Archiwa tagu: blog piłkarski

Legia to polski klub, więc trzeba jej życzyć dobrze, ale bardziej lubię Arka Milika. No, ale to nie wypada tak mówić, więc może niech pan napisze tak: chciałbym, aby Arek strzelił gola, a Legia awansowała. Tak wyglądało 90 procent rozmów z różnejmaści śląskimi ekspertami w kontekście rywalizacji mistrzów kraju z Ajaxem Amsterdam. Krótko mówiąc: poprawność polityczna w najczystszej, a więc krystalicznie absurdalnej formie. Bo prawda wypływała na wierzch wtedy, gdy miejsce wyrachowania zajęły emocje. W momencie, gdy Milik strzelił Legii gola w Amsterdamie, Twitter eksplodował i… pękł. Warszawa załkała, za to znaczna część Polski nie kryła swoich uczuć – radosnego emotikona umieścił na swoim oficjalnym profilu m.in. Górnik Zabrze. I wcale się później tego nie wstydził…

Bo też powodu do wstydu nie było. Sport – zwłaszcza dla kibiców, którzy nie czerpią z niego profitów – to zabawa i emocje. A już zwłaszcza ten w wydaniu klubowym, gdzie po boisku i tak biega cały konglomerat narodowości, więc w  przeciwieństwie do występów reprezentacji, patriotyzm staje się rzeczą co najwyżej umowną, a na pewno ulotną. Zresztą Milik też jest Polakiem i w dodatku niezwykle ważnym ogniwem zespołu Nawałki, więc jego forma była w tych konfrontacjach ważniejsza niż dyspozycja Legii jako takiej… Przede wszystkim jednak spójrzcie prawdzie w oczy: jaki interes w  międzynarodowych sukcesach Legii mają nie tylko Górnik, Ruch, Piast czy Podbeskidzie, ale i jakikolwiek inny klub ekstraklasy? Jej wygrane w Europie oznaczają przecież pokaźne premie finansowe, a więc jeszcze większą różnicę potencjałów, jeszcze mniejsze szanse, by wyrwać jej mistrzowski tytuł. Nawoływanie z Warszawy, by kibicować Legii, jest w tym kontekście przejawem hipokryzji. Tym większej, że doprawdy trudno przypomnieć sobie wsparcie stołecznych mediów dla pozostałych pucharowi-czów, wobec których nie unikano za to złośliwości po ich blamażach, z uznawanym za konkurenta numer jeden, poznańskim Lechem na czele.

W całej sprawie jest jeszcze drugie dno. A mianowicie sam klub mistrzów Polski i jego otoczka. Zarówno ta historyczna, związana z przymusowym pseudowojskowym drenażem talentów z całej Polski, jak i najnowsza, oparta na niezmierzonej, przekraczającej granice buty, pewności siebie prezesa Bogusława Leśnodorskiego. Na pocieszenie Legii (która go jednak nie potrzebuje, bo przecież w roli czarnego charakteru występuje od lat) pozostaje świadomość, że taki jest już los naprawdę wielkich: budzą albo miłość, albo strach, albo nienawiść. Na obojętność nie ma wokół nich miejsca.

Wracając do głównego wątku. Najbardziej radykalnym przykładem skomplikowanych stosunków warszawsko-resztopolskich była słynna wpadka Legii w meczu z  Celtikiem, która kosztowała mistrzów Polski udział w ostatniej rundzie kwalifikacji Ligi Mistrzów (a nie w samej LM, co było najpowszechniej stosowanym skrótem myślowym w  dziejach polskiej piłki). Na tle stołecznej histerii tym wyraźniej jawiła się obojętność i pozbawione emocji relacjonowanie afery w niemal wszystkich pozostałych regionach.

