Archiwa tagu: ekstraklasa zarobki

Najśmieszniejsze zdanie, jakie usłyszałem w ostatnich tygodniach, padło z  ust jednego ze śląskich ligowców i brzmiało: gdybym zarabiał tyle, co Lewandowski, to też tak bym grał. No cóż, nawet jeśli to był żart to biednemu – oczywiście tylko w sensie metaforycznym – kopaczowi nie przyszło być może do  głowy, że Lewandowski zarabia tyle, bo właśnie tak gra.

Bo pieniądze są bronią obosieczną. Mogą mobilizować, ale mogą też demoralizować. Niestety, nad Wisłą najczęściej mamy do czynienia z  tym drugim zjawiskiem. W dodatku nikt nie wyciąga z tego  wniosków. No bo jeśli w wywiadach sami piłkarze mówią, jak trudno im było utrzymać w  młodości równowagę (w przenośni, ale zapewne i dosłownie) po  tym, jak obsypano ich plikami banknotów, to może jednak warto wprowadzić zdroworozsądkową politykę opartą na limitach zarobków? Skoro sprawdziła się w zawodowych ligach za oceanem, dlaczego nie miałaby sprawdzić się w polskiej piłce?

Zwłaszcza, że jest ona finansowana w dużej mierze z  pieniędzy publicznych. Patologię świetnie ilustruje obrazek sprzed lat. Piłkarz, który miał być ratunkiem dla klubu zagrożonego degradacją, jadąc ze swoim menedżerem na rozmowy, ustalił, że spróbują wynegocjować pensję na poziomie 10-15 tysięcy złotych. Tymczasem po przyjeździe na miejsce powitał ich trener, rzucając na powitanie kwotę dwukrotnie większą od maksymalnej. Szok malujący się na twarzach gości uznał za rozczarowanie, więc błyskawicznie dorzucił jeszcze opłacone mieszkanie. Autografy zostały złożone, klub spadł z  ekstraklasy, a piłkarz jeszcze długo korzystał z manny rzuconej ze śląskiego nieba.

Generalnie to, że piłka już dość dawno została wykopnięta w kosmos, stanowi oczywistą oczywistość. Kolejne rekordy transferowe, oscylujące w granicach całorocznych budżetów pomniejszych państewek, znieczuliły już normalnych ludzi , sprowadzając zabawę jedynie do liczenia zer figurujących w kwotach. Czy można się więc dziwić, że bossowie FIFA traktowali wręczane im miliony dolarów jak prezent z rodzaju firmowych długopisów i być może naprawdę nie pamiętają faktu ich otrzymania?

Wracając jednak do piłki rodzimej, która tak ma się do tej prawdziwej, jak grupa LigiEuropejskiej do finału Ligi Mistrzów… Wjej przypadku przerost formy nad treścią jest już widoczny gołym okiem i  urąga logice, jak w przypadku pewnego prezesa* wciąż przedkładającego reklamówki wypełnione pieniędzmi nad  internetowe przelewy dokonywane przez większość cywilizowanego świata. To nic innego jak dorzucanie paliwa do absurdalnych kominów płacowych. A o tym, jak jest to postrzegane z zewnątrz świetnie świadczy przykład Bogusława Cupiała. Bank, który ma kredytować rozwój jego firmy zastrzegł, że zrobi to pod warunkiem pozbycia się przez milionera połykającej jego pieniądze Wisły Kraków.  Czy można się też dziwić frustracji kibiców, którzy mają świadomość, że ich roczna wypłata oscyluje na poziomie tygodniówki faceta co tydzień tłumaczącego brak umiejętności pechem? W ich przypadku podobny pech oznaczałby zapewne utratę pracy.

Zasada „salary cap”, czyli limitu płac na zespół, byłaby interesującym rozwiązaniem, przynoszącym w dodatku spory komfort samym klubom. Z  rozmów z prezesami wynika, że większość byłaby za taką regulacją, ale jednocześnie, po  chwili refleksji, zazwyczaj dodają, że i tak znalazłby się zawsze ktoś, kto dawałby pieniądze „pod stołem”.No cóż panowie, jeśli sami macie taką opinię o  własnym środowisku, to nie ma dla was nadziei…

* Chodzi oczywiście o prezesa i właściciela klubu piłkarskiego, a nie pewnego radia, o  którym być może pomyśleliście