Archiwa tagu: Męski punkt widzenia blog

Gdy piłkarze Górnika Zabrze po 15. kolejkach zameldowali się na pozycji liderów Lotto Ekstraklasy, w mediach, zwłaszcza tych społecznościowych, eksplodowały emocje. Akademicka dyskusja dotyczyła kwestii czy gang Marcina Brosza został mistrzem jesieni, rundy a może w ogóle nie został żadnym z nich. Tytuły w śląskich gazetach – a zwłaszcza w Dzienniku Zachodnim – już od początku sezonu (pamiętacie „Legła Warszawa!”?) są belką w oku kibiców i dziennikarzy, których serca biją dla mistrzów Polski, więc nie inaczej było w tym przypadku. Ostatecznie ze stolicy napłynęło zdanie zamykające temat – „Po 16. kolejce i tak na czele znajdzie się Legia”, co stanowiło aluzję do zbliżającego się bezpośredniego meczu obu drużyn na stadionie przy Łazienkowskiej.

Zabrzanie w stolicy rzeczywiście przegrali, Legia przejęła prowadzenie, więc w największym polskim mieście zabrzmiał triumfalny rechocik. Minęło jednak kilka dni i sytuacja diametralnie się zmieniła. Fani Legii, którzy z milczącą aprobatą przyjmowali niekorzystne dla Górnika pomyłki biegających z gwizdkiem krajanów, nagle obudzili się z wrzaskiem twierdząc, że piłka do siatki Arkadiusza Malarza wpadała po akcjach, w których piłkarze Korony byli na minimalnych, ale jednak spalonych. Ból był zapewne tym dotkliwszy, że dzień wcześniej zabrzanie znów zrobili to, co potrafią najlepiej, i zdemolowali Jagiellonię wymijając w tabeli warszawian. No cóż, w końcu legijna gwardia zapowiadała, że ich klub będzie na czele po 16. kolejce, o 17 nic nie mówiła…

Czas jednak przejść do poważniejszej kwestii. Otóż – w ligowym prowadzeniu Górnika nie ma przypadku, bo zespół Marcina Brosza wniósł do Ekstraklasy nową jakość i powiew świeżości, jakiego nie było w niej od lat. Pozostaje trzymać kciuki, by był on na tyle mocny, by na mecie sezonu solidnie przewietrzyć zastałe ekstraklasowe układy i przy okazji zmieść irytującą pychę mistrzów Polski, którzy nie wyciągnęli wniosków z lekcji pokory udzielonej im w europejskich pucharach.

Won. To słowo w minioną niedzielę zrobiło furorę. Właśnie nim posługiwali się bezrozumni wielbiciele wędzenia siebie i innych w toksycznym dymie, „odpierając” argumenty osób normalnych, którzy dzielenie meczu Legii z Górnikiem na tercje uznawali za powód, by definitywnie go zakończyć. Wspomniane „won” generalnie kierowano do wszystkich niedoceniających piękna legijnego racowiska. Bo wszak – jak napisał jeden z trolli – to właśnie dla takich chwil przychodzi się na stadiony. No cóż, pomimo tak elokwentnej polemiki pozostanę przy własnym zdaniu. I nadal będę twierdził, że uznawanie cuchnących pseudospektakli jako nieodłącznych przejawów rzekomej kibicowskiej tożsamości to prostackie alibi dla zachowań godnych neandertalczyków traktujących gorące płomienie jako zjawisko magiczne.

Igranie z ogniem w polskiej piłce trwa od lat. I pokazuje bezradność wszystkich, którzy mogliby tę niebezpieczną, i przede wszystkim niezgodną z prawem, zabawę ukrócić. A więc samych klubów, pracujących dla nich agencji ochroniarskich oraz organizatorów rozgrywek. Brak systemowych rozwiązań w postaci przepisów, jakie wprowadzono na przykład wobec wtargnięcia intruzów na murawę, stanowi zaniechanie rażące i… dające do myślenia. Krótko mówiąc race omijane są szerokim łukiem ( bo trudno za skuteczne przeciwdziałanie uznać groszowe niemal grzywny) z powodów, o których oficjalnie możemy jedynie gdybać.

