Archiwa tagu: Liga Europejska zasady

N o i stało się. Połowa punktów wyparowała, tabela podzieliła się na dwie grupy, kibice szukają absurdów reformy (istnieje np. możliwość, że mistrzem Polski zostanie zespół, który zdobył w 37 kolejkach mniej punktów niż wicemistrz), zastanawiają się, czy ze względu na równość szans tytułu króla strzelców nie powinien otrzymać najskuteczniejszy piłkarz po sezonie zasadniczym i dziwią, że bez-nadziejnie słaby Górnik wciąż ma szansę nawet na medal.
Mnie frapuje jednak bardziej to, co wydarzy się już po siedmiu dodatkowych kolejkach. A mianowicie nieuchronność startu przedstawicieli ekstraklasy w przedwstępnych rundach kwalifikacji do europejskich pucharów. Bo o ile Legia i Lech mogą dawać nadzieję na tak zwane honorowe porażki, to cała reszta wydaje się gwarantować zwyczajne blamaże.
Dwa najlepsze zespoły tabeli dzieli od pozostałych przepaść i nawet dzielenie punktów niczego w tym względzie nie zmieni. Trzecie miejsce może zająć już każda z pozostałych sześciu drużyn i właściwie nie będzie to miało… żadnego znaczenia, oczywiście poza satysfakcją ich kibiców. Bo w konfrontacjach międzynarodowych z jakimkolwiek rywalem zarówno Ruch, jak i Górnik, Zawisza, Lechia, Pogoń, a nawet obecna Wisła, skazane są na klęski, o czym zresztą od  wielu lat systematycznie się przekonujemy. Ba, ostatnim zespołem z paszportem do  przedpokojów LE może być wręcz spadkowicz, bo przecież takie właśnie miejsce zajmuje obecnie Zagłębie Lubin! Zresztą dwójka finalistów Pucharu Polski w ostatniej kolejce zgodnie zainkasowała po trzy gole, prezentując grę tyleż toporną, co mizerną.
Może więc tak na wszelki wypadek lepiej zrezygnować z gry od razu? Oczywiście, że ktoś wspomni w takim kontekście ideę barona Pierre de Coubertina, ale stwierdzenie, że najważniejszy jest po prostu udział, w zawodowej piłce budzi pusty śmiech. W dodatku w przypadku LE może być to udział wyjątkowo kosztowny, a kto nie wierzy, niech spyta księgowych klubów, które swoje pucharowe przygody kończyły w dalekich krainach z gigantycznymi rachunkami za przeloty.
Co więc nam pozostaje? No cóż, na razie może spróbujmy poemocjonować się drugą fazą rozgrywek, ale potem, w trosce o własne nerwy, najlepiej udajmy się od razu gdzieś, gdzie nie ma telewizorów…