Archiwa tagu: Męski punkt widzenia Musioł

Tradycji stało się zadość. Coroczna pielgrzymka kibiców na Jasną Górę zakończyła się godną czwartej części Trylogii wycieczką za mury. Patrioci zdobyli kilka wrażych flag, poturbowali grupę zaprzańców, odśpiewali pobożne pieśni i na cześć legendarnego wyczynu Kmicica użyli prochu i saletry pod dobrotliwymi spojrzeniami spadkobierców duchowych przeora Kordeckiego. Nic więc dziwnego, że świadkom tych podniosłych wydarzeń wzruszenie pomieszane z gryzącym dymem wyciskało łzy z oczu.

Sportowy patriotyzm w kraju nad Wisłą ma się dobrze. Co prawda próby jego eksportu kończą się niezrozumiałymi prześladowaniami następującymi tuż po przekroczeniu granic Ojczyzny, tym niemniej generalnie powodów do narzekania nie ma. Za to powodów do dumy przybywa błyskawicznie – na przykład dzięki Robertowi Kubicy, który został właśnie testerem Williamsa. Trzeba przecież podkreślić, że krakowianin zachował honor, w przeciwieństwie do rosyjskiego konkurenta, który nie dość, że jest wspierany przez Putina, to jeszcze miejsce w głównym bolidzie po prostu kupił. Cały świat będzie więc patrzył na Sirotkina z politowaniem, tak jak na Freitaga, który przewrócił się na Czterech Skoczniach, chociaż akurat nikt w niego śnieżkami nie rzucał.

Oprócz patriotyzmu dużego jest jednak także patriotyzm – patrząc w kategoriach powierzchniowych – mały, czyli lokalny. Na przykład śląski. Chociaż on i tak często, a już na pewno w obszarze piłki nożnej, podlega dodatkowemu rozbiciu najpierw miejskiemu, a potem wręcz dzielnicowemu. O nim właśnie dumałem podczas debaty zorganizowanej przez szefa regionalnej piłki Henryka Kulę. Dyskusja toczyła się w zacnym gronie, jej temperatura była dość umiarkowana, a z większością tez zgadzali się wszyscy obecni, czemu zresztą trudno się dziwić, skoro były to tezy ze wszech miar słuszne i rozsądnie – choć mało optymistycznie – prowadzące do odpowiedzi na zasadnicze pytanie: Kiedy klub z naszego regionu znów zostanie mistrzem Polski?

W całej tej atmosferze wzajemnego zrozumienia nie sposób było jednak uciec od poczucia surrealizmu. Zasadniczo bowiem świetlana przyszłość piłki śląsko-zagłębiowskiej, a także beskidzkiej, według panelistów opierać się powinna na solidarności i wzajemnym wsparciu. W negocjacjach z samorządami, w rozmowach ze sponsorami, w systemach szkolenia młodzieży, w rozwiązaniach infrastrukturalnych, a czasem i finansowych. Brzmi to świetnie, ba, nawet logicznie, jednak znajduje się w tej wizji jedna zasadnicza drzazga, mianowicie kibicowska, podlana patriotyczno-tożsamościowym sosem – otoczka futbolu. O współpracy klubów mówiono wszak w ostatnich latach już wiele, próbowano też słowa przekuć w czyny. Na szczeblu Ekstraklasy organizowano wspólne wyprawy na zgrupowania, na szerszym polu zawiązywano sponsorskie porozumienia. Piękne, nieprawdaż?

