Archiwa tagu: Męski punkt widzenia blog

We wrześniu 2017 roku prezydent Katowic, Marcin Krupa, występując w roli właściciela GKS-u, oświadczył w katowickim „Sporcie”, że sezon można uznać za stracony. Słowa te wywołały burzę, zespół z Bukowej nagle wrócił do gry, ale koniec końców skończyło się jak zawsze, czyli na zmarnowanej szansie awansu.

Na spotkaniu po rozgrywkach najważniejszy z samorządowców sprawiał wrażenie zirytowanego tym faktem, ale koniec końców znów zaufał ludziom z klubu, którzy wykorzystując frustrację kibiców dokonali w szatni prawdziwej rewolucji, wymieniając w niej niemal całą ekipę. Dyrektor sportowy Tadeusz Bartnik i trener Jacek Paszulewicz podkreślali, że wszystkich nowych zawodników dobierali według bardzo precyzyjnych kryteriów zawartych w (jeśli dobrze zapamiętałem) 21 punktach, z których najważniejsze określały cechy charakteru, jakie muszą posiadać piłkarze, by być godnymi noszenia koszulek z godłem GieKSy.

Skala zmian, w połączeniu z krótkim okresem przygotowawczym oraz niewielką siłą przebicia katowickiego klubu na transferowym rynku (złożyły się na to czynniki nie tylko ekonomiczne, także fama o presji z trybun oraz opinie piłkarzy odchodzących z klubu) sprawiały jednak, że poziom ryzyka był olbrzymi. Po blisko ćwiartce sezonu widać, że ani Bartnik, ani Paszulewicz, nie oszacowali go właściwie. Słowa szkoleniowca o tym, że zespół znajduje się daleko od miejsca, jakie zakładano przed sezonem, to wyjątkowo delikatne określenie sytuacji na Bukowej, pogłębianej wrażeniem przypadkowości przy wyborach wyjściowych jedenastek na poszczególne mecze.

Prezydent miasta nie podzielił się jeszcze refleksjami na temat GKS-u, ale kolejne zmiany wiszą podobno w powietrzu. Jeśli do nich rzeczywiście dojdzie powinny być równie szerokie, jak te dokonane w ostatnich tygodniach w szatni. Bo ani nowi zawodnicy, ani ich szkoleniowiec, nie zmaterializowali się na Bukowej znienacka za pośrednictwem tajemniczego transportera ze Star Treka.

Najpierw Jerzy Brzęczek strzelił sobie w kolano wciągając do reprezentacji Polski skazanego za znaczący udział w aferze korupcyjnej Andrzeja Woźniaka. Wchodząc na własną prośbę na medialne pole minowe szkoleniowiec musiał zdawać sobie sprawę, że tradycyjny kredyt zaufania nowego selekcjonera został poważnie nadszarpnięty. Patrząc na reakcje po pierwszym wyborze kadrowiczów wygląda na to, że zniknął już całkiem…

Nie chodzi oczywiście o krytykę ze strony Jana Tomaszewskiego, bo akurat były znakomity bramkarz i kiepski poseł na sejm RP po prostu z wygłaszania takich tez żyje, ale o powszechne wrażenie związane ze sprzecznościami wyboru. Postawienie na Jakuba Błaszczykowskiego stoi przecież w kontrze do pominięcia Kamila Grosickiego, skoro obaj jadą ostatnio na takim samym futbolowym wózku, a właściwie obaj obok niego maszerują. Brzęczek na własne życzenie znów wyszedł wprost pod lufy krytyków, wiedząc, że zdania o rodzinnych powiązaniach tym razem zabrzmią jak prokuratorskie zarzuty.

Dodając do tego zrozumiałą, ale cichszą już dyskusję nad wpłynięciem do kadry nowej fali z Wisły Płock nie mam wątpliwości, że mecze Ligi Narodów nie będą, przynajmniej dla kibiców i dziennikarzy, zwykłymi testami przed eliminacjami mistrzostw Europy, a poważną weryfikacją nowego opiekuna Biało-Czerwonych.

