Archiwa tagu: Męski punkt widzenia blog

Jakoś dziwnie bez echa przechodzi w Polsce największa w dziejach afera biathlonowa. Okazało się otóż, że prezes światowej federacji tej dyscypliny, Anders Besseberg, był w znacznie ciekawszych miejscach i widział znacznie więcej niż polscy kibice według olimpijki Weroniki Nowakowskiej. 72-letni Norweg miał uprawiać własną odmianę biathlonu – biegał po pieniądze i strzelał na luksusowych polowaniach. A ponieważ w przeciwieństwie do wielu swoich rodaków i rodaczek on akurat nie cierpiał na astmę, obie te rzeczy robił ponoć często i systematycznie, dbając też o odnowę biologiczną w fachowych ramionach prostytutek.

Źródło tych wszystkich rozkoszy biło w Rosji. Taki zarzut potwierdził Grigorij Rodczenkow, najsłynniejszy obecnie uciekinier z tego kraju, który do wyjazdu w 2015 roku zarządzał rosyjską agencją antydopingową i był tam uznawany za magika potrafiącego zatuszować każdy przypadek złapania na koksie (zamieniając ten proceder w bardzo zresztą dochodową sztukę). Jak sam twierdzi, uciekł do USA, bo zaczął obawiać się o życie, a w zamian za bezpieczeństwo został najsłynniejszym sportowym świadkiem koronnym. Ujawnił wiele ciemnych spraw, przyznał się do zniszczenia kilku tysięcy pozytywnych próbek rosyjskich gwiazd i zdradził największą z tajemnic – że dopingowy przemysł wspierany był przez państwo, a pojemniki z moczem podczas igrzysk w Soczi otwierali i ponownie napełniali agenci służb bezpieczeństwa.

Po tych rewelacjach na Rosję spadł grad twardych konsekwencji, z wyrzuceniem z igrzysk włącznie. Jak przystało na wyrachowanego gracza, Radczenkow wciąż chowa w rękawie kolejne asy. Jednego właśnie rzucił i zbił nim króla biathlonu, rządzącego tą dyscypliną od 1992 roku. Sednem systemu miały być manipulacje paszportami biologicznymi, które dziwnym trafem na polecenie IBU (federacji zarządzanej przez Norwega) znikały z laboratorium rosyjskich antydopingowiczów.

Besseberg był częstym gościem kolegów z Moskwy i okolic. Uczestniczył tam w łowach na grubego i drobnego zwierza, a potem w rozmowach przy myśliwskich ogniskach, tudzież hotelowych kominkach, gdzie gospodarze zwierzali mu się z problemów, a on starał się im pomóc. Traf chciał, że chodziło głównie o utajnienie wyników badań rosyjskich gwiazd (w sumie podobno o 65 takich przypadków), co pozwalało im nadal startować i święcić triumfy. Wisienką na torcie było przyznanie Tjumeni organizacji mistrzostw świata 2021. Gdy rosyjski przemysł dopingowy ujrzał wreszcie światło dzienne, a na IBU zaczęła naciskać WADA (agencja antydopingowa), Besseberg znalazł się pod ścianą i decyzja została zmieniona. Polowania, wycieczki, luksusowe hotele, panie do towarzystwa i drogie gadżety – Norweg niczego sobie nie żałował i to właśnie zwróciło uwagę reporterów śledczych. Wreszcie więc brudna bomba wybuchła i biathlonowy boss złożył dymisję, nie przyznając się jednak do zarzutów.

Afera, jak to zwykle bywa, ma charakter rozwojowy i niewątpliwie pojawi się w niej więcej szczegółów, ale już widać, że biathlon stanie w jednym rzędzie hańby z lekką atletyką, kolarstwem czy – niedościgłym na razie – podnoszeniem ciężarów. Generalnie sprawa ta stanowi kolejny dowód na patologie, jakimi przesiąknął skomercjalizowany do bólu sport, w którym dopingowa zabawa w policjantów i złodziei trwa bez końca, a każda próbka ma swoją wagę i cenę. Chociażby mieszczącą się w jednym neseserze. Na pewnym nagraniu powiązanym z biathlonową aferą szef misji olimpijskiej w Soczi, Aleksander Krawcow, twierdził bowiem, że do takiej walizeczki zmieściłoby się 400.000 dolarów, a wiceszef IBU, Aleksander Tichonow, kontrował, że co najwyżej 300.000. Być może ten spór rozwiąże sam Besseberg. O ile oczywiście stanie przed sądem i powie prawdę, całą prawdę i tylko prawdę.

