Archiwa tagu: Dawid Chwałka

Chwałka Dawid. Zapewne wielu z was nie wie, kto zacz, bo człowiek ten zarządza dyscypliną niegdyś popularną, a dziś samounice-stwiającą się czyli hokejem na  lodzie. I trzeba mu przyznać, że jest prezesem niezwykle kreatywnym, w dodatku świetnie wyczuwającym media i ich potrzeby. Bo każda jego decyzja znajduje oddźwięk, o jakim inni koledzy po prezesowskim fachu mogą tylko pomarzyć.

Chwałka Dawid potrafi bowiem wszystko albo zepsuć, albo co najmniej skomplikować. Dosłownie wszystko. Starania te doceniają nawet jego najbliżsi współpracownicy. Nie dalej jak we wtorek na naszych łamach wiceprezes Mariusz Wołosz oświadczył, że zachowanie jego przełożonego jest niepoważne i kompromitujące Polski Związek Hokeja na Lodzie. Słowa mocne, ale czy prawdziwe?Zapytacie o co właściwie chodzi? Sprawa jest tak śmieszna, że aż straszna.

Chwałka Dawid postanowił otóż pobawić się mistrzostwami świata dywizji 1A, czyli zaplecza elity. Co prawda  Polska była jedyną kandydaturą do ich organizowania, więc dostaliśmy je po  raz drugi z rzędu, co jest ewenementem na skalę nomen omen światową, ale ponieważ w przyrodzie nic nie ginie, więc  skoro jej nie chcą poza granicami, chciejstwo musiało wzrosnąć wewnątrz nich. I tak oto doszło do wojny katowicko-krakowskiej, w  której – niczym w Najwyższej Komisji Odwoławczej PZPN – ostateczne decyzje mają  status tymczasowy. Ale po kolei.

Chwałka Dawid jakiś czas temu podczas wizyty w  Krakowie ogłosił, że miasto to będzie gospodarzem mistrzostw po raz drugi z rzędu. Mieszkańcy królewskiego grodu pokraśnieli z radości i przystąpili do  czynu, to znaczy wyrzucili ze swojej Areny wcześniej zaplanowane imprezy i w ich miejsce wpisali hokejowy turniej. Wtedy okazało się, że słowa prezesa nie miały mocy formalnej, a po chwili dowodzony przez niego zarząd przeniósł mistrzostwa do Spodka na mocy głosowania. Nie bez znaczenia była oczywiścia konkretność katowickiej oferty wspartej 3 milionami z gminnej kasy. Kraków załkał, a tamtejsi dziennikarze zachowywali się jak dzieci, którym zabrano wiaderko w piaskownicy, nie pamiętając, że MŚ 2015 zakończyły się frekwencyjną klapą (chociaż w wyliczeniach prezesa każdy kibic policzony został chyba co najmniej dwukrotnie), a zyski z  turnieju były mniejsze od oczekiwanych ze względu na koszty wynajęcia hali do treningów. O  ile mniejsze zresztą nie wiadomo, bo sprawozdanie finansowe do  dziś nie ujrzało światła.

Chwałka Dawid zapadł się pod ziemię, unikając kontaktów z mediami i jakichkolwiek deklaracji dotyczących mistrzostw. Nagle, kilka dni temu okazało się, że  ten sam zarząd znów zmienił decyzję przywracając mistrzostwa pod Wawel. Rzecz odbyła się mailowo, głosy oddało ledwie czterech członków  i wynikiem 3:1 Katowice zostały wystawione do wiatru.

Chwałka Dawid zajmuje się jednak nie tylko reprezentacją. Prowadzony przez niego związek pomajstrował też przy  lidze. Wychodząc z założenia, że każdy ma misia na miarę oczekiwań, tak zwana ekstraklasa została rozbudowana do  dwunastu drużyn. Mecze pospolitego ruszenia, które nagle znalazło się na taflach najwyższego szczebla, stoją więc na  wysokim poziomie, co w praktyce oznacza wysokie rezultaty. A że przy  okazji zapomniano o 1. lidze, w  której pozostały dwa zespoły? No cóż, jak jest lód to musi być ślisko i ktoś musi się przewrócić.

Chwałka Dawid. Zapamiętajcie to nazwisko i imię. Bo przy swoich talentach człowiek ten może zajść wysoko. Do Sejmu na przykład. Co z pewnością byłoby z korzyścią dla polskiego hokeja, którym przestałby się wreszcie zajmować.

