Archiwa tagu: Euro 2016

W strefie mieszanej, czyli tam, gdzie dziennikarze mogą porozmawiać z piłkarzami, w czwartek w nocy duma łączyła się z żalem. Bo ćwierćfinał to sukces bez precedensu, ale wszyscy mieli świadomość, że być może uciekła im niepowtarzalna życiowa szansa.

Sam selekcjoner podkreślał, że co prawda coś się skończyło, ale jednocześnie coś się zaczyna. Bo jego zdaniem przed tą grupą ludzi jest przyszłość. Jest jednak na tej optymistycznej tezie smuga cienia: podstawowa kadra jest wąska, a od ławki rezerwowych dzieli ją znacznie więcej niż kilkadziesiąt centymetrów trawnika.

Powyższy problem na pewno będzie męczył Nawałkę po nocach, ale istnieje też powód do optymizmu: obecna reprezentacja dała impuls do przyśpieszenia ewolucji polskiej piłki, co zwiększa szansę na odkrycie następców obecnych gwiazd i pozwoli nieco zniwelować rów, który dzielił mecz kadry od blamaży Cracovii i Zagłębia Lubin w przedpokoju europejskich pucharów.

Na pocieszenie warto też sobie przypomnieć zasady obowiązujące w lekkiej atletyce, gdzie rekordy świata bije się – także z koniunkturalnych względów – nie o metry, ale o centymetry. A polska reprezentacja we Francji wskoczyła na znacznie wyższy niż dotychczas poziom, pozostawiając jednak sobie całkiem spore rezerwy. Teraz chodzi już tylko o to, by – parafrazując Wojciecha Młynarskiego – niczego w tej kwestii nie spieprzyć.

Takie historie są solą sportu. Szaleni wikingowie z Islandii zatopili dumną angielską armadę, a piosenka z 1996 r. „Football’s coming home” nabrała wyjątkowo ironicznej wymowy.

We Francji nikt za Anglikami tęsknić nie będzie. Nie ze względu na historyczne zaszłości z wojną stuletnią w tle, ale z powodów całkiem współczesnych. Gospodarze mistrzostw mają przecież świeżo w pamięci awantury wywołane przez hordę pijanych Brytów, którzy – walcząc z Rosjanami i policjantami – zdemolowali Stary Port w Marsylii, znacząc swój bojowy szlak nie tylko krwią, ale też cuchnącymi plamami moczu na ulicach. Nic więc dziwnego, że po drugiej stronie kanału La Manche medialny lincz, jakiego dokonała wyspiarska prasa na upokorzonej reprezentacji swojego kraju, przyjęto z mściwą satysfakcją.

Kadrowiczom Adama Nawałki podobny los już nie grozi. Ich mecze dodają mistrzostwom kolorytu, a wyjątkowo urodziwe fanki futbolu znad Wisły zrobiły już dla wizerunku Polski więcej niż cały korpus dyplomatyczny razem wzięty.

Nie od dziś wiadomo, że w Polsce żyje kilkanaście milionów selekcjonerów piłkarskiej reprezentacji. Do tej pory ich życie było proste. Wyniki kadry dowodziły przecież, że każdy z nich podjąłby lepsze decyzje niż siedzący na realnej ławce facet zarabiający kilkadziesiąt tysięcy złotówek miesięcznie.

Adam Nawałka niestety tę narodową zabawę popsuł. I to w sposób perfidny. Bo na przykład nie tylko nad Wisłą, ale też na trybunach w Saint-Etienne, nie było chyba nikogo, kto nie byłby przekonany, że tak długie wstrzymywanie się ze zmianami to prosta droga do porażki. Tymczasem cel po raz kolejny uświęcił środki, a selekcjoner ze stoickim spokojem, tak jak było to po poprzednich występach na Euro, po prostu oświadczył, że plan został zrealizowany. Że nawet wtedy, gdy było źle, to było dobrze, bo czasem trzeba zrobić krok do tyłu, żeby pójść dwa do przodu.

Nic więc dziwnego, że na Twitterze powstał już tzw. hasztag (czyli słowo kluczowe, określające temat wpisu), który brzmi #NawałkaWieLepiej. I ku zgrozie domorosłych selekcjonerów już po raz czwarty na tych mistrzostwach okazało się, że tak właśnie jest. Ba, i wcale na tych czterech przykładach nie musi się to skończyć.

Jeśli wydawało wam się, że najczęściej oglądany film z Euro 2016 zawiera gole, faule albo chociażby ujęcia najładniejszych dziewczyn, jakie pojawiają się na trybunach turnieju, to jesteście w błędzie. Absolutnym hitem okazało się żenujące zachowanie Joachima Löwa, selekcjonera Niemców, który podczas meczu z Ukrainą dłubał sobie palcami to tu, to tam, a następnie kontemplował efekty organoleptycznie.