A propos wspomnianego na marginesie Adama Nawałki. Cisza wokół rozliczenia mundialu ukoronowanego hańbiącą końcówką spotkania z Japonią wciąż nie została przerwana. Tymczasem w minioną środę w Niemczech Joachim Loew przez blisko dwie godziny publicznie tłumaczył rosyjską klęskę Niemców. Przyczyn porażki szukał i w szczegółach (od przyjęcia piłki do jej oddania mijało średnio 1,6 sekundy, wobec 1,2 sekundy w 2014), i w ogółach, takich jak uznanie fazy grupowej za formalność). Polscy kibice widać na taką analizę nie zasługują. Dlatego też przy okazji Ligi Narodów rodzi się pytanie czy Stadion Śląski nie zamieni się w miejsce frekwencyjnego rozliczenia kadry za rosyjski blamaż…

O tym, że mecz dwóch GKS-ów, z Katowic i Jastrzębia, wiązał się z ryzykiem awantur wiedzieli niemal wszyscy. Na trybunach rzeczywiście było gorąco – dosłownie i w przenośni, bo na sektorze gości szaliki płonęły otwartym ogniem, a kibole z obu stron przeprowadzali systematyczne testy wytrzymałości płotów i bram dzielących ich od adwersarzy. Według informacji z policji katowiczanie dokonali też próby manewru okrążającego, co zakończyło się starciem z funkcjonariuszami na boisku treningowym za „Blaszokiem”. Sam mecz na kilkadziesiąt sekund został z kolei przerwany po tym, jak ochroniarzy obrzucono kijami od flag.

Wszystkie te wydarzenia nie stanowiły wielkiego zaskoczenia, ale zamieniły się w istotne pytanie – dlaczego wojewoda śląski, który dość często i to „last minute”, zamykał stadiony przed kibicami gości w meczach, których potencjał niebezpieczeństw był dużo mniejszy, tym razem nie zastosował takiej procedury? Odpowiedź może być oczywiście banalna – zarządca województwa rozleniwił się ostatnimi upalnymi dniami wakacji, ewentualnie zawiodła komunikacja ze strony odpowiednich służb, w których – jak wieść gminna głosi – pojawili się ludzie, dopiero uczący się regionalnej specyfiki związanej z zagęszczeniem antagonizmów kibolskich.

Jest jednak także inna opcja, granicząca niebezpiecznie z teorią spiskową. Mianowicie taka, że wojewoda postanowił dać szalikowcom szansę, by udowodnili, że jego dotychczasowe postępowanie było słuszne. Tyle, że podobna zabawa, chociaż zakończona wynikiem zgodnym z oczekiwaniami, oznaczałaby grę wyjątkowo niebezpieczną dla osób postronnych. A w taki cynizm urzędnika państwowego nie chcielibyśmy uwierzyć…

Tak czy inaczej derby obu klubów powinny być kolejnym przyczynkiem do dyskusji na temat administracyjnego odgórnego zakazu uczestnictwa kibiców gości we wszystkich ligowych meczach. Dotychczasowej loterii, zarówno decyzyjnej, jak i organizacyjnej, chyba wszyscy mają już serdecznie dosyć.

Mike Tyson z biało-czerwoną opaską, opowiadający o Powstaniu Warszawskim… Oglądałem, słuchałem i nie mogłem uciec od obrazu byłego mistrza świata wagi ciężkiej z książki „Mike Tyson. Moja prawda” (wydawnictwo SQN). Pełnej ćpania, alkoholu, problemów z prawem, przypadkowego seksu, awantur z najbliższymi, bijatyk i klimatów ulicznych gangów…

Wybór Bestii do takiego spotu był nieoczywisty, poza pewnością, że za odpowiednie honorarium Tyson powie wszystko, sfotografuje się z każdym i pojedzie wszędzie. Problem polega na tym, że w efekcie jego wiarygodność jest na poziomie ringowej maty, a wypowiadane słowa traktowane jak – nie przymierzając – futbolowe tyrady Jana Tomaszewskiego. W tym całym procederze można mieć tylko nadzieję, że sam Tyson chociażby szczątkowo zapamiętał to, co przyszło mu odczytać, a zasadniczy cel jego występu był inny niż w „Kac Vegas” („Wystąpiłem w tym filmie tylko po to, żeby mieć pieniądze na narkotyki. Cały czas byłem wtedy na dużym haju…”).