W tym samym ogródku leżą niestety także kamienie rzucane przez media, ze stacją Canal+ na czele. Zasada, by nie pokazywać łamania prawa (podobno, by ich autorom nie robić reklamy, a podskórnie zapewne z potrzeby nieustannego owijania w sreberko jednego z ostatnich znaczących produktów, jakie stacja ma jeszcze w swoim pakiecie) zamieniła się właśnie w farsę. Nawet w przypadku tak oczywistym jak na Legii komentatorzy do ostatnich chwil udawali, że nie widzą nadciągającej chmury dymu, a gdy ta już przesłoniła murawę, skupiano się na wydumanych bonusach z tej sytuacji, bredząc o okazji do podglądania meczowej kuchni, czyli narad zespołów odesłanych przez sędziów pod szatnie. Szanowna ekipo C+, to taki sam argument jak ten, że kibice przychodzą na trybuny po to, by podziwiać fajerwerki a nie wyczyny piłkarzy. Jeśli zamiast goli chcielibyśmy posłuchać kaszlącego Żurkowskiego to włączylibyśmy jeden z waszych reportaży, a nie meczową transmisję na żywo.

To telewizyjne przekonanie, że jeśli czegoś nie pokażemy to tego nie ma, w tym przypadku zdecydowanie się nie sprawdza, podobnie jak zachwyty nad poziomem co dokładniejszych zagrań futbolistów. Nie od dziś wiadomo bowiem, że najcenniejsze jest prawda. Nawet wtedy, gdy boli. A może zwłaszcza wtedy. Bo inaczej można się solidnie poparzyć. Także racą.

Fanatycy. Taki właśnie tytuł nosi książka wydana przez krakowskie wydawnictwo SQN. Okładka płonie jak raca, w środku na trzystu stronach opowieść kibola z krwi – tej przelewanej też – i kości o wchodzeniu na stadiony razem z ich bramami, leśnych ustawkach, „promocjach” na stacjach benzynowych, polowaniach na wrogie ekipy i torturach w komisariatach. Całość doprawiona niezrozumieniem takiego stylu życia ze strony reszty świata i lekką tęsknotą za latami 90. gdy policja była słaba, źle wyposażona i nieprzygotowana na zderzenie z brutalnością owiniętą w klubowe szaliki.

Generalnie lektura dość wartka, ale bardziej pewnie szokująca dla tych, którzy trzy dekady temu dopiero przychodzili na świat, niż pamiętających go ze wszystkim odcieniami polityczno-społecznymi. Ewentualne zaskoczenia nie dotyczą też osób wciąż bywających na stadionach i nie opierających się jedynie na transmisjach w stacji Canal+, omijającej kamerami wszystkie ekscesy na trybunach aż do momentu, gdy brak widoczności i przerwanie meczu wymusza reakcję ze strony komentatorów.

Na szczęście dla książki narrator (a podobno i autor) „Fanatyków” nie sili się na fałszywe zdobywanie sympatii dla czarnych charakterów, chociaż zbyt często wtrąca dygresje stanowiące szytą grubymi nićmi prowokację wobec czytelnika. Przy okazji jednak pojawia się kilka ciekawych wątków, jak chociażby ten o genezie środowiskowego porozumienia dotyczącego zakazu używania podczas bójek niebezpiecznych narzędzi.

W całej tej opowieści znalazło się jednak zdanie, które najbardziej utkwiło mi w pamięci. Jeden z policjantów – podczas prywatnej rozmowy – pytany, czy po Euro 2012 policja kibolom już odpuści, odpowiada wprost: – Zależy, kto będzie trzymał koryto.

I właśnie ta krótka wypowiedź wygląda na klucz do zrozumienia wielu zjawisk z obecnej ulicznej rzeczywistości.

Zapewne większość z nas, facetów, zna tę sytuację, gdy za pośrednictwem bezpośredniego ulicznego marketingu próbuje się nas zwabić do miejsc, w których największą atrakcją są pokazy tańca na rurze. Co jednak ciekawe – wśród wielu zachęt nie pada ta, która mogłaby być najskuteczniejsza, czyli bazująca na instynkcie kibicowskim. A tymczasem pole dance jest od niespełna miesiąca oficjalną dyscypliną sportu. Ba, ma aspiracje, by znaleźć się w programie igrzysk olimpijskich!

