Archiwa tagu: Męski punkt widzenia blog

Pół miliarda złotych – tyle podobno dostanie Ekstraklasa za prawa do transmisji telewizyjnych obejmujących dwa najbliższe sezony. 360 milionów z tej kwoty wyłożyć ma Canal+, resztę, czyli 140 milionów, telewizja publiczna. Ten drugi składnik oznacza, że za popisy ligowych piłkarzy – których na żywo ogląda coraz mniej widzów, a przed telewizorami w najlepszym przypadku 200.000 osób – zapłacimy wszyscy.

W prostym przeliczeniu: „Działka” TVP starczyłaby na 700 odcinków „Korony królów”. Oczywiście dyskusja nad ewentualną wyższością spektaklu pt. Zagłębie Sosnowiec – Cracovia wobec dialogów Kazimierza Wielkiego (podobno II, bo aktor odtwarzający tę rolę został zmieniony) byłaby płonna, tym niemniej diabeł tkwi w innej kwestii. A mianowicie takiej, czy pieniądze z ligowego kontraktu nie sprzeniewierzą się misji telewizji publicznej, czyli nie doprowadzą do demoralizacji wielu młodych ludzi.

Znając realia ekstraklasowego świata można bowiem przypuszczać, że wodospad gotówki (bądźmy szczerzy: całkowicie nieadekwatnej do jakości towaru), zostanie przeznaczony na konsumpcję. W praktyce będzie to oznaczało kolejne podwyżki dla zawodników, co wiązać się może z zagrożeniami, jakie poruszyłem w tej rubryce przy okazji lektury „Mojej spowiedzi” Dawida Janczyka.

Aby uniknąć spotęgowania patologii, a jednocześnie rzeczywiście sensownie spożytkować nieoczekiwanie hojną ofertę C+ i TVP, PZPN pod ramię z Ekstraklasą (i vice versa) powinien skorzystać z okazji i wprowadzić kolejne punkty do podręcznika licencyjnego. Ze szczególnym naciskiem na kompleksowe rozwiązania dotyczące szkolenia dzieci i młodzieży. Na przykład wymóc na klubach budowę miniboisk i obowiązkowe założenie funduszu o określonej minimalnej wysokości, z którego środki w ciągu roku musiałyby zostać w całości przeznaczone na cele związane ze szkoleniem (udział w turniejach, podnoszenie kwalifikacji trenerów, zakupy sprzętu, a może nawet powołanie sekcji dla dziewczynek?).

Jestem przekonany, że takie systemowe rozwiązanie w krótkim czasie wpłynęłoby na poprawę zszarganego wizerunku Ekstraklasy, a w efekcie długofalowym podniosłoby jej poziom. I przyciągnęło nowych kibiców, którzy mogliby utożsamiać się z zespołem złożonym w większej mierze z wychowanków lub chłopaków z okolicy, tak jak ma to miejsce np. w Górniku Zabrze.

Gra z pewnością jest warta świeczki. Zwłaszcza, że jako się rzekło, zapłacimy za to my sami, pan, pani i ja..

Książkowa spowiedź Dawida Janczyka to lektura nielekka i wstrząsająca. Życie na pełnym gazie (w przenośni i dosłownie), aż do rozbicia o ścianę, towarzyska samotność w walce o wyrwanie się z nałogu, ostatnie wieści – już spoza wydawnictwa – że wszystko wciąż zmierza w kierunku autodestrukcji. To musi zmuszać do refleksji. Zwłaszcza że nie jest to historia odosobniona.

Większość z nich ma wspólny mianownik w postaci olbrzymich pieniędzy, jakie spadają na mentalnie niedojrzałe dzieciaki, które potrafią kopnąć piłkę mniej więcej w zaplanowanym kierunku. I nagle otrzymują za to pliki banknotów, jakich ich rodzice nie widzieli przez całe życie. Otwierają się znienacka nowe możliwości, a standardy środowiskowe wymagają, by z nich korzystać. Ile osób jest w stanie zachować w takiej sytuacji trzeźwą (znów w przenośni i dosłownie) głowę?

