Archiwa tagu: blog sportowy

Jeśli ktoś jeszcze miał wątpliwości, że świat sportu stanowi w dużej mierze odzwierciedlenie świata polityki (i vice versa), to zapewne definitywnie się ich pozbył obserwując wydarzenia związane z wyborem władz śląskiej metropolii. Wystarczyło zostawić nasz region sam sobie, by błyskawicznie i samoistnie zamienił się w piekiełko.

Tak samo dzieje się na boiskach. Ileż to już razy próbowano zawiązać śląską koalicję, która miała przyciągnąć do regionu potężnych sponsorów? Ile było prób doprowadzenia do wspólnych działań (np. wylotów na zgrupowania), które pozwoliłyby zaoszczędzić nieco pieniędzy z pustawych kas? Jak barwne toczono ambicjonalne wojenki pomiędzy szefami klubów (pamiętacie niewpuszczenie prezesa Odry Wodzisław na stadion Górnika Zabrze? A Niderlandy ofiarowane przez Łukasza Mazura Dariuszowi Smagorowiczowi w zamian za prawo gry na Stadionie Śląskim?). No i do tego wymuszane przez środowiska kibicowskie stadionowe inwestycyjne rozpasanie, bo rzekomo piłkarze dwóch klubów, które dzieli kilkanaście kilometrów, nie mogą biegać po tej samej zielonej murawie, a ich fani sadzać swojego końca pleców na tych samych krzesełkach (w odstępie kilku dni rzecz jasna, nie równocześnie).

Jest więc coś niemal symbolicznego w tym, że tuż po ogłoszeniu współpracy pomiędzy dwoma katowickimi klubami – GKS-em i Rozwojem – prezes tego drugiego zrezygnował z posady. Jasne, że jedno z drugim nie miało przyczynowo-skutkowego związku, jednak puste krzesło, jakie pozostało po jednej ze stron, ma wymiar więcej niż symboliczny. I to w ponadmiejskim, lokalnym wymiarze. Doprawdy trzeba uznać za cud, że Sosnowiec wciąż nie domaga się zmiany nazwy Śląskiego Związku Piłki Nożnej pod groźbą wycofania się z jego struktur…

Podobno u innych najbardziej drażnią nas cechy i  zachowania, które sami posiadamy. To psychologiczne spostrzeżenie potwierdził po  przedostatniej kolejce ekstraklasy Henning Berg. Trener Legii Warszawa miał otóż wielkie pretensje do szkoleniowców Górnika Zabrze, że w spotkaniu z Lechem Poznań (zakończonym kompromitującym laniem) wystawili do gry skład, który on uznał za daleki od optymalnego. Norweg najwyraźniej zapomniał, że to on zaświecił takim przykładem całej lidze, stawiając – w okresie, gdy tytuł wydawał mu się formalnością – na co rusz inną jedenastkę, za co zapłacił długoterminowo równie opłakany rachunek co zabrzanie jednorazowo.

Wydarzenia na Roosevelta rozbudziły też dyskusje o czystości rozgrywek. W opinii zwolenników takiej tezy  Górnik miał Lechowi ułatwić sprawę, kładąc się na ołtarzu wyższej racji, a więc uniemożliwienia zdobycia tytułu przez Legię. Nikt jednak przy okazji nie wspomniał, że to pewni siebie obrońcy tytułu sami zgotowali sobie taki los, że stali się zależni od innych. Gdyby nie to, teoria straciłaby wątpliwy urok względności, czyli kontekstu sytuacji w tabeli.

Ubocznym efektem płaczu Berga była dodatkowa mobilizacja w zespole Górnika przed ostatnim meczem na Łazienkowskiej. Józef Dankowski i Robert Warzycha posłali do  boju to, co mieli najlepszego. I  tak skończyło się porażką, co dodatkowo podważyło tezę Norwega.

Tymoteusz Świątek. Tak się nazywa człowiek, który stał się twarzą walk w klatce. Twarzą rozbitą, zakrwawioną  i pozbawioną przytomności. Twarzą kopaną, tłamszoną, niszczoną. Wreszcie wyniesioną na noszach.