Federacja tańca na rurze zrzesza obecnie piętnaście krajowych federacji, w tym polską. Aby zachować status dyscypliny profesjonalnej musi w ciągu dwóch lat przyciągnąć jeszcze co najmniej dwadzieścia pięć narodowych organizacji. Szefowa International Pole Sports Federation, Katie Coates, nie ma żadnych wątpliwości, że ta misja się powiedzie. Szczerze mówiąc optymizm ten ma solidne podstawy chociażby ze względu na potencjał związany z transmisjami telewizyjnymi. Oglądalność zawodów powinna bez problemów pokonać pułapy wyznaczone przez wiele dyscyplin – nazwijmy je po imieniu – konserwatywnych.

Nie bez znaczenia jest także fakt, że nowy sport od razu zadbał o alibi na wypadek modnych we współczesnym świecie zarzutów o seksizm i dopuścił do startów również mężczyzn. Co więcej, ci którzy mieli okazję takie zawody zobaczyć twierdzą, że poziom najlepszych jest poziomem kosmicznym. Kwestią czasu wydaje się więc wprowadzenie konkurencji mikstów, a być może nawet duetów.

Biorąc to wszystko pod uwagę warto chyba następnym razem zastanowić się nad ulicznymi propozycjami. W końcu kto wie – może na przykład nadarzy się okazja zobaczenia debiutu przyszłej mis-trzyni olimpijskiej (lub mistrza, bo o gus-tach się wszak nie dyskutuje)…

O tym, że Zbigniew Boniek jest zwolennikiem powiększenia Ekstraklasy wiadomo od dawna. Teraz jednak wygląda na to, że szef polskiej piłki zamierza dokonać tej operacji bez znieczulenia i w trybie nagłym – prezes PZPN chciałby, by liga liczyła 18 zespołów już od najbliższego sezonu, Aby tak się stało już w bieżących rozgrywkach z elity spadłby tylko jeden zespół, natomiast drugi wystąpiłby w barażach z czwartą drużyną 1. ligi, z której aż trzy drużyny awansowałyby bezpośrednio.

Zdaniem autorów pomysłu rozbudowanie Ekstraklasy miałoby służyć podniesieniu jej poziomu. Czy naprawdę można uwierzyć, że rozcieńczenie i tak słabego produktu, jakim jest obecnie polska Ekstraklasa, może przynieść taki efekt? Wystarczy zresztą spojrzeć na frekwencję ze zdecydowanej większości stadionów elity oraz z czołówki jej zaplecza, by zdać sobie sprawę, że to przelewanie z pustego w próżne przyniesie spadek nawet tych nielicznych wskaźników, którymi zarządzająca rozgrywkami spółka lubi się jeszcze chwalić. Bo o poziomie sportowym świadczą wyniki w europejskich pucharach.

Najbardziej zabawny jest argument, że jesteśmy zbyt dużym krajem, by Ekstraklasa liczyła „zaledwie” szesnaście drużyn. Poziom rozgrywek pokazuje jasno, że ilość obywateli nie przeszła w jakość ligowców, których większość wygląda jakby na boiska trafiła z przymusowego poboru tylko dlatego, że obecny rozmach ligi wymusił posiadania pokaźnej liczebnie kadry.

W całej tej sprawie trzeba pamiętać także o jeszcze jednym, może nawet najważniejszym aspekcie: nie zmienia się zasad w trakcie gry! Reguły spadków i awansów były dla wszystkich jasne w momencie inauguracji sezonu i majstrowanie przy nich w momencie, gdy tabela ma już określony wygląd z pewnością będzie budziło podejrzenia o nieczyste, zakulisowe manipulacje wynikające z sympatii lub antypatii osób za to odpowiedzialnych.

Trzy tysiące euro. Taką kwotę dostał pewien Węgier za to, że przyjechał do Wieliczki i wszedł tam do ringu. Boksować nie umiał – nomen omen – za grosz, ale oberwać też specjalnie nie oberwał, bo zdążył szybko się przewrócić, by w stanie nienaruszonym ruszyć później na bankiet. Ciekawym wątkiem tej historii jest fakt, że w jego tak zwanym rekordzie widniały wcześniej… cztery zwycięstwa. Być może jednak wszystkie nazwiska pokonanych były oznaczeniami sklepowych manekinów. To zresztą tłumaczyłoby, dlaczego „triumfy” są na punkty, w końcu znokautować takiego stwora to nie bułka z masłem.

