Archiwa tagu: Legia kasa

Najlepszym podsumowaniem środowego meczu Legii Warszawa z Borussią Dortmund było zdjęcie współwłaściciela klubu, Dariusza Mioduskiego, który ukrył twarz w dłoniach. Milioner, podobnie jak wszyscy piłkarscy kibice, przekonał się, jak bardzo nieadekwatne są góry pieniędzy wsuwane do szatni zespołu, w stosunku do umiejętności jego piłkarzy. Tytuł mistrzów Polski na stadionie przy Łazienkowskiej tracił na wartości szybciej niż akcje Lehman Brothers w 2008 roku. Czy krajową klubową piłkę czeka podobny krach?

Borussia, która mocniej spociła się na przedsezonowych sparingach, obnażyła wszystkie grzechy główne widoczne w krajowych rozgrywkach: słabe przygotowanie fizyczne, kiepską technikę, problem z realizowaniem taktyki i nieumiejętność gry zespołowej w pełnym tego słowa znaczeniu. A ponieważ do tego wszystkiego doszły zadziwiające wybory personalne trenera Besnika Hasiego katastrofa była nieunikniona. Prawdziwy szok przeżyli więc przede wszystkim kibice „niedzielni”, którzy nie mając kontaktów z piłką ligową włączyli telewizory skuszeni pompatycznymi medialnymi historiami o tym, że przedstawiciel Ekstraklasy może pójść za eurociosem wyprowadzonym we Francji przez reprezentację.

Kolejnym gwoździem wbitym w wizerunek polskiej piłki była awantura kiboli (z obowiązkową przystawką w postaci racowiska), którą wielolokrotnie pokazano w europejskich telewizjach, z najbardziej widowiskowym momentem w formie pryskania gazem przez zamaskowanego osobnika w kierunku ochroniarzy próbujących nie dopuścić do bezpośredniego ataku na przybyszy z Dortmundu. Oburzenie na Borussię, która przestrzegała swoich fanów przed niebezpieczeństwami grożącymi im w Warszawie, okazało się równie obłudne jak deklaracje, że wicemistrzów Niemiec czeka na murawie mistrzów Polski trudna przeprawa. Pomeczowe relacje są zresztą jeszcze drastyczniejsze niż przekaz telewizyjny – mówią między innymi o kibolu, który wycofując się po ataku skoczył z trybuny na wóz transmisyjny, łamiąc przy tym nogę. W niemieckich gazetach zwraca się też uwagę, że przed i po odśpiewaniu polskiego hymnu na trybunach skandowano „Borussia Jude”. Na to oskarżenie zareagowała już Legia tłumacząc, że okrzyk brzmiał „Borussia Nutte” (czyli, delikatnie mówiąc, kobieta lekkich obyczajów – przyp. red.). Ten żałosny spektakl ma oczywiście tło finansowe wynikające z różnicy karomierza pomiędzy chamstwem a rasizmem. UEFA ma jednak pamięć i dobrą, i długą, Legia zapisała się w niej już wielokrotnie wielkimi zgłoskami, więc nie można wykluczyć, że mecz z Realem polscy kibice będą mogli zobaczyć tylko dzięki telewizji.

– Nie rozumiem o co chodzi ludziom wszczynającym awantury na trybunach – dziwił się w czwartek z dzieciecą naiwnością Mioduski, chociaż tego typu zachowania przy okazji europejskich występów jego klubu nie są wyjątkiem, a normą. W dodatku przedmeczowa oprawa, z taką ilością rac wokół okolicznościowej sektorówki, wydaje się niemożliwa do zrealizowania bez wiedzy klubu.

Legia wyrządziła też niedźwiedzią przysługę wszystkim tym, którzy uważają, że reforma najbardziej elitarnych rozgrywek – oznaczająca de facto przytrzaśnięcie szeroko otwartych przez Michela Platiniego drzwi do piłkarskiego raju (przez które dosłownie wczołgał się mistrz Polski) – to jedynie spisek możnych, pałających niechęcią do gry na peryferiach piłkarskiego świata i prowadzący do jeszcze wyraźniejszego jego rozwarstwienia. Co zabawne, podobne argumenty przesączały się z polskich klubów, gdy w losowaniach par bawiących się w przedpokojach Ligi Europy przychodziło im mierzyć się z zespołami ze stepów szerokich. Tyle tylko, że w przeciwieństwie do LM, gdzie wielcy rzeczywiście systematycznie gromią maluczkich, wtedy na boisku okazywało się, że poza widokiem za oknem, nasze zespoły prezentują podobny, a nawet niższy poziom niż egzotyczni rzekomo rywale.

Środowe wydarzenia to także bardzo mocny cios dla Spółki Ekstraklasa, która od wielu lat opakowuje rozgrywki w złote papierki, i Canalu+, przeprowadzającego profesjonalne transmisje telewizyjne, podczas których komentatorzy – wzorem Jana Ciszewskiego – zakrywają mizerię boiskowych wydarzeń budowaniem napięcia głosem i zachwytami nad strzałami, po których piłka zmierza mniej więcej we właściwym kierunku. A przecież już od czasów Jana Domar-skiego wiadomo, że w przypadku polskich piłkarzy obowiązuje zasada „przyszła, naszła, zeszła i weszła”. Podsumowując – sfera organizacyjna rozgrywek, z przepięknymi stadionami włącznie, wyprzedziła ich wartość sportową tak daleko, jak piłkarze Bundesligi „kolegów” z Ekstraklasy.