Efektem ubocznym aktorskiego popisu naćpanego pięściarza, którego kulminacją było odśpiewanie „In The Air Tonight” Phila Collinsa, okazało się przekonanie Malika Abdula Aziza (tak nazwał się Tyson po przejściu na islam) o własnym wrodzonym aktorskim talencie, który właśnie doprowadził go do powstańczej gawędy.

Fundator tego spotu, obserwując skalę reakcji na swoje dzieło, może oczywiście uznać, że cel został osiągnięty. Pytanie jednak brzmi: czy burza nie ma czasem zasięgu jedynie lokalnego? Bo na razie wszystkie jej echa słychać jedynie nad Wisłą. A tu akurat o Powstaniu Warszawskim nikomu przypominać nie trzeba. W przeciwieństwie na przykład do powstań śląskich.

Swoją drogą, wyobrażacie sobie Tysona opowiadającego o masakrze dokonanej przez Grenzschutz w kopalni Mysłowice? I to po śląsku? Pewnie kosztowałoby to słono, ale w tym przypadku byłoby bezcenne z punktu widzenia edukowania nie świata, a Polski.

Warszawskie media uważają sprawę za przesądzoną. Ich zdaniem w środę nowym szkoleniowcem Legii zostanie Adam Nawałka.

Dziwne, że nikt nie zadaje najbardziej oczywistego pytania: po co niedawny jeszcze selekcjoner reprezentacji Polski wchodzi do tak rwącej rzeki, zamiast chwilę odpocząć i ponapawać się rolą środowiskowego mentora?

Oczywiście odpowiedzi mogą być różne. Może Nawałka jest po prostu uzależniony od adrenaliny, jaką daje tylko praca na ławce przy linii bocznej? A może wciąż doskwiera mu brak realnych klubowych sukcesów i uznał, że po mistrzostwo kraju sięgnie albo wcale, albo właśnie na Łazienkowskiej? W każdym razie nie robi tego chyba tylko dla pieniędzy, bo przez kilka lat pracy z kadrą powinna mu się uzbierać solidna górka oszczędności (chyba, że prawdą są plotki o Biało-Czerwonym pogromie ze strony firmy GetBack, ale na razie nie sposób ich zweryfikować).

Tak czy inaczej, praca w Legii to duże ryzyko dla obu stron. Nawałka ma do stracenia nie tylko sympatię wielu kibiców, których jednoczy niechęć do stołecznego klubu, ale także znaczną część swojego prestiżu w przypadku niepowodzenia misji. Druga strona z kolei rzuca na szalę mnóstwo pieniędzy, bo przecież sam Nawałka do tanich nie należy, a do tego tradycyjnie skompletuje wokół siebie bardzo liczny sztab, stanowiący jeden z jego znaków firmowych. W przypadku braku awansu do fazy grupowej Ligi Mistrzów może to oznaczać wielką dziurę budżetową, a gdyby Legii powinęła się noga także w Lidze Europy katastrofa mogłaby przypominać apokalipsę.

No cóż, nie mój cyrk, nie moje małpy (proszę się nie obrażać, to nie ad personam, tak przecież brzmi znane powiedzenie)… Zresztą zarządzanie w polskich klubach należy do zupełnie innej dziedziny nauk ekonomicznych niż tych funkcjonujących w normalnym świecie. I aż się prosi o wydanie książkowe dla studentów. Stosowny podręcznik mógłby firmować niedościgły wzorzec, dożywotni dziekan korpusu kreatywnych prezesów, czyli Dariusz Smagorowicz.

Jerzy Brzęczek na starcie swojej selekcjonerskiej kariery popełnił błąd poważniejszy nawet niż strata piłki w spotkaniu ze Szwecją. Tym razem sam pognał na własną bramkę i pomimo licznych nawoływań dopełnił dzieła golem samobójczym.