Postępowanie szkoleniowca mistrzów świata było także jednym z głównych tematów poruszanych podczas wtorkowej konferencji w ośrodku naszych czwartkowych rywali. W obronie Löwa stanął Łukasz Podolski. Gliwiczanin kopiący piłkę z czarnym orłem na piersiach skontrował dziennikarzy zdaniem: „Myślę, że 80 procent z was też drapie się czasem po jajach”. Nie dodał jednak, po czym drapią się pozostali, a szkoda, bo temat przyćmił nawet komunikat UEFA o groźbie wycofania reprezentacji Rosji w związku z zachowaniem jej kiboli.

W reprezentacji Polski tego typu statystyki z pewnością nie są głównym punktem dyskusji (drugi trener Bogdan Zając i tak uważa, że procenty to są dobre, ale na butelkach z alkoholem), jednak jakieś emocje na pewno wywołuje. Bo nietrudno wyobrazić sobie zdegustowanie towarzyszące słynącemu z elegancji Adamowi Nawałce na  myśl o – zwłaszcza pomeczowym – podaniu ręki obrzydliwcowi ze Szwarcwaldu.

Osiemdziesiąt minut lotu samolotem plus siedemdziesiąt kilometrów jazdy samochodem – tyle dzieliło w poniedziałek upalną Niceę od  La Baule, które powitało nas ulewą i porywistym wiatrem.

Warto pamiętać, że równie szybko mogą zmieniać się warunki i nastroje. Także w  sporcie, gdzie zawsze jesteś tak dobry (albo tak kiepski) jak twój ostatni mecz. I tego właśnie doświadcza polska reprezentacja. Pokonanie bardzo słabej Irlandii Północnej wyniosło biało-czerwonych w całości, a Bartosza Kapustkę indywidualnie, na  zupełnie nowy poziom.

Żeby było jasne – też uważam, że obecna kadra jest najmocniejsza w historii nowożytnej polskiego futbolu, ma najlepszych piłkarzy i znakomitego trenera. No i tę odziedziczoną od niego konsekwencję połączoną z zabójczą pewnością siebie, co przełożyło się  na trzy historyczne punkty. Ale przy całej radości znacznie bliższe od bezgranicznej kibicowsko-medialnej euforii są mi słowa samych piłkarzy, którzy spokojnie przypominają, że mistrzostwa Europy to turniej, a  oni pokonali dopiero pierwszą, i to nie najwyższą przeszkodę. Wiedzą, że wszystko, co najważniejsze, dopiero przed nimi.

I właśnie te deklaracje (mam nadzieję, że szczere) zaimponowały mi bardziej niż samo niedzielne zwycięstwo.

Nareszcie. Wszyscy mieli już dość tego czekania. Na pierwszy gwizdek, pierwszy gol, pierwszy faul. Od piątku wszystko jest już inne, doba zmieniła rytm, a w domach rozgorzały walki o telewizyjne piloty.

Cztery lata temu było podobnie. Cztery… Aż trudno uwierzyć, że polsko-ukraiński turniej tak naprawdę stał się już historią. Najwyraźniej czas wrzucił bieg i przyspieszył.
Bo przecież wspomnienia tamtego szaleństwa są wciąż świeże. Wszechobecne logo turnieju, koszmarna piosenka, która mu towarzyszyła, gierki polityczne wokół inwestycji infrastrukturalnych, poczucie dumy, że na  kilka tygodni staliśmy się pępkiem Europy. Jak rzekliby gospodarze obecnych mistrzostw: n’est-ce-pas?

No właśnie. Rzekli i się zadumali. Bo francuskie Euro to inny, diametralnie inny, biegun emocji, co oczywiście nie oznacza, że nad Sekwaną nie kochają futbolu. Po prostu bagaż ostatnich doświadczeń wyraźnie zmienił proporcje ważności. Piłka wypadła z centrum wszechświata i poszybowała na ważną, ale jednak tylko orbitę.

Czasami można odnieść wrażenie, że Francuzi marzą o tym, by te mistrzostwa już się skończyły. By były bezpieczne i by można było odetchnąć z ulgą. Wszyscy wyjadą cali i zdrowi, a  wtedy będzie można usiąść w fotelach i zobaczyć mecze z odtworzenia, wreszcie naprawdę delektując się emocjami bez poczucia, że trzeba mieć oczy dookoła głowy. Nie jest bowiem zaskoczeniem, że w mediach dominują nie dylematy związane z taktyką boiskową, a ze strategią walki z terroryzmem.

Wciąż obowiązujący stan wyjątkowy, związany z pamiętnymi zamachami, to jednak nie wszystko. Na  Francję zwaliły się przecież dodatkowo kataklizmy żywiołowe i społeczne – nawiasem mówiąc wyraźnie brakuje im jakiegoś byłego premiera, na którego można by zwalić całą winę. O ile z powodziami poradzono sobie dość sprawnie, to strajkowe groźby kolejarzy czy pracowników lotnisk wciąż są aktualne i realizowane. I tu właśnie widać kolejną wielką różnicę w stosunku do Polski. Rząd nie skapitulował i nie uznał mistrzostw Europy za pistolet przystawiony do głowy. Burzliwe, przypominające kopanie się z koniem negocjacje, toczą się własnym rytmem i dzień 10 czerwca bynajmniej nie był w nich cezurą.