Najlepsze, przynajmniej w kontekście miejsc zajmowanych w tabeli, zespoły Lotto Ekstraklasy rozpoczęcie rundy finałowej potraktowały dość frywolnie. Czołowa trójka solidarnie straciła punkty, nabijając kieszenie bukmacherom, bo trudno przypuszczać, by znalazł się w kraju gracz, który obstawiłby taką kombinację rozstrzygnięć. No, chyba, że skreślał typy metodą kojarzoną jednoznacznie ze sponsorem tytularnym ligi, czyli na chybił – trafił…

Moi koledzy po fachu, pisząc o walce o tytuł, po raz kolejny automatycznie sięgają po wytarte już od zbyt częstego używania skojarzenia z wyścigiem ślimaków. Tymczasem te sympatyczne skądinąd stworzenia z ligowcami nie mają nic wspólnego. One akurat podążają, co prawda dość powolnie, ale w określonym kierunku, w przeciwieństwie do klubów Ekstraklasy, które kręcą się w kółko, gubiąc w tym chocholim tańcu pliki banknotów i porywając do korowodu przypadkowych gapiów.

Prym w tej zabawie wiedzie oczywiście – jak na mistrzów ceremonii przystało – Legia. To wprost nie do wiary, ale od ostatniego jej meczu w Lidze Mistrzów minęło raptem szesnaście miesięcy. To wystarczyło, by z mrzonek o wieloletnim panowaniu zbudowanym na gigantycznych wpływach związanych z wejściem do piłkarskiego raju, pozostał dym oraz gromki śmiech grupy cwaniaków, którzy przepompowali sporą część tej rzeki do własnych portfeli wykorzystując naiwność ludzi zarządzających legijnym interesem.

No cóż, nie nasze małpy, nie nasz cyrk, ale w moim przekonaniu to, co się dzieje, będzie miało wpływ na negocjacje dotyczące praw telewizyjnych. Nieoczekiwanie bowiem Ekstraklasa może stać się konkurencją dla emitowanych na żywo programów kabaretowych i wprowadzić tam własny cykl. Na przykład pod tytułem. „Sam jesteś fatalny”.

Najpierw krótki test. Spróbujcie wyobrazić sobie Roberta Lewandowskiego, który siedzi na lotnisku w Bydgoszczy, je makaron z kartonika i od siedmiu godzin czeka na samolot tanich linii lotniczych, by polecieć na czekający go za niespełna 24 godziny mecz eliminacji MŚ.

Albo Adama Nawałkę tuż przed spotkaniem, które może mieć kluczowe znaczenie w walce o udział w mundialu, gdy dowiaduje się, że z kadry wypadło mu sześciu zawodników. Nie z powodu kontuzji, a dlatego, że pracownik PZPN-u zapomniał ich zgłosić.

Takie przypadki miały miejsce naprawdę. Tyle że dotyczyły reprezentacji kobiet i spadły na Biało-Czerwone w ciągu kilkudziesięciu godzin przed meczami z Albanią i Szkocją. Zawiodło wszystko. I ludzie, i maszyny. Zawiodła też komunikacja.

PZPN na ujawnienie – przez wyżej podpisanego – kompromitacji swojego człowieka, najpierw zareagował milczeniem, potem alergicznie, by w końcu po kilku godzinach wydać oświadczenie z przyznaniem się do błędu. Nie tylko mocno spóźnione, ale i jedno z najbardziej niezwykłych w historii, adresowane bowiem tylko do… jednej osoby! Mojej skromnej (jak to mawiają politycy) zresztą.

Nie lepiej było w poniedziałek, gdy kadra czekała na samolot Ryanaira. Zamiast jasnego postawienia sprawy, na Twitterze rozpoczęła się walka związkowych działaczy, z prezesem Zbigniewem Bońkiem na czele, z grupką dziennikarzy. Walka mało merytoryczna, za to do granic brutalna. PZPN faulował ironią, uderzał żenującymi skojarzeniami z nazwiskami polemistów, a nad wszystkim unosił się duch poczucia wyższości, by nie rzec zwykłej bufonady. Dopiero dzień później rzecznik związku przyznał, że w czasie tych starć szukano rozwiązania alternatywnego, z wynajęciem czarteru włącznie. W najważniejszym momencie tej informacji znów jednak zabrakło. Zarządzanie kryzysowe w PZPN-ie okazało się odpowiednikiem działań strażaka-podpalacza.

W całej aferze nie zabrakło też zjawisk dziwnych. Między innymi z mojej branży, bo zastanawiać musiała zmowa milczenia podczas polsatowskiej transmisji z meczu, a także ze strony dziennikarzy obecnych na konferencji prasowej po nim. Nikt nie zauważył kadrowiczek na trybunach ani szczątkowej ławki rezerwowych? Przypadek? Nie sądzę. Raczej test lojalności zaprzeczający temu, czym ta praca być powinna.