Trudno doprawdy w inny sposób zinterpretować absurdalny upór dotyczący powołania Andrzeja Woźniaka na stanowisko trenera bramkarzy w reprezentacji Polski. Człowieka, który w zorganizowanej grupie przestępczej odgrywał rolę bynajmniej nie pionka, a później znany był szerzej jako Andrzej W. (nie mylić z innym bramkarzem, Bodziem W., który skracał się na koszulkach z własnej woli). Argument, że Woźniak swoje winy odpokutował nie powinien przekładać się na sferę reprezentacyjną, a słowa Brzęczka, że „wciąż ponosi konsekwencje, moim zdaniem niesłusznie” były absolutnie skandaliczne.

Nie wiem, czy nowy selekcjoner przed podjęciem decyzji, albo przynajmniej w momencie, gdy mógł się z niej honorowo wycofać, przeczytał akt oskarżenia, który zakończył się wyrokiem 2,5 roku więzienia w zawieszeniu na trzy lata, grzywną w wysokości 30.000 złotych i zakazem pracy w profesjonalnym sporcie przez rok.
Dominik Panek, niestrudzony kronikarz najmroczniejszych lat polskiego futbolu, autor bloga pilkarskamafia.blogspot.com, na szczęście zachowuje takie rzeczy dla potomności. Warto więc przypomnieć, że człowiek, któremu Brzęczek powierzył szkolenie najlepszych polskich bramkarzy, nie był tylko ofiarą systemu sterowanego przez „Fryzjera”, a jednym z czynnych uczestników.

Podczas pracy w Koronie Kielce razem z Andrzejem B. („człowiekiem ze znajomościami w świecie sędziów i obserwatorów”) oraz z trenerem Dariuszem W., „mieli ustalić, które mecze ustawić, a także w których spotkaniach wesprzeć rywali kieleckiego zespołu”. Pieniądze na ten cel pochodziły od zawodników, którzy przekazywali szkoleniowcom swoje premie „w ustalonej wysokości”. I tu dochodzimy do wyjątkowo paskudnej kwestii. Arkadiusz B., kapitan drużyny zeznał. że panowie W. brali udział w składkach, płacąc tyle, ile wynosiły premie zawodników podstawowej jedenastki, ale… „W przypadkach, gdy oprócz premii, mieliśmy przynosić dodatkowe pieniądze, to zwłaszcza młodzi, mniej zarabiający zawodnicy, ich nie mieli . Wówczas pożyczali i zakładali za nich pieniądze właśnie W. i W. Ci młodzi zawodnicy później im te pieniądze zwracali.”.

Krótko mówiąc obecny członek sztabu reprezentacji Polski pożyczał młodym zawodnikom pieniądze na łapówki… Jeśli po tym zdaniu Brzęczek nie zauważył jaskrawo świecącego znaku „stop”, to trudno interpretować sprawę inaczej niż jako przejaw chęci udowodnienia całemu światu, że nikt i nic nie jest w stanie zmienić raz przez niego podjętej decyzji, choćby ta oznaczała krok w przepaść.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. Media społecznościowe zawrzały, fora kibiców też. Przewaga głosów negatywnych przypominała sejmową PiS-owską większość. Przede wszystkim stało się jasne, że każda wpadka kadry, a już na pewno w przypadku, gdy błąd popełni jej golkiper, wywoła falę precyzyjnie wymierzonego hejtu, z którym trudno będzie poradzić sobie i Woźniakowi, i samemu Brzęczkowi.Kilka trafień obaj panowie już zresztą zaliczyli. Jak chociażby to z Twittera: „Trenerem reprezentacji Polski został gość który był skazany za korupcję w piłce. Ja aby uzyskać licencję trenerską UEFA muszę przedstawić zaświadczenie o niekaralności #hipokryzja”.

Bo mówiąc o odpokutowaniu selekcjoner powinien pamiętać, że istnieją grzechy śmiertelne. Proceder korupcyjny nieodwracalnie złamał kariery wielu młodym zawodnikom i trenerom, a całą polską piłkę wrzucił do szamba. Także rękami Andrzeja Woźniaka.

