Archiwa tagu: Brawa dla Brzęczka Gong dla Kubicy

Nie rozumiem krytyki, jaka spadła na Zbigniewa Bońka w związku z jego wywiadem dla „Gazety Wyborczej” i jasną deklaracją, że powoływanie do reprezentacji piłkarzy, którzy nie grają w klubach, jest tej kadry profanacją. I że na takie praktyki w 2019 roku nie będzie już pozwolenia. Przecież szef PZPN wreszcie powiedział to, co wszyscy podejrzewali, a poza tym słowa te można przecież interpretować w dwójnasób, za każdym razem pozytywny.

Wariant 1. Już po nominacji Brzęczka dość powszechnie pojawiały się opinie, że wybór ten stanowi odpowiednik przejęcia firmy „na słupa”, a nowy selekcjoner ma być przede wszystkim wykonawcą poleceń z bliżej nieokreślonej, ale łatwej do zdefiniowania „góry”. I teraz Boniek jedynie to ograniczenie selekcjonerskiej autonomii oficjalnie potwierdził. Skąd więc nagle to oburzenie? Nie lepiej westchnąć z satysfakcją „a nie mówiłem?”.

Wariant 2. Jerzy Brzęczek jesienią miał całkowicie wolną rękę i totalnie ten egzamin oblał (chociaż sam ma zapewne na ten temat inne zdanie). Dlatego prezes PZPN miał dwa wyjścia: albo przyznać się do porażki swojej idei, albo przejść na ręczne sterowanie. I najwyraźniej wybrał to ostatnie rozwiązanie, w dodatku stosując metodę, która ostatecznie zdemolowała wizerunek selekcjonera w oczach kibiców. Bądźmy bowiem szczerzy: późniejsze zapewnienia Brzęczka, że nikt nie będzie ingerował w jego decyzje, wobec mocy wypowiedzi Bońka, brzmiały jeszcze zabawniej niż niedawna dedykacja trenera dla Michała Pola. No cóż, teraz przynajmniej będzie wiadomo, że reklamację za wyniki należy kierować pod innym adresem, a to może mieć pozytywny wpływ na stan selekcjoner-skich nerwów.

Bońkowi za jasne postawienie sprawy należą się więc brawa, a nie ciosy, a gdyby jeszcze dokonał zmian w sztabie i administracyjną decyzją usunął z niego osobę bardziej niegodną noszenia reprezentacyjnej bluzy niż piłkarze z głębokich klubowych rezerw, wówczas mój podziw dla jego stanowczości byłby już pełny.

Na tle przypływu szczerości prezesa PZPN słabo wypadł za to Robert Kubica, który twierdzi, że nie wie, czy Orlen faktycznie będzie sponsorował jego hobby, przelewając dziesiątki milionów złotych na konto brytyjskiego Williamsa. W kontekście wielomiesięcznych opowieści o tym, że walka o fotel kierowcy rozgrywa się nie na torze, a przy okienku bankowych wpłat, brzmi to tak samo fałszywie jak narracja, że spotkanie z premierem akurat po wypłynięciu pamiętnych taśm było całkowicie przypadkowe. Jeśli ktoś wierzy w to, że na widok mechaników w bluzach z logo polskiego koncernu Kubicy ze zdziwienia opadnie szczęka, niech pierwszy uderzy w jakikolwiek gong.