Ale przecież milczeli nie tylko dziennikarze. Taką samą pokorną postawę – a to graniczy ze zdradą własnej kadry – przyjął selekcjoner reprezentacji, Miłosz Stępiński. Jak można w takiej sytuacji nie grzmieć?! Podobnie zresztą trener zachował się w czasie bydgoskiego koczowania. Czy prawdą jest, jak sugerował Zbigniew Boniek, że to szkoleniowiec optował za rejsowym przelotem do Szkocji i to zaledwie dzień przed meczem? A może po prostu robi, co mu każą, bo to niejedyne jego zajęcie zlecane przez PZPN? Takich pytań, które wciąż czekają na odpowiedzi, pozostało sporo. Warto jednak przypomnieć, że to nie pierwsze wpadki związane z tą drużyną. W 2011 w meczu z Rosją wystawiono zawodniczkę, która miała pauzować za żółte kartki (wynik 0:2 zweryfikowano jako walkower), a w 2016 było blisko powtórki, gdy selekcjoner Stępiński na swój debiut powołał kadrowiczkę z podobnym nadbagażem…

Przypuszczam, że spora grupa Czytelników potraktuje tę historię w kategoriach folklorystycznych. Warto więc dodać, że po pierwsze, reprezentacja kraju to zawsze reprezentacja; po drugie, w składzie ma kilka sporych gwiazd i gwiazdek z Katarzyną Kiedrzynek, bramkarką PSG i finalistką Ligi Mistrzyń na czele, a po trzecie – kobiece Euro 2017 oglądało w TV 165 milionów osób (finał ostatniego mundialu w USA pobił oglądalnością szósty mecz finału NBA). Potencjał kobiecej kopanej jest więc olbrzymi. I warto zdawać sobie z tego sprawę, zanim powtórzy się pamiętne zdanie Zbigniewa Boń-ka, że podczas rozmów o piłce baby nie są mu potrzebne…

O tym, że na meczu GKS-u Tychy z Ruchem będzie gorąco, wiedzieli wszyscy co najmniej od kilkunastu dni. Jak twierdzi policja, wojewoda śląski otrzymał stosowną informację, z sugestią zamknięcia stadionu przy ulicy Edukacji dla gości z Chorzowa, jednak podpisu nie złożył. Tłumaczono, że zablokowały go obowiązujące przepisy. Tak się bowiem złożyło, że kibole obu zespołów dawno nie zorganizowali w Tychach porządnej awantury. Fakt, że stało się tak głównie dlatego, że oba zespoły nie miały okazji ze sobą zagrać, nie miał nic do rzeczy, podobnie jak wiedza operacyjna policji o scenariuszu wydarzeń z paleniem flag w rolach głównych.

Interpretacja przepisów i efekty działań administracyjnych, które nie miały nawet cienia impetu, z jakim ten sam urzędnik zmienia nazwy ulic, rond i placów, mogli w sobotę ocenić wszyscy. Przykład urzędniczego błędu był tym jaskrawszy, że w Katowicach, gdzie tego samego dnia GKS grał z Zagłębiem Sosnowiec, sektor gości świecił pustkami, bo w tym przypadku wojewoda decyzję wydał.

Tyskie wydarzenia przypominały do złudzenia dramatyczne sceny z derbów ekstraklasowych pomiędzy Piastem a Górnikiem. Niewiele też brakowało, by zakończyły się w podobny sposób, zwłaszcza, że płot odgradzający sektor gości uginał się już pod naporem… jednego harcownika. Do dramatu na szczęście nie doszło, całkiem nieźle spisała się w tym przypadku ochrona, która jednak całkowicie zawiodła przy bramach wejściowych, przeprowadzając nieskuteczne kontrole przez które przeszła i pirotechnika, i flagi należące do rywali, wyraźnie odróżniające się barwami i herbami od macierzystych.

Po ostatnich tygodniach jedynym logicznym rozwiązaniem wydaje się administracyjny zakaz obecności kibiców gości na wszystkich spotkaniach derbowych w kraju.

To niewątpliwie medialny fenomen. Mecze Lotto Ekstraklasy w zdecydowanej większości przypadków stoją na poziomie co najwyżej przeciętnym, a bywa że wręcz kabaretowym. Pomimo tej powszechnej świadomości, na rynku telewizyjnym są towarem gorącym. I wszystko wskazuje na to, że staną się linią frontu pomiędzy największymi władcami plazmowych ekranów.

Termin przetargu na lata 2019-2023 zostanie ogłoszony prawdopodobnie w lipcu, ale konkurenci już weszli w bloki startowe. Na razie skupiają się na strojeniu groźnych min i deprymowaniu rywali, jednak już wkrótce będą musieli schować się w szatni, by przeliczyć banknoty w portfelach i przeanalizować, ile z nich warto wydać na to, by pokazać nie tylko mecze Górnik Zabrze – Legia Warszawa, ale także cały serial z cyklu Sandecja Nowy Sącz – Termalica Nieciecza (oczywiście za kilkanaście miesięcy te nieprzypadkowo wybrane nazwy mogą zastąpić ich ówczesne synonimy).