Nigdy nie ukrywałem obrzydzenia mieszanymi sztukami walki, uznając, że sport kończy się daleko przed  tą granicą, za którą można kopać leżącego ku uciesze gawiedzi. Zresztą także mi obcej mentalnie, zwłaszcza, gdy słyszałem, jakie zachwyty wzbudzały wśród niej akcje z walki wspomnianego Świątka, gdy Victor Marinho wspierał się na jego ramionach i traktując je jako podparcie uderzał kolanami w głowę Polaka. Po ponad dwudziestu latach oglądania walk bokserskich nie mogę zaakceptować tego, że największe protesty wywołuje nie wizja utraty zdrowia jednego z  uczestników cyrku, a komenda stop, powstrzymująca rzeź. Komenda , która w przypadku wrocławskiej – tak zwanej – gali FEN6 ani z ust sędziego, ani z narożnika Świątka nie padła. Warto się zastanowić czy nie jest to sprawa dla prokuratora? Czy nie mieliśmy do czynienia z  bezczynnością świadków, graniczącą ze współuczestnictwem w ciężkim pobiciu?

Wiem, że sam Świątek, gdy już doszedł do siebie, stwierdził, że jego walk przerwać nie można, pewnie w myśl wypaczonej zasady „maszeruj albo giń”.  Ale obserwując to, co działo się w klatce, jego wypowiedź traktowałbym nie jako deklarację, a raczej efekt szoku i wstrząśnienia mózgu. Poza tym chciałbym usłyszeć co o tych słowach sądzi jego dziewczyna, której po początkowym zachwycie widniejącym na jej obliczu przerażeniem, kamery telewizyjne zaczęły nagle unikać.

A propos mediów. Przy okazji na szczyt hipokryzji wznieśli się komentatorzy stacji Polsat Sport. Ich dramatyczny apel „przerwijcie to wreszcie!” poprzedziły przecież kilkuminutowe zachwyty nad  duchem walki pana Tymo-teusza, który pod lawiną uderzeń wciąż stał na nogach. – Portugalczyk pewnie wciąż się zastanawia, jakim cudem Świątek się nie przewraca – ekscytowali się panowie, chociaż widać było, że sam zainteresowany nie potrafi tego wytłumaczyć, bo nie jest już świadomy ani tego gdzie jest, ani tego, co robi. Za to jak już się przewrócił, to powiało grozą.

Nic na to nie poradzę, że nie porywają mnie ani Pudzia-nowski, ani Hardcorowy Koksu. Uważam też, że występy w tym cyrku prawdziwych sportowców pokroju Pawła Nastuli niszczą ich legendę bez względu na wyniki potyczek w klatce. Po prostu widzę, że kilkunastu facetów znalazło sposób, by zarobić na tym, co podczas każdego weekendu i  tak dzieje się pod dyskotekami, za stodołami i na  kibolskich ustawkach. A ponieważ trafili na masy, które za to płacą, powstał lukratywny biznes.

I tu jest chyba właśnie pies pogrzebany. Ci, którzy wchodzili jako pierwsi, wiedzieli, że podejmują ryzyko, musieli więc też dbać – we własnym interesie – o zdrowie zawodników. Następni, w myśl zasady, że gorszy pieniądz wypiera lepszy, muszą znaleźć coś większego, mocniejszego i, bo to sprzedaje się najlepiej – brutalniejszego. Więcej możliwych ciosów, jeszcze, o ile to możliwe, mniej reguł, jak najwięcej krwi i nokautów. Bo poprzeczkę trzeba podnieść, bo „targetowi” trzeba dać sygnał: reszta to mięczaki, tylko u nas zobaczysz prawdziwy show.

Po przedstawieniu z udziałem Świątka ludzie myślący zadają sobie jednak pytanie. Co czeka nas na końcu tej drogi? Odpowiedź może być przerażająca: śmierć na żywo, miliony odsłon na youtubie, powtórki, zdjęcia, łzy, procesy, brukowce, może książki. Czyli coś w stylu Mamy Madzi w stroju kąpielowym na białym koniu. Naprawdę tego chcecie?

To nie była kompromitacja – rzekł Mariusz Rumak po porażce Lecha Poznań z estońskim Nomme Kalju. Gdy przeczytałem te słowa, w pierwszym odruchu zacząłem się śmiać. No cóż, nie od dziś wiadomo, że polska myśl szkoleniowa od wielu lat największe sukcesy święci właśnie w  przemowach jej przedstawicieli , a trener wicemistrzów kraju jest po  prostu jej godnym przedstawicielem.
Plo chwili dopadła mnie jednak refleksja. A może właściwie Rumak miał rację? Skoro Polska do europejskiego przedpokoju wpycha kluby zajmujące w rankingu UEFA miejsca 98 (Lech), 108 (Legia), 227 (Ruch) i 293 (Zawisza), podczas gdy poza Zulte Waregem (132), cała pozostała trójka ich rywali mieści się pomiędzy 308 i 348 miejscem, to czy to jest przepaść, po wpadnięciu w którą faktycznie należy mówić o kompromitacji?

Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej przyznawałem trenerowi Lecha rację. Po prostu on, w przeciwieństwie do wielu rodaków, nie buja w obłokach i wie,  jaki jest obecnie potencjał futbolu kraju nad Wisłą. Ano taki, że dla nas rzeczywiście nie ma już słabych rywali, za to my jesteśmy na liście marzeń wszystkich uczestników przedprzedprzed-wstępnych faz, tylko grzecz-nościowo nazywanych już oficjalnie europejskimi pucharami.

Niezależnie od tego, jak skończą się te kabaretowe występy – przepraszam za wyrażenie – eksportowego kwartetu, dla mnie oczywiste jest jedno: jeśli ktokolwiek w polskiej piłce się kompromituje, to tym kimś są szefowie klubów. To nie wina piłkarzy, że grają tak jak grają, ani nawet trenerów, że szkolą tak jak szkolą. Oni po prostu inaczej nie potrafią. Ale to wy podpisujecie z tymi nieudacznikami horrendalne kontrakty (przy okazji ciągnąc na dno cały klub), wbijając ich w dumę i w poczucie wyjątkowości. I właśnie to ten uprawiany przez was proceder jest największą patologią polskiej piłki. W dodatku głęboko zakorzenioną, o czym świadczy fakt, że większy szok w środowisku wywołuje informacja o zaledwie 8 tysiącach złotych, jakie zarabia największy krezus estońskich pogromców Lecha, a nie raport EY iEkstraklasy, z którego wynika, że niektóre kluby na same pensje wydają więcej niż zarabiają! A propos: trener Franciszek Smuda „zadziwiony” sytuacją finansową Wisły zapowiedział, że w razie potrzeby piłkarze będą przez jakiś czas grać za darmo. Po pierwsze w tym kraju nie jest to możliwe (chyba, że przejdziecie na wolontariat), a po drugie jakoś nie wpadł na pomysł, że lekarstwem na zapaść mogłoby być dobrowolne obniżenie kontraktów np o 75 procent…

Na koniec mam jeszcze drobny apel do swoich kolegów po fachu. Nie piszcie więcej proszę, że Ruch wygrywając 3:2 z zespołem z Liechtensteinu uratował honor polskiej piłki.  Może jestem starej (no dobra, średniostarej) daty, ale dla mnie słowo honor nigdy nie powinno być sprowadzane do poziomu trawnika. Nieważne nawet czy w pełni zielonego, czy też zarażonego jakimś patogenem.

La, la, la, la, laaaa – tak brzmi najnowszy hit youtube’a i nie jest to zapis piosenki kolejnej wyplutej przez telewizyjne show gwiazdki, ale okrzyk radości wyartykułowany przez ukraińskiego komentatora, gdy piłka wpadła do rosyjskiej bramki.
Internet stał się narzędziem, w którym emocje znajdują nowy wymiar. Ich przejawem są na przykład tak zwane memy, czyli sfabrykowane obrazki z  mniej lub bardziej dowcipnym podpisem. W ostatnich godzinach najczęściej rozpowszechniany był wizerunek Władimira Putina, skradającego się z flintą przez krzaki w kierunku Belgii, oraz przywódcy Korei Północnej w szalikuAlgierii.
Podszczypywania, ironia, szydercze rysunki i tytuły w  gazetach: to także od zawsze towarzyszy piłkarskim emocjom. Do  prawdziwej wojny futbolowej jest jednak na szczęście daleko.

Polska istnieje tylko teoretycznie. Szkoda, że niejaki Sienkiewicz nie został rzucony na odcinek sportu, bo tym jednym zdaniem mógł przejść do historii jako autor najlepszej definicji miejsca zajmowanego na globalnej mapie futbolu przez kraj nad Wisłą. Ba, kolejnym bon motem „ch…, d… i kamieni kupa” trafiłby z kolei w samo sedno stanu, w jakim znajduje się Stadion Śląski.
Tym niemniej i tak w całej tej aferze znalazł się przypadkowy wątek piłkarski. Właścicielem restauracji, w której miało dojść do nagrań, jest wszak Robert Sowa, szerzej znany jako mistrz patelni, który gotował polskim kadrowiczom w czasie mundialu w 2002 roku.
Teraz biało-czerwonych na  mistrzostwach nie ma, więc urządzono nam igrzyska zastępcze. W przeciwieństwie do tych prawdziwych, tutaj wszyscy uczestnicy powinni zostać wyrzuceni z boiska.

