Archiwa tagu: Męski punkt widzenia

Już dawno żadnego debiutu w polskiej piłce nie oczekiwano z takim zainteresowaniem, jak przejęcia rządów na ławce trenerskiej Lecha przez Adama Nawałkę. Poznaniacy słono za to zapłacili, ale pod względem marketingowym już im się co nieco zwróciło. Gorzej na razie z aspektem wynikowym, jednak czas na oceny w tej kategorii przyjdzie dopiero wiosną.

W całej historii najciekawszy wydaje mi się element porównawczy, na który media nie zwracają większej uwagi. Chodzi o fakt, że wejście Nawałki jest przecież drugim w ostatnim czasie takim zdarzeniem w polskiej piłce. Niedawno do ligowej piłki wrócił wszakże nie kto inny, a Franciszek Smuda.

Pierwszy przejął Lecha, drugi grającego na peryferiach krajowego futbolu Górnika Łęczna, pierwszy na powitalnej konferencji zaprezentował firmową powściągliwość i umiejętność mówienia bez powiedzenia czegokolwiek, drugi snuł opowieści mające tyle wspólnego z rzeczywistością co historie z książki nieżyjącego już Janusza Wójcika. Przy okazji wyszło zresztą na jaw, że Smudę dotknął środowiskowy syndrom Jana Tomaszewskiego, czyli nawet najpoważniejsze oskarżenia puszczane są mimo uszu. Smuda powiedział przecież wprost, że poprzedni spadek Łęcznej wynikał z otaczającego ją procederu korupcyjnego. No cóż, różnica w obrazach powitalnych obu szkoleniowców jest dokładnie taka, jak w grze prowadzonych przez nich reprezentacji na mistrzostwach Europy 2012 i 2016 i w wysokości wypłat, jakie obaj pobierają obecnie za swoje usługi…

A propos – w przypadku Nawałki największy żal może gnębić z pewnością… Górnika Zabrze. Gdyby w środowisku trenerów obowiązywały takie same zasady, jak w kontekście transferów zawodników, na Roosevelta trafiłaby całkiem spora suma pieniędzy z funduszu solidarnościowego. Bo przecież to ten klub miał największe zasługi w wypromowaniu marki trenerskiej aktualnego szkoleniowca Lecha, chociaż GKS Katowice też zgarnąłby z tego stołu przyzwoity okruch.

Czy wy jesteście niepoważni? – rzucił Artur Jędrzejczyk do dziennikarzy, którzy próbowali namówić go na krótką rozmowę tuż po zejściu z murawy w Zabrzu. Poważny Pan Piłkarz, Reprezentant Polski i Gracz Warszawskiej Legii wchodził właśnie do szatni, w której powinien znaleźć się dużo wcześniej, i to dyscyplinarnie. Przy faulu taktycznym sędzia Daniel Stefański zamknął jednak oczy, zapewne dlatego (uwaga: ironia), że winowajca miał już żółtą kartkę za wywołanie boiskowej awantury.

Co prawda stołeczni żurnaliści przyjęli później rolę adwokatów diabła, twierdząc, że na piłkarskich salonach (w tłumaczeniu: na Łazienkowskiej) zawodnicy wielkich klubów rozmawiają dopiero po wzięciu prysznica i przebraniu w wyjściowe dresy, zapomnieli jednak o dwóch zastrzeżeniach. Po pierwsze, stacje telewizyjne nie mają problemów z zatrzymaniem piłkarzy tuż za linią boczną, a po drugie – ważna jest nie tylko treść, ale i forma, a ta w wydaniu Jędrzejczyka była kiepska tak w mowie, jak i na murawie. Bo jeśli legionista faktycznie zamierzał najpierw spędzić czas pod natryskiem, by zyskać minuty na zamienienie myśli nieuczesanych w medialne bon moty, wystarczyło o tym grzecznie poinformować… A tak wyszło fatalnie. Zwłaszcza gdy miało się świeżo w pamięci znakomity występ tegoż Jędrzejczyka przed kamerą Canal+ po przegranym spotkaniu z Arką. Pomocnik Legii pokazał wtedy łatwość wyrażania tego, co pomyśli głowa, a co zawarło się w romantycznie rozpaczliwym wyznaniu „Wszyscy jesteśmy wk…”, oczywiście bez kropek.

