Archiwa tagu: Męski Punkt Widzenia Rafał Musioł

Książkowa spowiedź Dawida Janczyka to lektura nielekka i wstrząsająca. Życie na pełnym gazie (w przenośni i dosłownie), aż do rozbicia o ścianę, towarzyska samotność w walce o wyrwanie się z nałogu, ostatnie wieści – już spoza wydawnictwa – że wszystko wciąż zmierza w kierunku autodestrukcji. To musi zmuszać do refleksji. Zwłaszcza że nie jest to historia odosobniona.

Większość z nich ma wspólny mianownik w postaci olbrzymich pieniędzy, jakie spadają na mentalnie niedojrzałe dzieciaki, które potrafią kopnąć piłkę mniej więcej w zaplanowanym kierunku. I nagle otrzymują za to pliki banknotów, jakich ich rodzice nie widzieli przez całe życie. Otwierają się znienacka nowe możliwości, a standardy środowiskowe wymagają, by z nich korzystać. Ile osób jest w stanie zachować w takiej sytuacji trzeźwą (znów w przenośni i dosłownie) głowę?

Oczywiście nie sposób już zawrócić kijem rzeki. Olbrzymia kasa będzie pompowana w piłkę bez względu na to, czy głodna część świata zagrzmi o przekroczeniu barier zdrowego rozsądku. Pytanie brzmi jednak, czy istnieje sposób, aby piłkarzy przygotować do życia w finansowym kosmosie? Czy kluby nie powinny mieć na etatach psychologów i doradców finansowych, a w kontraktach adekwatnych do zarobków składek na prywatne fundusze emerytalne i zdrowotne, obejmujące także leczenie z nałogów?

Zapewne jest w tych pytaniach pozorna doza naiwności. Wynikają one jednak także ze znajomości piłkarskiego środowiska. Uwierzcie Państwo, że dominują w nim potencjalni naśladowcy Janczyka, natomiast Dudków czy Koźmińskich, którzy potrafili swoje zarobki zamienić w dostatnie życie po odwieszeniu butów na kołki, widać i słychać znacznie mniej.

I dlatego właśnie takie biografie jak „Moja spowiedź” powinny stanowić nie sensację towarzyską, a punkt wyjścia do podjęcia kompleksowych i przemyślanych działań profilaktycznych, zanim kolejni milionerzy poproszą nas o złotówkę na flaszkę.

Żużel, delikatnie mówiąc, nie leży zbyt blisko szczytu moich sportowych preferencji. Tym niemniej, nie tylko z racji zawodowych obowiązków, zdarza mi się rzucić okiem na lewoskrętnych jeźdźców na pachnących metanolem maszynach.

Tak właśnie zdarzyło się w minioną niedzielę, gdy pierwszą część boju o Ekstraligę toczyły Gryzonie z Rekinami. W drugim wyścigu doszło do koszmarnego wypadku z udziałem trzech zawodników. Motocykle fruwały w powietrzu, ciała orały tor, a kibice przerażeni zamilkli. Wszyscy uczestnicy karambolu o własnych siłach zdołali jednak zejść do parku maszyn, za to przed kamerę telewizyjną trafił zdemolowany kask Sebastiana Niedźwiedzia – to on uratował zawodnikowi życie. Nie była zaskoczeniem wieść, że 21-latek tuż po upadku stracił na chwilę przytomność. Co w tej sytuacji zrobił trener Falubazu? Wsadził chłopaka na motocykl i posłał do powtórki wyścigu. Ba, wystawił go do kolejnego, którego junior już nie ukończył. Zatrzymał się i usiadł na krawężniku, skąd zabrała go karetka.

Żużel powszechnie – ale z odcieniem sympatii, niczym w powiedzeniu, że piłkarski bramkarz musi być wariatem – uznawany jest za sport dla szaleńców. W tym jednak przypadku sprawy poszły jednak za daleko. Zakpiono z rozsądku i odpowiedzialności, a przecież żużel sam w sobie niesie już wystarczające ryzyko. Nie mam wątpliwości, że precedens zielonogórski powinien zaowocować wprowadzeniem do regulaminów dodatkowych zapisów chroniących zawodników przed takimi sytuacjami, które ocierają się o kryminał.

PS Siatkówka w moim prywatnym rankingu plasuje się w okolicach żużla. Nie mam jednak zamiaru brać udziału w absurdalnej dyskusji dotyczącej niesprawiedliwej redystrybucji dóbr we współczesnym sporcie na rzecz „nieudaczników kopaczy”. Zwłaszcza że siatkarze też mają co nieco na sumieniu, bo łupiąc bułgarsko-włoskie złoto, ograbili z rozdawanych przez internautów wirtualnych milionów obdarowanych nimi wcześniej lekkoatletów.