Archiwa tagu: blogi o piłce

Czy wiecie Państwo jak brzmi imię i nazwisko najważniejszej postaci światowej piłki? Takiej, która ma realny wpływ na jej rozwój zarówno sportowy, jak i strukturalny? Nie, to nie Gianni Infantino, a już na pewno nie Aleksander Ceferin… Władimir Putin też nie. Prawidłowa odpowiedź brzmi: Xi Jinping, przewodniczący Chińskiej Republiki Ludowej.

Mister Jinping przeprowadza właśnie rewolucję porównywalną – aczkolwiek w wydaniu bezkrwawym- jedynie z tą kulturalną, autorstwa Mao Zedonga. Przywódca Chin w 2015 roku postanowił, że futbol za Wielkim Murem stanie się potęgą i w tym celu opracował liczący 50 punktów plan, który naród pod światłym przewodnictwem partii skrupulatnie realizuje. Kopanie piłki stało się obowiązkowe w szkołach podstawowych i średnich, założono kilkanaście tysięcy szkółek z dobrze opłacanymi trenerami, a efektem szkolenia ma być wstrzyknięcie do chińskiego obiegu kilkudziesięciu tysięcy piłkarzy.

Za pracą u podstaw idą cele globalne, ale również skrupulatnie rozpisane. Docelowo Chińczycy mają zorganizować mistrzostwa świata, jednak dopiero wtedy, gdy pojawi się granicząca z pewnością szansa, że je wygrają. Przewodniczący Jinping w tym roku będzie obchodził 64 urodziny, mundiale na najbliższe pięć lat są już zarezerwowane, a ten z 2026 wykupią podobno Amerykanie, więc realizację wielkiego planu przewidziano zapewne na 2030.

Przewodniczący swoim sokolim okiem dostrzega już jednak poważne problemy – reprezentacja w eliminacjach do Rosji 2018 wciąż zbiera cięgi i już w marcu straci szanse na awans. Konieczne jest zatem przyspieszenie. I właśnie dlatego bite są kolejne rekordy transferowe i płacowe, które wykraczają daleko za granice rozsądku. Kolejne kroki też wydają się oczywiste – najpierw Chińczycy zniosą limit obcokrajowców w klubach, a potem zaczną ich naturalizować niczym Katar szczypiornistów. Bo jak się nie ma co się lubi, to się kupuje co się da. I wbrew reklamie za wszystko da się zapłacić złotą kartą, a już za uśmiech przewodniczącego Jinpinga na pewno.

Na początek – jak przystało na świąteczny felieton – dobra wiadomość. Już za sześć lat przy wigilijnym stole głównym tematem rodzinnych dyskusji nie będzie polityka. W grudniu 2022 roku będziemy się bowiem emocjonować przede wszystkim świeżo zakończonym mundialem w Katarze.

Być może taka futurologia jest nieco ryzykowna, ale mimo wszystko stanowi jakieś pocieszenie w sytuacji obecnie panującego kociokwiku nad Wisłą. No i dotyczy wydarzenia, o którym już jest głośno. Takiej reklamy nie miał przecież żaden z dotychczasowych mundiali. Tyle że teraz już będzie mniej optymistycznie, bo elementami tej reklamy są przede wszystkim proceder korupcyjny towarzyszący wyborowi gospodarza mistrzostw, problem panujących w tym kraju temperatur, wyzysk ubogich na budowach stadionów oraz przesunięcie terminu rozgrywek na koniec roku, co sparaliżuje i zdezorganizuje ligowe zmagania na całym świecie. A to wszystko stanowi dopiero wierzchołek góry lodowej.

Bo największym problemem będą dwie kwestie stanowiące dla kibiców wartości nadrzędne, niezbywalne i nienaruszalne niczym konstytucja w cywilizowanych stronach świata. Chodzi mianowicie o piwo i swobodny ubiór, ze szczególnym uwzględnieniem płci przeciwnej, czyli tak zwanej pięknej. A tak się składa, że obie te kategorie w Katarze są niemile widziane ze względu na panujące tam obyczaje związane z religią – alkohol i odsłonięte powierzchnie kobiecego ciała, chociażby były to ciała kibicek w stylu Natalii Siwiec, są sprzeczne z zaleceniami tradycji muzułmańskiej.