Tyle tylko, że to ostatnie podpisano za bliską, bo bliską, ale jednak granicą. I w tym jest właśnie pies pogrzebany. Bo żaden realny futbolowy sojusz nie jest w regionie możliwy. Dowodów mamy aż nadto – największe awantury związane są z meczami derbowymi, największe problemy stwarza logistyka kibicowskich przejazdów nie ogólnopolskich, a właśnie tych najkrótszych, najpoważniejsze incydenty ostatnich miesięcy związane były z najazdami wrogich grup na stadiony położone najbliżej ich macierzy… Świeżo w pamięci pozostają też przypadki prezesów skłonnych pomóc sąsiadom w momentach, gdy ci nie mogli korzystać z własnych, przebudowywanych w danym momencie aren, czy piłkarzy zamierzających zmienić barwy bez zmiany miejsca zamieszkania. I dopóki ten system piłkarskiego ekosystemu się nie zmieni, dopóty każdy będzie drobił w miejscu, a ewentualne sukcesy wynikną tylko ze splotu przypadków. I o tym także powinni pomyśleć gospodarze takich wydarzeń jak jasnogórska pielgrzymka. Aby jednak skalę tej odpowiedzialności zrozumieć, trzeba czasem z klasztornej celi wybrać się na mecz. Najlepiej po cywilnemu i autobusem komunikacji publicznej. Na przykład z Katowic do Zabrza. Rzecz jasna, przez Chorzów.

Świat nigdy nie przestanie nas zadziwiać. Też sądziłem, że ubiegłotygodniowy felieton o absurdach sportowego światka chwilowo wyczerpał temat, a tymczasem kolejne dni przyniosły tak niezwykłe wydarzenia, że nie sposób przejść obok nich obojętnie.

Na plan pierwszy wysuwa się niewątpliwie badanie, jakie na piłkarzu Danchu Adamie przeprowadziły organy śledcze, czyli kibice zrzeszeni w Torcidzie. Były już kapitan Górnika dobrowolnie poddał się testom na wariografie, by udowodnić, że nie handlował meczami zespołu z Roosevelta. Wynik wypadł pozytywnie, Danch pojechał grać nad morze, a Torcida przetarła szlak, którym powinna zmierzać teraz cała polska piłka. Każdy kibic powinien mieć prawo do przebadania dowolnego piłkarza, choćby po to, by zadać mu najważniejsze pytanie: Czy nie uważasz, że zarabiasz dużo za dużo w stosunku do swoich umiejętności?

Pomieszanie oczywistych wydawałoby się ról nie dotyczy jednak tylko linii kibice – piłkarze. Do gry weszli też dziennikarze. Szambo wybiło dzięki młodzieżowemu Euro, które po raz kolejny ujawniło, jak masowe – o czym już niegdyś pisałem – stało się mylenie roli reportera z rzecznikowaniem. Nagle wyszło na jaw, że co najmniej kilkunastu moich kolegów po fachu wiedziało, że atmosfera w kadrze Orląt pozostawia sporo do życzenia, ale nie ujawniało tego z obawy, by nie zostać oskarżonym o psucie aury sukcesu. Bo przecież, gdyby stał się on faktem, na nich spadłaby krytyka ze strony PZPN-u i samych Orląt. I a nuż ten czy inny nie chciałby już udzielić banalnego wywiadu, o wspólnej słitfocie nie wspominając. Doprawdy boleśnie szczypałem się też tu i ówdzie czytając krytykę Krystiana Bielika, która spadła na niego za subiektywną, ale zapewne szczerą wypowiedź o poziomie treningów w kadrze. Chłopak palnął w emocjach coś, co dla mediów powinno być naturalną pożywką, a tymczasem niektórzy ich przedstawiciele mieli mu to wyraźnie za złe i zamykające sprawę przeprosiny przyjęli z nieukrywaną ulgą.

Truskawką na torcie szaleństwa wydają mi się jednak transfery w Ekstraklasie. Czy ktoś może mi racjonalnie wyjaśnić, dlaczego największym wzięciem cieszą się piłkarze, którzy w poprzednim sezonie nie zdołali się w lidze utrzymać, czyli byli na nią za słabi? Jedynym rozsądnym tłumaczeniem wydaje się takie, że po prostu zawodników o podstawowych umiejętnościach jest w Polsce niewielu, co oznacza, że elitę należy nie rozszerzać, a zmniejszać. A wszystkich, którzy twierdzą inaczej, trzeba posłać na dobrowolne badania wariografem.