Archiwa tagu: MŚ1A

Polski Związek Hokeja na  Lodzie dokonał – i to od  niechcenia – sztuki  niezwykłej. A mianowicie zdołał przyćmić wybitne przecież w  minionych latach wyczyny Polskiego Związku Piłki Nożnej w zakresie nieudolności i niekompetencji. W dodatku sam się zgłosił do bicia tego rekordu, biorąc na swoje barki organizację mistrzostw świata (co prawda drugiej ligi, ale jednak) w Krakowie. Pech bowiem chciał, że halę w Doniecku zmiotła wojenna zawierucha.

Otrzymanie turnieju zostało odtrąbione jako sukces szefów PZHL. Prezes Dawid Chwałka wygłosił przygotowaną wcześniej tyradę o niezwykłej szansie na promocję dyscypliny, którą z wielkim zapałem i skutecznością sprowadzano w ostatniej dekadzie do rangi sportu niszowego, ustępującego powoli pola curlingowi i short-trackowi (chociaż ten ostatni stracił sporo uroku po przejęciu Aidy Belli przez GKSKatowice). Wielka szansa wymaga wielkich słów, więc expose hokejowego bossa pełne było energii. Wizję sukcesu organizacyjnego rysował z takim zapałem, że pewnie nawet Mariusz Czer-kawski zaczął szukać w piwnicy kija i łyżew, by wziąć udział w  tym historycznym wydarzeniu.

Jak to jednak bywa w życiu, powiedzieć jest łatwo, ale zrobić trudniej. W dodatku wrogie elementy od początku rzucały piasek na gładką taflę prezesowskiej propagandy. I to już od momentu, gdy ogłoszono ceny biletów. A przecież kilkadziesiąt złotych za zobaczenie meczu to proporcjonalnie odpowiednia kwota wobec faktu, że samo miejsce parkingowe pod halą wyceniono na złotówek 30. Prezes w świetnym nastroju, z szemrzącą już w wyobraźni rzeką pieniędzy płynących z kieszeni rozkochanych w hokeju kibiców, miał jedynie obawy, czy piętnastotysięczna Kraków Arena nie okaże się za mała…
Niestety, przepisy nie pozwalają, by do widowni dostawić jeszcze kilka tysięcy taboretów. Głowiono się więc, jak uniknąć rozruchów rozczarowanych brakiem biletów kibiców.Wybrano wariant oczywisty: na wszelki wypadek postanowiono mistrzostw nadmiernie nie reklamować. Tu i ówdzie powieszono więc małe plaka-ciki, ale wybierano miejsca bezpieczne, np. pod wielkimi bill-boardami zapraszającymi na  mecze piłkarzy ręcznych. Pozostały jednak do zneutralizowania media oraz sfera wirtualna. Pierwsze załatwiono w białych rękawiczkach – przyznając akredytacje wg zagadkowego klucza i na wszelki wypadek, przyupublicznionych nazwiskach szczęśliwców, nie umieszczono nazw ich redakcji. W efekcie w biurze prasowym wciąż leży sporo wejściówek, których rzekomo zainteresowani nimi nie odebrali. A internet? Związkowego Twittera na długo zamrożono 16 kwietnia, w dodatku zastawiając pułapkę w postaci wpisu z nieczynnym linkiem. Zastanawianie się nad tym, co krył, unieruchomiło wielu dziennikarzy i  odciągnęło ich od pytań o turniej. Na drugim froncie, na oficjalnej stronie związku, nie podano nawet składu reprezentacji, uruchomiono za to zegar odliczający czas do meczów Polaków. Stanowiący kolejną pułapkę, bo niemal hipnotyzujący. Najlepszą sztuczką było jednak niewpisywanie wyników spotkań już rozegranych, aby uniknąć wrażenia, że mistrzostwa w  ogóle trwają i przerzucenie newsów o zawodach – bez oczywistego przekierowania – na nieznaną kibicom stronę z domeną „tv”. Coś, czego nie ma, przecież nie istnieje.

Efekt tej skomplikowanej operacji przeszedł najśmielsze oczekiwania: hokejowy pacjent poddawany rzekomej reanimacji  cichutko zmarł przy świecących pustkami trybunach. I na  zmartwychwstanie się nie zanosi, tym bardziej że Wielkanoc już była. Zresztą o niej – ustalając kalendarz finałów mistrzostw Polski – PZHL też zapomniał. I tylko żal w tym wszystkim walczących ponad stan hokeistów, którzy w sobotę dzielnie walczyli z Węgrami o awans do elity.