Sądząc po furorze, jakie zrobiły filmiki z wyczynami Madziara, pseudosportowy kabaret złamał kolejną barierę braku przyzwoitości w naciąganiu kibiców. A przecież o taki wyczyn wcale nie jest łatwo, bo promotorzy zwożący na swoje gale skupowanych hurtowo i na kilogramy kelnerów, poprzeczkę zawiesili tuż nad poziomem gruntu. Być może zresztą dlatego wielicką galę zorganizowano od razu 125 metrów pod ziemią, żeby było łatwiej osiągnąć dno.

Polski boks, właśnie za sprawą takich wpadek, od dłuższego czasu przypomina zamroczonego pięściarza, którego jedno uderzenie dzieli od wypadnięcia za liny. Dzika polityka rabunkowa, polegająca na przedwczesnym porywaniu na zawodowstwo nieprzygotowanych jeszcze na taki skok amatorów, całkowicie wydrenowała rynek i tak coraz mniej licznych krajowych talentów. Tenże boks amatorski od lat zarządzany jest zresztą w sposób adekwatny do swojej nazwy i w starciu z cwaniakami z różnych „stajni” nie miał szans przetrwania. Ci jednak z kolei nie przewidzieli, że nadejdzie czas, w którym trafi kosa na kamień i sami obrywają teraz od szastających kasą macherów z różnorakich MMA, którzy zabierają im coraz większe kawałki telewizyjnego tortu, jedynego utrzymującego przy życiu bokserskie niedobitki nad Wisłą.

Tym bardziej zadziwiać powinno, że wypasieni na bylejakości promotorzy nie tylko nie podjęli rękawicy w walce o przyszłość, ale w dodatku inspirują medialne bitki z Mateuszem Borkiem. Znany dziennikarz ma na koncie jedną galę, ale taką, która wniosła nową jakość zarówno sportową, jak i marketingowo-reklamową. Jak widać reszta środowiska woli jednak wespół w zespół utonąć w bagnie niż spróbować podpiąć się pod jedyną dającą nadzieję nową falę.

Wbrew powszechnej opinii, sztuka epistolografii (wyjaśnienie dla gimbazy: chodzi o pisanie listów) ma się dobrze, a na Śląsku wręcz kwitnie. Znaczący wkład w jej reaktywację wnosi właśnie światek futbolowy.

Górnik Zabrze pisze do Piasta Gliwice, MORiS Chorzów do Ruchu, Ruch do Rakowa Częstochowa, policja do organizatorów rozgrywek, wojewoda do zarządców stadionów, zarządcy do firm remontowych. A wszystko to z okazji radosnej twórczości kolorowo ubranej młodzieży, prowadzącej weekendowe badania nad lotnością krzesełek, pojemnością przenośnych toalet i najnowszymi trendami w zakresie malarstwa ściennego…

Niestety, ten ironiczny wstęp prowadzi do poważnej puenty: za wszystkie te zabawy płacą nie winowajcy, a podatnicy. Wzajemne wystawianie sobie rachunków nie sięga bowiem do źródeł problemu. Czy ktoś z Państwa słyszał w ostatnich latach, by kluby pozwały o odszkodowania samych kibiców? Albo agencje ochrony, które nie są w stanie skutecznie działać ani na bramkach wejściowych, ani na trybunach, jeśli mają do czynienia z kimś innym niż dziennikarze lub fotoreporterzy? Czy ktoś kiedyś wyjaśnił, jakim cudem na trybuny trafiają sektorówki z zakazanymi treściami? Przecież tych płacht już na pewno nie da się przemycić w kieszeniach czy kanapkach… I czy kibice płacą za pomieszczenia lub magazyny zajmowane przez nich na miejskich stadionach?

