Archiwa tagu: blogi o piłce

Każdy wielki piłkarski turniej to jednocześnie targowisko próżności. Podczas Euro widać to szczególnie wyraźnie, bo właśnie na Starym Kontynencie płaci się najwięcej za umiejętność precyzyjnego kopnięcia piłki nogą.

Dla polskich piłkarzy, przede wszystkim tych z klubów Ekstraklasy, to prawdziwa nowość. W ostatnich dwóch turniejach jeszcze nie zdążyli przykuć czyjejś uwagi, a już właściwie ich nie było. Tym razem jest inaczej. Dwa mecze wykreowały co najmniej dwóch bohaterów. Nie tylko boiskowych, ale również spekulacyjno-transferowych. Szok przeżył przede wszystkim Bartosz Kapustka. Nastolatek z Cracovii z dnia na dzień znalazł się w centrum medialnego szaleństwa. Sam przyznał, że wyłączył wszystkie komunikatory, by zachować chłodną głowę. Ale też przykład Kapustki powinien dawać do myślenia. Okazało się bowiem, że niektóre pochwalne wpisy, pochodzące rzekomo z kont społecznościowych znanych przed laty piłkarzy, obszernie cytowane przez media, to tylko tak zwane fejki, a więc podszywanie się pod popularną postać.

I tak właśnie czasem bywa z popularnością, przypominającą bańkę mydlaną. Trzeba naprawdę wielu starań, by nie pękła szybciej niż powstała. Najważniejszy jest po prostu spokój, o czym wiedzą Michał Pazdan i jego mama, która na widok wozów transmisyjnych pod domem w Nowej Hucie po prostu wyłączyła telefon.

Race. To słowo jest w ostatnich dniach odmieniane we Francji przez wszystkie przypadki. Dla służb porządkowych stały się bowiem synonimem bezradności. Większej nawet niż tej, jaka towarzyszyła kibolskim awanturom na  ulicach i trybunach.

Francuskie media pytają wprost: dlaczego zawiódł system, który miał uniemożliwić wniesienie na stadiony jakiejkolwiek pirotechniki? Tymczasem, patrząc z zewnątrz, odpowiedź wydaje się oczywista. Tak naprawdę podczas Euro postawiono na działania odstraszające. Policjanci w pełnym rynsztunku i uzbrojeni po  zęby, mają przede wszystkim zniechęcać do prób podejmowania jakichkolwiek działań przez terrorystów. Nie wywierają jednak większego wrażenia na  kibicach, którzy w takiej eskorcie regularnie podróżują na mecze, zwłaszcza we wschodniej i bałkańskiej części kontynentu. I tu jest właśnie raca pogrzebana. Francuzi nie wpadli na przykład na to, by przyjechać na szkolenie na przykład do  Polski, gdzie stadionowe racowiska są na  porządku dziennym, a prezes piłkarskiego związku uważa je wręcz za  element kibicowskiej kultury.

Co jednak ciekawe:  we Francji biało-czerwoni fani są najwyraźniej wyjątkowo „niekulturalni”, bo tylko raz, przed meczem z  Niemcami, odpalili jedną jedyną racę…

Miejscowość, w której podczas Euro 2016 mieszkają Polacy, jest dość specyficzna. Na stałe przebywa w niej około 15 tysięcy osób, za to w miesiącach wakacyjnych populacja rozrasta się dziesięciokrotnie. Domy czekające na paryskich właścicieli i hotele bez turystów robią dziwne wrażenie, zwłaszcza w nocy, gdy wędrując przez puste ulice można odnieść wrażenie, że to sceneria filmu o świecie po apokalipsie.

Co ciekawe, wśród nielicznych osób, które pojawiają się po zmroku w równie nielicznych lokalach, właściwie nie ma kobiet, w tajemniczy sposób znikających wraz z zachodem słońca. I najwyraźniej zdaje się to nie przeszkadzać mężczyznom spędzającym parami czas nad kieliszkami wina lub – co i tak bywa ewenementem, bo połacie piasku zazwyczaj są równie puste jak ulice – na pięknej i  najdłuższej, bo liczącej 12 km plaży w Europie.