54 miliony euro. Za taką kwotę sprzedano koszulki Juventusu Turyn z nazwiskiem Cristiano Ronaldo na plecach w pierwszych 24 godzinach po transferze. Najtańsza z nich kosztowała 104 euro, a nabywców znalazło ponad pół miliona trykotów!
Ten nieprawdopodobny wręcz wynik znakomicie ilustruje kierunek, w którym podąża piłka i w dużej mierze tłumaczy sens dokonywania rekordowych transferów. Sukces sportowy nierozerwalnie związany jest z sukcesem ekonomicznym, a – jak mówi kolokwialne powiedzenie – żeby wyjąć, trzeba najpierw włożyć.

Niestety, także ten mechanizm pokazuje siermiężność polskiej futbolowej rzeczywistości, opartej na kreatywnej księgowości i wyciąganiu pieniędzy z kieszeni mieszkańców mających to szczęście (lub nieszczęście, zależnie od punktu widzenia) życia w „miejscowości będącej siedzibą właściwą klubu”. W efekcie, poza małymi wyjątkami, nawet sukcesy nie mają sensownego przełożenia na dochody. Najlepszym przykładem z naszego podwórka był przypadek Piasta Gliwice, który walcząc o mistrzostwo kraju, świecił pustkami na trybunach, a o liczbie sprzedanych koszulek z nazwiskami Jakuba Szmatuły, Martina Nespora, Gerarda Badii czy Bartosza Szeligi nie ma nawet co wspominać, bo zmieściła się w granicach błędu statystycznego.

Kluby generalnie tymi danymi nie dzielą się ze światem zbyt chętnie. Czasami jednak pewne dane zostają upublicznione, a wtedy przepaść wobec rozwiniętej piłkarsko części Europy ukazuje się w pełnej krasie. Na przykład Legia przez cały sezon 2016/17 sprzedała 22.000 koszulek, kolejna w zestawieniu Cracovia 7.714, a cała liga w sumie 59.402…

Wracając jednak do turyńskiego casusu Ronaldo. Mając świeżo w pamięci wspomniane na wstępie statystyki, z tym większym zainteresowaniem przeczytałem na Twitterze zestawienie cen koszulek klubów ekstraklasowych. Lista rozpoczynała się od 240 złotych (Legia), a kończyła na 139 (Miedź i Wisła Płock). Wychodzi więc na to, że gwiazdy z Łazienkowskiej warte są połowy wartości najtańszego Ronaldo. Jasne, że statystycznie wszystko można udowodnić, ale jednak brzmi to, przyznacie, dość zabawnie i pokazuje przeszacowanie wartości krajowych rozgrywek .

Abstrahując już od liczb trzeba przyznać, że kilka z rodzimych trykotów wyróżnia się na plus przynajmniej pod względem estetycznym. Zrozumiałą zazdrość konkurentów wzbudziła na przykład pucharowa premiera czarno-złotych strojów Górnika Zabrze. Jednak już prezentacja ubiorów Zagłębia Sosnowiec rozbudziła przede wszystkim dyskusje. Wszystko za sprawą sylwetki husarza, widniejącej na piersiach zawodników. Element rodem z modnych ostatnio patriotycznych kolekcji na piłkarskiej koszulce wygląda… powiedzmy delikatnie, zadziwiająco. Być może jest jednak w tym wszystkim ukryty sens, w końcu sosnowiczanie w ekstraklasie będą grali na stadionie, którego nowoczesność przypadła na czasy bardzo, bardzo odległe, a w rozpoczynającym się dziś sezonie stanowić będzie odpowiednik stanowiska archeologicznego.

Ledwo została ogłoszona decyzja o końcu pracy Adama Nawałki w roli selekcjonera piłkarskiej reprezentacji Polski, a już odbył się nad nim Sąd Ostateczny. Publicznie zważono uczynki dobre i złe, wyliczono grzechy i zaniedbania, a na koniec rozpoczęto poszukiwania spadkobiercy.

W całej tej zawierusze zabrakło jednak chwili autentycznej refleksji i próby wyjaśnienia genezy dramatu (a częściowo i komedii, ale te dwa elementy w dobrym teatrze bywają nierozłączne), jaki na naszych oczach rozegrał się na trzech rosyjskich trawnikach. Oczywiście w materii złożonej z tak wielu elementów i mechanizmów trudno sformułować odpowiedź prostą i krótką, jednak już samo podjęcie takich starań jest po prostu koniecznością. Spróbujmy więc znaleźć najważniejszy z czynników, które mundial zamieniły w Waterloo.

