Archiwa tagu: Euro 2016 blog

Oprócz pokaźnej gotówki i jeszcze większej chwały na Euro można zdobyć – niczym w teleturnieju – także nagrody rzeczowe. Jedna z nich czeka na zespoły rozgrywające swoje mecze w Marsylii, o ile oczywiście ktoś z reprezentacyjnej ekipy pofatyguje się na zakupy.

Ta unikatowa pamiątka to… mydło. Marsylia słynie z pachnących kostek (to oczywiście uproszczenie, bo kształtów, barw, zapachów oraz rozmiarów jest bez liku) i potrafi się nimi chwalić. Tuż przy Starym Porcie, w turystycznym epicentrum, znajduje się muzeum dedykowane sztuce mydlanej produkcji, a obok umiejscowiono firmowy sklep przyciągający uwagę wystawą z naturalną wielkości figurą rybaka w łodzi wypełnionej kolorowymi produktami.

Z okazji mistrzostw Europy można tam kupić między innymi fioletowe kostki mydła z wyżłobionymi nazwami drużyn występujących na Stade Velodrome. Taka oryginalna pamiątka kosztuje 3,5 euro za sztukę. Dzięki awansowi do ćwierćfinału Polska będzie pierwszym krajem, którego nazwa pojawi się na pachnącym gadżecie dwukrotnie. Kibice biało-czerwonych ponownie pojawią się więc we wspomnianym sklepie, ale żaden z nich nie miałby pewnie nic przeciwko temu, by do domu przywieźć także marionetkę, z których słynie półfinałowy Lyon.

Miejscowość, w której podczas Euro 2016 mieszkają Polacy, jest dość specyficzna. Na stałe przebywa w niej około 15 tysięcy osób, za to w miesiącach wakacyjnych populacja rozrasta się dziesięciokrotnie. Domy czekające na paryskich właścicieli i hotele bez turystów robią dziwne wrażenie, zwłaszcza w nocy, gdy wędrując przez puste ulice można odnieść wrażenie, że to sceneria filmu o świecie po apokalipsie.

Co ciekawe, wśród nielicznych osób, które pojawiają się po zmroku w równie nielicznych lokalach, właściwie nie ma kobiet, w tajemniczy sposób znikających wraz z zachodem słońca. I najwyraźniej zdaje się to nie przeszkadzać mężczyznom spędzającym parami czas nad kieliszkami wina lub – co i tak bywa ewenementem, bo połacie piasku zazwyczaj są równie puste jak ulice – na pięknej i  najdłuższej, bo liczącej 12 km plaży w Europie.

Z aniechaliśmy już prób wyjaśniania niezwykłej skali tego zjawiska, za  to w czasie, jak się teraz popularnie mówi, riserczu, natrafiliśmy na pewną  informację. Otóż La Baule bywa nazywane Miłosnym Wybrzeżem. Określenie to stanowi ponoć efekt dużej tolerancji dla (zastosujemy eufemizm, bo tekst możecie czytać przecież przed 23) okazywania sobie uczuć w publicznych miejscach. Co prawda takich scenek na własne oczy jeszcze nie stwierdziliśmy, ale barmana robiącego sobie selfie z, hmm, gadżetem ze sklepu tylko dla dorosłych i pub z przeszklonym prysznicem w jednej ze ścian już tak.

Miłość w La Baule ma jednak także inne oblicza. Bywa na przykład wyrażana rysunkami serduszek na plaży widocznej z hotelu, będącego bazą reprezentacji Polski. Kto je rysował, dla kogo i w jakim celu, niech może lepiej pozostanie tajemnicą. W każdym razie po  takich meczach, jak z Irlandią Północną i Niemcami, uczucie kibiców do zawodników nie zostanie zapewne zdmuchnięte przez wiatr tak szybko jak w 2008 i 2012.

To prawda, że Islandczycy, dzięki heroicznej boiskowej walce z Portugalczykami zasłużyli na sympatię i szacunek, jednak upodobnienie całych mistrzostw do gejzerów to jednak pewna przesada.

A właśnie tak wygląda Euro 2016. Gorące centra w postaci stadionów i stref kibica (czasem też barowych bójek), a następnie skokowe spadki temperatury, gdy zaczynamy tracić je z oczu. Nie ma żadnego śladu po polsko-ukraińskiej zabawie sprzed czterech lat i nie da się całkowicie wytłumaczyć tej pasywności wyłącznie sytuacją, w jakiej znalazła się Francja w ostatnich miesiącach. Ani specyfiką narodu, który wbrew stereotypom do szczególnie rozrywkowych nie należy, a jeśli już, to raczej w kategoriach indywidualnych niż masowych.

Bo przecież kraj, chociaż ma swoje problemy, nadal należy do zamożnych. Tymczasem na mistrzostwach Europy okazał się wyjątkowym sknerusem. Organizacja turnieju jest dość niechlujna, kibice (i dziennikarze) walczą z rozgrzebanymi drogami i kiepskim oznakowaniem kierunków związanych z imprezą, nawet w bezpośredniej bliskości aren zalegają śmieci, a stan stadionowych toalet nie nadaje się do  opisywania przed godziną 23.

Potwierdzają się więc wrażenia z pierwszych dni, że o ile w 2012 Euro było raczej stanem umysłu, to w 2016 jest tylko minimalistycznym wywiązywaniem się z zobowiązań.

No to zaczynamy zabawę na serio. Koniec udawania i testowania, stawiania zasłon dymnych i bojowych deklaracji. Nieważne będzie nawet tak zwane piękno futbolu. Liczą się już tylko punkty i miejsce w tabelce. Nic więcej.

Polacy startują w Euro po raz trzeci w  historii. I po raz trzeci z takiego samego pułapu. Nie ma w kraju nikogo, kto głośno wątpiłby w sukces. Bo przecież wszystko nam sprzyja. I pogoda, i stadiony, i kibice. No i nowe reguły, które rozwodniły dotychczasową elitarność starcia najlepszych drużyn Starego Kontynentu. Nic tylko grać i strzelać gole.

Ta wiara po raz pierwszy ma jednak racjonalne podstawy. Na pewno nigdy wcześniej nie mieliśmy tak dobrych piłkarzy, grających (a nie tylko pobierających pensję) w dużych, a czasem nawet w wielkich klubach. Mamy też wreszcie selekcjonera profesjonalistę, zimnego, wyrachowanego i twardego, ze sztabem, w którym każdy wie, co ma robić.

Krótko mówiąc: jeśli nie teraz to kiedy? Stare powiedzenie mówi, że do  trzech razy sztuka. Adam Nawałka i jego zespół mają niepowtarzalną okazję, by udowodnić, że jest prawdziwe. A jeśli znów się nie uda? No cóż, to w końcu reprezentacja Polski, kraju, który piękne katastrofy kocha tak samo jak wielkie zwycięstwa.