A propos „wyszło fatalnie”. Niewiele innych słów tak jednoznacznie kojarzy się z Legią. Rozsławił je Michał Kucharczyk, gdy w 2015 roku nie zdzierżył krytyki i odparował reporterowi pamiętną refleksją „fatalny to ty jesteś”. Później jednak piłkarz wyciągnął wnioski i zdaniem klubu poszarżował w drugą stronę, bo rzekomo to właśnie za nadmierną przyjaźń z mediami został przeniesiony do rezerw. Tamten wywiad nie był zresztą jedynym fajerwerkiem „Kuchego”. Zaimponował kibicom również krytyką systemu rozgrywek. – Gramy sześćdziesiąt meczów w sezonie. Składając wszystkie nasze wolne dni w ciągu roku, skleimy może miesiąc. Inni ludzie nie pracują w weekendy, święta… – żalił się legionista po remisie z Tiraspolem.

Kucharczyk z rezerw już wrócił, a my wróćmy do głównego tematu. Nie da się uciec od konkluzji, że Legia do krasomówczych talentów swoich piłkarzy ma wyjątkowe szczęście, znacznie większe niż przy transferach, ze szczególnym uwzględnieniem trenerskich. Wiele osób – zapewne nie tylko pod samym Klimczokiem – pamięta oratorski popis Jakuba Rzeźniczaka, który słabą grę ekipy spod znaku eLki (nie mylić z najdłuższą nizinną kolejką krzesełkową w Europie, która funkcjonuje w Parku Śląskim) tłumaczył… zapachem kiełbasek i widokiem bloków otaczających stary stadion Podbeskidzia.

W Zabrzu na podobne gorące zwierzenia, które z biegiem czasu stają się anegdotami, nie mogliśmy liczyć, bo rozmowy poprysznicowe odbywały się wtedy, gdy większość z nas realizowała już inne służbowe zadania. Za to na pomeczowej konferencji, z udziałem trenera Romeo Jozaka, pytanie na temat medialnej pasywności legionistów zadał Jerzy Góra z Radia Katowice i wprawił Chorwata w nie lada ambaras.

Gwoli dopełnienia obrazu trzeba dodać, że podobnych problemów nie było z piłkarzami Górnika, poza jednym wyjątkiem. Można by nawet rzec, że wyjątkiem tradycyjnym, czyli Rafałem Kurzawą. Piłkarzem niezwykle efektywnym na boisku, za to nieefektownym poza nim. Ba, nawet po meczu z Koreą Południową na Stadionie Śląskim, już jako kadrowicz, odmówił podzielenia się reprezentacyjnymi przemyśleniami. Zabrzanina czekają jednak chyba trudne chwile, bo w klubie widać już wyraźną presję, by zmusić go do mówienia. Wszyscy bowiem zaczynają sobie zdawać sprawę, że mowa nie zawsze jest srebrem, czasem ma wartość wręcz diamentową…

Globalna wioska staje się globalną wiochą. Piotr Żyła i jego żona nie potrafią ułożyć sobie życia prywatnego bez pośrednictwa mediów społecznościowych, a alpiniści – siedząc w namiotach na wysokości kilku tysięcy metrów – awanturują się przy milionach świadków i zamiast na złość odmrażać sobie uszy, odcinają adwersarzom dostęp do internetu.

Efektem ubocznym tego zgniecenia świata do wielkości ekranu w tablecie czy telefonie okazało się obalanie mitów i zdzieranie masek. Dotychczas łatwiej było kreować i budować własny wizerunek, a później go tylko pielęgnować. Najlepszym tego przykładem jest właśnie wspomniany skoczek z Wisły, zwany przez kibiców „Wewiórem”. Nadworny błazen, którego ortografia – w dużej mierze zgodna z wytycznymi posłanki Pawłowicz – była równie barwna, jak sprzedawane przez niego czapki, a rzucane na poczekaniu bon moty okraszane firmowym „hehe” zaraz po wyartykułowaniu zaczynały żyć własnym życiem, okazał się zwykłym śmiertelnikiem. Z problemami małżeńskimi, trudnym charakterem, być może niedojrzałością emocjonalną, o czym świadczyć może właśnie wylewanie wszystkich brudów w przestrzeń publiczną.