W moim osobistym odczuciu, na szczycie listy powinien znaleźć się syndrom tłustych kotów. Mam bowiem wrażenie, że zarówno kadrowiczom, jak i samemu selekcjonerowi – do czego żaden z nich zapewne się nie przyzna – zaszkodziły przesyt i zagłaskanie. Po mistrzostwach Europy we Francji kadra w świadomości kibiców przekształciła się w grupę Orłów. A przecież, nie ujmując nic radości i wrażeniom, jakich nam wówczas dostarczyła, a które były także moim bezpośrednim udziałem, Biało-Czerwoni dotarli aż, ale i tylko, do ćwierćfinału. Wobec wcześniejszej mizerii i głodu jakiegokolwiek sukcesu wyczyn sprzed dwóch lat urósł do miana historycznego, jednak powiedzmy sobie prawdę – obiektywna skala tego osiągnięcia nie odzwierciedla miary emocjonalnej.

Później przyszła kolej na eliminacje do mistrzostw świata. I krzywa wciąż szła w górę. Efektowna gra, gole Roberta Lewandowskiego, awans niemal w cuglach. Naprawdę świetna sprawa. Tyle tylko, że nad Wisłą znów zgubiono proporcje. Przedpokój prowadzący na salony pomylono z salą balową. Sprzyjał temu pewien kontrast: obraz triumfujących Orłów przeplatano z płaczem Włochów i Holendrów, którzy takiego progu nie pokonali. Gdyby nie ich absencja, w Rosji zameldowaliby się wszyscy naprawdę chętni i eliminacje zostałyby sprowadzone do formalności…

Euforia z otrzymania mundialowych wiz przełożyła się na pieniądze. Piłkarze podzielili między siebie – to wieści oczywiście nieoficjalne, ale nikt im nie zaprzeczył – ponad 10 milionów złotych, z czego rekordziści zgarnęli po kilkaset tysięcy, sam szkoleniowiec otrzymał – również podobno – 4 miliony. Nikt nie pomyślał o tym, by część tych kwot na przykład zamrozić i wypłacić dopiero po wyjściu z grupy mistrzowskiej. Oczywiście takie sumy na samych zainteresowanych nie robią aż takiego wrażenia jak na przeciętnych zjadaczach chleba glutenowego, jednak wrażenie spełnienia było wręcz dojmujące, a obraz kadrowiczów przybywających na obóz helikopterami znakomicie je dopełniał. Żeby była jasność – nie chodzi o to, że Lewandowski i spółka powinni do Arłamowa przychodzić piechotą z plecakiem na grzbiecie i z kanapkami w kieszeniach, tylko o obraz, który zyskiwał na jaskrawości z każdym przeczłapanym przez nich meczem na mistrzostwach świata. Krótko mówiąc, o rosnącą pewność, że dla reprezentantów to, co najważniejsze, wydarzyło się wcześniej, a występ na mundialu stał się tylko koniecznością.

Tezę tę zdaje się potwierdzać przykład Rafała Kurzawy i kilku innych, jeszcze nieprzesiąkniętych kadrową atmosferą zawodników. Ich występ w meczu z Japonią pokazał, że głód gry w koszulce z Orłem, osiągnięcia jakiegokolwiek sukcesu, a pewnie, nie ma co ukrywać, otwarcia i dla siebie dostępu do wielkich pieniędzy, w piłce wciąż stanowi istotny czynnik, z którego trzeba korzystać dla dobra całej grupy. I tego właśnie Nawałce chyba przede wszystkim zabrakło. Zamiast na tygrysy postawił na wspomniane na wstępie tłuste koty…

Ja p… – powiedział Kamil Grosicki w pewnym momencie meczu z Japonią i chociaż nie było tego słychać, to odczyt z ruchu warg pomocnika reprezentacji Polski nie wymagał specjalistycznych umiejętności. Piłkarz Hull City stał się w ten sposób żywym podsumowaniem tego, co Biało-Czerwoni pokazali na mistrzostwach świata.

