Archiwa tagu: Mark Williams

Mark Williams. Tak nazywa się sportowy bohater minionego tygodnia. Jeśli jakimś cudem nie widzieliście jego niesamowitych zagrań w finale mistrzostw świata w snookerze, to pewnie zwróciły waszą uwagę zdjęcia nagiego faceta na konferencji prasowej. To właśnie on. Walijczyk, który w wieku 43 lat znów został najlepszym snookerzystą świata i po triumfie dotrzymał słowa stając przed dziennikarzami w pełnej, hmmm, krasie, a przy okazji martwiąc się co na to powiedzą sponsorzy, których znaczków nie miał za bardzo gdzie umieścić.

W decydującym fascynującym spotkaniu Williams pokonał swojego rówieśnika, również byłego mistrza Johna Higginsa. Stawką były olbrzymie pieniądze, ale także miano czempiona, który na tron wrócił po najdłuższej przerwie w historii. Od kilkunastu dni wynosi ona 15 lat. Po raz ostatni triumfator z Sheffield wygrał taki turniej w 2003 roku, czyli – aby uzmysłowić sobie jak wiele czasu minęło od tamtej chwili – niedługo po tym, jak piłkarska reprezentacja Polska przełamała „klątwę Piechniczka”, wróciła na mundial, a z jej pierwszego po 16 latach startu zapamiętaliśmy wyjącą hymn Edytę Górniak, szczekających na dziennikarzy kadrowiczów i Tomasza Hajtę depczącego Pauletę.

Teraz Williams znów został obrzucony złotym konfetti i paczkami banknotów (tytuł oznaczał wypłatę 425 tysięcy funtów, w przeliczeniu dobrze ponad 2 mln zł), a upływ czasu widać było przede wszystkim – jak to zwykle bywa – po dzieciach. Rodzinne zdjęcie nad zwycięskim dla Walijczyka stołem było zresztą jednym z najsympatyczniejszych momentów w całej historii snookerowych zmagań, zwłaszcza, że oklaskiwała je entuzjastycznie między innymi rodzina Higginsów. Ot, taka kultura daleka od footballu.

W tym samym czasie inny Williams, Frank, zmagał się wraz z córką Claire z poważnym kryzysem. Funkcjonująca pod ich rządami stajnia – swoją drogą co to za sentymentalne określenie w kontekście koni mechanicznych – Formuły 1 coraz wyraźniej traci dystans do własnej legendy, która i tak gaśnie od 1997 roku, czyli od zdobycia ostatniego indywidualnego (Jacques Villeneuve) oraz zespołowego tytułu. Obecny sezon to katastrofa – w czterech wyścigach Williams Martini Racing przywiózł do mety raptem 4 punkty (co daje mu ostatnie miejsce w klasyfikacji konstruktorów) i mnóstwo awarii oraz… krytyki. Najwięcej hejtu spada na głowę Siergieja Sirotkina. Dla polskich kibiców jego kłopoty to miód na serca. Rosjanin jest bowiem odpowiednikiem – przy zachowaniu proporcji wynikających z popularności obu dziedzin – sędziego Howarda Webba, czyli wrogiem publicznym oskarżanym o całą listę grzechów głównych i dwa tomy przewinień pomniejszych.

Na czele czarnego spisu znajduje się oczywiście wsparcie ze strony Władimira Putina i powiązane z tym bonusy finansowe, dzięki którym rosyjski kierowca miał zdobyć fotel w bolidzie na sezon 2018 kosztem Roberta Kubicy. Na nic zdały się oczywiście tłumaczenia szefów teamu, że zadecydowały inny czynniki. Kibice znad Wisły, którzy nigdy nie znaleźli się nawet w pobliżu toru, wiedzieli swoje, a każde testowe okrążenie w wykonaniu krakowianina stanowi dla nich koronny dowód na potwierdzenie swojej tezy, podsycanej przez samego Kubicę porozumiewawczymi uśmieszkami i znaczącym milczeniem. Frank Williams konsekwentnie jednak podkreśla, że los wkrótce się odmieni, a jego inżynierowie już wiedzą, co trzeba usprawnić. I zaczyna w tym przypominać Marka, który na szczyt wrócił po serii porażek i bolesnych rozczarowań. Paradoksalnie ekipie F1 w przełamaniu impasu mogą pomóc właśnie pieniądze Sirotkina, a wtedy to on będzie się uśmiechał ostatni.

Williams i Williams. Dwa światy, dwie pasje. Ale dziś łączy ich jedno – jeden i drugi król jest nagi. Tyle, że pierwszy rozebrał się dobrowolnie, a drugi nowe szaty próbuje dopiero uszyć.