Ceremonia otwarcia podobno była. Podobno, bo w TVP akurat jej nie było. Widać plamy na słońcu wolały słuchać Jacka Gmocha. No cóż, z kosmosem wygrać się nie da. Publiczna szybko jednak się uczy, więc przez kilkanaście minut pierwszego meczu wykorzystała szybkość dźwięku do tego stopnia, że ten wyprzedzał nawet światło, czyli obraz. W akcie trzecim niezwykłego spektaklu TVP przeniosła się na plażę, gdzie redaktor Kurzajewski wypytywał Marylę Rodowicz m.in. o to, jak rozłożyć nie leżak, co byłoby zrozumiałe, ale… siły na mundialu. W ten sposób plaża zyskała nowe znaczenie – umysłowej pustki aż po horyzont.

Pojęcie Klubu Kokosa narodziło się w Polonii Warszawa. Stanowiło kaprys ówczesnego właściciela klubu, Józefa Wojciechowskiego i oznaczało grupę, do której zsyłano piłkarzy niechcianych, a którym jednak wciąż trzeba było płacić. Obecnie najliczniejszy Klub Kokosa tworzą trenerzy. Zwolnieni szkoleniowcy nadal bowiem pozostają – do końca kontraktów – na utrzymaniu byłych już pracodawców. Tylko w obecnym sezonie w takiej sytuacji znalazło się czternaście osób, a kolejne dołączą do nich lada dzień. Ba, czasami dochodzi do absurdalnych sytuacji, takich, jak ta w Górniku Zabrze, gdzie niewiele brakowało, a zwolnionego Ryszarda Wieczorka poproszono by o firmowanie swoim nazwiskiem wyników zespołu prowadzonego już przez nieposiadającego licencji Roberta Warzychę. W skrajnych przypadkach w jednym klubie opłaca się nawet trzech trenerów – aktualnego i jego dwóch poprzedników. Prezesi często podkreślają, że dla mikrych budżetów to bolesne obciążenie. Jest jednak w tym wszystkim haczyk, a nawert hak. To wy, panowie prezesi, podpisujecie te umowy, nie przejmując się przyszłością, bo przecież i tak istnieje duża szansa, że żabę będą musieli zjeść wasi następcy. Wciąż nie wyciągnęliście wnios-ków z kabaretowej historii z krakowskiej Wisły, gdzie Henryk Kasperczak przychodził poczytać gazety, żeby nie dać pracodawcy pretekstu do działań dyscyplinarnych, oznaczających dla niego koniec wypłat. Dlatego, gdy słyszę o umowach, jakie zawieracie z trenerami na kilka lat, już wiem, jaki będzie ich finał. A wy naprawdę nie wiecie?

Polska rozbiła olimpijski bank. Ale czy na pewno Polska? Owszem, w przypadku skoków widać, jak ważne i opłacalne było stworzenie profesjonalnej bazy i spójnego systemu szkolenia młodzieży. Ale skąd w takim razie wzięli się Justyna Kowalczyk i Zbigniew Bródka?
W ich specjalnościach, zwłaszcza u podstaw piramidy, ale i na jej szczycie też, są problemy z miejscami do treningów, z pieniędzmi dla trenerów. Dlatego ciesząc się z ich sukcesów miejmy świadomość, że te medale są przede wszystkim ich, a nie nasze.

Adam Małysz wielkim sportowcem jest – to nie podlega żadnej dyskusji. Podobnie jak to, że dzięki swoim sukcesom stał się jednym z  najbardziej pożądanych nośników reklamowych dla wielu firm.
O ile jednak w warunkach polowych oklejanie się przez gwiazdy plakietkami z nazwami sponsorów stało się czymś naturalnym, to widok Orła z  Wisły zamienionego w żywy słup reklamowy, jaki zobaczyliśmy w studiu TVP w minioną niedzielę, był estetycznym szokiem –  gigantycznej wielkości naszywki na eleganckiej koszuli jako żywo przypominały szyldy szpecące ulice miast.
Być może przyjście w takim stroju było warunkiem, pod jakim Małysz w ogóle zdecydował się na tę wizytę. Pytanie jednak brzmi: dlaczego TVP tym, razem nie zamieściła jaskrawej informacji o lokowaniu produktu lub nie zdecydowała się pokazywać byłego skoczka tylko od szyi w górę? Wtedy i wilk byłby syty, i owca cała.