Bo  Euro to jednak tylko sport. Ktoś musi wygrać, ktoś przegrać. Ale najważniejsze, by nie stracić głowy. W przypadku turnieju 2016 to zdanie ma niestety dość dosłowne znaczenie.

Spokojnie, spokojnie. Wcale nie uważam, że piłkarz Bayernu Monachium (fakt, że klubu niespecjalnie sympatycznego) nie zasługuje na to, by nosić koszulkę z godłem narodowym. Ba, dzięki niemu także Wasi wysłannicy na Euro budzą sympatię w  każdej brasserii, gdzie wznosi się na ich cześć okrzyki „Vive la Pologne” na  zmianę właśnie  z „Vive Lewy”. Mieszkańcy La Baule nie mają już bowiem żadnych wątpliwości, że kapitan polskiej reprezentacji to ikona  nie tylko nadwiślańskiego futbolu. Absolutnie największa i  najjaśniejsza, deklasująca dotychczasowych liderów, czyli Ludovica Obraniaka i Lukasa Podolskiego.

Tytułowe żądanie to po prostu  fragment obrazka z treningu kadry Adama Nawałki. Właśnie takie życzenie mruczał pod nosem jeden z zagranicznych kamerzystów, a gdy w cudowny sposób zostało spełnione, aż jęknął z podziwu. – Ależ on jest fit… –  ekscytował się później z  niekłamanym zachwytem w głosie i w  oczach inspirator niniejszego tekstu.

W przeciwieństwie do jego preferencji – które zapewne podziela między innymi pani Anna, prezentująca się zresztą  jeszcze bardziej fit – dla polskich kibiców  najważniejszy będzie jednak Lewandowski w koszulce. Zwłaszcza tej, w której w meczu z  Irlandczykami grozi  poważny sprawdzian wytrzymałości materiału, z jakiego została uszyta.

Fakt, że mistrzostwa Europy są naprawdę wielką grą nie tylko boiskową, ale również medialną, stanowi oczywistą oczywistość. W  zalewie wszechobecnej i błyskawicznej informacji sam news o kontuzji to już za  mało, naprawdę świetnie jest dopiero wtedy, gdy wiesz, jaki kolor ma bandaż, którym owinięto nogę nieszczęśnika.

Świat mediów stał się w  tym wyścigu polem walki bezwzględnej, w której wszystkie chwyty są dozwolone. Zwłaszcza takie, które paraliżują nie tylko konkrecję, ale i rozmówców. Jak na przykład nie stracić tchu z wrażenia, gdy na konferencji prasowej z selekcjonerem pada pytanie czy w  związku z piękną pogodą i idealnie pasującymi do  niej okolicznościami atlantyckiej przyrody, szkoleniowiec kadry nie ma obaw, że piłkarze poczują się jak na  urlopach?!

Przedsmak szaleństwa mieliśmy w Arłamowie, gdy na żywo relacjonowano lądowania helikopterów, którymi docierali na zgrupowanie kadrowicze. Brakowało jedynie żółtego paska z informacją, że zjedli już śniadanie. We Francji będzie już tylko mocniej, szybciej i absurdalniej.

A jeśli naprawdę interesuje państwa odpowiedź na  tytułowe pytanie to przyznam, że my ją znamy. Na  przykład prezes PZPN we wtorek zażyczył sobie paellę z homarami. Prawda, że ta wiadomość zmieniła Wasze życie?

Dla polskich kibiców samochodowa podróż na  mistrzostwa Europy 2016 okazuje się nie lada testem wytrzymałości. Nie tylko z powodu długości jej trwania, urozmaiconej w dodatku przez wykopki na  niemieckich i francuskich autostradach, ale przede wszystkim ze względu na wymuszoną prohibicję w ostatnich etapach.

Miny napotkanych po drodze rodaków były bezcenne niczym w reklamie pewnej karty kredytowej. Bo czy mogli w najczarniejszych wizjach przypuszczać, że w krajach słynących z piwa i wina, poświęcający się dla Sprawy kibic znad Wisły może uschnąć z pragnienia? Okazało się bowiem, że na niemieckich stacjach benzynowych wprowadzono embargo na  sprzedaż napojów wysoko i niskowyskokowych w godzinach od północy do siódmej rano, a na francuskich w ogóle można kupić jedynie pewnego Blonda, tyle, że też pozbawionego jakichkolwiek procentów? A przecież wzięte na drogę zapasy kiedyś się kończą.

Opinii rodaków o takiej polityce, diametralnie innej od narodowej, gdzie tankowanie na stacjach niejedno ma imię, przytaczać zapewne nie trzeba. Ale jedna zapadła nam w pamięć szczególnie. Opakowana została w ciężkie westchnienie o następującej treści: – Francja to jednak dziki kraj…