Reasumując. Nie widzę niczego złego w kibicowaniu nie mistrzom Polski, a ich rywalom, zwłaszcza jeśli wśród nich po boisku biega nie tylko Polak, ale i Ślązak z krwi i kości. I to taki, który strzelił gola Niemcom, a kilkanaście tygodni później został niepatriotycznie zelżony przez fanów tejże Legii, dla których nie miało znaczenia to, że był ich jedynym rodakiem w meczu ligi holenderskiej.

Kiedyś o najciekawszych plotkach, tudzież spiskowych teoriach, najgłośniej ćwierkały wróble na dachu. Czasy się nieco zmieniły, technika poszła do przodu, ale ćwierkanie nie milknie.Tym razem dochodzi jednak – jakżeby inaczej – prosto z  Twittera.
Przeglądając wpisy trafiłem ostatnio na taki, który mnie zafrapował. Dotyczył mianowicie roszad na trenerskich ławkach.  Autor zasugerował, że w ekstraklasie powstała spółdzielnia, do której należą prezesi kilku klubów. Dokładnie rzecz biorąc chodzi o to, że jeśli prezes X chce zwolnić szkoleniowca, to najpierw dzwoni do kolegi Y, czy ten by go za chwilę nie zatrudnił, co zwalniałoby klub X-a z konieczności opłacania byłego już trenera do  końca lekkomyślnie podpisanego niegdyś kontraktu. Y ma już co prawda ławkę zajętą, ale w końcu on też może do kogoś zadzwonić, albo po  prostu stać go akurat na spłacanie swojego coacha, które może mu się i tak de facto bardziej opłacać, bo za tę przysługę X umorzy Y część długów za niespłacony transfer lub pomoże w kontaktach biznesowych.
Jak w każdej spiskowej teorii, także w tej wszystko oparte jest na pasującym autorom poszlakach, tworzących całkiem zgrabny wykres, ale twardych dowodów oczywiście nie ma. Tym niemniej rzecz powinna dawać do myślenia. Także trenerom, bo gdyby okazała się prawdziwa, oznaczałaby, że ta cała karuzela wcale nie kręci się tak przypadkowo, jak mogłoby się to dotychczas wydawać.

Szczerze mówiąc nie wiem, czy Jan Kocian dostanie w poniedziałek w Ruchu Chorzów wypowiedzenie, czy też cała ta historia okaże się jedynie dziennikarską kaczką, ale już sam fakt, że taki wariant jest brany pod  uwagę, skłania do refleksji. To jasny sygnał, że w polskiej ekstraklasie najbezpieczniejsza jest bylejakość i  przeciętność. Gdyby  w poprzednim sezonie Słowak finiszował z Niebieskimi na piątym albo szóstym miejscu, albo gdyby odpadł z  nimi już w pierwszej rundzie Ligi Europejskiej, pewnie o swoją posadę nie musiałby się martwić. A tak sam zgotował sobie kłopot.
Jasne, że kibice mają wielkie oczekiwania, w dodatku Kocian sam zaostrzył ich apetyty. Prawda jest jednak taka, że firmowany przez niego sukces przerósł klub, w którym przyszło mu pracować. Wąska kadra, pustki w kasie, przestarzały stadion – europejskie puchary, zwłaszcza bez profitów za  transmisje telewizyjne, były dla chorzowian niczym kwiatek do  kożucha. I teraz Niebiescy dostają za tę „fanaberię” słony rachunek.
Pytanie oczywiście brzmi: czy Kocian jest w stanie wyciągnąć drużynę z dołka, a  przede wszystkim czy chce tego sama drużyna? Odpowiedź stanowi tajemnicę szatni. Jest jednak w  tej historii coś pocieszającego. Po przegranych Wielkich Der-bach Śląska kibice Ruchu długo skandowali imię i nazwisko szkoleniowca. Ten sygnał powinien dać piłkarzom do  myślenia. I prezesowi Ruchu również. Bo z pustego i Salomon może nie naleje, ale warto przynajmniej tego Salomona mieć.