I właśnie w tych analizach jest pies pogrzebany, bo wycena w gruncie rzeczy oparta jest tylko na spekulacjach. Wyniki oglądalności rozgrywek nie powalają. W ubiegłym roku średnia widzów w Canal+ wyniosła niespełna 103 tysiące, a niemal powszechnie dostępnego Eurosportu 1 minimalnie ponad 155 tysięcy. Biorąc pod uwagę fakt, że za każdy z sezonów stacje wyłożyły ok. 145 milionów złotych, przelicznik nie wygląda oszałamiająco. Rodzi się jednak pytanie o rzeczywisty potencjał – Canal+ jest zakodowany, Eurosport pokazywał mecze dalekiego wyboru, w kiepskich porach, zwłaszcza w poniedziałkowe późne popołudnia, natomiast TVP, która w minionym sezonie tradycyjnie transmitowała najciekawszy mecz 37. kolejki, na starciu Legia – Lechia przyciągnęła aż 1,14 mln osób. Prawda leży zapewne gdzieś pośrodku, a taka stawka, mnożąc przez liczbę spotkań, oznacza już kąsek nie do pogardzenia.

Czy jednak realne jest osiągnięcie pułapu 250 milionów złotych za sezon? Wywindowaniu wyniku sprzyja koniunktura. Nie na piłkę jako taką, a wynikająca z medialnych puzzli, które dynamicznie zmieniły konfigurację. Dla NC+ po serii klęsk, w wyniku których stacja straciła ze swojego tortu sporo wisienek, utrata Ekstraklasy byłaby równoznaczna ze sportowym unicestwieniem. Polsat jest w ofensywie, a dorzucenie polskiej ligi do Champions League mocno złagodziłoby kaca po odjeździe reprezentacji. Eleven z pieniędzmi specjalnie się nie liczy, ale posiadając wachlarz naprawdę atrakcyjnych rozgrywek europejskich, może spokojnie szacować koszty i ryzyko związane z pokazaniem zmagań znad Wisły. Oliwy do ognia dolewa jednak TVP, po raz pierwszy w historii realnie zainteresowana zwycięstwem w przetargu, choćby po to, by dać rozrywkę i poczucie radości kibicowskiej części elektoratu partii rządzącej. Do tego wszystkiego można dodać zapytania o oferty ze strony mniej lub bardziej tajemniczych podmiotów, być może liczących na wypracowanie zysku ze sprzedaży sublicencji, i powstanie krajobraz wyraźnie sprzyjający wydaniu całkiem pokaźnej kwoty. Co nie czyniłoby z nas przecież Zielonej Wyspy, bo telewizyjne rozpasanie panuje na całym Starym Kontynencie i poprzez wypychanie zdrowego rozsądku na rzecz szaleństwa psuje i piłkę, i piłkarzy. W Polsce przebicie sufitu długo nam jeszcze zapewne nie zagrozi, ale i tak już warto przede wszystkim przemodelować system podziału milionów, tak, by dowartościowywać najlepszych kosztem najsłabszych i nie przejmować się wreszcie rzekomym łamaniem sprawiedliwości.

Ile więc naprawdę warte jest pokazywanie polskiej ligi? Takiej refleksji mogą się Państwo poddać przy wielkanocnych stołach, zawsze to wszak zdrowsze od rodzinnych debat politycznych… A więc Wesołych Świąt, zabawnego prima aprilisu i ciepłego, mokrego dyngusa!

Przed tygodniem w tym samym miejscu pisałem o podróży w czasie polskiego sportu. Życie jak to życie – lubi dopisywać do takich historii kolejne rozdziały. Tak właśnie stało się przy okazji meczu Polska – Korea Południowa na Stadionie Śląskim: w najbliższy wtorek w Katowicach i w Chorzowie przeniesiemy się do lat 60. Wszystko za sprawą odrodzenia gigantycznego stadionu, przy którym wciąż nie uwzględniono infrastruktury spełniającej współczesne realia.

Mowa przede wszystkim o podziemnych (lub chociażby naziemnych, jednak biorąc pod uwagę otoczenie obiektu to opcja mniej praktyczna) parkingach. Za to niedopatrzenie zapłacą teraz wszyscy mieszkańcy centrum aglomeracji, w dodatku zafundowano im to za ich własne pieniądze, których przez lata wydano na inwestycję tyle, że powinno wystarczyć nawet na metro Katowice – Chorzów ze stacją pod Stadionem. Ten grzech zaniedbania zamienił się zresztą w pasztet już podczas uroczystego otwarcia nowego Śląskiego. Ci, którzy byli, widzieli to na własne oczy, reszta zapewne na zdjęciach. Kierowcy w desperacji poszukujący kawałka wolnego trawnika w Parku Śląskim ominęli chyba jedynie ZOO, i to pewnie tylko dlatego, że świerklaniecka brama pozostała zamknięta. Rozjeżdżona zieleń, spacerowicze przeciskający się między stojącymi na alejkach pojazdami, biegacze i rowerzyści wdychający spaliny oraz wszechogarniający chaos stały się tłem wydarzenia, które miało być początkiem nowej wspaniałej historii.