Prawdziwym symbolem rosyjskiego turnieju w wykonaniu naszej kadry powinien być jednak Rafał Kurzawa. Najlepszy „asystent” Ekstraklasy, który do kraju wróci już jako były zawodnik Górnika Zabrze, dostał swoją szansę dopiero w trzecim meczu grupowym. I stał się dla Adama Nawałki wyrzutem sumienia. Nawet biorąc pod uwagę cały kontekst konfrontacji z Japończykami, pokazał, wraz z Łukaszem Fabiańskim, jak poważne błędy popełnił selekcjoner podejmując decyzje kadrowe przed spotkaniami z Senegalem i Kolumbią.

25-latek z Wieruszowa wszedł w mecz bez kompleksów, rzucił do Roberta Lewandowskiego więcej piłek niż kapitan kadry dostał w poprzednich występach, udowodnił, że rzut rożny też można wykonać precyzyjnie, i bez problemów, chociaż ze stratą dla gry zespołu, dawał się przesuwać z lewej na prawą stronę, by zrobić miejsce Grosickiemu. No i przede wszystkim swój czwarty, a biorąc pod uwagę realny czas gry drugi występ w reprezentacji (w co trudno było uwierzyć patrząc na spokój z jakim wyprowadzał akcje), podkreślił kapitalnym podaniem przy golu Jana Bednarka.

Nawałce najwyraźniej na mundialu zabrakło tak zwanego nosa, a może po prostu odwagi, która wygrała z przywiązaniem do nazwisk. Zespół, a wraz z nim wszyscy kibice, zapłacił za to najwyższą możliwą cenę. Niewykluczone jednak, że najcenniejszą lekcję na przyszłość zafundował nam właśnie piłkarz, którego wykreował w Zabrzu Marcin Brosz. Tyle tylko, że patrząc, jak Nawałka dokonuje kompromitującej zmiany i zastępuje Kurzawę Sławomirem Peszką, trzeba przyjąć do wiadomości, że wnioski z tej lekcji wyciągnie dopiero następca obecnego selekcjonera.

Z drugiej strony może to i dobrze, że Rafał Kurzawa nie wziął udziału w kończącym polski mundial kabarecie. Mógłby przecież nie wytrzymać nerwowo i przerwać żenujący spektakl, by umożliwić wejście na murawę Jakubowi Błaszczykowskiemu. A tego upokarzająca byłego kapitana „elita” obecnej reprezentacji mogłaby mu nie wybaczyć…

Możliwości drużyny wykorzystaliśmy maksymalnie. To zdanie Adama Nawałki wstrząsnęło mną do głębi. Maksymalnie! Czyli nic więcej z tymi piłkarzami nie dało się zrobić. Przecież to najbardziej porażająca diagnoza stanu polskiej piłki, jaka została sformułowana w ostatnich latach przez ludzi z futbolowego mainstreamu.

Zastanówmy się, co deklaracja selekcjonera oznacza w praktyce. Ano ni mniej, ni więcej to, że totalny blamaż nie był wynikiem złych przygotowań, niewłaściwego doboru zawodników, przestrzelenia z taktyką, pomyłki przy wyborze mundia-lowej bazy, zwykłego pecha czy też nadmiernego zaangażowania w eventy pozasportowe, tudzież latania śmigłowcami na zgrupowanie. Nie, prawda jest znacznie prostsza i znacznie boleśniejsza. W opinii Nawałki, nie ma w Polsce lub z polskimi paszportami zawodników, którzy na mistrzostwach świata nie przynieśliby nam wstydu.