Oczywiście nie sposób już zawrócić kijem rzeki. Olbrzymia kasa będzie pompowana w piłkę bez względu na to, czy głodna część świata zagrzmi o przekroczeniu barier zdrowego rozsądku. Pytanie brzmi jednak, czy istnieje sposób, aby piłkarzy przygotować do życia w finansowym kosmosie? Czy kluby nie powinny mieć na etatach psychologów i doradców finansowych, a w kontraktach adekwatnych do zarobków składek na prywatne fundusze emerytalne i zdrowotne, obejmujące także leczenie z nałogów?

Zapewne jest w tych pytaniach pozorna doza naiwności. Wynikają one jednak także ze znajomości piłkarskiego środowiska. Uwierzcie Państwo, że dominują w nim potencjalni naśladowcy Janczyka, natomiast Dudków czy Koźmińskich, którzy potrafili swoje zarobki zamienić w dostatnie życie po odwieszeniu butów na kołki, widać i słychać znacznie mniej.

I dlatego właśnie takie biografie jak „Moja spowiedź” powinny stanowić nie sensację towarzyską, a punkt wyjścia do podjęcia kompleksowych i przemyślanych działań profilaktycznych, zanim kolejni milionerzy poproszą nas o złotówkę na flaszkę.

N ajmniej punktów, najwięcej straconych goli, najwięcej porażek – Zagłębie utknęło razem z Cracovią na dnie ekstraklasowej tabeli i nie ma w tym przypadku. Wymiar sportowy to jednak nie wszystko. Sosnowiczanie zdecydowanie odstają też w lidze pod względem stadionowej infrastruktury oraz, co częściowo jest z tym powiązane, frekwencji na trybunach. 4.289 widzów to średnia o blisko 650 osób niższa niż kolejnej w tym niechlubnym zestawieniu Wisły Płock.

Ilość – niestety dla wizerunku Zagłębia – przeszła też w jakość. Festiwale bluzgów, jakie słychać w tle transmisji telewizyjnych, przekraczają ligową (i tak wysoką) normę, czego nie omieszkali zauważyć między innymi telekibice obecni w mediach społecznościowych. A to już opinia, której nie sposób lekceważyć, bo działająca na zasadzie kuli śnieżnej, wciągającej coraz większe grono internautów, i skutecznie zniechęcających do przychodzenia na Stadion Ludowy.

Awans do elity wywołał nad Brynicą zrozumiałą euforię, tym bardziej, że był ukoronowaniem niemal epickiej walki w I lidze. Rzeczywistość po nim skrzeczy jednak znacznie bardziej niż spodziewali się nawet najwięksi pesymiści. Trudno nie zgodzić się z trenerem Dariuszem Dudkiem, twierdzącym, że zespół potrzebuje jakiegoś impulsu, który odmieniłby jego grę. W tym momencie trzeba jednak zadać sobie pytanie czy taki bodziec nie należy przede wszystkim do zakresu obowiązków samego szkoleniowca? Zwłaszcza, że na impulsy zewnętrzne, a już na pewne z trybun, sosnowicza-nie z pewnością liczyć nie mogą.

Obserwując spotkania Zagłębia nie sposób uciec od skojarzenia z Odrą Wodzisław, gdzie zwłaszcza zaawansowani wiekowo kibice z żelazną konsekwencją… hejtowali piłkarzy „swojego” klubu. Obrywało się zwłaszcza bogu ducha winnemu Pawłowi Sibikowi za wyjazd na mundial w Korei Południowej i Japonii.

Sosnowiczanie, doprawdy, nie idźcie tą drogą…

Żużel, delikatnie mówiąc, nie leży zbyt blisko szczytu moich sportowych preferencji. Tym niemniej, nie tylko z racji zawodowych obowiązków, zdarza mi się rzucić okiem na lewoskrętnych jeźdźców na pachnących metanolem maszynach.

