Archiwa tagu: blog o sporcie

Słuchajcie, po co ci nasi zimowi olimpijczycy w ogóle pakują się w sport, skoro wciąż narzekają, że w kraju nie ma warunków treningowych i muszą spędzać 300 dni w roku na obczyźnie? No i potem twierdzą, że w takiej sytuacji lokaty niemieszczące się nawet w depeszach agencyjnych trzeba traktować jako sukces…

Ta kwestia, postawiona w całkiem miłych okolicznościach przyrody, to znaczy z mrozem i zimnem na zewnątrz, za to kominkiem wewnątrz, wzbudziła znienacka ożywioną dyskusję. Traf chciał, że na jej podkładzie migotał obraz z Pjongczangu z głosem komentatora, wyraźnie podnieconego wyczynem kombinatora norweskiego (chociaż rodem z Polski) finiszującego na miejscu dwudziestym którymś. A przecież trzeba mieć jeszcze świadomość, że na igrzyskach – z racji wielu ograniczeń, także czystki dopingowej – startuje znacznie mniej zawodników niż w Pucharze Świata, więc pozycje na końcu olimpijskiej stawki oznaczają, że Biało-Czerwoni de facto grają w innej lidze niż większość globu.

Ostatecznie udało nam się dojść do – modne teraz słowo – consensusu. Uznaliśmy mianowicie, że sam wybór takiej, a nie innej drogi życiowej to jedno (stypendia, podróże, wyżywienie, medale mistrzostw Polski to w końcu nie w kij dmuchał, zwłaszcza gdy jest się pięknym, młodym i singlem/singielką), ale wysyłanie takich pasjonatów na igrzyska to jednak już coś całkiem innego. Zwłaszcza jeśli przyjmiemy do wiadomości, że pomimo romantycznej legendy, impreza ta przesiąknięta jest do cna profesjonalizmem. A na takim tle widać jeszcze wyraźniej, że większość ekipy z dużego i dumnego kraju w środku Europy stanowi, niestety, grupę amatorskich hobbystów.

Wracając do meritum. Czy Polska naprawdę musi wysyłać na igrzyska kilkudziesięciu sportowców niemających żadnych szans na sukces? I wraz z nimi prezesów związków, którzy na czas imprezy wstydliwie znikają sprzed kamer, by po powrocie do kraju bić coczteroletnią pianę o planowanym stworzeniu infrastruktury i zmianach systemu szkolenia, z czego nikt nigdy ich nie rozlicza?

Aby wstać z kolan, trzeba stawiać takie właśnie najważniejsze i proste pytania. I kolejne – dlaczego przed igrzyskami PKOl (swoją drogą sens istnienia tej instytucji to temat na osobny felieton) zamiast snuć wizję cudów, nie zaprezentuje publicznie realnego planu minimum dla każdego z olimpijczyków? I dlaczego Ministerstwo Sportu nie przedstawia dokładnego raportu z kosztów przygotowań kadrowiczów? Tak, aby wykazać czarno na białym, ile kosztowało nas wysłanie do Azji saneczkarza, który zapomniał maski (dobrze, że sanki zabrał) albo biathlonistów przyzwyczajonych do schodzenia z trasy po zdublowaniu przez konkurentów.

Oczywiście – powie ktoś, że wszyscy wyjeżdżający wypełnili określone wcześniej minima. No cóż… Po pierwsze, sprawa nie jest taka oczywista, bo na przykład w zarządzanym przez Apoloniusza Tajnera związku narciarskim nie bardzo wiadomo co – poza obawą przed potencjalnymi przegranymi procesami – zadecydowało o tym, że do Azji wysłano dwóch siebie wartych alpejczyków. A po drugie, może określenie minima traktowane jest zbyt dosłownie i normy należy jednak wyśrubować do poziomu gwarantującego uniknięcie zarzutu o organizowanie turystyczno-towarzyskich olimpijskich wycieczek?