Nie on pierwszy, nie ostatni. Szlak w tym błocie wydeptali ci, którzy zdrowego rozsądku powinni mieć teoretycznie więcej niż wariaci niebojący się zjeżdżać w dół skoczni, mimo świadomości, że ten zjazd kończy się przepaścią. Politycy, artyści, dziennikarze, mężowie i żony, dzieci i wnuki – szambo wybijało i wybijać będzie, bo w końcu nieważne, jak się o nas mówi, byle mówiło się w ogóle, prawda?

I tak się to plecie. Denis Urubko, polski bohater niezwykłej misji ratunkowej na Nanga Parbat, po kilkunastu dniach został rosyjskim zdrajcą na K2. Wymiana medialnych ciosów niczego właściwie nie wyjaśnia, skupia się na grze stereotypami i przekonywaniu już przekonanych, ale też nikt żadnego wyjaśnienia nie potrzebuje. Ważne, że znów jesteśmy MY i znów są ONI. Nad-wiślańskie piekiełko zawlekliśmy nawet w Himalaje…

O tym, że ciemny lud wszystko kupi, mówił swego czasu Jacek Kurski, o czym tenże ciemny lud zdążył już zapomnieć. Tyle tylko, że dziś sprzedać też trzeba umieć. Nikt przecież nie uwierzy – mimo olbrzymich starań kilku propagandystów, którym za to płacą – że w Pjongczangu odnieśliśmy sukces na miarę możliwości, a żaden z olimpijczyków wstydu nam nie przyniósł. Tak samo jak nie sposób przyjąć do wiadomości, że rozgrywanie meczów w temperaturze minus czternastu stopni ma jakikolwiek sens, albo że minister sprawiedliwości ledwo wiąże koniec z końcem i odlicza dni od wypłaty do wypłaty. Te i podobne kwestie wymagają jednak odrobiny namysłu i przeprowadzenia logicznych dowodów, w przeciwieństwie do przyobiednich dywagacji, czy Piotr Żyła – którego nigdy nie widziało się na żywo bez kasku i nart – jest dobrym ojcem, i czy właściwie powinniśmy się dziwić, że wymienia towarzyszkę życia na nowszy model. I czy zainspirował go do tego prezes PZN Apoloniusz Tajner, który na podobne posunięcie zdecydował się już kilka lat temu, gdy media szybko znudziły się aferką, bo okazało się, że Wybranka Serca II bynajmniej nie jest egzotyczną Pamelą, jak przedstawiał ją początkowo jeden z brukowców…

No cóż, nie trzeba mieć specjalnie bujnej wyobraźni, by dojść do wniosku, że jeśli yeti istnieje, to siedzi teraz obok polskiego obozu na K2 i podglądając awanturę dotyczącą kwestii, czy zima jeszcze jest, czy już jej nie ma, kręci z niedowierzaniem głową, turlając się jednocześnie ze śmiechu, bo takich cudaków jeszcze nie widział. Na swoje szczęście nie zagląda przecież do internetu…

PS. Dla równowagi trzeba dodać, że równie groteskowa bywa postawa odwrotna. Preferuje ją zarząd Górnika Zabrze, który jako jedyny nie wie, co robił jego czwarty bramkarz na dworcu we Wrocławiu, chociaż także internetowe media opisały sprawę ze szczegółami. I to nawet dokładniej niż niedawne motoryzacyjne przypadki szefa klubu.

