Archiwa tagu: blog o sporcie

Czas powiedzieć sobie jasno: VAR w obecnym wydaniu okazał się totalnym niewypałem. O wadach wideoweryfikacji napisałem już kilka tekstów (między innymi o łamaniu zasady równości poprzez niestosowanie go na wszystkich meczach), ale teraz – podobnie jak trener Waldemar Fornalik – jednoznacznie „staję do niego okoniem”.

Już nie tyle nie podoba mi się, co wręcz irytuje, niejasność stosowania tego systemu przez sędziów. W sobotnim spotkaniu z Piastem konia z rzędem można było podarować temu, kto zrozumiał dlaczego Jarosław Przybył skwapliwie skorzystał z podpowiedzi przy – słusznym – uznaniu gola strzelonego przez gości, natomiast nie sięgnął po technologiczne wsparcie, gdy Aleksandar Sedlar był faulowany w polu karnym Sandecji, chociaż gliwiczanie gorąco o to apelowali. Nawiasem mówiąc to wypisz wymaluj identyczna sytuacja, jak w spotkaniu Górnika ze Śląskiem – wtedy Tomasz Kwiatkowski z opóźnieniem podyktował jedenastkę dla wrocławian, natomiast odmówił sprawdzenia zapisu sytuacji po której powinien gwizdnąć karnego w drugą stronę.

Cała procedura korzystania z VAR-u w założeniu miała pomóc w sprawiedliwym ocenianiu spornych sytuacji mających wpływ na wynik meczu, tymczasem nie tylko dodatkowo je zagmatwała, ale również zaczęła psuć widowiska. Długie oczekiwanie na analizę i wydanie werdyktu, dokonywane dopiero po naturalnym przerwaniu akcji, co oznacza kilkadziesiąt sekund zwłoki, wprowadza chaos i zaognia atmosferę i na boisku, i na trybunach. Ani piłkarze, ani trenerzy, ani widzowie, często nie wiedzą, co w ogóle sędzia sprawdza…

Jak ten błąd wyeliminować? Oddanie VAR-owej inicjatywy w ręce szkoleniowców nie wydaje się dobrym pomysłem, istnieje wszak obawa wykorzystywania jej do przerywania groźnych akcji rywali. Najlepszym wyjściem byłoby – o ile nie ma opcji rezygnacji z systemu – natychmiastowe sygnalizowanie przez arbitra potrzeby weryfikacji i błyskawiczne, np. w ciągu pięciu sekund, przekazanie decyzji przez arbitra sprzed ekranu wprost do ucha sędziego głównego.

Jeszcze wiruje w powietrzu kurz po nieumiejętnym zrzuceniu na Ekstraklasę systemu VAR, a już piłkarze mają kolejny problem. Tym razem znacznie poważniejszy. Bo o ile kwestie związane z wideoweryfikacjami obciążają wizerunki sędziów, to kolejna nowinka wycelowana została bezpośrednio w tych, którzy biegają za piłką.

Spółka Ekstraklasa Live Park, czyli ta, która odpowiada za telewizyjne transmisje, poinformowała mianowicie o podpisaniu umowy z firmą ChyronHego, specjalizującą się w dostarczaniu danych fitness. Ten pozornie sympatyczny (w końcu fitness to sprawa przyjemna) zwrot w tym przypadku oznacza jednak dokładne monitorowanie poczynań piłkarzy w czasie meczu. Ściślej rzecz biorąc tuż po ostatnim gwizdku sędziego każdy z nas będzie mógł spojrzeć w statystyki, by przekonać się między innymi ile kilometrów przebiegł wybrany zawodnik, jaką część z nich pokonał w tempie sprinterskim, w jakim tempie średnio się poruszał i jaką osiągnął prędkość maksymalną.