Z aniechaliśmy już prób wyjaśniania niezwykłej skali tego zjawiska, za  to w czasie, jak się teraz popularnie mówi, riserczu, natrafiliśmy na pewną  informację. Otóż La Baule bywa nazywane Miłosnym Wybrzeżem. Określenie to stanowi ponoć efekt dużej tolerancji dla (zastosujemy eufemizm, bo tekst możecie czytać przecież przed 23) okazywania sobie uczuć w publicznych miejscach. Co prawda takich scenek na własne oczy jeszcze nie stwierdziliśmy, ale barmana robiącego sobie selfie z, hmm, gadżetem ze sklepu tylko dla dorosłych i pub z przeszklonym prysznicem w jednej ze ścian już tak.

Miłość w La Baule ma jednak także inne oblicza. Bywa na przykład wyrażana rysunkami serduszek na plaży widocznej z hotelu, będącego bazą reprezentacji Polski. Kto je rysował, dla kogo i w jakim celu, niech może lepiej pozostanie tajemnicą. W każdym razie po  takich meczach, jak z Irlandią Północną i Niemcami, uczucie kibiców do zawodników nie zostanie zapewne zdmuchnięte przez wiatr tak szybko jak w 2008 i 2012.

To prawda, że Islandczycy, dzięki heroicznej boiskowej walce z Portugalczykami zasłużyli na sympatię i szacunek, jednak upodobnienie całych mistrzostw do gejzerów to jednak pewna przesada.

A właśnie tak wygląda Euro 2016. Gorące centra w postaci stadionów i stref kibica (czasem też barowych bójek), a następnie skokowe spadki temperatury, gdy zaczynamy tracić je z oczu. Nie ma żadnego śladu po polsko-ukraińskiej zabawie sprzed czterech lat i nie da się całkowicie wytłumaczyć tej pasywności wyłącznie sytuacją, w jakiej znalazła się Francja w ostatnich miesiącach. Ani specyfiką narodu, który wbrew stereotypom do szczególnie rozrywkowych nie należy, a jeśli już, to raczej w kategoriach indywidualnych niż masowych.

Bo przecież kraj, chociaż ma swoje problemy, nadal należy do zamożnych. Tymczasem na mistrzostwach Europy okazał się wyjątkowym sknerusem. Organizacja turnieju jest dość niechlujna, kibice (i dziennikarze) walczą z rozgrzebanymi drogami i kiepskim oznakowaniem kierunków związanych z imprezą, nawet w bezpośredniej bliskości aren zalegają śmieci, a stan stadionowych toalet nie nadaje się do  opisywania przed godziną 23.

Potwierdzają się więc wrażenia z pierwszych dni, że o ile w 2012 Euro było raczej stanem umysłu, to w 2016 jest tylko minimalistycznym wywiązywaniem się z zobowiązań.

Groźba wykluczenia Rosji z mistrzostw Europy wywarła wielkie wrażenie prawie na wszystkich, poza jej winowajcami, czyli kibolami. Ledwie wybrzmiały ostatnie słowa komunikatu, a już doszło do kolejnej awantury w Lille. Tym razem także z udziałem Anglików i Walijczyków.

Cała ta sprawa wywołuje we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony, bandytyzm stadionowy i uliczny wymaga równie brutalnych reakcji  służb porządkowych, ale z drugiej – decyzja UEFA pozostawia jednak spore pole do popisu zwolennikom spiskowych teorii dziejów.

O ile bowiem główne role rosyjskich zadymiarzy w wydarzeniach w Marsylii nie pozostawiają wątpliwości, o tyle zastanawiające jest przymykanie oczu na Anglików, którzy także kilkakrotnie używali już rąk do innych celów niż obieranie homarów, czy Niemców popisujących się fotografią z Paryża na tle nazistowskiej flagi i z gestami zdobywców (co prawda bez jednego choćby wystrzału) stolicy Francji z 1940 roku.

Zbiorowej odpowiedzialności w podobnych przypadkach uniknąć nie sposób. Ale UEFA, grożąc wykluczeniem reprezentacji, posuwa się za daleko. Bo przecież można sobie wyobrazić sytuację, że Sborna wróci już do domu, a niezidentyfikowani uczestnicy zajść nadal będą delektować się turniejem, korzystając z zakupionych wcześniej biletów. Może więc jednak lepiej naprawdę pozostawić sprawy bezpieczeństwa służbom, które mają to w zakresie obowiązków, a nie wylewać dziecka z kąpielą na ołtarzu odbudowywania własnego, fatalnego zresztą, wizerunku?

Jeśli wydawało wam się, że najczęściej oglądany film z Euro 2016 zawiera gole, faule albo chociażby ujęcia najładniejszych dziewczyn, jakie pojawiają się na trybunach turnieju, to jesteście w błędzie. Absolutnym hitem okazało się żenujące zachowanie Joachima Löwa, selekcjonera Niemców, który podczas meczu z Ukrainą dłubał sobie palcami to tu, to tam, a następnie kontemplował efekty organoleptycznie.