Czas na pobudkę i zastąpienie fantazji racjonalnością. Spójrzmy na przykład na Norwegów. Ole Einar Bjoerndalen, prawdziwa legenda Norwegii, igrzysk i światowego sportu w ogóle, ogląda Pjongczang w telewizji. Nie znalazł się w reprezentacji i nie odbyła się ogólnonarodowa debata, że to niesprawiedliwe, bo mu się taki wyjazd po prostu należy za zasługi. Uznano, że zasady są jasne i klarowne: nie spełnił wymogów, nie rokował już szans na sukces, nie poleciał. Koniec i kropka. Ba, nikt nawet nie wpadł na to, by na pocieszenie zrobić go na przykład jakimś attaché lub dyrektorem sportowym…

0,02. Taki procent Polaków zasiadał na trybunach podczas meczu Lotto Ekstraklasy w sezonie 2016/17. Ten wskaźnik z raportu Europejskiego Stowarzyszenia Piłkarskich Lig Zawodowych nie jest przesadnie eksponowany w opracowaniach tego dokumentu i trudno się dziwić, bo nijak nie da się go przedstawić w kategoriach sukcesu. A jednak to właśnie on daje sporo do myślenia – biorąc pod uwagę fakt, że nie sposób już narzekać na infrastrukturę, oznacza bowiem, że największym problemem polskiej ligi jest jej poziom sportowy, który nie skłania do wydawania pieniędzy na bilet.

Taki absolutnie logiczny i uprawniony wniosek, podparty cotygodniowymi dowodami empirycznymi, stanowi z kolei nie lada zagwozdkę dla uzasadnienia coraz bardziej nieuchronnej reformy rozgrywek, której głównym owocem ma być powiększenie ekstraklasy do 18 drużyn. O bezsensie rozwadniania i tak mocno przeciętnego produktu pisałem w tej rubryce już nie raz i zdania nie zmieniłem. Teraz jednak w projekcie pojawił się jeszcze jeden punkt, którego absurdalność skłoniła mnie do ponownego wzięcia tematu na klawiaturę.

Chodzi mianowicie o opcję, zgodnie z którą, w systemie baraży, do elity mógłby awansować nawet zespół zajmujący w I lidze miejsce szóste. Czy ktoś, kto na co dzień śledzi wydarzenia na tym szczeblu, zwanym trafnie zapleczem (czyli czymś, co niekoniecznie pokazuje się światu), mógłby wpaść na taki pomysł? W rozgrywkach gdzie trudno znaleźć dwa kluby, których awans nie obniżyłby wartości ekstraklasy, miałoby być takich potencjalnych kandydatów aż sześciu?! A gdzie niby stoją ich nowoczesne stadiony? Gdzie księgowi pławiący się w solidnych podstawach finansowych? I wreszcie gdzie- nie licząc kilku rozsianych po całej tabeli rodzynków – piłkarze, których naprawdę chcielibyśmy oglądać w wyższej lidze?

Wszystko na kilometr pachnie przysługą dla tych, którzy mają wielkie ambicje, ale małe możliwości ich spełnienia na obecnej wąskiej ścieżce awansu sportowego. A to oznacza, że jest tak śmiesznie, że aż strasznie.

Jeden z moich przyjaciół tuż przed rozpoczęciem igrzysk w Pjongczangu stwierdził, że polskich medali się nie spodziewa, zamierza natomiast kolekcjonować tłumaczenia naszych olimpijczyków po kolejnych klęskach i rozczarowaniach. Jak się okazuje trafił w dziesiątkę, bo wypowiedzi niedoszłych czempionów są znacznie efektowniejsze od ich występów. Co więcej, kronika złotych myśli Biało-Czerwonych rośnie z dnia na dzień, w przeciwieństwie do dorobku chociażby tylko punktowego.

Biathlonowe nogi z betonu, zbyt szybkie narty alpejczyka, złośliwe jury skoczków – gdyby nie ta kumulacja zdarzeń bylibyśmy potęgą. A gdyby saneczkarz ubierając w poniedziałek płaszcz nie zgubił maski – co uświadomił sobie w momencie, gdy zapalono mu zielone światło w lodowej rynnie – poświęcilibyśmy mu dziś wszystkie czołówki.

Kibice pewnie szczęśliwi nie są, ale za to naszym reprezentantom dopisują humory i nie opuszcza ich nadzieja na lepsze jutro (no, może pojutrze). Jak jeden mąż i jedna niewiasta, powtarzają, że najważniejsze starty dopiero przed nimi, bo w tych, które są już historią, tak naprawdę sukcesu nie należało od nich oczekiwać. Zresztą trzeba pamiętać, że w igrzyskach najważniejszy jest sam udział, a laury to sprawa wtórna. Zwłaszcza, że jest ich niewiele, a rywali – jak na złość – tłumy.