Olimpiada to według dawnych encyklopedii czas pomiędzy igrzyskami. Teraz pojęcia te w powszechnej świadomości, a także w wykładni Rady Języka Polskiego, stopiły się w jedno. Trudno się zresztą dziwić, bo równie kanoniczna tradycja pokoju zawieranego na czas sportowych zmagań także rozwiała się w zadymie codzienności. Ba, została w okrutny sposób sponiewierana poprzez zamachy, bojkoty i przestępstwa dopingowe, dokonywane w czasie szlachetnej z założenia rywalizacji herosów.

Polacy jednak nie byliby sobą, gdyby również w tej kategorii nie zdobyli się na – bezkrwawą na szczęście – oryginalność. U podłoża najświeższej intrygi z olimpijskimi kółkami w tle tkwi nadwiślańska brutalna i prostacka polityka. Jej ofiarą padł prezes Orlenu (od razu, uprzedzając hejterów, zaznaczam, że ani mi on brat, ani swat, a benzynę tankuję zazwyczaj na innych stacjach).

Wojciech Jasiński, bo o nim mowa, tuż przed świętami Bożego Narodzenia został, przy dźwiękach kolęd zespołu „Ondraszki” ze Szczyrku i chrzęście łamanych opłatków, powołany na funkcję attaché polskiej reprezentacji w Pjongczangu. Krótko mówiąc, PKOl postawił na totalny koniunkturalizm i dopieścił człowieka, który trzymał w kieszeni klucz do skarbca z kasą, pozwalającą na sportowo-działa-czowskie rozpasanie.

Od tamtego dnia minęły niespełna dwa miesiące. W Pjongczangu znicz – w zależności od tego, kiedy czytacie Państwo te słowa – zapłonie za chwilę albo płonie już, Biało-Czerwoni poznają zakamarki wioski, ich prezesi zaułki koreańskiej mieściny, a tymczasem pozostawione w kraju myszy harcują. I podgryzają fotele. W efekcie niemal w momencie wciągania flagi na maszt, doszło w Orlenie do zmiany szefostwa. Jasińskiego pozbawiono gabinetu, do którego wprowadza się właśnie Daniel Obajtek. W zaistniałej sytuacji attaché z pewnością wszystkie swoje siły i myśli poświęca powierzonej mu misji… W środę w Pjongczangu nikt nie był w stanie odpowiedzieć na pytanie, czy wybity na zawodowy aut attaché w ogóle w Korei się pojawi.

Wygląda na to, że nad funkcją tą ciąży fatum podobne do tego, jakie dopada chorążych. Przed Soczi też przecież nastąpiło potężne zawirowanie – z attachowania zrezygnował Adam Małysz, gdy okazało się, że musiałby wycofać się z udziału w reklamach (nomen omen m.in. Orlenu)…

To jednak niejedyna refleksja, jaka towarzyszy mi w momencie rozpoczęcia igrzysk. Druga dotyczy już sportu, a w zasadzie jego kondycji. Wszystkie emocje w Pjongczangu dopiero przed nami, ale po lekturze wypowiedzi osób, które za nasze zimowe kibicowskie rozrywki odpowiadają, można odnieść wrażenie, że sto procent polskich nadziei związanych jest ze skokami narciarskimi.

Trzymając kciuki za Orłów, spróbujmy wybiec nieco w przyszłość. Nie trzeba być chyba Krzysztofem Jackowskim, by stwierdzić, że spodziewane krążki ze skoczni zostaną wykorzystane propagandowo do zasłonięcia pustych rąk kombinatorów norweskich, alpejczyków i biegaczy, a prezes Apoloniusz Tajner wypnie pierś do orderów. Tymczasem zawiadywana przez niego instytucja nie jest Polskim Związkiem Skoków Narciarskich i odpowiada nie tylko za szaleństwa pod Malinką i Wielką Krokwią, ale i za infrastrukturalną – w kontekście profesjonalnych przygotowań sportowców – pustynię biegowo- zjazdową. A przecież o zmianę tego stanu rzeczy apelowała już Justyna Kowalczyk i to w najlepszych latach swojej kariery, gdy udowadniała, że raz na sto lat wielki talent może się urodzić nawet na kamieniu, ale regułą w takim otoczeniu są i będą klęski.