Postępowanie szkoleniowca mistrzów świata było także jednym z głównych tematów poruszanych podczas wtorkowej konferencji w ośrodku naszych czwartkowych rywali. W obronie Löwa stanął Łukasz Podolski. Gliwiczanin kopiący piłkę z czarnym orłem na piersiach skontrował dziennikarzy zdaniem: „Myślę, że 80 procent z was też drapie się czasem po jajach”. Nie dodał jednak, po czym drapią się pozostali, a szkoda, bo temat przyćmił nawet komunikat UEFA o groźbie wycofania reprezentacji Rosji w związku z zachowaniem jej kiboli.

W reprezentacji Polski tego typu statystyki z pewnością nie są głównym punktem dyskusji (drugi trener Bogdan Zając i tak uważa, że procenty to są dobre, ale na butelkach z alkoholem), jednak jakieś emocje na pewno wywołuje. Bo nietrudno wyobrazić sobie zdegustowanie towarzyszące słynącemu z elegancji Adamowi Nawałce na  myśl o – zwłaszcza pomeczowym – podaniu ręki obrzydliwcowi ze Szwarcwaldu.

Osiemdziesiąt minut lotu samolotem plus siedemdziesiąt kilometrów jazdy samochodem – tyle dzieliło w poniedziałek upalną Niceę od  La Baule, które powitało nas ulewą i porywistym wiatrem.

Warto pamiętać, że równie szybko mogą zmieniać się warunki i nastroje. Także w  sporcie, gdzie zawsze jesteś tak dobry (albo tak kiepski) jak twój ostatni mecz. I tego właśnie doświadcza polska reprezentacja. Pokonanie bardzo słabej Irlandii Północnej wyniosło biało-czerwonych w całości, a Bartosza Kapustkę indywidualnie, na  zupełnie nowy poziom.

Żeby było jasne – też uważam, że obecna kadra jest najmocniejsza w historii nowożytnej polskiego futbolu, ma najlepszych piłkarzy i znakomitego trenera. No i tę odziedziczoną od niego konsekwencję połączoną z zabójczą pewnością siebie, co przełożyło się  na trzy historyczne punkty. Ale przy całej radości znacznie bliższe od bezgranicznej kibicowsko-medialnej euforii są mi słowa samych piłkarzy, którzy spokojnie przypominają, że mistrzostwa Europy to turniej, a  oni pokonali dopiero pierwszą, i to nie najwyższą przeszkodę. Wiedzą, że wszystko, co najważniejsze, dopiero przed nimi.

I właśnie te deklaracje (mam nadzieję, że szczere) zaimponowały mi bardziej niż samo niedzielne zwycięstwo.

Nareszcie. Wszyscy mieli już dość tego czekania. Na pierwszy gwizdek, pierwszy gol, pierwszy faul. Od piątku wszystko jest już inne, doba zmieniła rytm, a w domach rozgorzały walki o telewizyjne piloty.

Cztery lata temu było podobnie. Cztery… Aż trudno uwierzyć, że polsko-ukraiński turniej tak naprawdę stał się już historią. Najwyraźniej czas wrzucił bieg i przyspieszył.
Bo przecież wspomnienia tamtego szaleństwa są wciąż świeże. Wszechobecne logo turnieju, koszmarna piosenka, która mu towarzyszyła, gierki polityczne wokół inwestycji infrastrukturalnych, poczucie dumy, że na  kilka tygodni staliśmy się pępkiem Europy. Jak rzekliby gospodarze obecnych mistrzostw: n’est-ce-pas?

No właśnie. Rzekli i się zadumali. Bo francuskie Euro to inny, diametralnie inny, biegun emocji, co oczywiście nie oznacza, że nad Sekwaną nie kochają futbolu. Po prostu bagaż ostatnich doświadczeń wyraźnie zmienił proporcje ważności. Piłka wypadła z centrum wszechświata i poszybowała na ważną, ale jednak tylko orbitę.

Czasami można odnieść wrażenie, że Francuzi marzą o tym, by te mistrzostwa już się skończyły. By były bezpieczne i by można było odetchnąć z ulgą. Wszyscy wyjadą cali i zdrowi, a  wtedy będzie można usiąść w fotelach i zobaczyć mecze z odtworzenia, wreszcie naprawdę delektując się emocjami bez poczucia, że trzeba mieć oczy dookoła głowy. Nie jest bowiem zaskoczeniem, że w mediach dominują nie dylematy związane z taktyką boiskową, a ze strategią walki z terroryzmem.