Warto też wspomnieć, że przy okazji środowego meczu mogliśmy usłyszeć najgłupsze zdanie sezonu. Szkoleniowiec Legii wyznał mianowicie, że mając do wyboru zwycięstwo nad Borussią w Champions League czy pokonanie w lidze… Termaliki Nieciecza, wybrałby to drugie. W efekcie śmiech z najbogatszego polskiego zespołu niósł się w sobotę po całej Europie, małopolskiej wioski, która zresztą na boisku ogrywa stolicę raz po raz, nie wyłączając. Zresztą poczucie humoru kwitło już w czasie meczu – na przykład w formie pytań czy gole zdobyte na wyjeździe wciąż się liczą w europejskich pucharach podwójnie albo co by było gdyby Hasi nie oszczędzał w ekstraklasie najlepszych zawodników właśnie na występ w Lidze Mistrzów.

Tyle tylko, że śmiejąc się z Legii, śmiejemy się też sami z siebie. A najgłośniej śmieją się piłkarze tuż po odejściu od kasy…

Nie wiem ile zarabia Michał Przybyła, ale mogę się założyć, że jest to kwota dużo, dużo niższa niż uposażenie Jakuba Rzeźniczaka, kapitana Legii Warszawa. Tego samego, którego piłkarz Korony Kielce ograł jak trampkarza w doliczonym czasie gry, po czym strzelił gola na wagę zwycięstwa. Ta scenka to kolejny dowód, że różnice w wypłatach w polskiej piłce wynikają nie z poziomów umiejętności, a jedynie z herbu, jaki nosi się na koszulce.

I nie jest to tylko kwestia „detaliczna”, ale hurtowa. Dlatego z taką frajdą obserwuję wyczyny Piasta Gliwice, klubu skromnego (choć finansowanego przez miasto, czyli w modelu, który uważam za graniczący z  patologią, co zresztą znajdzie uzasadnienie w dalszej części tego tekstu) i całkiem sensownie poukładanego. Zwłaszcza precyzyjna polityka transferowa prowadzona w gabinetach na Okrzei powinna być upokarzającą lekcją dla wszystkich prezesów wyrzucających w  trawę grube pliki banknotów i  otrzymujących w zamian żałosne spektakle w wykonaniu amatorów pobierających kosmiczne gaże. Przykładem pierwszym z brzegu jest poznański Lech, którego gwiazdeczki doprowadziły do niespotykanej dotychczas deprecjacji pojęcia „mistrzowie Polski”.

Wyrównanie poziomu rozgrywek, czyli często stosowany eufemizm mający wytłumaczyć dlaczego kluby słabsze i biedniejsze ogrywają tak zwanych potentatów, dziwnym trafem nie dotyczy właśnie poziomu zarobków. Przejście do Legii czy Lecha stanowi odpowiednik trafienia szóstki w totolotka i odbywa się na zasadzie takiej samej procedury losowej. A jeśli jeszcze uda się w tych barwach rozegrać dobry mecz, otwierają się drzwi do kolejnego etapu gry, czyli international level.

Kluczową rolę odgrywają w tej zabawie oczywiście menedżerowie. Każdy z nich marzy, by wepchnąć swojego zawodnika do szatni pachnącej pieniędzmi i nie ma w tej zabawie sentymentów i skrupułów. Bywają jednak sytuacje, gdy szansa wygranej jest większa niż zwykle. Na przykład wtedy, gdy zarządzający panikują i tracą zimną krew. Jak na przykład w Zabrzu, gdzie krwawiący po  falstarcie Górnik w ostatnich dniach kupował na pniu piłkarzy mających w swoich klubach (o ile w ogóle do jakichś należeli) ogromne problemy z przebiciem do  składu. Wygrali ci, którzy mieli refleks, między innymi promotor Macieja Korzyma, któremu w Bielsku-Białej znudziło się siedzenie na ławce za 40 tysięcy złotych.

Polska ekstraklasa szczególnie logiczna nie jest. Ale w kontekście zarobków wkroczyła już w fazę absurdu, czemu zresztą nie mogą się nadziwić na przykład Czesi iSłowacy, przyznający, że w ich ojczyznach, w których Liga Mistrzów nie oznacza jedynie rozrywki telewizyjnej, nikt za  kopanie piłki nie płaci tyle, co nad Wisłą. Tym bardziej, że – według raportu Deloitte – średnio na wynagrodzenia wydaje się tutaj aż 72 procent przychodów (najwięcej w Europie!), podczas gdy zalecany poziom jest o dwanaście procent niższy. Przy okazji wychodzi zresztą na jaw kolejny dowód na to, że najmniej z pieniędzmi liczą się tam, gdzie pompują je miasta ze środków publicznych. Korona Kielce oraz wspomniany Górnik i Piast w  2014 roku wydawały na wypłaty więcej niż w ogóle zarabiały (odpowiednio 129, 120 i 115 procent). Dziwnym trafem cały tercet utracjuszy jest właśnie na  garnuszkach urzędników.

O tym, ile w rzeczywistości warci są piłkarze ekstrakla-sowych klubów przekonujemy się co roku w eliminacjach Ligi Mistrzów. Basel, które na tle teoretycznie najlepszej polskiej drużyny wyglądało jak potęga, w kolejnej rundzie poległo z  Maccabi. W 2014 roku Sporting-intelligence.com opublikował zestawienie średnich zarobków w ligach.Dla ekstraklasy roczny zarobek piłkarza to 110.250 funtów za sezon, a w izraelskiej Premier League 63.778. Na Ligę Mistrzów wystarczyło.