Dzięki temu staniemy w jednym rzędzie z najlepszymi ligami Europy – z dumą oświadczył dyrektor LiveParku, Marcin Serafin. I tu wydaje się właśnie pies pogrzebany. Bo o ile ta deklaracja może mieć uzasadnienie technologiczne, to w praktyce wykaże zapewne coś dokładnie przeciwnego. A mianowicie przyczynę, dla której Ekstraklasa pod względem sportowym w takim pierwszym rzędzie bynajmniej nie stoi. Co więcej, wyjątkowi złośliwcy dostaną do ręki potężne narzędzie w postaci przelicznika przebieganych kilometrów na złotówki, jakie piłkarze tak zwanej elity pobierają co miesiąc w klubowych kasach.

Istnieje jednak cień szansy, że opracowania ChyronHego okażą się zbawienne. Może przecież zadziałać efekt wyścigu australijskiego, czyli chęci uniknięcia za wszelką cenę zajęcia w pomeczowych statystykach ostatniego miejsca w zespole, nie licząc oczywiście bramkarza. Niewykluczone więc, że podczas przyszłorocznych meczów (system składający się z dwóch kamer, komputera oraz serwera z urządzeniami dodatkowymi do końca roku zostanie zainstalowany na wszystkich stadionach) zobaczymy niezwykłe obrazki. Na przykład takie, że także piłkarze nie biorący udziału w akcji będą żwawo przebierać nogami czy wykonywać krótkie sprinty, by poprawić swoje parametry.

Nawet jednak w takim przypadku najciekawsze będą porównania rodzimych gwiazdek z zawodnikami, którzy do niedawna biegali po trzecioligowych, ale zagranicznych (np. hiszpańskich) boiskach, i którzy w Ekstraklasie od razu zaczęli dzielić , rządzić i błyszczeć.

O systemie VAR nie mam najlepszej opinii. Dokładniej mówiąc nawet nie o nim samym, a o metodzie według której wprowadzono go w Ekstraklasie. Zwracałem już uwagę na jego niesprawiedliwość, której podstawę stanowi gwałcące zasadę równości wybiórcze stosowanie, ale jak się okazuje w przypominającej lodówkę kabinie tkwią także inne problemy.

Jednym z najważniejszych jest kompletna nieprzejrzystość działań związanych z funkcjonowaniem systemu. Po pierwsze – co wiąże się ze wspomnianym wcześniej zarzutem – nie wiadomo dlaczego VAR pojawia się akurat na tym, a nie innym meczu. Ale po drugie, i chyba nawet ważniejsze, nikt nie rozumie niuansów jego stosowania. Dotyczy to zarówno kibiców i dziennikarzy, ale także piłkarzy i trenerów, co przyznał chociażby Marcin Brosz.

Właśnie mecz jego Górnika ze Śląskiem powinien w tej rozprawie stanowić dowód koronny. Bo niby dlaczego Tomasz Kwiatkowski w jednym przypadku, i to po kilkudziesięciu sekundach, zdecydował się znienacka na skorzystanie z VAR-u, by w efekcie podyktować rzut karny dla gości, a chwilę później kompletnie zlekceważył jeszcze bardziej niejasną sytuację w drugim polu karnym? Jakie były kulisy tego, że sędzia z takim opóźnieniem nagle zorientował się, że Dani Suarez rzeczywiście mógł zagrać ręką, a jednocześnie był tak stuprocentowo pewny, że wina Marcina Robaka do ukarania już się nie kwalifikowała?

Skoro istnieje system łączności pomiędzy zespołem obsługującym VAR, a ich biegającym po murawie kolegą, może należy go rozszerzyć na przykład o spikera? Tak, by po podjęciu przez arbitra decyzji o skorzystaniu z zapisu wideo poinformować wszystkich na stadionie o jej podstawie? Oczywiście ideałem byłby telebim, na którym przedstawiono by analizowaną sytuację, tak jak ma to miejsce w tenisie czy siatkówce… Bo obecne tłumaczenie takich zdarzeń w coraz powszechniejszej na Śląsku świadomości sprowadza się jedynie do tego, czy sędzia jest z Warszawy czy też nie.

