Archiwa tagu: Brunatny wehikuł czasu

Kamil Stoch został samodzielnym liderem zestawienia skoczków pod względem liczby punktów zdobytych po 30. urodzinach. Magdalena Gwizdoń zapisała się w historii biathlonu jako najstarsza zawodniczka, która zmieściła się w trzydziestce zawodów Pucharu Świata. 42-letni Adrian Parzyszek strzela gole dla Naprzodu Janów w hokejowej ekstraklasie. O rok młodszy Tomasz Adamek szykuje się do wyjścia na ring w Częstochowie. Emerytowane gwiazdy i gwiazdki stoją w kolejkach, by dać sobie po twarzy w klatkach MMA. Wygląda na to, że polski sport przeżywa drugą młodość…

Ta jednak, jak wszyscy wiedzą, bywa głupia. I nie inaczej jest w tym przypadku. Bo oprócz nazwisk sportowców, które dają nam wrażenie podróży w czasie, koło zatacza też atmosfera towarzysząca ich występom. W tym przypadku o nostalgicznej zadumie nie ma jednak mowy, na ulice wracają bowiem klimaty z lat 90., czyli złotej ery polskiego kibolstwa. Obrazki ze śląskich derbów w Gliwicach wszyscy znają już pewnie na pamięć, ale to jedynie ilustracja w coraz grubszej kronice, w której wpisów przybywa z zatrważającą szybkością. Od drobnych począwszy – jak chociażby rozbicie, a właściwie wykopanie pleksi na meczu hokejowym w Katowicach, po zapisy naprawdę dramatyczne, jak te z drugoligowego spotkania koszykarskiego w Sosnowcu, gdzie zamaskowani bandyci wpadli między rodziny z dziećmi.

Informacje o gęstniejącej atmosferze dostajemy na bieżąco. Wśród nich są także zaskakujące. Tak było chociażby po wspomnianych nieszczęsnych śląskich derbach, gdy kibice z centralnych sektorów podkreślali, że przemoc rodzi się nie na miejscach ultrasów, a wśród osób z pozoru statecznych. – Wobec nas, wiekowo zaawansowanych i dalekich od szowinizmu, ze strony gliwickich rówieśników padały otwarte groźby. Siedzieliśmy obok siebie, a dzieliło nas wszystko. To chyba było nawet bardziej wstrząsające niż to, co się działo na murawie – opowiadali mi kilka godzin po bulwersujących wydarzeniach kibice z Zabrza.
Ta historia stanowiła zresztą świetne uzupełnienie tego, co zobaczyłem, a właściwie usłyszałem w punkcie odbioru akredytacji, gdzie wysłannik jednej z kibicowskich stron nie przejmował się brakiem swojego nazwiska na liście, oświadczając wszem i wobec, że „szef ochrony jest moim kolegą, jakoś sobie z wejściem poradzę”. Czy były to tylko właściwe młodzieży puste przechwałki, czy też kolejny objaw gangreny toczącej ligowy futbol? O to trzeba pewnie zapytać tegoż szefa, o ile oczywiście nadal pełni swoją rolę po kompromitacji, jaką były wówczas działania jego formacji.

Diabeł, jak to ma w zwyczaju, rodzi się w takich drobiazgach. We flagach, których znaczenie rozpoznają nieliczni, a wtajemniczeni przymykają oczy. Na murach, jak w Krakowie, gdzie olbrzymie graffitti poświęcone wojnie szalikowców widzieli wszyscy, poza działaczami klubu leżącego za ozdobioną nim ścianą. W transparentach kwalifikujących się do kategorii karalnych, a pomijanych milczeniem. I przede wszystkim w poczuciu bezkarności wymieszanej z bezczelnością.

Jeszcze niedawno wydawało się, że jest to problem tylko Europy Wschodniej plus Bałkanów. Teraz ogniska zapalne pojawiły się jednak w miejscach uznawanych za wyleczone, a tam, gdzie tlą się od zawsze, przybrały nowy wymiar. Chociażby w Grecji, gdzie rosyjski szeryf wbiegając z pistoletem na murawę sterroryzował nie tylko sędziego meczu, ale i całe rozgrywki. Niewykluczone więc, że to co najgorsze dopiero przed nami i lata 90. staną się współczesnością. To już ostatni dzwonek by inicjatywę w tej wojnie przejęło państwo i przestało udawać, że białe jest czarne, a czarne jest białe, bo nie ma już wątpliwości, że dominującym kolorem staje się brunatny.