Na pocieszenie pozostaje świadomość, która przez wiele lat towarzyszyła kibicom piłkarskiej reprezentacji: że Polska i tak zawsze będzie mistrzem Polski.

Olimpiada to według dawnych encyklopedii czas pomiędzy igrzyskami. Teraz pojęcia te w powszechnej świadomości, a także w wykładni Rady Języka Polskiego, stopiły się w jedno. Trudno się zresztą dziwić, bo równie kanoniczna tradycja pokoju zawieranego na czas sportowych zmagań także rozwiała się w zadymie codzienności. Ba, została w okrutny sposób sponiewierana poprzez zamachy, bojkoty i przestępstwa dopingowe, dokonywane w czasie szlachetnej z założenia rywalizacji herosów.

Polacy jednak nie byliby sobą, gdyby również w tej kategorii nie zdobyli się na – bezkrwawą na szczęście – oryginalność. U podłoża najświeższej intrygi z olimpijskimi kółkami w tle tkwi nadwiślańska brutalna i prostacka polityka. Jej ofiarą padł prezes Orlenu (od razu, uprzedzając hejterów, zaznaczam, że ani mi on brat, ani swat, a benzynę tankuję zazwyczaj na innych stacjach).

Wojciech Jasiński, bo o nim mowa, tuż przed świętami Bożego Narodzenia został, przy dźwiękach kolęd zespołu „Ondraszki” ze Szczyrku i chrzęście łamanych opłatków, powołany na funkcję attaché polskiej reprezentacji w Pjongczangu. Krótko mówiąc, PKOl postawił na totalny koniunkturalizm i dopieścił człowieka, który trzymał w kieszeni klucz do skarbca z kasą, pozwalającą na sportowo-działa-czowskie rozpasanie.

Od tamtego dnia minęły niespełna dwa miesiące. W Pjongczangu znicz – w zależności od tego, kiedy czytacie Państwo te słowa – zapłonie za chwilę albo płonie już, Biało-Czerwoni poznają zakamarki wioski, ich prezesi zaułki koreańskiej mieściny, a tymczasem pozostawione w kraju myszy harcują. I podgryzają fotele. W efekcie niemal w momencie wciągania flagi na maszt, doszło w Orlenie do zmiany szefostwa. Jasińskiego pozbawiono gabinetu, do którego wprowadza się właśnie Daniel Obajtek. W zaistniałej sytuacji attaché z pewnością wszystkie swoje siły i myśli poświęca powierzonej mu misji… W środę w Pjongczangu nikt nie był w stanie odpowiedzieć na pytanie, czy wybity na zawodowy aut attaché w ogóle w Korei się pojawi.

Wygląda na to, że nad funkcją tą ciąży fatum podobne do tego, jakie dopada chorążych. Przed Soczi też przecież nastąpiło potężne zawirowanie – z attachowania zrezygnował Adam Małysz, gdy okazało się, że musiałby wycofać się z udziału w reklamach (nomen omen m.in. Orlenu)…

To jednak niejedyna refleksja, jaka towarzyszy mi w momencie rozpoczęcia igrzysk. Druga dotyczy już sportu, a w zasadzie jego kondycji. Wszystkie emocje w Pjongczangu dopiero przed nami, ale po lekturze wypowiedzi osób, które za nasze zimowe kibicowskie rozrywki odpowiadają, można odnieść wrażenie, że sto procent polskich nadziei związanych jest ze skokami narciarskimi.

Trzymając kciuki za Orłów, spróbujmy wybiec nieco w przyszłość. Nie trzeba być chyba Krzysztofem Jackowskim, by stwierdzić, że spodziewane krążki ze skoczni zostaną wykorzystane propagandowo do zasłonięcia pustych rąk kombinatorów norweskich, alpejczyków i biegaczy, a prezes Apoloniusz Tajner wypnie pierś do orderów. Tymczasem zawiadywana przez niego instytucja nie jest Polskim Związkiem Skoków Narciarskich i odpowiada nie tylko za szaleństwa pod Malinką i Wielką Krokwią, ale i za infrastrukturalną – w kontekście profesjonalnych przygotowań sportowców – pustynię biegowo- zjazdową. A przecież o zmianę tego stanu rzeczy apelowała już Justyna Kowalczyk i to w najlepszych latach swojej kariery, gdy udowadniała, że raz na sto lat wielki talent może się urodzić nawet na kamieniu, ale regułą w takim otoczeniu są i będą klęski.