Wygląda więc na to, że FIFA wpadła we własne komercyjne sidła, tym bardziej że pochodzące z alkoholowego źródła fundusze stanowią istotną część budżetu turnieju, a za względów reklamowo-marketingowych sprawy nie rozwiąże nawet zastąpienie ich zastrzykami z portmonetek szejków. Nietrudno też sobie wyobrazić, że przymusowe zakrywanie ramion, dekoltów i nóg spotka się ze zdecydowanym odporem sporej części fanów, których najazd i tak będzie dla Katarczyków stanowił poważny wstrząs kulturowy…

Jak z tego wybrnie federacja, zobaczymy za wspomniane sześć lat, a na razie życzę Państwu (i korzystając z okazji także sobie) spokojnych Świąt, podczas których oby niczego Wam (i Nam) nie zabrakło!

Kobieta lekkich obyczajów, nawet najbłyskotliwsza z błyskotliwych, nigdy już nie wróci do grona dziewic z kółka różańcowego. Nie powinniśmy więc dziwić się zakłopotanym licom bossów Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, którzy woleli tchórzliwie umyć ręce niż wydać jednoznaczny wyrok w sprawie Rosjan.

Bo jakie prawo moralne do karania oszustów ma instytucja, której cała seria decyzji budzi etyczne zastrzeżenia? Czy oddanie olimpijskiego ognia Pekinowi, w którym prawa człowieka łamane są bynajmniej nie tylko poprzez zablokowanie mu dostępu do Facebooka, było przejawem krystalicznej czystości myśli i uczynków? A pozwolenie Władimirowi Putinowi na urządzenie potrzebnych mu wizerunkowo igrzysk w Soczi było gestem litości czy cynicznej kalkulacji, w której przeważyły tony dolarów, jakie wpompowano w miejsce, niemające żadnych predyspozycji do zimowych harców? No i niby jak tu teraz ugryźć tę rękę, która karmiła wtedy ruch olimpijski?

Rosyjski przemysł dopingowy mnie brzydzi. Oszustwo zawsze takim pozostanie, nawet jeśli jest wyrafinowane i wyjątkowo sprytnie zorganizowane. Ale czy ktokolwiek wierzy w to, że tylko zielone ludziki z naszego wschodu manipulowały próbkami, a więc de facto wynikami i podziałem medali? Zresztą zadajmy sobie pytanie pierwsze z brzegu: gdzie dziś znajdują się hurtowi chińscy mistrzowie olimpijscy z 2008 roku?

Proceder związany z weryfikacją wyników imprez, które dawno się już zakończyły, staje się wstydliwą tradycją w zabawie w policjantów i złodziei (tych ostatnich w dużej mierze zainspirował zresztą sam MKOl, komercjalizując swoich pięć kółek do granic szaleństwa). Weryfikacje wyników, odbieranie trofeów i dyskwalifikacje poniewczasie to jednak broń umiarkowanie skuteczna. Skuteczniejszy – i w dodatku prewencyjny – byłby całkowity zakaz udziału w igrzyskach dla sportowców, którym chociaż raz udowodniono stosowanie niedozwolonego wspomagania. Ale powinien być stosowany tylko indywidualnie i sprawiedliwie, to znaczy zawsze i wobec wszystkich, bez względu na godło widniejące na ich paszportach.

W strefie mieszanej, czyli tam, gdzie dziennikarze mogą porozmawiać z piłkarzami, w czwartek w nocy duma łączyła się z żalem. Bo ćwierćfinał to sukces bez precedensu, ale wszyscy mieli świadomość, że być może uciekła im niepowtarzalna życiowa szansa.

Sam selekcjoner podkreślał, że co prawda coś się skończyło, ale jednocześnie coś się zaczyna. Bo jego zdaniem przed tą grupą ludzi jest przyszłość. Jest jednak na tej optymistycznej tezie smuga cienia: podstawowa kadra jest wąska, a od ławki rezerwowych dzieli ją znacznie więcej niż kilkadziesiąt centymetrów trawnika.