Tak właśnie zdarzyło się w minioną niedzielę, gdy pierwszą część boju o Ekstraligę toczyły Gryzonie z Rekinami. W drugim wyścigu doszło do koszmarnego wypadku z udziałem trzech zawodników. Motocykle fruwały w powietrzu, ciała orały tor, a kibice przerażeni zamilkli. Wszyscy uczestnicy karambolu o własnych siłach zdołali jednak zejść do parku maszyn, za to przed kamerę telewizyjną trafił zdemolowany kask Sebastiana Niedźwiedzia – to on uratował zawodnikowi życie. Nie była zaskoczeniem wieść, że 21-latek tuż po upadku stracił na chwilę przytomność. Co w tej sytuacji zrobił trener Falubazu? Wsadził chłopaka na motocykl i posłał do powtórki wyścigu. Ba, wystawił go do kolejnego, którego junior już nie ukończył. Zatrzymał się i usiadł na krawężniku, skąd zabrała go karetka.

Żużel powszechnie – ale z odcieniem sympatii, niczym w powiedzeniu, że piłkarski bramkarz musi być wariatem – uznawany jest za sport dla szaleńców. W tym jednak przypadku sprawy poszły jednak za daleko. Zakpiono z rozsądku i odpowiedzialności, a przecież żużel sam w sobie niesie już wystarczające ryzyko. Nie mam wątpliwości, że precedens zielonogórski powinien zaowocować wprowadzeniem do regulaminów dodatkowych zapisów chroniących zawodników przed takimi sytuacjami, które ocierają się o kryminał.

PS Siatkówka w moim prywatnym rankingu plasuje się w okolicach żużla. Nie mam jednak zamiaru brać udziału w absurdalnej dyskusji dotyczącej niesprawiedliwej redystrybucji dóbr we współczesnym sporcie na rzecz „nieudaczników kopaczy”. Zwłaszcza że siatkarze też mają co nieco na sumieniu, bo łupiąc bułgarsko-włoskie złoto, ograbili z rozdawanych przez internautów wirtualnych milionów obdarowanych nimi wcześniej lekkoatletów.

Reportaż Szymona Jadczaka na temat Wisły Kraków był w tym tygodniu jednym z najgorętszych tematów. Jest jednak w całej tej sprawie coś zastanawiającego, a mianowicie wstrząsająca cisza wśród wszystkich, którzy niemal zostali w nim wskazani palcem.

Głos zabrała tylko sama Wisła. Na jej oświadczenie należy jednak spuścić zasłonę litości. Formę i treść pisma świetnie skontrował na Twitterze Michał Trela, dziennikarz „Przeglądu Sportowego”: „W czystym klubie osoba, która doprowadziła go do wykluczenia z europejskich pucharów, strat finansowych, wizerunkowych, sportowych, jest personą non grata, a nie honorowym gościem w lożach”. W punkt, jak mówi młodzież – „zaorane”…

Zostawmy jednak Wisłę na boku. I zapytajmy: czy ktoś z Państwa słyszał o poreportażo-wej kontroli w mających rozpracowywać kibolskie środowisko krakowskich jednostkach policji? A może o specjalnych wysłannikach ministra Zbigniewa Ziobry w prokuraturze i sądach? Ewentulnie o kompleksowym badaniu dziwnego zbiegu okoliczności, który „Miśkowi” pozwolił opuścić kraj na dwa dni przed planowanym zatrzymaniem? Wszystkie te negatywne odpowiedzi potwierdzają tezę Jadczaka o tym, że gdy kurz opadnie nic się nie zmieni.