W tym nieco nostalgicznym nastroju życzę Państwu, by jednak okazało się, że zimowa Polska nie tylko skokami stoi, zwłaszcza że ich kibicow-ska otoczka – o czym miał odwagę powiedzieć Piotr Marusarz w wywiadzie dla Artura Gaca z Interii – nie przypomina tej telewizyjnej, bo z bliska ma dźwięk trąbki i zapach przetrawionego alkoholu.

Po II wojnie światowej na zimowych igrzyskach olimpijskich Polskę reprezentowało 702 sportowców, którzy przywieźli 20 medali. Matematycznie wychodzi na to, że krążek zdobywał jeden na trzydziestu pięciu olimpijczyków. Biorąc pod uwagę starty w najnowszej historii, od 1989 roku, średnia ta wzrasta raptem do dziewiętnastu. Na podium stanęło bowiem 16 z 303 reprezentantów w biało-czerwonych ocieplanych dresach. Miejsc w ósemce mieliśmy w tym okresie symboliczne czterdzieści i cztery…

Zanim ocenicie Państwo, czy to dużo, czy mało, warto ten obraz umieścić na tle finansowym. Kosztów przygotowań do Pjongczang nikt na razie oficjalnie nie zbilansował, więc spójrzmy wstecz – w przypadku Soczi 2014 pochłonęły 114 mln zł plus kolejne 4 na sprawy logistyczno-transportowe. Aby mieć świadomość, jak rozrasta się ta sportowa gąbka, warto zwrócić uwagę, że Vancouver 2010 wchłonęło około 40 mln.

Pretekstem do takich rozważań stała się awanturka o nominację olimpijską dla alpejczyka, dzięki której sporo osób dowiedziało się, że ta dyscyplina sportu w ogóle nad Wisłą istnieje. I trudno się temu dziwić, bo pod kątem profesjonalności i wyników ma tyle wspólnego ze swoim światowym wydaniem, co Beskid Niski właśnie z Alpami. Ale ad rem. Zadyma dotyczyła tego, kto będzie reprezentował Polskę w Pjong-czang, chociaż dla Polski to sprawa nieistotna, bo ani jeden, ani drugi adwersarz nie mają szans na realne zaznaczenie swojej obecności na stoku. Spór rozgorzał gwałtowny, a rywali obsadzono w klasycznych dla takich historii rolach: Michał Kłusak, którego sprawy z werwą broniła siostra Magdalena, to ten, który sam zbierał pieniądze na wymarzony start, natomiast w komfortowe przygotowania Michała Jasiczka grubo ponad milion złotych miał wpompować jego obrzydliwie bogaty ojciec. Na liście FIS dwa razy wyżej – co nie znaczy, że w ogóle wysoko, bo mowa o szóstej setce – jest ten pierwszy, wyniki lepsze osiąga ten drugi, ale punktów PŚ nie zdobył w tym sezonie żaden z nich. We wtorek PKOl umył ręce, odrzucając kartofel do PZN, co wróżyło prawdziwą wojnę. Tym bardziej że Jasiczkowie mają na takim polu sporo doświadczeń: kilka spraw sądowych już z PZN-em wygrali. A przecież wzorem pomysłów Papy Stamma można było przeciąć węzeł gordyjski w najprostszy możliwy sposób, czyli albo organizując bezpośredni pojedynek narciarski obu zainteresowanych, albo nie wysyłać do Azji żadnego z nich. Ale to ostatnie rozwiązanie byłoby zbyt proste i sprawiało przykrość nie tylko dwóm zawodnikom, bo przecież olimpijska nominacja to okazja do atrakcyjnego wyjazdu także dla osób towarzyszących, którzy co najmniej podwajają liczebność całej ekipy. Ostatecznie w systemie last minute okazało się, że wystartują obaj.

W tym roku na liście ogłoszonej przez PKOl widnieje więc – na razie – 60 nazwisk. Sugerując się statystyką ze wstępu, można spodziewać się trzech medali. Wychodzi na to, że do Korei wystarczyłoby wysłać tylko ekipę skoczków. Tych wystawimy pięciu (wystartuje czterech), ale wraz z nimi do Pjongczang wybiera się 9 (a wliczając prezesa Apoloniusza Tajnera,10) osób, m.in. dyr. sportowy Adam Małysz.