Symbolicznym uosobieniem tej bezradności może zostać spiker Piasta Gliwice. Jego apele o kulturalny doping podczas niedawnego meczu z Sandecją, który toczył się w wyjątkowo – nawet jak na polskie ligowe standardy – ohydnej fali bluzgów płynących z tak zwanego „gniazda”, odnosiły skutek odwrotny do zamierzonego, ba, wręcz potęgowały inwencję zapiewajłów. Informacja o liczbie kibiców, którzy na stadion przy Okrzei przyszli po raz pierwszy, brzmiała w tym kontekście żałośnie, bo przecież było oczywiste (co potwierdza malejąca frekwencja), że jeszcze więcej osób przyszło po raz ostatni. Także w tym przypadku można mieć pewność, że nikt za takie straty (niesprzedane bilety, fatalna reklama) nie poniesie konsekwencji, o zakazie wnoszenia sprzętu nagłaśniającego nie wspominając…

Czas powiedzieć sobie jasno: VAR w obecnym wydaniu okazał się totalnym niewypałem. O wadach wideoweryfikacji napisałem już kilka tekstów (między innymi o łamaniu zasady równości poprzez niestosowanie go na wszystkich meczach), ale teraz – podobnie jak trener Waldemar Fornalik – jednoznacznie „staję do niego okoniem”.

Już nie tyle nie podoba mi się, co wręcz irytuje, niejasność stosowania tego systemu przez sędziów. W sobotnim spotkaniu z Piastem konia z rzędem można było podarować temu, kto zrozumiał dlaczego Jarosław Przybył skwapliwie skorzystał z podpowiedzi przy – słusznym – uznaniu gola strzelonego przez gości, natomiast nie sięgnął po technologiczne wsparcie, gdy Aleksandar Sedlar był faulowany w polu karnym Sandecji, chociaż gliwiczanie gorąco o to apelowali. Nawiasem mówiąc to wypisz wymaluj identyczna sytuacja, jak w spotkaniu Górnika ze Śląskiem – wtedy Tomasz Kwiatkowski z opóźnieniem podyktował jedenastkę dla wrocławian, natomiast odmówił sprawdzenia zapisu sytuacji po której powinien gwizdnąć karnego w drugą stronę.

Cała procedura korzystania z VAR-u w założeniu miała pomóc w sprawiedliwym ocenianiu spornych sytuacji mających wpływ na wynik meczu, tymczasem nie tylko dodatkowo je zagmatwała, ale również zaczęła psuć widowiska. Długie oczekiwanie na analizę i wydanie werdyktu, dokonywane dopiero po naturalnym przerwaniu akcji, co oznacza kilkadziesiąt sekund zwłoki, wprowadza chaos i zaognia atmosferę i na boisku, i na trybunach. Ani piłkarze, ani trenerzy, ani widzowie, często nie wiedzą, co w ogóle sędzia sprawdza…

Jak ten błąd wyeliminować? Oddanie VAR-owej inicjatywy w ręce szkoleniowców nie wydaje się dobrym pomysłem, istnieje wszak obawa wykorzystywania jej do przerywania groźnych akcji rywali. Najlepszym wyjściem byłoby – o ile nie ma opcji rezygnacji z systemu – natychmiastowe sygnalizowanie przez arbitra potrzeby weryfikacji i błyskawiczne, np. w ciągu pięciu sekund, przekazanie decyzji przez arbitra sprzed ekranu wprost do ucha sędziego głównego.

Atak warszawskich kiboli na piłkarzy Legii wystawił świadectwo całej Ekstraklasie. Zdarzenie to stanowi bowiem idealną ilustrację patologicznych układów panujących w większości klubów. Ich esencja znalazła się zresztą w oświadczeniu mistrzów Polski, w którym przeczytaliśmy między innymi: „Pierwsze ustalania wskazują, że grupa osób weszła na teren stadionu zgodnie z przyjętą praktyką po meczach wyjazdowych, co nie dawało ochronie obiektu podstaw do niepokoju”. No cóż, o „przyjętych praktykach” trudno dyskutować, ale jedno pytanie nasuwa się samo – gdzie podziała się wspomniana ochrona, gdy czujący się jak u siebie na należącym do Legii terenie bandyci powody do niepokoju już dali? O sile wspomnianego układu – być może opartego głównie na strachu – łączącego kiboli z władzami klubu, świadczy też brak reakcji, na przykład w postaci wydania oczywistego wydawałoby się po takich zajściach zakazu wstępu na legijne tereny dla osób niebędących jej pracownikami.