Z poczuciem humoru jest jak z białymi lwami: wszyscy o nich słyszeli, ale spotyka się je rzadko. Dlatego do dziś z wielką sympatią wspominam ekstraklasowca, który poważnym tonem i przy zachowaniu kamiennej twarzy – co jest atutem rasowego komika – stwierdził, że gdyby zarabiał tyle, co Robert Lewandowski, to byłby w stanie grać na podobnym poziomie. Bo nic tak człowieka nie motywuje (a może powiedział „trenuje”?) jak góra pieniędzy.

Kilkanaście dni temu na podobnie błyskotliwy dowcip zdobył się sam Lewandowski. Snajper Bayernu, również w rozmowie z dziennikarzem, oświadczył, że jego zespół wydaje za mało pieniędzy na transfery. Miał jednak pecha – po drugiej stronie stołu siedział Niemiec, a ta nacja pęka ze śmiechu zazwyczaj dopiero wtedy, gdy reszta świata spogląda po sobie mocno skonfundowana. Nie inaczej było i tym razem. Na przykład Karl-Heinz Rummenigge, który nawet w bawarskim stroju ludowym wygląda mało śmiesznie (a przyznacie, że to duża sztuka), na opublikowanym w wywiadzie żarcie nie poznał się wcale. Ba – niemal śmiertelnie się obraził, a jego odczucia podzieliło wielu pobratymców. Z jednym może wyjątkiem – Uli Hoennessa. No, ale akurat prezydent Bayernu miał sporo czasu podczas więziennych wieczorów, by zacząć doceniać dobrą rozrywkę.

Tak naprawdę jednak tylko rodacy Lewandowskiego wyrazili uznanie dla dowcipu, z hukiem pękając ze śmiechu. Wszak wydane przez Bayern „grosze” to około 100 milionów euro, czyli kwota, która stanowi sześciokrotność transferowych przelewów z wszystkich szesnastu klubów Ekstraklasy w poprzednim sezonie. I to z Legią włącznie, na którą przypadło ponad 60 procent sumy. Krótko mówiąc: skąpstwo mistrzów z Monachium zostało wykazane subtelnie, ale czarno na białym. Ale żeby docenić takie tło wypowiedzi „Lewego” faktycznie trzeba być Polakiem a nie Niemcem…

Pamiętając wszakże, że naprawdę ten się śmieje, kto się śmieje ostatni, nie można jednak tracić nadziei, że nawet Beckenbauer kiedyś zrozumie, o co w tym gagu tak naprawdę Lewandowskiemu chodziło.

Nigdy nie ukrywałem, że żądania kibiców dotyczące ich wpływu na funkcjonowanie klubu i decyzje podejmowane przez ludzi nim zarządzających uważam za absurdalne. Zapewne za chwilę usłyszę argument, że piłka to biznes inny niż wszystkie, ale pozwolę sobie nie zgodzić się z taką wyjątkowością. To samo mogą wszak powiedzieć na przykład przedstawiciele środowisk kultury, a jednak kiniarze nie przeprowadzają z widzami konsultacji ile mają kosztować bilety na seanse, księgarze nie zwracają się do czytelników o zgodę czy okładka powieści może być niebieska, a filharmonicy nie pytają melomanów o skład sekcji skrzypiec.

