Archiwa tagu: Klub prezesów

Zarządzanie. Słowo, które na sporych obszarach polskiego sportu istnieje tylko teoretycznie. Być może wynika to z faktu, że w całym kraju jest tylko jeden geniusz znający się na wszystkich dyscyplinach (świeżo zarezerwowany przez siatkówkę, zawsze czującą, jak ustawić żagle), ale pies leży pogrzebany głównie pod brakiem odpowiedzialności. Nieraz już zwracałem uwagę na system wręcz zachęcający do beztroskiej zabawy, zwłaszcza tam, gdzie w grę wchodzą publiczne pieniądze, jednak ostatnie przykłady zdecydowanie stanowią inspirację do ponownego odgrzania tematu.

Spójrzcie chociażby na katastrofę polskiego hokeja na lodzie. Budapesztańskie Waterloo polskiej reprezentacji to efekt nie tylko słabego wyszkolenia zawodników i kiepskiej infrastruktury. Gwóźdź do trumny wbijał przez lata przede wszystkim zarząd PZHL, którego prezes bywał zresztą już wcześniej bohaterem tej rubryki. Teraz, gdy zamiast reprezentacyjnego lodu zostały zgliszcza, głos zabierają kolejni eksperci wskazujący przyczyny klęski. Co ciekawe, nie ma wśród nich byłego szefa związku, który w niesławie odszedł w lutym, gdy pod ścianą postawił go minister sportu, wyciągając pistolet naładowany raportem finansowym na temat nierozliczonych państwowych dotacji. Niezwykle elokwentny w czasie swych rządów nagle zaniemówił (przyznaję, że nie mam pewności, czy w ogóle znalazł się ktoś chętny, by podjąć próbę pociągnięcia go za język) i chociaż powinien siedzieć na ławce kar, relaksuje się w wygodnym fotelu.

Szczerze mówiąc, wcale bym się nie zdziwił, gdyby któregoś dnia wyszło na jaw, że wszyscy nieudacznicy, którzy pozostawiali po sobie spaloną ziemię i tony zaległych faktur, spotykają się kilka razy do roku w jakimś nieformalnym klubie. Po to, by przy szklance wypełnionej nie tylko lodem, oraz z cygarem w drugiej ręce, snuć wspomnienia, rechocząc przy co barwniejszych anegdotach (byłoby to jedno z dwóch takich miejsc. Pierwsze to Rada Nadzorcza Górnika, gdzie z automatu, chociaż bywały wyjątki, trafiali dymisjonowani prezesi, biorący wcześniej udział w zadłużaniu zabrzan i w jego sportowym upadku). We wspomnianym klubie można byłoby spotkać zapewne m.in. człowieka przez wiele lat deklarującego miłość do Ruchu Chorzów, a który po wyjściu z aresztu (gdzie bynajmniej nie trafił w kontekście zarządzania Niebieskimi i wyciągania pieniędzy z kasy miasta), podobnie jak jego hokejowy odpowiednik, nagle zapadł się pod ziemię…

Kandydatów do członkostwa można wymieniać długo. Czy ktoś na przykład wie, gdzie podziali się magicy, którzy własnymi rękami znokautowali boks amatorski? A co słychać u Najważniejszego Kolarza, który zabrał ze sobą słynne hasło „A wy nie pijecie?”. No i gdzie zniknął pewien kołymski drwal (nawiasem mówiąc, dobry znajomy kolegi z Ruchu), który omal nie wyciął do końca historii GKS-u Katowice? Zapewne każdy z Państwa może do tej listy dopisać kolejne postaci.

Na pytanie, dlaczego polski sport na taką skalę zamienia się w bagno, odpowiedź jest prosta i oczywista. Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze i układy. Pozostawienie po sobie ruin nie wiąże się bowiem z żadnymi konsekwencjami. Ba, zgodnie ze słynnym cytatem z Barei, mąż będący z zawodu prezesem, zawsze gdzieś tym prezesem znowu zostanie. Przykład idzie z góry – czy w świecie polityki rozliczanie jest prowadzone rzetelnie? Czy ktoś poniósł konsekwencje za podpisywanie w ostatnim dniu urzędowania nagród, podwyżek i aneksów stanowiących kukułcze jajo dla następcy?

Tytułowe pytanie trzeba więc odczytywać z ironią. Ale można dodać kolejne: „Jak się czujesz człowieku, patrząc dziś w lustro?”. Znając – także z autopsji – tupet bohaterów tego tekstu, obawiam się jednak, że odpowiedź wywołałaby w nas depresję, bo wzywani do tablicy przeglądają się głównie w wyciągach z konta.