Polski Związek Hokeja na  Lodzie dokonał – i to od  niechcenia – sztuki  niezwykłej. A mianowicie zdołał przyćmić wybitne przecież w  minionych latach wyczyny Polskiego Związku Piłki Nożnej w zakresie nieudolności i niekompetencji. W dodatku sam się zgłosił do bicia tego rekordu, biorąc na swoje barki organizację mistrzostw świata (co prawda drugiej ligi, ale jednak) w Krakowie. Pech bowiem chciał, że halę w Doniecku zmiotła wojenna zawierucha.

Otrzymanie turnieju zostało odtrąbione jako sukces szefów PZHL. Prezes Dawid Chwałka wygłosił przygotowaną wcześniej tyradę o niezwykłej szansie na promocję dyscypliny, którą z wielkim zapałem i skutecznością sprowadzano w ostatniej dekadzie do rangi sportu niszowego, ustępującego powoli pola curlingowi i short-trackowi (chociaż ten ostatni stracił sporo uroku po przejęciu Aidy Belli przez GKSKatowice). Wielka szansa wymaga wielkich słów, więc expose hokejowego bossa pełne było energii. Wizję sukcesu organizacyjnego rysował z takim zapałem, że pewnie nawet Mariusz Czer-kawski zaczął szukać w piwnicy kija i łyżew, by wziąć udział w  tym historycznym wydarzeniu.

Jak to jednak bywa w życiu, powiedzieć jest łatwo, ale zrobić trudniej. W dodatku wrogie elementy od początku rzucały piasek na gładką taflę prezesowskiej propagandy. I to już od momentu, gdy ogłoszono ceny biletów. A przecież kilkadziesiąt złotych za zobaczenie meczu to proporcjonalnie odpowiednia kwota wobec faktu, że samo miejsce parkingowe pod halą wyceniono na złotówek 30. Prezes w świetnym nastroju, z szemrzącą już w wyobraźni rzeką pieniędzy płynących z kieszeni rozkochanych w hokeju kibiców, miał jedynie obawy, czy piętnastotysięczna Kraków Arena nie okaże się za mała…
Niestety, przepisy nie pozwalają, by do widowni dostawić jeszcze kilka tysięcy taboretów. Głowiono się więc, jak uniknąć rozruchów rozczarowanych brakiem biletów kibiców.Wybrano wariant oczywisty: na wszelki wypadek postanowiono mistrzostw nadmiernie nie reklamować. Tu i ówdzie powieszono więc małe plaka-ciki, ale wybierano miejsca bezpieczne, np. pod wielkimi bill-boardami zapraszającymi na  mecze piłkarzy ręcznych. Pozostały jednak do zneutralizowania media oraz sfera wirtualna. Pierwsze załatwiono w białych rękawiczkach – przyznając akredytacje wg zagadkowego klucza i na wszelki wypadek, przyupublicznionych nazwiskach szczęśliwców, nie umieszczono nazw ich redakcji. W efekcie w biurze prasowym wciąż leży sporo wejściówek, których rzekomo zainteresowani nimi nie odebrali. A internet? Związkowego Twittera na długo zamrożono 16 kwietnia, w dodatku zastawiając pułapkę w postaci wpisu z nieczynnym linkiem. Zastanawianie się nad tym, co krył, unieruchomiło wielu dziennikarzy i  odciągnęło ich od pytań o turniej. Na drugim froncie, na oficjalnej stronie związku, nie podano nawet składu reprezentacji, uruchomiono za to zegar odliczający czas do meczów Polaków. Stanowiący kolejną pułapkę, bo niemal hipnotyzujący. Najlepszą sztuczką było jednak niewpisywanie wyników spotkań już rozegranych, aby uniknąć wrażenia, że mistrzostwa w  ogóle trwają i przerzucenie newsów o zawodach – bez oczywistego przekierowania – na nieznaną kibicom stronę z domeną „tv”. Coś, czego nie ma, przecież nie istnieje.

Efekt tej skomplikowanej operacji przeszedł najśmielsze oczekiwania: hokejowy pacjent poddawany rzekomej reanimacji  cichutko zmarł przy świecących pustkami trybunach. I na  zmartwychwstanie się nie zanosi, tym bardziej że Wielkanoc już była. Zresztą o niej – ustalając kalendarz finałów mistrzostw Polski – PZHL też zapomniał. I tylko żal w tym wszystkim walczących ponad stan hokeistów, którzy w sobotę dzielnie walczyli z Węgrami o awans do elity.