Tym niemniej obserwując z trybun sobotni mecz GKS-u Katowice z Wigrami Suwałki przyszła mi do głowy pewna koncepcja. Otóż interesującym rozwiązaniem byłaby możliwość wymuszenia zmiany w składzie poprzez decyzję widowni. Upraszczając: kibice byliby odpowiednikami jurorów w teleturniejach, którzy mogą pozbyć się z programu wyjątkowo nieutalentowanych uczestników. Wyobrażacie sobie te emocje, gdy wskaźnik na barwnym telebimie (wymaganym przez podręcznik licencyjny) zbliża się do wymaganej bariery wyliczanej każdorazowo tak, by istotne były głosy sympatyków obu drużyn? No i ten czynnik motywacyjny dla samego zagrożonego…

W przypadku wyjątkowo nędznych spotkań system taki stanowiłby dla widowisk wręcz ratunek i magnes przyciągający kibiców. A poza tym, stosując modną ostatnio zasadę symetrii, skoro (czasami na siłę) wybiera się najlepszego zawodnika meczu, to dlaczego nie można wybierać największego patałacha?

Powyższe wywody to oczywiście żart, ale być może nie pozbawiony jednak całkiem logiki. Zwłaszcza, że inspirujący go wspomniany na wstępie mecz zakończył się czymś bardziej wstrząsającym od jego poziomu i wyniku, a mianowicie wyczuwalnym kompletnym zrezygnowaniem widzów, którzy zamiast sportowego deseru dostali niestrawną breję.

To naprawdę nieludzkie. W Legii Warszawa wstrzymano wypłacanie tak zwanych wyjściówek, czyli złotówek należnych za samo przebywanie na boisku. Będzie tak do czasu, gdy zespół wygra trzy mecze z rzędu albo wywalczy mistrzostwo Polski, co w ekstraklaso-wych realiach nie musi być tożsame. W szatni podniósł się podobno lament, twit-ter rozgrzał do czerwoności, a mnie zadziwiło powszechne zdziwienie. Naprawdę tak trudno pojąć, że ktoś poszedł po rozum do głowy i odwrócił Wójcikową zasadę „bez sianka nie ma granka”?

Cała sprawa pokazuje zdegenerowanie piłkarskiego środowiska, które – biorąc pod uwagę jakość dostarczanego produktu – należy do najbardziej przepłacanego w Europie. Jestem ciekawy, jak piłkarze Legii zareagowaliby na nowinkę rzuconą żartem przez jednego z moich przyjaciół. Zaproponował on mianowicie, by w przypadku kompromitującej porażki zarobki każdego z zawodników spadały do poziomu ich odpowiednika w drużynie zwycięskiej (oczami wyobraźni widzę Michała Pazdana stojącego do kasy po równowartość pieniędzy, jakie za swoją grę otrzymuje stoper Sheriffa Tiraspol). Oczywiście zawsze jest ryzyko, że jeden czy drugi menedżer uprze się, by zasada ta działała także w drugą stronę, ale biorąc pod uwagę międzynarodowe występy naszych klubów można uznać, że dla ich budżetów byłoby to ryzyko warte podjęcia.

System finansowania funkcjonujący w polskich klubach, wysokość kontraktów czy właśnie struktura zarobków piłkarzy, która niespecjalnie motywuje do wysiłku, od dawna wywołują śmiech przez łzy. Podobnie zresztą jak kreatywna księgowość (w rubryce przychody, z rocznym wyprzedzeniem, każdy może wpisać np. zyski ze zdobycia dowolnego trofeum), koryta jakimi płynie rzeka pieniędzy transferowych (polecam ujawnioną niedawno mailową korespondencję Legii w temacie pozyskiwania nowych graczy) i obiecanych złożonych wcześniej obietnic związanych z gratyfikacją za osiągnięcie celu (licencyjna nowela Ruchu odnośnie premii za awans do czołówej ósemki).

Biorąc to wszystko pod uwagę fakt roztrwonienia przez mistrzów Polski profitów z Champions League jest logiczny. Po prostu w Legii uznano, że duża gotówka to duży kłopot, więc czym prędzej się jej pozbyto, ponownie wyrównując szanse całej ligi. Bezdyskusyjnie dałbym jej za to nagrodę specjalną w kategorii „finansowe fair play”.