Charakterystyczne jest także milczenie Polskiego Związku Piłki Nożnej, a przede wszystkim – patrząc na sportową działkę – Spółki Ekstraklasa. To kolejny potężny cios w jej wizerunek, który pozostaje bez reakcji. Czyżby dlatego, że pokazane przez TVN mechanizmy nie są w polskich klubach wyjątkiem i Spółka świetnie zdaje sobie z tego sprawę? Nikt nie jest przecież aż tak naiwnym, by sądzić, że Kraków stanowi na piłkarskiej mapie samotną czarną wyspę. Przecież nawet w tej nagłośnionej sprawie mocno wybrzmiewają brudne sprawki związane z kibolami Ruchu Chorzów. Być może państwo polskie powinno wreszcie dojrzeć do świadomości, że wokół piłki naprawdę funkcjonuje przestępczość zorganizowana, z którą trzeba walczyć również w sposób zorganizowany?

Przyjście Jacka Paszulewicza do Katowic odbywało się przy fanfarach. Dyrektor sportowy Tadeusz Bartnik -który poprzedniego trenera Piotra Mandrysza poinformował o nagłym zwolnieniu, gdy ten przyjechał na Bukową do pracy i otwierał właśnie laptopa – oświadczył, że na możliwość zatrudnienia Paszulewicza czekał od dawna. A ponieważ akurat pojawiła się okazja, należało natychmiast z niej skorzystać. Bez względu na koszty, z jakimi wiązało się przedwczesne rozstanie z Mandryszem.

Nowemu trenerowi zostało podporządkowane wszystko. W przerwie letniej w szatni – z błogosławieństwem zachwyconych kibiców – dokonano totalnej wymiany kadr, ściągając do Katowic piłkarzy, z których niewielu spełniało deklarowaną wcześniej wizję klubu opartego na zawodnikach młodych i pochodzących z regionu, za to zaliczających niesprecyzowany publicznie test obejmujący ponad dwadzieścia punktów. W transferowym amoku (warto w tym momencie zaznaczyć, że samo zatwierdzenie nowego piłkarza do gry to 1.500 zł plus drugie 1.500 za „wymeldowanie” go z dotychczasowego klubu, co zazwyczaj także bierze na siebie nowy pracodawca, a wolnego piłkarza 3.000) nie zważano na szepty sugerujące, że atmosfera w zespole jest daleka od dobrej. Psuło ją między innymi wrażenie chaosu przy wyborach podstawowych jedenastek na mecze i natychmiastowe wprowadzanie do gry świeżo sprowadzonych zawodników, nawet jeśli nie byli w pełni sił.

Teraz mleko się rozlało. Obecny sezon to Waterloo Paszulewicza i realizującego jego wizję personalną dyrektora Bartnika. Przede wszystkim jednak olbrzymi problem ma prezes klubu, Marcin Janicki. Autorska szatnia obecnego szkoleniowca to zestaw kloc-ków, które mogą okazać się za mało uniwersalne, by ułożyć z nich układankę pasującą ewentualnemu następcy.

Szef klubu stoi więc przed nie lada dylematem: czy pozwolić zjeść tę żabę Paszulewiczowi do końca, czy też z pieniędzy podatników dokonać kolejnej, tym razem szkoleniowej rewolucji.

Nie ma drugiej tak zabawnej dyscypliny sportu jak siatkówka. Sedno tego stwierdzenia nie leży bynajmniej we wzajemnym poklepywaniu się po pośladkach po zdobyciu pierwszego z 25 punktów potrzebnych do wygrania seta, ale o kabarecik gwarantowany przez organizatorów każdego z wielkich turniejów.

Wyobrażacie sobie na przykład, że gospodarze piłkarskiego mundialu tuż po losowaniu grup udają się na zaplecze, gdzie uznają, że przyjęte wcześniej zasady gry są niekorzystne dla ich reprezentacji, więc należy je zmienić? I po powrocie na salę oznajmiają wszystkim, że koszyki owszem są ważne, ale dalsza ścieżka rywalizacji wygląda już całkiem inaczej, niż planowano? W siatkówce takie działania są na porządku dziennym. Zapewne tylko kwestią czasu pozostaje jeszcze wzięcie przykładu z rządzącej w Polsce siły politycznej i przeprowadzenie reasumpcji całego losowania, by padły w nim rozstrzygnięcia zgodne z oczekiwaniami, a nie wynikające ze ślepego trafu.