Czy taki stan rzeczy naprawdę powinien nas jednak dziwić? W końcu – jak sama nazwa wskazuje – to reprezentacja Polski, czyli zawodnicy, którzy co prawda w większości jedzą teraz (bezglutenowy) chleb z lepszych pieców, ale sięgają korzeniami do rodzimej Ekstraklasy. Tej samej, której przedstawiciele w europejskich pucharach rzadko wychodzą poza przedpokój i w której euforię komentatorów wywołuje każde podanie, jakie dociera do adresata.
W masie krytycznej żalu, frustracji, złości i poczucia wstydu za naszych, zmieszanego z zazdrością wobec innych, trudno znaleźć światełko nadziei. Ale ono jednak zawsze gdzieś się tli. I tym razem też tak jest. Użyłem wcześniej sformułowania „najważniejszy turniej życia”. Tymczasem Robert Lewandowski publicznie stanowczo zaprotestował, jakoby rosyjski turniej miał być dla niego właśnie takim wydarzeniem. A to oznacza, że turniej życia dopiero go czeka. Co prawda metryka kapitana reprezentacji próbuje ten optymizm kontrować, ale nie pozostaje nam nic innego, jak wierzyć, że kapitan kadry wie, co mówi. Być może po prostu cierpliwie czeka, aż w narodowym zespole znajdzie się grupa zdolna spełniać jego oczekiwania. Bo co sądzi o obecnych reprezentantach, powiedział dość wyraźnie, zastrzegając jednak sprytnie, że media i tak każde słowa interpretują po swojemu, a on niekoniecznie taką właśnie interpretację ma na myśli.

Tym bardziej szkoda, że ani Nawałka, ani Lewandowski, nie odważyli się powiedzieć niczego wprost. A tego, który tak zrobił, czyli Macieja Rybusa, mówiącego o tym, że kadra nie wiedziała, co ma grać, uznali za paranoika. Być może zresztą problemem tej grupy ludzi jest właśnie brak umiejętności jasnej komunikacji? Bo jeśli selekcjoner w szatni używa podobnego języka jak w kontaktach z mediami (słynne „zabrakło pozytywnego transferu”, zamiast „nie potrafiliśmy podać piłki do przodu”), zapewne nie tylko Maciej Rybus miewa kłopoty ze zrozumieniem tego, o co właściwie chodzi i jaki jest faktyczny plan na meczową batalię…

W kontekście oczywistego skupienia na wyczynach piłkarzy łatwo można było przeoczyć, że mundial 2018 przegraliśmy jednak nie tyle piłkarsko, co kompleksowo, na wszystkich odcinkach.

Poważną wtopę zaliczył przecież także sędzia Szymon Marciniak. Błąd z meczu Niemców ze Szwedami, wynikający z wiary we własną nieomylność i „uśmiechniętą charyzmę”, w gruncie rzeczy był więcej niż symboliczny. Przecież to właśnie my mieliśmy uczyć świat używania VAR-u, a tymczasem polegliśmy na jego nieużyciu. Być może arbiter z Płocka zdążył się już znudzić zaglądaniem w ekranik podczas meczów ligowych i dlatego unika go w Rosji jak ognia? W każdym razie wyszło słabo, a Szwedzi najchętniej zafundowaliby nam drugi potop.

I tu możemy przejść do kolejnego elementu – jedynymi adwokatami Marciniaka byli komentatorzy i eksperci TVP, czyli trzecie słabe ogniwo w mundialu po polsku. Poziom większości z nich (to określenie z gatunku alibi a la Lewandowski, pozwalające zrzucić wszystkie skojarzenia na karb interpretacji Czytelnika) był i jest adekwatny do poziomu gry Biało-Czerwonych. Zagłuszający, zanudzający, zastatystykujący – sam wymyśliłem to słowo na potrzeby seryjnego odczytywania tysiąca danych, z których nic nie wynika – albo po prostu niemiłosiernie mylący fakty, nazwiska i wydarzenia komentatorzy odbierają widzom dużą część przyjemności z obcowania z największym sportowym wydarzeniem świata.

Oni jednak, w przeciwieństwie do piłkarzy (a może i Marciniaka, który w chwili pisania tego tekstu oczekiwał na decyzję FIFA), wciąż mają szansę na poprawę. Tyle tylko, że przyzwyczajenie jest drugą naturą, o czym wie już całe pokolenie kibiców, wychowane na systemie mecz otwarcia – mecz o wszystko – mecz o honor.
A propos kibiców. Ich właściwie można by uznać za jedynych polskich wygranych mundialu, bo generalnie wstydu nam nie przynieśli. Ale i tu pozostaje w pamięci obrazek sprzątających po sobie fanów Senegalu. Czyli zawsze można lepiej. A już na pewno wtedy, gdy gorzej po prostu się nie da.