Wciąż obowiązujący stan wyjątkowy, związany z pamiętnymi zamachami, to jednak nie wszystko. Na  Francję zwaliły się przecież dodatkowo kataklizmy żywiołowe i społeczne – nawiasem mówiąc wyraźnie brakuje im jakiegoś byłego premiera, na którego można by zwalić całą winę. O ile z powodziami poradzono sobie dość sprawnie, to strajkowe groźby kolejarzy czy pracowników lotnisk wciąż są aktualne i realizowane. I tu właśnie widać kolejną wielką różnicę w stosunku do Polski. Rząd nie skapitulował i nie uznał mistrzostw Europy za pistolet przystawiony do głowy. Burzliwe, przypominające kopanie się z koniem negocjacje, toczą się własnym rytmem i dzień 10 czerwca bynajmniej nie był w nich cezurą.

Bo  Euro to jednak tylko sport. Ktoś musi wygrać, ktoś przegrać. Ale najważniejsze, by nie stracić głowy. W przypadku turnieju 2016 to zdanie ma niestety dość dosłowne znaczenie.

Spokojnie, spokojnie. Wcale nie uważam, że piłkarz Bayernu Monachium (fakt, że klubu niespecjalnie sympatycznego) nie zasługuje na to, by nosić koszulkę z godłem narodowym. Ba, dzięki niemu także Wasi wysłannicy na Euro budzą sympatię w  każdej brasserii, gdzie wznosi się na ich cześć okrzyki „Vive la Pologne” na  zmianę właśnie  z „Vive Lewy”. Mieszkańcy La Baule nie mają już bowiem żadnych wątpliwości, że kapitan polskiej reprezentacji to ikona  nie tylko nadwiślańskiego futbolu. Absolutnie największa i  najjaśniejsza, deklasująca dotychczasowych liderów, czyli Ludovica Obraniaka i Lukasa Podolskiego.

Tytułowe żądanie to po prostu  fragment obrazka z treningu kadry Adama Nawałki. Właśnie takie życzenie mruczał pod nosem jeden z zagranicznych kamerzystów, a gdy w cudowny sposób zostało spełnione, aż jęknął z podziwu. – Ależ on jest fit… –  ekscytował się później z  niekłamanym zachwytem w głosie i w  oczach inspirator niniejszego tekstu.

W przeciwieństwie do jego preferencji – które zapewne podziela między innymi pani Anna, prezentująca się zresztą  jeszcze bardziej fit – dla polskich kibiców  najważniejszy będzie jednak Lewandowski w koszulce. Zwłaszcza tej, w której w meczu z  Irlandczykami grozi  poważny sprawdzian wytrzymałości materiału, z jakiego została uszyta.

No to zaczynamy zabawę na serio. Koniec udawania i testowania, stawiania zasłon dymnych i bojowych deklaracji. Nieważne będzie nawet tak zwane piękno futbolu. Liczą się już tylko punkty i miejsce w tabelce. Nic więcej.

Polacy startują w Euro po raz trzeci w  historii. I po raz trzeci z takiego samego pułapu. Nie ma w kraju nikogo, kto głośno wątpiłby w sukces. Bo przecież wszystko nam sprzyja. I pogoda, i stadiony, i kibice. No i nowe reguły, które rozwodniły dotychczasową elitarność starcia najlepszych drużyn Starego Kontynentu. Nic tylko grać i strzelać gole.

Ta wiara po raz pierwszy ma jednak racjonalne podstawy. Na pewno nigdy wcześniej nie mieliśmy tak dobrych piłkarzy, grających (a nie tylko pobierających pensję) w dużych, a czasem nawet w wielkich klubach. Mamy też wreszcie selekcjonera profesjonalistę, zimnego, wyrachowanego i twardego, ze sztabem, w którym każdy wie, co ma robić.

Krótko mówiąc: jeśli nie teraz to kiedy? Stare powiedzenie mówi, że do  trzech razy sztuka. Adam Nawałka i jego zespół mają niepowtarzalną okazję, by udowodnić, że jest prawdziwe. A jeśli znów się nie uda? No cóż, to w końcu reprezentacja Polski, kraju, który piękne katastrofy kocha tak samo jak wielkie zwycięstwa.