Koniec końców i tak trzeba jednak kiedyś rozegrać jakieś mecze, bo bez nich – jak na złość – ani telewizja, ani kibice nie chcą dawać żadnych pieniędzy, stanowiących sens życia siatkarskich bossów. Ale przecież i w terminarzu można błysnąć inwencją. Na przykład zorganizować dwa mecze otwarcia, przeczekać na „sucho” kolejne dwa dni, a w trzecim zaplanować aż dziesięć spotkań. Taki właśnie plan wcielili w życie Włosi i Bułgarzy na swoich mistrzostwach świata…

Siatkówka, która przez ostatnie lata walczyła w Europie o miano sportu numer dwa (co w dużej mierze zawdzięczała Polsce, gdzie kibice byli skłonni pojawić się zawsze, wszędzie i za obojętnie jaką cenę, aby tylko pośpiewać o małym rycerzu), zaczyna raz za razem serwować w aut. Telewizyjny przesyt ligowy, zerowy prestiż deficytowych dla klubów europejskich pucharów i wspomniane wcześniej działania mające znamiona zwykłych machlojek sprawiają, że doprawdy trudno tę zabawę traktować całkiem serio.

Cieszę się, że reprezentacja nie uległa presji kibiców i starała się rozgrywać piłkę do ostatniej chwili- oświadczył Jerzy Brzęczek po meczu z Irlandią, za obejrzenie którego wspomniani przez niego kibice zapłacili z własnej kieszeni od 70 do 120 złotych. W zamian dostali kiepskiej jakości produkt, szansę na oklaskiwanie Jakuba Błaszczykowskiego otrzymującego zaległą paterę za 100 meczów kadrze oraz widok na ławkę rezerwowych, na której siedzieli m.in. Robert Lewandowski i Andrzej Woźniak, kojarzony we Wrocławiu z doprowadzenia do prokuratury prowadzącej śledztwo w aferze korupcyjnej.

„Presja”, wyrażana w formie gwizdów, nie na wiele się zdała, a ci, którzy tworzyli najmniejszą w historii wrocławskiego stadionu grupę widzów na meczu kadry, bynajmniej nie znajdowali się w tak świetnym nastroju jak szkoleniowiec kadry. Dla nich wtorkowe spotkanie stanowiło kontynuację mundialu, na którym reprezentacja straciła o wiele więcej niż kilka punktów i goli. Tym wyraźniej więc przytoczone na wstępie słowa Brzęczka wpisały się w wakacyjną narrację kadrowiczów- z kulminacją w postaci palca narzeczonej w wiadomym miejscu Grzegorza Krychowiaka – doprowadzających niedawnych jeszcze fanów do stanu wrzenia.

Odbudowywanie zaufania, o którym tak często mówiono w kontekście nominacji nowego szkoleniowca póki co przypomina plac budowy z serialu Alternatywy 4.

Krytycy Adama Nawałki często podkreślali, że jedną z jego słabszych stron stanowiło wyczucie momentu na dokonanie zmian. Zwlekał z nimi do ostatniej chwili, a znakomitą ilustracją tej pięty achillesowej był obrazek zamykający jego selek-cjonerską karierę, czyli śmieszno-straszne próby wprowadzenia Jakuba Błaszczykowskiego na boisko w meczu z Japonią.