W tym nieco nostalgicznym nastroju życzę Państwu, by jednak okazało się, że zimowa Polska nie tylko skokami stoi, zwłaszcza że ich kibicow-ska otoczka – o czym miał odwagę powiedzieć Piotr Marusarz w wywiadzie dla Artura Gaca z Interii – nie przypomina tej telewizyjnej, bo z bliska ma dźwięk trąbki i zapach przetrawionego alkoholu.

Skojarzenia „Duńczyków” z „dynamitem” są już zgrane jak stara płyta. Sęk w tym, że w kontekście tego, co wydarzyło się w piątek na boisku w Kopenhadze, stanowią trudny do zastąpienia klucz. Bo zespół Age Hareide’a z hukiem wysadził w powietrze konstrukcje, jakie wokół polskiej kadry budowano w ostatnich tygodniach. Co zresztą – patrząc z perspektywy czasu – nie było specjalnie trudne. Wszystko oparte było wszak na złudzeniach związanych z rankingiem FIFA, w którym kadra Adama Nawałki pięła się w górę z tygodnia na tydzień. Sęk w tym, że działo się to… poza nią, bo reprezentacja nie grała, a cały proces odbywał się wyłącznie na podstawie odpowiednich algorytmów…

Żeby było jasne – nie chodzi mi o strzelenie naszej reprezentacji piątego, najłatwiejszego, bo medialnego gola. Raczej o uchwycenie zjawiska, jakim jest nieustające przekonanie o wyższości polskiej piłki. Przekonanie co roku weryfikowane jakością spotkań ligowych i łomotami w europejskich pucharach. A jednak z wielkim zapałem znów zbudowaliśmy grubą ścianę między tymi faktami, a nawet między reprezentacją sprzed fartownego Euro 2016, a obecną kadrą Nawał-ki, traktując ją jak wyspę całkowicie niepowiązaną z otoczeniem. Fałsz takiego myślenia pokazał mecz w Kopenhadze – zawalony przede wszystkim w defensywie, gdzie pierwszoplanowymi postaciami byli zawodnicy warszawskiej Legii, tej samej, która skompromitowała się w przedpokojach Ligi Mistrzów i Ligi Europy, a na domowym podwórku potrafiła przegrać z Termalicą Nieciecza, o zderzeniu legijnej bylejakości z młodzieńczą wiarą i ambicją Górnika Zabrze nie wspominając.

Tuż po spotkaniu z Danią na swoim profilu na Twitterze (@rafal_musiol) przeprowadziłem sondę pytając czy kopenhaska klęska to :-wypadek przy pracy; – początek końca tej kadry; – prawdziwy obraz polskiej piłki. Na tę ostatnią opcję wskazało 52 głosujących. Być może świadczy to o przebudzeniu zdrowego rozsądku, zamglonego ostatnio przez wszechobecne kadzidło. W trend tej reinkarnacji wpisał się nawet Zbigniew Boniek, przyznając w rozmowie ze Sport.pl, że reprezentacja ma w tabeli więcej punktów niż na to zasłużyła. Wygląda więc na to, że zarówno sportowo, jak i mentalnie z autostrady do Rosji zjechaliśmy na drogę brukowaną Ale paradoksalnie, jeśli uda się nią dojechać do celu, satysfakcja powinna być jeszcze większa.

Na koniec warto wspomnieć o zdjęciach kiboli, którzy zostali błyskawicznie spacyfikowani przez duńską policję. Siedzący na ziemi i skuty kajdankami mężczyzna, ubrany w koszulkę z kotwicą Polski Walczącej, to symboliczna ilustracja trendu jaki nad Wisłą znów zaczyna wymykać się spod kontroli. Błogosławieni przez duchownych na jasnogórskich pielgrzymkach i wspierani przez prawicowych polityków zadymiarze patriotyczne emblematy traktują w kategoriach amuletów (ewentualnie szkaplerzy). W Danii taka magia nie zadziałała, za to grup(k)a awanturników udowodniła gospodarzom, że mieli racje nie wpuszczając sympatyków Biało-Czerwonych na inne sektory niż dla nich przeznaczony. O czym zresztą informowano nabywców wejściówek (zgoda, że do tych transakcji w ogóle nie powinno dojść) w stosownym mailu. Jednak ci – nauczeni doświadczeniami krajowymi – uznali, że jakoś to będzie. No i było jak było. Poza boiskiem, i na nim. A że prawda w oczy kole? No cóż, tak to już niestety z prawdą bywa…