Powyższy problem na pewno będzie męczył Nawałkę po nocach, ale istnieje też powód do optymizmu: obecna reprezentacja dała impuls do przyśpieszenia ewolucji polskiej piłki, co zwiększa szansę na odkrycie następców obecnych gwiazd i pozwoli nieco zniwelować rów, który dzielił mecz kadry od blamaży Cracovii i Zagłębia Lubin w przedpokoju europejskich pucharów.

Na pocieszenie warto też sobie przypomnieć zasady obowiązujące w lekkiej atletyce, gdzie rekordy świata bije się – także z koniunkturalnych względów – nie o metry, ale o centymetry. A polska reprezentacja we Francji wskoczyła na znacznie wyższy niż dotychczas poziom, pozostawiając jednak sobie całkiem spore rezerwy. Teraz chodzi już tylko o to, by – parafrazując Wojciecha Młynarskiego – niczego w tej kwestii nie spieprzyć.

Tak się złożyło, że w ciągu ostatnich trzech tygodni reprezentacja Polski rozegrała co najmniej tyle samo najważniejszych meczów w swojej historii, co od początku roku stoczono walk stulecia w boksie zawodowym. Dziś zostanie do tej kroniki dopisany kolejny rozdział: Biało-czerwoni staną przed szansą wejścia do najlepszej czwórki Starego Kontynentu.

Tak się złożyło, że scenerią potyczki z Portugalczykami będzie Marsylia. Miasto wyjątkowe, założone przez Greków w VI w. przed naszą erą, dziś stanowiące konglomerat wielu kultur (co w kilku dzielnicach przybrało jednak formę patologiczną) i mające stałe miejsce nie tylko na mapie turystycznej, ale także filmowej.

Bo przecież właśnie Marsylia jest jednym z głównych planów legendarnego „Francuskiego łącznika”, który powstał wtedy, gdy polska piłka święciła swoje największe triumfy. W czwartek śródziemnomorski port może się stać łącznikiem dosłownie i połączyć epokę Orłów prowadzonych przez Kazimierza Górskiego, a później Antoniego Piechniczka, z teraźniejszością. Na taki pomost czekamy już ponad trzydzieści lat.

Oprócz pokaźnej gotówki i jeszcze większej chwały na Euro można zdobyć – niczym w teleturnieju – także nagrody rzeczowe. Jedna z nich czeka na zespoły rozgrywające swoje mecze w Marsylii, o ile oczywiście ktoś z reprezentacyjnej ekipy pofatyguje się na zakupy.

Ta unikatowa pamiątka to… mydło. Marsylia słynie z pachnących kostek (to oczywiście uproszczenie, bo kształtów, barw, zapachów oraz rozmiarów jest bez liku) i potrafi się nimi chwalić. Tuż przy Starym Porcie, w turystycznym epicentrum, znajduje się muzeum dedykowane sztuce mydlanej produkcji, a obok umiejscowiono firmowy sklep przyciągający uwagę wystawą z naturalną wielkości figurą rybaka w łodzi wypełnionej kolorowymi produktami.

Z okazji mistrzostw Europy można tam kupić między innymi fioletowe kostki mydła z wyżłobionymi nazwami drużyn występujących na Stade Velodrome. Taka oryginalna pamiątka kosztuje 3,5 euro za sztukę. Dzięki awansowi do ćwierćfinału Polska będzie pierwszym krajem, którego nazwa pojawi się na pachnącym gadżecie dwukrotnie. Kibice biało-czerwonych ponownie pojawią się więc we wspomnianym sklepie, ale żaden z nich nie miałby pewnie nic przeciwko temu, by do domu przywieźć także marionetkę, z których słynie półfinałowy Lyon.

Nie od dziś wiadomo, że w Polsce żyje kilkanaście milionów selekcjonerów piłkarskiej reprezentacji. Do tej pory ich życie było proste. Wyniki kadry dowodziły przecież, że każdy z nich podjąłby lepsze decyzje niż siedzący na realnej ławce facet zarabiający kilkadziesiąt tysięcy złotówek miesięcznie.

