźć warunek, że w ciągu sezonu TVP może pokazać maksymalnie dziesięć meczów jednego zespołu. A to – biorąc pod uwagę wąskie grono klubów mogących przyciągnąć dużą widownię – mogło okazać się układanką prowadzącą w ciemny tunel.

Ekstraklasa na rekord finansowy wciąż ma nadzieję, licząc, że Polska nie pójdzie pod prąd trendom w Europie. Coraz więcej osób zauważa jednak, że świstak zawijający ligę w sreberka ma w nich coraz większe dziury.

Większość polskich dzieciaków jeszcze kilka lat temu grając na konsolach w wyścigi Formuły 1 była Robertem Kubicą. Teraz media doniosły, że Robertem Kubicą może być w tej zabawie (no dobra, trochę bardziej zaawansowanej) sam Robert Kubica. Taką propozycję złożyła krakowianinowi grupa Ferrari. Jej szefowie widzieliby 33-latka za kierownicą, ale w… symulatorze.

Niewykluczone, że dyrektor Maurizio Arrivabene i jego doradcy ze Scuderii mają już po prostu dość sagi trwającej od kilkudziesięciu miesięcy. Postanowili więc przeciąć gordyjski węzeł, w jaki zaplątał się Kubica w poszukiwaniu miejsca w jakimkolwiek bolidzie śmigającym po torach F1. Swoje supełki dołożyli do niego oczywiście także fani znad Wisły, którzy wierząc plotkom z jazd testowych uznali, że na przeszkodzie rodakowi stoi tylko obrzydliwe kapitalistyczne kunktatorstwo Williamsa, gdzie liczba paczek dolarów przywożonych przez potencjalnych kierowców jest ważniejsza od ułamków sekund, w jakich pokonują zakręty.

Surfujący na tej fali dziennikarze – rozgrywani także przez tak zwanych ekspertów oraz osoby kreujące się na dobrze poinformowane i zbliżone do źródeł, w których biją serca najszybszego sportu świata – umiejętnie podsycają takie nastroje. Nikt już nie przypomina przyczyny z jakiej Kubica znalazł się w opałach, a mianowicie hobbistycznego rajdu zakończonego jednym z wielu w jego karierze wypadków, o znacznie jednak poważniejszych skutkach. To przez tamto zdarzenie zakończone pogruchotaniem dłoni wypadł z elitarnej stawki, do której próbuje teraz za wszelką cenę – dosłownie i w przenośni – powrócić. W tym właśnie tkwi klucz do wszystkiego i początek tej niekończącej się historii.

Symulator nie byłby wyjściem złym. Taka posada dla wielu młodych ludzi stanowiłaby spełnienie marzeń większych niż fotel w kokpicie bolidu. Na pewno jest też opcją bezpieczniejszą i ekonomicz-niejszą z punktu widzenia właściciela wyścigowej grupy, a dla samego Kubicy perspektywiczną, bo e-sport coraz szybciej wypiera tradycyjną rywalizację i już przyciąga porównywalne z nią pieniądze.

Niewykluczone, że właśnie o symulatorze myśleli również bossowie Orlenu rozmawiając z Kubicą na temat ewentualnego wsparcia. Skoro później dyplomatycznie oświadczyli, że spotkanie miało tylko charakter kurtuazyjny, być może chodziło o to, że podczas dyskusji mieli na myśli nie miliony złotych, a worek żetonów do automatu? No bo przecież nie mogło chodzić tylko o to, by zatuszować przedwyborcze taśmowe problemy premiera RP, prawda?

Raków Częstochowa to klub prywatny, należący do Michała Świerczewskiego, twórcy i właściciela firmy X-com. GKS Katowice tkwi w portfelu miasta, mającego w nim blisko 82 procent akcji. Dwa modele funkcjonowania i finansowania, dwa bieguny pierwszej ligi.

Wspólnym mianownikiem jest Wojciech Cygan, obecny szef lidera Fortuny 1. Ligi, a były prezes jej dzisiejszej czerwonej latarni.Na Bukowej nie raz przeżywał trudne chwile, a rozczarowania były chlebem powszednim. W Częstochowie oczekiwania (nazywane w Katowicach górnolotnie presją) są zdecydowanie mniejsze, co z pewnością sprzyja realizowaniu równie dużych ambicji.

Mam na przykład pewność, że w Rakowie, gdzie wydawane są prywatne złotówki, nie przeszłyby ostatnie katowickie pomysły opłacone publicznymi pieniędzmi. Nieuzasadniona zmiana szkoleniowca w momencie, gdy zespół liczył się w walce o awans, plus przeprowadzona dla populistycznego zaspokojenia kibiców czystka w szatni zakończyły się powstaniem zespołu złożonego z nieprzygotowanych do gry i niepasujących do siebie piłkarzy oraz deficytem budżetowym. Wielopłaszczyznowy kataklizm firmowany przez dział sportowy i podkreślony przez absurdalną akcję wypisywania przez pracowników klubu karteczek ze wsparciem dla zawodników, tworzy obraz upadku, jaki trudno wytłumaczyć w jakikolwiek logiczny sposób.

Raków leży w cieniu Jasnej Góry, ale do sukcesu zmierza drogą racjonalną. GKS to środek okręgu przemysłowego, jednak to w nim trwa nieustanna modlitwa o cud. Tym razem wyjątkowo głośna, bo związana z uzasadnioną trwogą, że zamiast wniebowzięcia klub czekają piekielne otchłanie. Nawiasem mówiąc pachnie to wszystko związaną już z inną religią karmą, która podobno zawsze wraca. No bo przecież w Katowicach jeszcze nie do końca ucichł śmiech związany z katastrofą pewnego klubu zza miedzy…