Czas biegnie szybko i wiele spraw umyka nam razem z nim, ale czasami wydarzy się coś, co stanowi impuls, by do nich wrócić. Tak właśnie zadziałał Juventus Turyn. Słynny włoski klub zmienił właśnie swój herb, upraszczając go do granic możliwości, czyli zastępując pasiaste godło stylizowaną czarno-białą literą J. Mnie akurat się podoba, ale wiadomo, że o gustach trudno dyskutować. W każdym razie klamka zapadła, a klub z miasta Fiata (to jeden z sympatyczniejszych synonimów w futbolu) tak samo przejął się protestami kibiców, jak Donald Trump manifestantami w Waszyngtonie.

Zresztą Juventus bynajmniej – pozostając w skojarzeniach z Jankesami – nie odkrył Ameryki. W ostatnim czasie loga klubów szły pod dłuta i rysiki niemal hurtowo. Czasami zmiany były subtelne – jak w przypadku Realu Madryt, który „ściął” krzyż z korony, by nie drażnić arabskiego sponsora, innym razem drastyczne, jak w West Ham United, Manchesterze City czy Genk. I trzeba przyznać, że chociaż w tle rebrandingu – to fachowa nazwa przemodelowania symboli – leżą zazwyczaj po prostu pieniądze i cele marketingowe, to większość z tych znaków zyskała na przejrzystości i stała się bardziej nowoczesna.

Przykład Juventusu przypomniał mi jednak o ubiegłorocznej informacji z Ruchu Chorzów, w której zapowiadano „lifting” słynnej eRki. Wtedy wydawało się, że to posunięcie bezpośrednio związane z zastawieniem przez Dariusza Smagorowicza obecnego logo w banku, co spowodowało potężne perturbacje wokół udzielonej klubowi przez miasto pożyczki. Teraz wychodzi jednak na to, że Niebiescy, być może niechcący, po prostu idą z duchem czasu. I kto wie – być może nowy znak na przykład na Cyprze zyskałby jeszcze większą wartość niż podczas poprzedniej księgowej wyceny.

Z dużą niecierpliwością należy zatem wyczekiwać na premierę nowego symbolu czternastokrotnych mistrzów Polski. Zagadką pozostaje jedynie reakcja banku, który zostanie z ręką w… starej eRce. Ale może się mylę i zanim nastąpi wspomniana premiera, zostanie ona uczciwie wykupiona?

Mam z tym kłopot i współczuję Panu Bogu, bo pewnie kapelan drużyny przeciwnej przed meczem z Piastem leży krzyżem – mówił w grudniu w tekście Tomasza Kuczyńskiego kapelan ówczesnego lidera ekstraklasy, ksiądz Jacek Orszulak. Wyznanie było efektem pytania o to, czy on sam modli się o zwycięstwo dla zespołu Radoslava Latala. Kwestia interesująca, bo zawierająca podtekst znany z wielu pól bitewnych na przestrzeni wieków, czyli kwestię: – A co, jeśli tamci modlą się mocniej?

Wspomniany tekst mojego kolegi przypomniał mi się, gdy przy  okazji mistrzostw świata hokejowej drugiej ligi pojawiły się wzmianki o magii „Spodka”. I to w skrajnych wariantach. Na przykład z punktu widzenia krakowskiego, zjawisko to już nie istnieje, a cała dobra energia przeniosła się pod Wawel, dzieląc się pomiędzy legendarny czakram na samym zamku i Tauron Arenę, która imprezę tej samej rangi gościła przed rokiem.  I jak to z gusłami bywa, racjonalizm poszedł na bok: nikt zdawał się nie pamiętać, że także wtedy na dzień dobry reprezentacja Polski przegrała z Włochami i że cel w postaci wygrania grupy okazał się nieosiągalny. Stojące w opozycji do małopolskiego środowisko śląskie, patriotycznie wynoszące Spodek pod  niebiosa, również stosowało metodę podobną. Do znudzenia przypominając legendarny triumf nad ZSRR skrupulatnie pomijało fakt, że mistrzostwa sprzed czterech dekad zakończyły się ekstraklapą, czyli spadkiem z elity.