Teraz – jak wynika z lektury tekstu mojej redakcyjnej koleżanki Justyny Przybytek, a który możecie znaleźć w zasobach DZ, wpisując w wyszukiwarce „Stadion Śląski, utrudnienia w ruchu”) – będzie lepiej, bo cały problem przerzucono do… centrum Katowic. Z ulgą odetchną więc osoby korzystające z uroków Parku i mieszkańcy Tysiąclecia, za to krew zaleje wszystkich wyjeżdżających z Katowic w kierunku Bytomia, a także samych kibiców, którzy swoje samochody będą musieli zostawić dziewięć (ulica Murckowska) lub siedem (parking Strefy Kultury) kilometrów od Stadionu i przemieścić się do celu – często razem z dziećmi – środkami komunikacji publicznej. Taką samą trasę trzeba też będzie oczywiście pokonać również po meczu, który zakończy się około godziny 23. Taka nocna turystyka zapewne przypadnie do gustu zwłaszcza kibicom z innych regionów kraju. A to ich opinie, pozbawione romantyzmu, jakim na Śląsku otoczony jest Kocioł Czarownic, będą najbardziej miarodajne dla oceny całego przedsięwzięcia.

W tej kunsztownej operacji dorównującej rozmachem lądowaniu w Normandii kluczową rolę ma do odegrania tabor KZK GOP. Na prośbę marszałka musi rzucić na front wszystkie dostępne pojazdy, ryzykując, że to one zakorkują centrum miasta. A spróbujcie do tego wyobrazić sobie drobną stłuczkę w tunelu – wtedy na Rondzie wrażenie przeniesienia w czasie będzie już niemal doskonałe, no może tylko modele samochodów będą się różniły od tych na zdjęciach Zygmunta Wieczorka czy Władysława Morawskiego.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że innego rozwiązania – ze względu na wspomniane na wstępie zaniechanie projektantów – nie ma. I zapewne długo nie będzie. Ba, te, które są podobno brane pod uwagę, na przykład parkingi na krańcach Parku od strony Siemianowic, oznaczają dodatkową komplikację. Jak niby zorganizować stamtąd transport do Stadionu? Przez Park? No chyba, że marszałek zatrudni tysiące rikszarzy, co zapewne stanowiłoby znakomity chwyt marketin-gowo-medialny i rozsławiło Śląski na całym świecie.

Wtorkowy mecz z Koreą oznaczać ma prawdziwy powrót Stadionu na piłkarską mapę. Na razie wygląda na to, że będzie to mapa drogowa obejmująca całkiem spory kawałek województwa…

GKS nie zgadza się na rozgrywanie meczu z Ruchem Chorzów w Wielki Piątek – ogłosił wszem i wobec klub z Tychów. Można podejrzewać że za tym stanowiskiem stoi przede wszystkim trener Ryszard Tarasiewicz, który nie raz już protestował przeciwko wychodzeniu na boisko w tym właśnie dniu, zwłaszcza, gdy przyjeżdżał z Miedzią do Katowic.

Sytuacja z pewnością jest delikatna, bo w dzisiejszych czasach wyjątkowo łatwo można podpaść pod paragraf znieważenia uczuć religijnych (absurdalny z natury i obowiązujący bodajże tylko w siedmiu krajach w Europie, za to powszechny w państwach muzułmańskich – przyp. autora). Tym niemniej jednak tak stanowcze postawienie sprawy na ostrzu noża, jak ma to miejsce w przypadku Tychów, musi budzić poważne wątpliwości. Bo – wszelkie ewentualne skojarzenia są przypadkowe – piłkarz jest od grania, natomiast od ustalania terminarza ktoś zupełnie inny. Na szczęście zresztą, bo pamiętając słynną wypowiedź Michała Kucharczyka, w innym przypadku spotkania rozgrywane byłyby sporadycznie, najczęściej w środku tygodnia i to niezbyt późno, by zawodnikom nie torpedować barwnych wieczornych planów.

Warto też pamiętać, że Wielki Piątek nie jest dniem ustawowo wolnym od pracy i swoje obowiązki będą wykonywać wtedy nie tylko piłkarze. W dodatku w ich przypadku bonusem takiego rozwiązania jest komfort spędzenia z rodziną dni świątecznych, a przecież ekstraklasowi koledzy po fachu będą kopać piłkę i w sobotę, i w poniedziałek, czyli dni również uznawane w teologii katolickiej za Wielkie.