Nie ukrywam, że z wielką sympatią przeczytałem o procesie, jaki Michał Gniatkowski, poznański prawnik, a przede wszystkim kibic sportowy, wytoczył Adrianowi Zielińskiemu, sztangiście, który po ogłoszeniu wyników badań dopingowych, musiał w niesławie opuścić wioskę olimpijską w Rio. Pan Gniatkowski poczuł się tym upokorzony jako Polak, czyli osoba współfinansująca przygotowania sportowców, i domaga się publicznych przeprosin w gazetach oraz dwóch tysiączłotowych wpłat dla fundacji propagujących sport. Mecenas podkreśla też dwie kwestie: złamanie przez Zielińskiego przysięgi olimpijskiej, a także uporczywe nieprzyznawanie się do winy, a co za tym idzie brak skruchy. Doprawdy trudno mu w tym precedensowym pomyśle nie kibicować…

Zawsze powtarzałem, że na przykład w korupcyjnej aferze w polskiej piłce zabrakło takiej właśnie kropki nad i. Mrowie kibiców, mniej lub bardziej regularnie, obstawiało przecież u bukmacherów wyniki krajowych meczów, mając – biorąc pod uwagę skalę procederu – mizerne szanse na zgarnięcie wygranych. Przegrane kupony – de facto pieniądze – trafiały więc zmięte do kosza na śmieci. A szkoda… Bo w przypadku ich zachowywania można było się pokusić o niezwykły proces sądowy, w którym stawką byłoby uznanie finansowych wygranych nie na podstawie boiskowych wyników, a właśnie wyroków udowadniających, że rezultaty te były wyreżyserowane. I winni takiego stanu rzeczy wypłacaliby, niczym bukmacherzy, niedoszłe wygrane oszukanym graczom… Zapewne dla sprzedawczyków byłoby to nawet bardziej bolesne niż późniejsze zawieszenia w działalności sportowej.

Ale wracając do Zielińskiego. W całej sprawie zwraca też uwagę strój, w jakim pan sztangista wybrał się do sądu. Krótkie spodenki i różowa koszulka być może mogłyby być nawet powodem pozwania go… przez tenże sąd za obrazę powagi zgromadzenia. Z drugiej strony Zieliński i tak zachował się przyzwoicie, bo mógł na przykład wbiec na salę prosto z treningu, w firmowym stroju, wąskim w kroku i z ramiączkami, nie zapominając o tradycyjnym wśród sztangistów geście przetarcia dłoni białym proszkiem (o niuchnięciu pobudzacza z miniaturowej buteleczki nie wspominając). Co prawda wtedy trzeba by zatrudnić kolejnych specjalistów do przebadania składu tej substancji, ale to już właściwie zupełnie inna historia.

Gdyby Zbigniew Boniek poruszał się przed laty po boiskach z taką samą finezją, jak obecnie na niwie mediów społecznościowych, znacznie częściej niż do siatki rywali trafiałby do szatni po czerwonych kartkach. Prezes PZPN od dawna balansuje na Twitterze na wyjątkowo cienkiej linie, raz po raz ją zresztą przekraczając, czego doświadczyła m.in. Karolina Hytrek-Prosiecka, co skończyło się feministyczną zadymką.

Wsobotę szef PZPN-u znów nie ugryzł się w porę w język, wspierając wulgarny komentarz Zbigniewa Koźmińskiego, ojca wiceprezesa związku Marka, który na sugestię posła PiS Arkadiusza Mularczyka, że wyznaczenie warszawskiego arbitra do meczu Legii nie buduje zaufania do PZPN, odpowiedział: „Panie Mularczyk odp… (w oryginale bez kropkowania) się Pan od piłki”. Koźmiński senior (o ile to faktycznie jego konto) jest osobą prywatną i cała sprawa zakończyłaby się co najwyżej publiczną oceną jego kondycji intelektualnej, gdyby do akcji nie wkroczył osobiście właśnie Boniek.

