Archiwa tagu: GKS Katowice

Debata. To słowo, o które trudno się ostatnio nie potknąć. Debatują kandydaci do najprzeróżniejszych funkcji, debatują „środowiska”, politycy, mieszkańcy, obywatele, dziennikarze i celebryci. Wszyscy i o wszystkim. Złote myśli, celne riposty, błyskotliwe skojarzenia… Tyle tylko, że gdy przychodzi do zderzenia z takim trudem wykuwanych modeli i rozwiązań z realnym życiem, wszystko nagle bierze w łeb. Bo życie, jak wiadomo, pełne jest niespodzianek i zasadzek. Zwłaszcza zasadzek.

W  jedną z nich, zresztą własnoręcznie zmajstrowaną, widowiskowo wpadły właśnie Katowice, w których debat – również tych poświęconych sportowi – było ostatnio co najmniej kilka. I wtem teorie przestały pasować do rzeczywistości. Historia wygląda mianowicie tak: miasto, które hojnie pompowało miliony złotych w GKS, stając się właścicielem klubu, ma nie lada problem. Otóż jak na złość, w okolicznościach tak niewiarygodnych, że aż do bólu prawdziwych, do pierwszej ligi znienacka awansował Rozwój, klub z tego samego miasta co GieKSa, ale w przeciwieństwie do niej, nie należący do gminy w sensie właścicielskim.

Awans na zaplecze ekstraklasy w wykonaniu piłkarzy, z  których większość poza kopaniem piłki musi zarabiać na życie kopaniem węgla, to nie tylko sukces, ale i wielkie wyzwanie. Także infrastrukturalne. Bo stadion Rozwoju nie spełnia wielu wymogów, co oznacza albo konieczność poważnej inwestycji, albo grę na innym obiekcie. Ta pierwsza bez pomocy miasta będzie niemożliwa do zrealizowania, ale po co komu taka inwestycja, skoro w planach jest już budowa nowego stadionu miejskiego na Bukowej (czyli de facto stadionu GKS-u). Patrząc logicznie, naturalnym rozwiązaniem byłaby przeprowadzka na tę arenę także Rozwoju, i to od zaraz, bo nawet w obecnym stanie stadion ten na pierwszą ligę wystarcza.

Tu pojawia się jednak pierwszy problem, czyli kibice. Fani GKS-u nie wyobrażają sobie dzielenia się „swoim” stadionem i próbują ten pomysł torpedować, co w perspektywie ewentualnego wcielenia go w  życie, już jeży włosy pod czapkami policjantów z prewencji.  Także szefowie obu klubów świetnie wiedzą, że implikacje związane z awansem Rozwoju – nie tylko te kibicowskie – trudno traktować z przymrużeniem oka. Bo przebieg tej gry może się skończyć pokerowym all-in, czyli wszystko albo nic.

Podobnie jak w pokerze, także tu chodzi o pieniądze. GKS bez pomocy miasta nie da sobie rady, Rozwój też liczy na  coś więcej niż tylko zwyczajową nagrodę za sukces sportowy.  Na razie dostał z urzędu czarną polewkę, ale z góry wiadomo,  że będzie wykorzystywał każdą okazję, by jednak kilka kawałków tortu z urzędniczego stołu dla siebie zgarnąć. Argumenty ma, i to solidne, bo grając na  tym samym szczeblu rozgrywek co GKS, spełnia dokładnie taką samą rolę nośnika reklamowego dla miasta. Dlaczego więc akurat z tej puli ma dostawać mniej?

Zapytacie: a gdzie tu zasadzka? Otóż jest. I to wyrafinowana. Jakakolwiek pomoc Katowic, służąca wzmocnieniu Rozwoju pod względem sportowym, a nawet infrastrukturalnym, może być traktowana jako działanie przez miasto na…  niekorzyść własnej spółki, bo przecież Rozwój jest dla GKS-u konkurencją! I w ten właśnie sposób poprzednie władze Katowic przygotowały obecnym niezły pasztet: przejmując GKSna  swoje utrzymanie, sprawiły, że nie może być mowy o równym traktowaniu klubów z jednego miasta i występujących na tym samym poziomie rozgrywek.

Katowicka lekcja powinna dać do myślenia samorządom w całej Polsce. Przejąć klub za publiczne pieniądze jest łatwo, ale prawdziwa zabawa zaczyna się później (patrz m.in. Zabrze i Kielce). No i w dodatku każdy może się nagle doczekać swojego Rozwoju…