Może więc GKS, zamiast iść na czołowe zderzenie, powinien po prostu kompromisowo wystąpić o to rozegranie meczu w piątek jak najwcześniej, tak, aby trener Tarasiewicz zdążył na wieczorną procesję?

Kamil Stoch został samodzielnym liderem zestawienia skoczków pod względem liczby punktów zdobytych po 30. urodzinach. Magdalena Gwizdoń zapisała się w historii biathlonu jako najstarsza zawodniczka, która zmieściła się w trzydziestce zawodów Pucharu Świata. 42-letni Adrian Parzyszek strzela gole dla Naprzodu Janów w hokejowej ekstraklasie. O rok młodszy Tomasz Adamek szykuje się do wyjścia na ring w Częstochowie. Emerytowane gwiazdy i gwiazdki stoją w kolejkach, by dać sobie po twarzy w klatkach MMA. Wygląda na to, że polski sport przeżywa drugą młodość…

Ta jednak, jak wszyscy wiedzą, bywa głupia. I nie inaczej jest w tym przypadku. Bo oprócz nazwisk sportowców, które dają nam wrażenie podróży w czasie, koło zatacza też atmosfera towarzysząca ich występom. W tym przypadku o nostalgicznej zadumie nie ma jednak mowy, na ulice wracają bowiem klimaty z lat 90., czyli złotej ery polskiego kibolstwa. Obrazki ze śląskich derbów w Gliwicach wszyscy znają już pewnie na pamięć, ale to jedynie ilustracja w coraz grubszej kronice, w której wpisów przybywa z zatrważającą szybkością. Od drobnych począwszy – jak chociażby rozbicie, a właściwie wykopanie pleksi na meczu hokejowym w Katowicach, po zapisy naprawdę dramatyczne, jak te z drugoligowego spotkania koszykarskiego w Sosnowcu, gdzie zamaskowani bandyci wpadli między rodziny z dziećmi.

Informacje o gęstniejącej atmosferze dostajemy na bieżąco. Wśród nich są także zaskakujące. Tak było chociażby po wspomnianych nieszczęsnych śląskich derbach, gdy kibice z centralnych sektorów podkreślali, że przemoc rodzi się nie na miejscach ultrasów, a wśród osób z pozoru statecznych. – Wobec nas, wiekowo zaawansowanych i dalekich od szowinizmu, ze strony gliwickich rówieśników padały otwarte groźby. Siedzieliśmy obok siebie, a dzieliło nas wszystko. To chyba było nawet bardziej wstrząsające niż to, co się działo na murawie – opowiadali mi kilka godzin po bulwersujących wydarzeniach kibice z Zabrza.
Ta historia stanowiła zresztą świetne uzupełnienie tego, co zobaczyłem, a właściwie usłyszałem w punkcie odbioru akredytacji, gdzie wysłannik jednej z kibicowskich stron nie przejmował się brakiem swojego nazwiska na liście, oświadczając wszem i wobec, że „szef ochrony jest moim kolegą, jakoś sobie z wejściem poradzę”. Czy były to tylko właściwe młodzieży puste przechwałki, czy też kolejny objaw gangreny toczącej ligowy futbol? O to trzeba pewnie zapytać tegoż szefa, o ile oczywiście nadal pełni swoją rolę po kompromitacji, jaką były wówczas działania jego formacji.

Diabeł, jak to ma w zwyczaju, rodzi się w takich drobiazgach. We flagach, których znaczenie rozpoznają nieliczni, a wtajemniczeni przymykają oczy. Na murach, jak w Krakowie, gdzie olbrzymie graffitti poświęcone wojnie szalikowców widzieli wszyscy, poza działaczami klubu leżącego za ozdobioną nim ścianą. W transparentach kwalifikujących się do kategorii karalnych, a pomijanych milczeniem. I przede wszystkim w poczuciu bezkarności wymieszanej z bezczelnością.

Jeszcze niedawno wydawało się, że jest to problem tylko Europy Wschodniej plus Bałkanów. Teraz ogniska zapalne pojawiły się jednak w miejscach uznawanych za wyleczone, a tam, gdzie tlą się od zawsze, przybrały nowy wymiar. Chociażby w Grecji, gdzie rosyjski szeryf wbiegając z pistoletem na murawę sterroryzował nie tylko sędziego meczu, ale i całe rozgrywki. Niewykluczone więc, że to co najgorsze dopiero przed nami i lata 90. staną się współczesnością. To już ostatni dzwonek by inicjatywę w tej wojnie przejęło państwo i przestało udawać, że białe jest czarne, a czarne jest białe, bo nie ma już wątpliwości, że dominującym kolorem staje się brunatny.