Boss PZPN postanowił nobilitować wspomniany wpis słowami „Mnie nie wypadało”, okraszając je buźkami sugerującymi popłakanie się ze śmiechu. Później Boniek, pod wpływem krytyki, tłumaczył swoją reakcję pisząc „spoko, trochę humoru dobrze zrobi, a jak ktoś nie kumaty….. to już jego problem!”, ale niesmak pozostał. Bo co wolno „Zbyszkowi” zdecydowanie nie wypada – przynajmniej do końca kadencji – prezesowi PZPN Zbigniewowi Bońkowi.

Atak z innej beczki: warto zwrócić uwagę, że Górnik obnażył kłamstwa, jakimi większość klubów tłumaczyła mizerną frekwencję na swoich stadionach. W Zabrzu trybuny wypełniają się do ostatniego miejsca pomimo tego, że jest środek wakacji, mecz kończy się bardzo późno i do tego pokazuje go telewizja. A więc jednak się da? Po prostu trzeba kibicom, w zamian za zakup biletu, zapewnić odpowiednią dawkę emocji i godziwe warunki ich oglądania. I nagle bilans zaczyna się zgadzać…

Miała być rewolucja, w której polska piłka z odkrytą głową stanie na czele pochodu, a wyszedł pasztet. System wideoweryfikacji mający wyeliminować – no dobra, powiedzmy mocno ograniczyć – element krzywdy i niesprawiedliwości, okazuje się przede wszystkim okazją do, chociażby nieświadomych, ale jednak manipulacji. A wszystko dlatego, że zamiast demokratycznej masowości mamy do czynienia z wyjątkowością. Nawet nie chodzi o to, że kosmiczny pojazd nie stoi wszędzie tam, gdzie kopie się piłkę w sposób zorganizowany (chodzi o strukturę rozgrywek, bo w kontekście boiskowym pojęcie to bywa abstrakcją na każdym szczeblu), ale że nawet w tak zwanej elicie jest oficjalnie stosowany tylko w pojedynczych przypadkach.

I właśnie to musi budzić emocje. Znaki zapytania można i należy stawiać już przy wyborze meczu, który znajdzie się pod tak szczególnym nadzorem. Bo dlaczego w siedmiu ósmych rozgrywek można się mylić, uznawać gole, których nie ma lub które zostały zdobyte nieprawidłowo, a w jednej ósmej są one weryfikowane? Czy to nie bonus dla tych, którzy mają szansę dzięki ludzkim błędom skorzystać na braku oficjalnego monitoringu i jednocześnie rażąca niesprawiedliwość dla drugiej strony, której taką szarą strefę odebrano? Krótko mówiąc: została złamana elementarna zasada równości, stanowiąca podstawę sportowej rywalizacji.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z faktu, że każda nowinka potrzebuje czasu, że w przypadku VAR-u jest on niezbędny, by przeszkolić obsługę systemu i przede wszystkim samych sędziów, ale znacznie sprawiedliwsze byłoby kontynuowanie tych przygotowań na sucho, tak jak dzieje się to na wspomnianej większości spotkań, a na potrzeby „egzaminacyjne” stosowanie VAR-u na przykład w finale Pucharu Polski czy opłacanych przez PZPN meczach towarzyskich. Właśnie w takim praniu wychodziłyby na jaw także poboczne problemy, jak chociażby brak komunikacji z kibicami na trybunach, którzy nie mogą z sędzią zajrzeć do „lodówki” i poznać uzasadnienia jego decyzji. A przecież jeśli powiedziało się A, należy powiedzieć B i wzorem siatkówki czy tenisa pokazać analizę na telebimie, którego posiadanie zostałoby wpisane do podręcznika licencyjnego. Dla wszystkich oczywiście. Bo to jedyna zasada, która w piłce nigdy nie powinna być łamana: albo wszyscy albo nikt!