W ogóle lektura całej listy „Pjongczang 2018” jest niezwykle interesująca. Nagle okazuje się, jak wiele osób nad Wisłą pracuje na jakże liczne zimowe emocje, w jakże wielu dyscyplinach – jakże prężnie zawiadywanych przez dynamicznych i kreatywnych menedżerów – mamy ukrywane przez co najmniej cztery lata talenty, które w Korei wykorzystają nieobecność rosyjskich nakoksowa-nych gwiazd i poradzą sobie w starciu z astmatykami innych nacji…

Ba, także legendarnych postaci mamy tak wiele, że aby nie doprowadzić do kolejnego konfliktu, funkcją attache olimpijskiego uhonorowano Wojciecha Jasińskiego, prezesa PKN Orlen. Wszak jak podkreślał 4 lata temu prezes PKOl, Andrzej Kraśnicki, osoba sprawująca tę rolę „ma mobilizować zawodników i dzięki znajomości sportowego środowiska ułatwiać rozwiązywanie problemów”…

Tradycji stało się zadość. Coroczna pielgrzymka kibiców na Jasną Górę zakończyła się godną czwartej części Trylogii wycieczką za mury. Patrioci zdobyli kilka wrażych flag, poturbowali grupę zaprzańców, odśpiewali pobożne pieśni i na cześć legendarnego wyczynu Kmicica użyli prochu i saletry pod dobrotliwymi spojrzeniami spadkobierców duchowych przeora Kordeckiego. Nic więc dziwnego, że świadkom tych podniosłych wydarzeń wzruszenie pomieszane z gryzącym dymem wyciskało łzy z oczu.

Sportowy patriotyzm w kraju nad Wisłą ma się dobrze. Co prawda próby jego eksportu kończą się niezrozumiałymi prześladowaniami następującymi tuż po przekroczeniu granic Ojczyzny, tym niemniej generalnie powodów do narzekania nie ma. Za to powodów do dumy przybywa błyskawicznie – na przykład dzięki Robertowi Kubicy, który został właśnie testerem Williamsa. Trzeba przecież podkreślić, że krakowianin zachował honor, w przeciwieństwie do rosyjskiego konkurenta, który nie dość, że jest wspierany przez Putina, to jeszcze miejsce w głównym bolidzie po prostu kupił. Cały świat będzie więc patrzył na Sirotkina z politowaniem, tak jak na Freitaga, który przewrócił się na Czterech Skoczniach, chociaż akurat nikt w niego śnieżkami nie rzucał.

Oprócz patriotyzmu dużego jest jednak także patriotyzm – patrząc w kategoriach powierzchniowych – mały, czyli lokalny. Na przykład śląski. Chociaż on i tak często, a już na pewno w obszarze piłki nożnej, podlega dodatkowemu rozbiciu najpierw miejskiemu, a potem wręcz dzielnicowemu. O nim właśnie dumałem podczas debaty zorganizowanej przez szefa regionalnej piłki Henryka Kulę. Dyskusja toczyła się w zacnym gronie, jej temperatura była dość umiarkowana, a z większością tez zgadzali się wszyscy obecni, czemu zresztą trudno się dziwić, skoro były to tezy ze wszech miar słuszne i rozsądnie – choć mało optymistycznie – prowadzące do odpowiedzi na zasadnicze pytanie: Kiedy klub z naszego regionu znów zostanie mistrzem Polski?

W całej tej atmosferze wzajemnego zrozumienia nie sposób było jednak uciec od poczucia surrealizmu. Zasadniczo bowiem świetlana przyszłość piłki śląsko-zagłębiowskiej, a także beskidzkiej, według panelistów opierać się powinna na solidarności i wzajemnym wsparciu. W negocjacjach z samorządami, w rozmowach ze sponsorami, w systemach szkolenia młodzieży, w rozwiązaniach infrastrukturalnych, a czasem i finansowych. Brzmi to świetnie, ba, nawet logicznie, jednak znajduje się w tej wizji jedna zasadnicza drzazga, mianowicie kibicowska, podlana patriotyczno-tożsamościowym sosem – otoczka futbolu. O współpracy klubów mówiono wszak w ostatnich latach już wiele, próbowano też słowa przekuć w czyny. Na szczeblu Ekstraklasy organizowano wspólne wyprawy na zgrupowania, na szerszym polu zawiązywano sponsorskie porozumienia. Piękne, nieprawdaż?