W inaugurującym pracę Jerzego Brzęczka spotkaniu z Włochami temat zmian znów stał się kwestią numer jeden. Nie sposób przecież ukryć, że w dużej mierze właśnie przez nie straciliśmy szansę na historyczne pierwsze zwycięstwo nad Italią na jej terenie. O ile ściągnięcie z boiska Piotra Zielińskiego okazało się spełnieniem prośby samego zawodnika to utrzymanie na nim Błaszczy-kowskiego, mającego oczywisty problem z wyczuciem gry, było błędem z gatunku kardynalnych. W dodatku Brzęczek nie skorzystał z oczywistych zmienników pierwszego wyboru, czyli Arkadiusza Milika lub Krzysztofa Piątka, jedynych zawodników dających nadzieję na zadanie rozstrzygającego trafienia słabym tego dnia Włochom.

Nie do końca można zrozumieć także decyzje dotyczące bramkarzy. Rozpisanie z góry obsady bramki w kolejnych meczach raczej nie wpłynie pozytywnie na rywalizację na treningach i robi kolejną krzywdę Łukaszowi Fabiańskiemu…
Generalnie debiut Brzęczka trzeba uznać za udany, ale w tej grze zawsze chodzi o to, by plusy nie przesłoniły minusów…

Nic na to nie poradzę, ale podczas lektury raportu, który miał wyjaśnić przyczyny mundialowej klęski, stawał mi przed oczami fragment pewnego pamiętnego filmu. Dokładniej rzecz biorąc tego, na którym Adam Nawałka (jeszcze w Górniku Zabrze) powtarza do swojego asystenta Marcina Prasoła „Zapisz to, faken”. Nie mogę mieć oczywiście pewności, ale też nie zdziwiłbym się, gdyby ten najbardziej oczekiwany w ostatnich tygodniach dokument powstawał w podobny sposób, tyle, że w funkcję kronikarza wcielał się Tomasz Iwan.

O merytorycznej warstwie raportu powiedziano i napisano już niemal wszystko, ale również istotny był przecież język i styl, jakim mundialową operację opisano. Błędy rzeczowe (np. Arkadiusz Reca figuruje na liście piłkarzy objętych monitorin-giem dwukrotnie – pod numerami 30 i 52) i stylistyczne („we Rosji”) zostały przyćmione przez „opisy przyrody”. Niestety, także i one pozostawiły czytelników z niedosytem, bo zabrakło w nich szczegółów dotyczących umeblowania hotelowych apartamentów i rysunków miejsc zajmowanych w samolocie przez poszczególnych członków kadry.

Oczywiście wyzłośliwianie się jest nie tylko najprostsze, ale i – sądząc po mediach społecznościowych – zgodne z obowiązującymi trendami. Największe pretensje autorzy raportu i oburzeni takimi reakcjami szefowie PZPN powinni mieć jednak nie do dziennikarzy i kibiców, a do… Niemców. To przez nich przecież ten cały galimatias. Gdyby Joachim Loew nie wpadł na szatański plan publicznego wyprania brudów i gdyby nie zrobił tego, wspólnie z menedżerem Oliverem Bierhoffem, w dodatku w sposób ze wszech miar interesujący, Nawałkowy raport do teraz zapewne leżałby w szufladzie któregoś z biurek na Bitwy Warszawskiej (adres siedziby PZPN – przyp. autora). A tak presja przekroczyła stan krytyczny i jedynym wyjściem, by ją zdetonować, było pokazanie tych zapisków światu. Niemcy zresztą w podłożonej minie schowali jeszcze jedną pułapkę – podkreślili, że ich reprezentacja za bardzo oddaliła się od kibiców i zbyt wiele związanych z nią spraw działo się za zamkniętymi drzwiami. A to już wyglądało na bezczelną wręcz zaczepkę pod adresem Biało-Czerwonych, którzy chcąc nie chcąc też musieli pokazać (jak się okazało niestety), żeśmy nie gęsi i swój język mamy.

No cóż, jeden ze swoich komentarzy z Euro 2016 poświęciłem Loewowi, a tekst nosił tytuł „Obrzydliwiec ze Szwarcwaldu”. Nie przypuszczałem jednak wtedy, że jest zdolny do aż tak wyrafinowanej intrygi.