Media społecznościowe nie mają litości, za to mają nieprzebrane archiwa, w których nic nie ginie. I stanowią świetną pożywkę dla wszelakich interpretacji, także tych spiskowych. Nic więc dziwnego, że skandaliczna decyzja Komisji Ligi, która na jednym ogniu, pardon, posiedzeniu, zgrillowała dwa śląskie kluby, stała się odpowiednikiem benzyny wlanej do ogniska. A przy okazji wybuchu ujawniły się sprawy ze wszechmiar interesujące. Na przykład wpisy przewodniczącego KL, Zbigniewa Mrowca, który w czasie pamiętnej kartkowej kompromitacji Legii z Celtikiem domagał się od UEFA, by wygrał futbol. Albo biogram jego zastępcy Roberta Błaszczaka, będącego na co dzień członkiem Rady Nadzorczej koszykarskiej… Legii. Czy w tej sytuacji można się dziwić opiniom, że panowie komisarze strzelili Górnikowi gola, a nawet trzy, właśnie w imieniu klubu z Łazienkowskiej?

Cała ta sprawa faktycznie cuchnie na co najmniej tyle kilometrów, ile dzieli Śląsk od stolicy. W dodatku wszystkie argumenty KL upadały jak domek z kart (znaczonych) niemal z godziny na godzinę. Począwszy od tezy o sprowokowaniu zajść spaleniem flagi – jak się okazało linia czasu wyglądała zgoła odmiennie – po bezlitosne statystyki. Na przykład te dotyczące właśnie zamieniania flag rywali w pochodnie. Od kwietnia 2017 w Ekstraklasie było siedem takich przypadków i żaden nie miał konsekwencji w postaci odbierania punktów. Na myśl przychodzi za to miłosierne potraktowanie Legii po tym, jak jej kibole w meczu na szczycie z Górnikiem dwukrotnie zorganizowali racowiska, które doprowadziły do wielominutowego przerwania spotkania. Nawiasem mówiąc, już na zawsze nierozstrzygniętym dylematem pozostanie kwestia, co stałoby się w przypadku, gdyby któryś z zabrzan okazał się uczulony na toksyczny dym i nie był w stanie kontynuować gry… Ale do rzeczy – zasądzone wtedy 70 tysięcy grzywny, nałożonej na mistrzów Polski, szef Komisji ze śmiertelnie poważną miną odtrąbił jako najsroższą karę w historii tego gremium, ale o walkowerze nawet się nie zająknął.

Analizując wokółderbowe wydarzenia, warto jednak spojrzeć także bliżej niż za „gierkówkę”. Chociażby do samych Gliwic, gdzie zawiedli wszyscy. Począwszy od ochrony przepuszczającej flagę Piasta wnoszoną na sektor gości, przez system identyfikacji kibiców, który nie wychwycił nazwisk osób poszukiwanych przez policję, po ludzi montujących ogrodzenie w taki sposób, że wystarczyło je rozkołysać, by padło jak długie. Co prawda być może dzięki temu nie doszło do większej tragedii, bo fakt ten rzeczywiście zadziwił szturmujących do tego stopnia, że tylko trzech z nich weszło w rolę harcowników, a reszta bandy stanęła niczym wmurowana (czyli zrobiła to, czego nie zrobił płot).

Swoje dwanaście groszy dorzucił też oczywiście Górnik. Pod tym względem Komisja Ligi miała pełne prawo, by ukarać klub zakazem zorganizowanych wyjazdów, bo prowokacja w postaci wywieszonej odwrotnie flagi skradzionej onegdaj z siedziby Piasta nie ulega wątpliwości, aczkolwiek nie kwalifikuje się do odbierania punktów w tabeli. No i Górnik wciąż nie rozwiązał sprawy Grzegorza Kasprzika – z pozoru nie ma to wiele wspólnego z sobotnimi wydarzeniami, ale charakteryzuje fatalną politykę wewnętrzną klubu i budzi domysły w zakresie wpływu środowisk kibicowskich na decyzje zarządu z Roosevelta.

Na koniec tej podróży trzeba się przenieść w kierunku placu Sejmu Śląskiego w Katowicach, gdzie urzęduje wojewoda. Czy nikt nie zastanowił się nad tym, dlaczego urzędnik, który z takim zapałem zamykał przed kibicami gości pierwszoligowe stadiony, przespał okazję, by zadziałać prewencyjnie w przypadku, w którym wskaźnik ryzyka rzeczywiście usadowił się głęboko na czerwonym polu? Czy wojewodę aż tak pochłonęła batalia o zastąpienie Wilhelma Szewczyka Marią i Lechem Kaczyńskimi, czy też policji zabrakło papieru na złożenie stosownego wniosku? To już muszą między sobą rozstrzygnąć sami zainteresowani. W każdym razie przez sumę tych wszystkich zaniedbań śląskie kluby dostały słony rachunek, a Śląsk jako taki zebrał wizerunkowy łomot w ogólnopolskich mediach.