Lodowiska generalnie są chyba dla sztuk magicznych mało wdzięczne, bo w przeciwieństwie do boisk trawiastych trudno w nich zakopać za bramką czarnego koguta (w sumie dałoby się jednak na przykład wlać do rolby wiadro święconej wody), o czym wspominał znawca tajemnych praktyk afrykańskich, Henryk Kasperczak, którego w reprezentacji Mali wspomagał szaman. Podczas pracy w Górniku Zabrze takiego etatu nie było, no i zespół spadł… Nawiasem mówiąc, nie było zresztą także przedstawiciela nauki, czyli psychologa – o którym Kasperczak mówił, że dobry byłby w  szkole albo w jakimś zakładzie pracy, ale nie w piłkarskiej szatni.

Klątwa i pech – każde alibi jest dobre, by zrzucić z siebie część balastu porażki. Dla równowagi działają jednak także szczęście, wiara i  cuda, że tym razem się uda. Zawsze jednak pozostaje pytanie: a co, jeśli ci drudzy modlą się mocniej i mają lepszego szamana?

Kibice żadnego innego zespołu nie przeżyli w tym roku takiej huśtawki nastrojów, jak sympatycy Podbeskidzia Bielsko-Biała. Górale fundują im nieprawdopodobny emocjonalny rollercoaster – startując z ostatniego miejsca w tabeli wspięli się na  pogranicze grupy mistrzowskiej i dzięki klasyfikacjji fair play nawet do niej awansowali. Na krótko – bo Lechia Gdańsk wycofując swój wniosek z Trybunału Arbitrażowego strąciła ich z powrotem pod ligową linię demarkacyjną.

Rozkojarzeni bielszczanie w  pierwszym spotkaniu finałowej rundy zagrali jak przystało na drużynę z czołowej ósemki, czyli bezstresowo oddali punkty Termalice. W drugiej próbie, poruszając się już nieco żwawiej,  sprawili Górnikowi Zabrze prezent strzelając dla niego gola samobójczego. Natomiast po trzeciej przyznali, że Śląsk był dla nich po prostu za mocny.

W efekcie Podbeskidzie wplątało się w walkę o  utrzymanie i to bez gwarancji jej szczęśliwego zakończenia. Ku pokrzepieniu góralskich serc trzeba jednak zauważyć, że także pod tym względem i piłkarze, i kibice tego klubu są zahartowani. Można wręcz uznać, że balansowanie na krawędzi to dla bielszczan część tradycji, a plemię zamieszkujące górskie tereny tradycję szanuje wyjątkowo.

Dzięki temu klub z Bielska-Białej staje się dla ekstraklasy niezbędny.  Bo kto inny dostarcza w niej podobnie ekstremalnych wrażeń?

Łukasz Kruczek co najmniej przez dwa lata będzie pracował we Włoszech. Już sam ten fakt wzbudza zapewne zawiść wielu osób, bo przecież Italia to  jedno z najpiękniejszych miejsc w Europie. Słońce, zabytki, genialne jedzenie, wino, muzyka i śpiew.

Po prostu żyć nie umierać. A  jeszcze do tego pobierać pieniądze za  szkolenie skoczków narciarskich, którymi przejmuje się w całym kraju może kilkadziesiąt osób, wliczając rzecz jasna rodziny tych hobbystów… Jeśli spełnienie marzeń może przybierać formę materialną to z pewnością były selekcjoner Orłów właśnie tego doświadczył.