Trudno zresztą oprzeć się wrażeniu, że Legia zebrała właśnie owoce swojej wieloletniej konsekwentnej pracy. Zlekceważone przed laty uderzenie Jakuba Rzeźniczaka przez „Starucha” oraz pokorne tolerowanie zachowań na trybunach, których efektem były dotkliwe kary finansowe i wstyd na całą Europę, stanowiły kolejne kroki w kierunku przepaści. Czy można się dziwić, że to właśnie „Staruch” zaprosił piłkarzy do wyjścia na klubowy parking?

System wiążący kiboli z władzami klubów to jednak zaledwie koniec przewodu pokarmowego, którym spływa całe to szambo. Wszystko zaczyna się bowiem od bezradności krajowych organów – począwszy od prokuratorów, a na kontrolerach biletów w środkach komunikacji publicznej, którymi podróżują kibice, skończywszy. Czy jest to zresztą tylko bezradność? Nie da się przecież ukryć, że w powszechnym odczuciu część polityków wspiera bandyckie środowiska, utożsamiając je – pewnie na podstawie nadruków na koszulkach – z ruchami patriotycznymi. Swoje trzy cegiełki dokłada też do tej struktury Kościół (bo jak inaczej zinterpretować jasnogórską uświęconą pielgrzymkę spod znaku płonących na wałach rac?) i właśnie w efekcie takiej kombinacji mamy to, co mamy, czyli sumę wszystkich wokółligowych strachów.

Jeszcze wiruje w powietrzu kurz po nieumiejętnym zrzuceniu na Ekstraklasę systemu VAR, a już piłkarze mają kolejny problem. Tym razem znacznie poważniejszy. Bo o ile kwestie związane z wideoweryfikacjami obciążają wizerunki sędziów, to kolejna nowinka wycelowana została bezpośrednio w tych, którzy biegają za piłką.

Spółka Ekstraklasa Live Park, czyli ta, która odpowiada za telewizyjne transmisje, poinformowała mianowicie o podpisaniu umowy z firmą ChyronHego, specjalizującą się w dostarczaniu danych fitness. Ten pozornie sympatyczny (w końcu fitness to sprawa przyjemna) zwrot w tym przypadku oznacza jednak dokładne monitorowanie poczynań piłkarzy w czasie meczu. Ściślej rzecz biorąc tuż po ostatnim gwizdku sędziego każdy z nas będzie mógł spojrzeć w statystyki, by przekonać się między innymi ile kilometrów przebiegł wybrany zawodnik, jaką część z nich pokonał w tempie sprinterskim, w jakim tempie średnio się poruszał i jaką osiągnął prędkość maksymalną.

Dzięki temu staniemy w jednym rzędzie z najlepszymi ligami Europy – z dumą oświadczył dyrektor LiveParku, Marcin Serafin. I tu wydaje się właśnie pies pogrzebany. Bo o ile ta deklaracja może mieć uzasadnienie technologiczne, to w praktyce wykaże zapewne coś dokładnie przeciwnego. A mianowicie przyczynę, dla której Ekstraklasa pod względem sportowym w takim pierwszym rzędzie bynajmniej nie stoi. Co więcej, wyjątkowi złośliwcy dostaną do ręki potężne narzędzie w postaci przelicznika przebieganych kilometrów na złotówki, jakie piłkarze tak zwanej elity pobierają co miesiąc w klubowych kasach.

Istnieje jednak cień szansy, że opracowania ChyronHego okażą się zbawienne. Może przecież zadziałać efekt wyścigu australijskiego, czyli chęci uniknięcia za wszelką cenę zajęcia w pomeczowych statystykach ostatniego miejsca w zespole, nie licząc oczywiście bramkarza. Niewykluczone więc, że podczas przyszłorocznych meczów (system składający się z dwóch kamer, komputera oraz serwera z urządzeniami dodatkowymi do końca roku zostanie zainstalowany na wszystkich stadionach) zobaczymy niezwykłe obrazki. Na przykład takie, że także piłkarze nie biorący udziału w akcji będą żwawo przebierać nogami czy wykonywać krótkie sprinty, by poprawić swoje parametry.

Nawet jednak w takim przypadku najciekawsze będą porównania rodzimych gwiazdek z zawodnikami, którzy do niedawna biegali po trzecioligowych, ale zagranicznych (np. hiszpańskich) boiskach, i którzy w Ekstraklasie od razu zaczęli dzielić , rządzić i błyszczeć.