Adam Nawałka niestety tę narodową zabawę popsuł. I to w sposób perfidny. Bo na przykład nie tylko nad Wisłą, ale też na trybunach w Saint-Etienne, nie było chyba nikogo, kto nie byłby przekonany, że tak długie wstrzymywanie się ze zmianami to prosta droga do porażki. Tymczasem cel po raz kolejny uświęcił środki, a selekcjoner ze stoickim spokojem, tak jak było to po poprzednich występach na Euro, po prostu oświadczył, że plan został zrealizowany. Że nawet wtedy, gdy było źle, to było dobrze, bo czasem trzeba zrobić krok do tyłu, żeby pójść dwa do przodu.

Nic więc dziwnego, że na Twitterze powstał już tzw. hasztag (czyli słowo kluczowe, określające temat wpisu), który brzmi #NawałkaWieLepiej. I ku zgrozie domorosłych selekcjonerów już po raz czwarty na tych mistrzostwach okazało się, że tak właśnie jest. Ba, i wcale na tych czterech przykładach nie musi się to skończyć.

Francuskie mistrzostwa od początku zorganizowane są, jak by to delikatnie ująć, dość nonszalancko. Gospodarze sprawiają wrażenie, że piłkę owszem i lubią, ale nie zamierzają z jej powodu zmieniać swoich przyzwyczajeń. Tak było na przykład w Marsylii, gdy położoną w obrębie samego stadionu część biura prasowego nieoczekiwanie odcięto od świata, bo ktoś, spiesząc się do domu, pozamykał wszystkie drzwi. W nagrodę za tę wewnętrzną dyscyplinę anonimowego pracownika mieliśmy jednak szansę przejść się po vip-owskim dywanie. Co prawda jedynie w kierunku ostatniego otwartego wyjścia, ale zawsze to przecież ważne doświadczenie, bo parafrazując pytanie z „Misia”: czy Państwo wiecie, kto po nim wcześniej stąpał?

Zdecydowanie mniej wesoło było w podróży powrotnej do Nantes. Mocne turbulencje i niski pułap chmur dostarczyły wrażeń, które bynajmniej nie kojarzyły się już z żadną komedią, a wręcz przeciwnie. Ale i tu okazało się, że częściowo podzieliliśmy doświadczenia gwiazd.

Lecący kilkanaście godzin wcześniej samolot czarterowy naszej reprezentacji wpadł bowiem w taką samą pułapkę pogodową, jak nasz airbus Air France. Pilot LOT-u nie zdecydował się jednak na lądowanie i poleciał do Rennes. Wychodzi więc na to, że my byliśmy towarem nieco mniej cennym niż Orły Nawałki, ale przynajmniej przez chwilę mogliśmy się poczuć w ich skórze.

We Francji do kolacji najczęściej zamawia się wino. Zwykle kieliszek, ale jest też opcja połowy butelki. Barman przynosi wtedy całą i tylko widniejąca na niej linia oddziela to, co zamówiliśmy, od tego, co powinniśmy pozostawić. To jedna z najsprytniej zastawionych pułapek na turystów: najczęściej ze stolika zabierane jest już tylko puste szkło, a w zamian trafia odpowiednio wyższy rachunek.

Reprezentacja Polski na Euro znalazła się właśnie w roli takiego klienta. Przyjechała po wyjście z grupy, ale jak tu zostawić świetnie bawiące się towarzystwo i poprzestać na planie minimum? Zwłaszcza że – w przeciwieństwie do turystów – im więcej kadra Nawałki ze stołu zgarnie, tym więcej na tym zarobi.

Trzeba też zdawać sobie sprawę, że francuskie mistrzostwa dopiero się zaczynają. Pierwsza faza rozgrywek służyła przede wszystkim oddzieleniu ziarna od plew. Przecież jeszcze cztery lata temu już sam awans na Euro przysługiwał właśnie szesnastce. Michel Platini rozwodnił tę elitę do granic absurdu, by zafundować igrzyska dla ludu, który jednak jest zbyt ubogi, by korzystać z nich w pełni. Bo i czas (miesiąc), i przestrzeń (między stadionami) to zabawa tylko dla bogatych.

Wracając jednak do punktu wyjścia. Chyba wszyscy zgodzimy się z tym, że nasza butelka jest na razie wciąż do połowy pusta?