Tyle tylko, że to ostatnie podpisano za bliską, bo bliską, ale jednak granicą. I w tym jest właśnie pies pogrzebany. Bo żaden realny futbolowy sojusz nie jest w regionie możliwy. Dowodów mamy aż nadto – największe awantury związane są z meczami derbowymi, największe problemy stwarza logistyka kibicowskich przejazdów nie ogólnopolskich, a właśnie tych najkrótszych, najpoważniejsze incydenty ostatnich miesięcy związane były z najazdami wrogich grup na stadiony położone najbliżej ich macierzy… Świeżo w pamięci pozostają też przypadki prezesów skłonnych pomóc sąsiadom w momentach, gdy ci nie mogli korzystać z własnych, przebudowywanych w danym momencie aren, czy piłkarzy zamierzających zmienić barwy bez zmiany miejsca zamieszkania. I dopóki ten system piłkarskiego ekosystemu się nie zmieni, dopóty każdy będzie drobił w miejscu, a ewentualne sukcesy wynikną tylko ze splotu przypadków. I o tym także powinni pomyśleć gospodarze takich wydarzeń jak jasnogórska pielgrzymka. Aby jednak skalę tej odpowiedzialności zrozumieć, trzeba czasem z klasztornej celi wybrać się na mecz. Najlepiej po cywilnemu i autobusem komunikacji publicznej. Na przykład z Katowic do Zabrza. Rzecz jasna, przez Chorzów.

Do worka z logo „#MeToo” można już wrzucić właściwie wszystko. Molestowania prawdziwe i rzekome, fizyczne i iluzoryczne, świeże i prehistoryczne. Skala akcji jest porażająca, ale wciąż pozostają regiony nieodkryte. Na przykład Bale Mistrzów Sportu, gdzie – z konieczności – zamiast laureatów na scenie pojawiają się ich żony bądź partnerki.

Żaden chyba wyczyn boiskowy nie budzi bowiem tylu emocji i wrażeń co kreacja, karnacja, fryzura, makijaż i odsłonięte powierzchnie ciała pań i panien, na co dzień obcujących – dosłownie i w przenośni – z Gwiazdami Masowej Wyobraźni. I na użytek tej ostatniej
w grę włącza się coraz większa część mediów, dla których podobne wydarzenia są niczym zastrzyk tlenu. A że większość „kibicowskich” komentarzy dotyczących wyglądu wybranek sportowych serc (ale również wyróżnianych sportsmenek, pracujących jednak przy takich okazjach dobrowolnie i na własny rachunek) ma charakter molestująco-upokarzający? No cóż, liczy się dobro najwyższe, czyli kliki, lajki i odsłony…

Typowy dla takich zdarzeń scenariusz obejrzeliśmy przy okazji organizowanego przez „Przegląd Sportowy” wyboru sportowca roku 2017. Werdykt stawiający wyżej loty Kamila Stocha niż kopnięcia piłki Roberta Lewandowskiego był być może dyskusyjny, ale najważniejszy okazał się „pojedynek” ich żon – Ewy z Anną, zwłaszcza że obie zaprezentowały różne style i różne preferencje modowe. Świetnym więc instynktem wykazał się zwycięzca Turnieju Czterech Skoczni, który z ekranu oświadczył, że żona jest jego najlepszą wizytówką, zdobywając dla niej wśród przedekranowego jury dodatkowe punkty.

Na tej wykreowanej rywalizacji zyskała też ta Trzecia, czyli Marcelina Hula. Uparcie pokazywana przez operatora Polsatu zamiast swojej przyjaciółki Ewy, zgarnęła część tortu, przy okazji niechcący wystawiając niefortunnego kamerzystę i realizatora na pośmiewisko oraz falę hejtu. Z takiej wpadki nie mogła przecież nie skorzystać grupa ekspertów od biografii i wizerunków celebrytów, czyli po prostu większość narodu z zapartym tchem przyglądająca się, czy na stoły podano już „ciepłe” i czy Apoloniusz Tajner po zgoleniu wąsa wygląda lepiej na tle dziewczyny, którą kiedyś brukowce uznały za pochodzącą z Pakistanu Pamelę, a naprawdę okazała się Izabelą Podolec z Jarosławia.

