Archiwa tagu: MMA

Tymoteusz Świątek. Tak się nazywa człowiek, który stał się twarzą walk w klatce. Twarzą rozbitą, zakrwawioną  i pozbawioną przytomności. Twarzą kopaną, tłamszoną, niszczoną. Wreszcie wyniesioną na noszach.

Nigdy nie ukrywałem obrzydzenia mieszanymi sztukami walki, uznając, że sport kończy się daleko przed  tą granicą, za którą można kopać leżącego ku uciesze gawiedzi. Zresztą także mi obcej mentalnie, zwłaszcza, gdy słyszałem, jakie zachwyty wzbudzały wśród niej akcje z walki wspomnianego Świątka, gdy Victor Marinho wspierał się na jego ramionach i traktując je jako podparcie uderzał kolanami w głowę Polaka. Po ponad dwudziestu latach oglądania walk bokserskich nie mogę zaakceptować tego, że największe protesty wywołuje nie wizja utraty zdrowia jednego z  uczestników cyrku, a komenda stop, powstrzymująca rzeź. Komenda , która w przypadku wrocławskiej – tak zwanej – gali FEN6 ani z ust sędziego, ani z narożnika Świątka nie padła. Warto się zastanowić czy nie jest to sprawa dla prokuratora? Czy nie mieliśmy do czynienia z  bezczynnością świadków, graniczącą ze współuczestnictwem w ciężkim pobiciu?

Wiem, że sam Świątek, gdy już doszedł do siebie, stwierdził, że jego walk przerwać nie można, pewnie w myśl wypaczonej zasady „maszeruj albo giń”.  Ale obserwując to, co działo się w klatce, jego wypowiedź traktowałbym nie jako deklarację, a raczej efekt szoku i wstrząśnienia mózgu. Poza tym chciałbym usłyszeć co o tych słowach sądzi jego dziewczyna, której po początkowym zachwycie widniejącym na jej obliczu przerażeniem, kamery telewizyjne zaczęły nagle unikać.

A propos mediów. Przy okazji na szczyt hipokryzji wznieśli się komentatorzy stacji Polsat Sport. Ich dramatyczny apel „przerwijcie to wreszcie!” poprzedziły przecież kilkuminutowe zachwyty nad  duchem walki pana Tymo-teusza, który pod lawiną uderzeń wciąż stał na nogach. – Portugalczyk pewnie wciąż się zastanawia, jakim cudem Świątek się nie przewraca – ekscytowali się panowie, chociaż widać było, że sam zainteresowany nie potrafi tego wytłumaczyć, bo nie jest już świadomy ani tego gdzie jest, ani tego, co robi. Za to jak już się przewrócił, to powiało grozą.

Nic na to nie poradzę, że nie porywają mnie ani Pudzia-nowski, ani Hardcorowy Koksu. Uważam też, że występy w tym cyrku prawdziwych sportowców pokroju Pawła Nastuli niszczą ich legendę bez względu na wyniki potyczek w klatce. Po prostu widzę, że kilkunastu facetów znalazło sposób, by zarobić na tym, co podczas każdego weekendu i  tak dzieje się pod dyskotekami, za stodołami i na  kibolskich ustawkach. A ponieważ trafili na masy, które za to płacą, powstał lukratywny biznes.

I tu jest chyba właśnie pies pogrzebany. Ci, którzy wchodzili jako pierwsi, wiedzieli, że podejmują ryzyko, musieli więc też dbać – we własnym interesie – o zdrowie zawodników. Następni, w myśl zasady, że gorszy pieniądz wypiera lepszy, muszą znaleźć coś większego, mocniejszego i, bo to sprzedaje się najlepiej – brutalniejszego. Więcej możliwych ciosów, jeszcze, o ile to możliwe, mniej reguł, jak najwięcej krwi i nokautów. Bo poprzeczkę trzeba podnieść, bo „targetowi” trzeba dać sygnał: reszta to mięczaki, tylko u nas zobaczysz prawdziwy show.

Po przedstawieniu z udziałem Świątka ludzie myślący zadają sobie jednak pytanie. Co czeka nas na końcu tej drogi? Odpowiedź może być przerażająca: śmierć na żywo, miliony odsłon na youtubie, powtórki, zdjęcia, łzy, procesy, brukowce, może książki. Czyli coś w stylu Mamy Madzi w stroju kąpielowym na białym koniu. Naprawdę tego chcecie?