Pozostaje tylko mieć nadzieję, że w globalnym rozrachunku sobotnia hańba stanie się lekcją, z której region wyciągnie wnioski, udowadniając, że stereotypy o tutejszym rozsądku nie są już tylko pustym frazesem.

Słuchajcie, po co ci nasi zimowi olimpijczycy w ogóle pakują się w sport, skoro wciąż narzekają, że w kraju nie ma warunków treningowych i muszą spędzać 300 dni w roku na obczyźnie? No i potem twierdzą, że w takiej sytuacji lokaty niemieszczące się nawet w depeszach agencyjnych trzeba traktować jako sukces…

Ta kwestia, postawiona w całkiem miłych okolicznościach przyrody, to znaczy z mrozem i zimnem na zewnątrz, za to kominkiem wewnątrz, wzbudziła znienacka ożywioną dyskusję. Traf chciał, że na jej podkładzie migotał obraz z Pjongczangu z głosem komentatora, wyraźnie podnieconego wyczynem kombinatora norweskiego (chociaż rodem z Polski) finiszującego na miejscu dwudziestym którymś. A przecież trzeba mieć jeszcze świadomość, że na igrzyskach – z racji wielu ograniczeń, także czystki dopingowej – startuje znacznie mniej zawodników niż w Pucharze Świata, więc pozycje na końcu olimpijskiej stawki oznaczają, że Biało-Czerwoni de facto grają w innej lidze niż większość globu.

Ostatecznie udało nam się dojść do – modne teraz słowo – consensusu. Uznaliśmy mianowicie, że sam wybór takiej, a nie innej drogi życiowej to jedno (stypendia, podróże, wyżywienie, medale mistrzostw Polski to w końcu nie w kij dmuchał, zwłaszcza gdy jest się pięknym, młodym i singlem/singielką), ale wysyłanie takich pasjonatów na igrzyska to jednak już coś całkiem innego. Zwłaszcza jeśli przyjmiemy do wiadomości, że pomimo romantycznej legendy, impreza ta przesiąknięta jest do cna profesjonalizmem. A na takim tle widać jeszcze wyraźniej, że większość ekipy z dużego i dumnego kraju w środku Europy stanowi, niestety, grupę amatorskich hobbystów.

Wracając do meritum. Czy Polska naprawdę musi wysyłać na igrzyska kilkudziesięciu sportowców niemających żadnych szans na sukces? I wraz z nimi prezesów związków, którzy na czas imprezy wstydliwie znikają sprzed kamer, by po powrocie do kraju bić coczteroletnią pianę o planowanym stworzeniu infrastruktury i zmianach systemu szkolenia, z czego nikt nigdy ich nie rozlicza?

Aby wstać z kolan, trzeba stawiać takie właśnie najważniejsze i proste pytania. I kolejne – dlaczego przed igrzyskami PKOl (swoją drogą sens istnienia tej instytucji to temat na osobny felieton) zamiast snuć wizję cudów, nie zaprezentuje publicznie realnego planu minimum dla każdego z olimpijczyków? I dlaczego Ministerstwo Sportu nie przedstawia dokładnego raportu z kosztów przygotowań kadrowiczów? Tak, aby wykazać czarno na białym, ile kosztowało nas wysłanie do Azji saneczkarza, który zapomniał maski (dobrze, że sanki zabrał) albo biathlonistów przyzwyczajonych do schodzenia z trasy po zdublowaniu przez konkurentów.

Oczywiście – powie ktoś, że wszyscy wyjeżdżający wypełnili określone wcześniej minima. No cóż… Po pierwsze, sprawa nie jest taka oczywista, bo na przykład w zarządzanym przez Apoloniusza Tajnera związku narciarskim nie bardzo wiadomo co – poza obawą przed potencjalnymi przegranymi procesami – zadecydowało o tym, że do Azji wysłano dwóch siebie wartych alpejczyków. A po drugie, może określenie minima traktowane jest zbyt dosłownie i normy należy jednak wyśrubować do poziomu gwarantującego uniknięcie zarzutu o organizowanie turystyczno-towarzyskich olimpijskich wycieczek?

Czas na pobudkę i zastąpienie fantazji racjonalnością. Spójrzmy na przykład na Norwegów. Ole Einar Bjoerndalen, prawdziwa legenda Norwegii, igrzysk i światowego sportu w ogóle, ogląda Pjongczang w telewizji. Nie znalazł się w reprezentacji i nie odbyła się ogólnonarodowa debata, że to niesprawiedliwe, bo mu się taki wyjazd po prostu należy za zasługi. Uznano, że zasady są jasne i klarowne: nie spełnił wymogów, nie rokował już szans na sukces, nie poleciał. Koniec i kropka. Ba, nikt nawet nie wpadł na to, by na pocieszenie zrobić go na przykład jakimś attaché lub dyrektorem sportowym…