Bo właśnie hejt i chęć molestowania wydają się motorem napędowym wielu oglądaczy takich zdarzeń. I nawet jeśli ataki mają wymiar jedynie słowny, nadają się do akcji „MeToo” tak samo, jak mroczne historie odkrywane właśnie przez Hollywood. A co najgorsze – to zjawisko bazujące na tchórzliwej anonimowości wciąż rośnie. I jest coraz bardziej obrzydliwe.

Igrzyska w Pjongczang rozpoczną się za 34 dni. W skali czteroletniej olimpiady to już nawet nie ostatnia prosta, a najazd na próg. I co? I nic. Nie macie wrażenia, że oczekiwania i dreszcze emocji, związane ze zbliżającą się najważniejszą imprezą sportów zimowych, zniknęły w wirach bieżących wydarzeń? Nikt nie analizuje szans medalowych, nikt nie fascynuje się potencjalną liczebnością reprezentacji, nikt nie pokazuje aren od tak zwanej kuchni… Ewentualne ogniska emocji dotyczą wyłącznie kwestii politycznych – pozbawienia Rosjan prawa startu pod własną flagą i negocjacji odnośnie startu Koreańczyków z Północy.

Tak jak współczesnym dzieciom spowszedniały kreskówki Disneya, na które niegdyś oczekiwało się od święta do święta, tak samo spada atrakcyjność igrzysk. Największe gwiazdy sportu mamy na co dzień, mecze najlepszych hokeistów świata pokazuje nawet publiczna telewizja, skoki stały się cotygodniową przyprawą do rodzinnego obiadu, a prawdziwą skalę zainteresowania biegami pokazuje poziom oglądalności Tour de Ski bez udziału Justyny Kowalczyk. I nawet skok wykresu liczby planowanych podczas igrzysk urlopów wynika przede wszystkim z planów na ferie, a nie programu startów panczenistów.

Oczywiście nie można mieć wątpliwości, że gdy znicz już zapłonie – co wiele osób dostrzeże z zaskoczeniem – Pjongczang także nad Wisłą stanie się centrum sportowego świata. Przez dwa tygodnie będziemy bilansować sukcesy i rozczarowania, kpić z norweskiej astmy, szukać polskich pociotek w biografiach wielkich gwiazd, zastanawiać się, co na kasku namaluje Kamil Stoch i zżymać na komentatorów telewizyjnych. Nie sposób jednak uciec od wrażenia, że nie ma w tej zabawie dawnej autentyczności i towarzyszącego nam niegdyś głodu wielkich wrażeń, a ich miejsce zajęła gigantyczna machina służąca przede wszystkim spełnianiu oczekiwań sponsorów, dla których najważniejsze są słupki i wskaźniki. A to prosta droga do zarżnięcia kury znoszącej złote jajka. I nie jest to tylko specyfika sportów zimowych. Na takiej ścieżce od dłuższego czasu znajduje się siatkówka, w podobnym kierunku uparcie pcha się także piłkarska Liga Mistrzów, rozcieńczająca atrakcyjność w rozbudowanych do przesytu strukturach rozgrywek.

Problem igrzysk nabrzmiewa. MKOl robi dobrą minę do złej gry, ale zaczyna mieć coraz większe kłopoty nawet ze znalezieniem chętnych na ich organizację. Jest coraz drożej, coraz bardziej egzotycznie i coraz mniej demokratycznie. Czy można się więc dziwić, że obrazoburcze z pozoru pytanie o potrzebę organizowania igrzysk w obecnym kształcie staje się pytaniem fundamentalnym?