Żeby postawić sprawę jasno: nie przemawia przeze mnie małostkowa zazdrość (no, może troszeczkę, bo któż jest całkiem wolny od słabości). Przede wszystkim chcę wyrazić uznanie. Bo Kruczek na tę misję przypominającą – z  pełnym przekonaniem, że 40-latek z Buczkowic poświęci się jej bez reszty – sportową emeryturę, solidnie zapracował. Ostatnie lata spędził przecież w  niewyobrażalnym stresie. Nie jest wszak łatwo funkcjonować wśród rodaków sprawiających wrażenie, że od  wyników Kamila Stocha i spółki zależy co najmniej dochód narodowy brutto, i  płynnie przepływających (określenie nieprzypadkowe) ze stanu euforii do  depresji i z powrotem.

We Włoszech o presji nie będzie mowy, zresztą zadanie postawione przed Kruczkiem, czyli odbudowa tej dyscypliny sportu z poziomu samotnego Sebastiana Colloredo, w porównaniu do celów sięgających medali olimpijskich i mistrzostw świata, mówi samo za siebie. Z drugiej strony początkowo może to stanowić dla szkoleniowca nie lada szok. Obstawiam jednak, że aklimatyzacja w tak pięknych okolicznościach przyrody nie potrwa długo…

Uwaga końcowa. Pamiętacie skecz z „Żywotu Briana” Monty Pythonów, pod hasłem „Co nam dali Rzymianie”? Teraz na argumenty, że Rzym dał nam wodociągi, drogi, medycynę, edukację, wino, łaźnię i prawo będziemy mogli odpowiedzieć: – A my im daliśmy trenera skoczków narciarskich.

Czyż to nie brzmi dumnie?

Michel Platini ma być stałym gościem francuskiej federacji podczas Euro 2016. Zawieszony przez Komisję Etyki prezydent UEFA wpadł co prawda w kolejną niejasną sytuację, bo jego nazwisko pojawiło się w „Panama Papers”, jednak wszystko wskazuje na to, że mistrzostwa obejrzy z najbardziej prestiżowej loży każdego stadionu, który odwiedzi. Czy tak być powinno? Odpowiedzi neutralnych nie będzie, u podłoża każdej spocznie kamień węgielny sympatii lub antypatii. Bo sama etyka, niestety, przestała być już wymierna.

Afery wywołują bowiem emocje głównie w momencie ich wybuchu. Gdy kurz opada, przestają zajmować opinię publiczną, która swoje zainteresowanie zdążyła przerzucić tam, gdzie akurat płynie świeża krew. Pierwsze aresztowania, zawieszenie Platiniego i Blattera, o tak, to były tematy gorące. A  teraz? Czy ktoś przejął się tym, że w panamskich papierach pojawia się Gianni Infantino? Czy potwierdzenie przez samą FIFA faktu, że mundial 2010 został kupiony za łapówki jeszcze kimś wstrząsnął?

Nie inaczej jest na rynku krajowym. Najlepiej wie o tym Dominik Panek, niestrudzony kronikarz afery korupcyjnej w polskiej piłce, autor bloga „Piłkarska mafia”, na którym wciąż pojawiają się nowe dokumenty i zapisy wyroków, jakie zapadają w sprawie największego i najdłużej trwającego zbiorowego sportowego oszustwa w Europie. Od  dawna jednak te sądowe postanowienia nie mają szans przebicia się nie tylko na czołówki, ale chociażby na krótkie newsy gazet. Nawet te, dotyczące postaci odgrywających niegdyś niebagatelne role w tym piłkarskim pokerze…

W zalewie masowo produkowanych przez media wieści istotnych i – osiągających masę krytyczną – idiotycznych, śledzenie ważnych historii od początku do końca na pewno nie jest sprawą prostą. A  jednak czasem pamięć się nie poddaje, o czym może świadczyć epilog planów odprawiania mszy z okazji rocznicy narodowego chrztu przez arcybiskupa Paetza. Bo chociaż to story niesportowe, stanowi dowód, że czarne charaktery chcą z naszej niepamięci bezczelnie korzystać i liczą na to, że czasami naprawdę zbyt łatwo wybaczamy.