W niedzielę znów staniemy przed dylematem. Czy fakt, że kolejny rok minął – w dodatku nie tylko szybko, ale i bezpowrotnie – to rzeczywiście dobry powód do hucznego świętowania? I pewnie jak zwykle dojdziemy do wniosku, że każda okazja jest dobra, więc tę też jakoś przełkniemy. O ile oczywiście wcześniej przebijemy się przez działaczy Polskiego Związku Kolarskiego, którzy będą blokować kasy w sklepach, realizując za służbowe karty słynną już „rewizyjną” listę prezesa Dariusza Banaszka, czyli Żołądkową Gorzką, Żytniówkę, Żytniówkę Gorzką i Białą Żubrówkę…

Zapewne niewielu z nas będzie miało to szczęście, by stojąc w kolejce za cudownymi dziećmi dwóch pedałów, spoglądać na taki zegarek, jaki pod choinkę dostał Marcin Gortat od jednego z kolegów. Nawiasem mówiąc, mimo wszystko to nieco dziwne, że facet kupił po rolexie dla wszystkich partnerów z zespołu. Albo wcześniej solidnie narozrabiał, a oni zapewnili mu alibi, albo chodzi w tym wszystkim o coś innego i to zapewne nie o pieniądze…

Bo przecież, wbrew obiegowej opinii, kasa nie jest najważniejsza, chociaż oczywiście zawsze lepiej być zdrowym i bogatym niż chorym i biednym. Liczy się też idea, na przykład ta najszlachetniejsza, olimpijska. Joanna Jędrzejczyk, specjalistka od bicia po twarzy innych kobiet (chociaż ostatnio trafiła kosa na kamień), też coś wie na ten temat, bo propozycję udziału w sztafecie niosącej płomień z Olimpii do Pjongczangu przyjęła, roniąc łzy wzruszenia. A przecież w tym środowisku podobną reakcję widzi się rzadko, by nie rzec od święta. I to wyłącznie takiego, które spędza się wokół oktagonu, w momencie, gdy pewien aktor zamiast opłatka przełamuje pewnego rapera. Rzecz jasna ku ogromnej uciesze odświętnie rozebranej publiki, nucącej pod nosem nieśmiertelne przeboje autorstwa artystycznego ulubieńca prezesa narodowej telewizji.

No cóż, świat jest dziwny i w 2018 chyba będzie jeszcze dziwniejszy. Z taką głęboką refleksją zostawię Państwa w oczekiwaniu na niedzielno-poniedziałkową północ, czyli porę, w której rozpocznie się tradycyjne nadwiślańskie obrzucanie sąsiadów racami.

Do Siego Roku!

Ruch Chorzów do 15 stycznia musi spłacić pół miliona złotych byłym piłkarzom i trenerom, a jeśli tego nie zrobi straci licencję na dalszą grę w Nice I lidze. Niebieskim znów więc zajrzał krach w oczy, ale powodów do paniki chyba tym razem nie ma, bo wspomnianą kwotę można przecież „pożyczyć” z 800.000 zł, jakie przewidziano (a więc zapewne także zabezpieczono) na premię za awans do Ekstraklasy. Co prawda złośliwcy twierdzili, że równie dobrze można było obiecać każdemu piłkarzowi po prywatnym odrzutowcu, ale trudno przecież podejrzewać szefa klubu z Cichej, że premie zostały ogłoszone tylko po to, aby zarobić odsłony w mediach społecznościowych. I że w rzeczywistości żadne pliki banknotów deklarowanych na wypadek zrealizowania misji niemożliwej tak naprawdę nie istnieją.

Pytanie jak wygląda prawda na pewno jest frapujące, jednak przyznam się, że w kontekście Ruchu znacznie ciekawsza wydaje mi się inna kwestia. A mianowicie taka, kto będzie dziś czekał z kwiatami pod aresztem, z którego ma wyjść na wolność były prezes Niebieskich, Dariusz S. Od dawna przecież wiadomo, że przyjaciół poznaje się w biedzie, a trzeba przyznać, że były członek rady nadzorczej Ekstraklasy wpadł w biedę nie lada. Biorąc pod uwagę wianuszek wielbicieli z różnych środowisk – także, co tu ukrywać, medialnych – którzy towarzyszyli mu w dawnych lepszych czasach i na ziemi rodzimej, i obcej, można się dziś spodziewać pokaźnego komitetu powitalnego. W przeciwnym wypadku moja opinia o ludziach, których mam w tym wątku na myśli, z pewnością ulegnie jakościowej zmianie…

Być może zadajecie sobie pytanie jak wstęp tego tekstu ma się do jego rozwinięcia, ale sądzę, że jest to nić bardzo logiczna. Przecież to właśnie kreatywne działania Dariusza S. wytyczyły szlak, jakim obecnie podąża Ruch. A samo niedawne ogłoszenie wysokości wspomnianej premii za awans to posunięcie, jakiego S. też by się nie powstydził.