Archiwa tagu: Musioł blog

Świat nigdy nie przestanie nas zadziwiać. Też sądziłem, że ubiegłotygodniowy felieton o absurdach sportowego światka chwilowo wyczerpał temat, a tymczasem kolejne dni przyniosły tak niezwykłe wydarzenia, że nie sposób przejść obok nich obojętnie.

Na plan pierwszy wysuwa się niewątpliwie badanie, jakie na piłkarzu Danchu Adamie przeprowadziły organy śledcze, czyli kibice zrzeszeni w Torcidzie. Były już kapitan Górnika dobrowolnie poddał się testom na wariografie, by udowodnić, że nie handlował meczami zespołu z Roosevelta. Wynik wypadł pozytywnie, Danch pojechał grać nad morze, a Torcida przetarła szlak, którym powinna zmierzać teraz cała polska piłka. Każdy kibic powinien mieć prawo do przebadania dowolnego piłkarza, choćby po to, by zadać mu najważniejsze pytanie: Czy nie uważasz, że zarabiasz dużo za dużo w stosunku do swoich umiejętności?

Pomieszanie oczywistych wydawałoby się ról nie dotyczy jednak tylko linii kibice – piłkarze. Do gry weszli też dziennikarze. Szambo wybiło dzięki młodzieżowemu Euro, które po raz kolejny ujawniło, jak masowe – o czym już niegdyś pisałem – stało się mylenie roli reportera z rzecznikowaniem. Nagle wyszło na jaw, że co najmniej kilkunastu moich kolegów po fachu wiedziało, że atmosfera w kadrze Orląt pozostawia sporo do życzenia, ale nie ujawniało tego z obawy, by nie zostać oskarżonym o psucie aury sukcesu. Bo przecież, gdyby stał się on faktem, na nich spadłaby krytyka ze strony PZPN-u i samych Orląt. I a nuż ten czy inny nie chciałby już udzielić banalnego wywiadu, o wspólnej słitfocie nie wspominając. Doprawdy boleśnie szczypałem się też tu i ówdzie czytając krytykę Krystiana Bielika, która spadła na niego za subiektywną, ale zapewne szczerą wypowiedź o poziomie treningów w kadrze. Chłopak palnął w emocjach coś, co dla mediów powinno być naturalną pożywką, a tymczasem niektórzy ich przedstawiciele mieli mu to wyraźnie za złe i zamykające sprawę przeprosiny przyjęli z nieukrywaną ulgą.

Truskawką na torcie szaleństwa wydają mi się jednak transfery w Ekstraklasie. Czy ktoś może mi racjonalnie wyjaśnić, dlaczego największym wzięciem cieszą się piłkarze, którzy w poprzednim sezonie nie zdołali się w lidze utrzymać, czyli byli na nią za słabi? Jedynym rozsądnym tłumaczeniem wydaje się takie, że po prostu zawodników o podstawowych umiejętnościach jest w Polsce niewielu, co oznacza, że elitę należy nie rozszerzać, a zmniejszać. A wszystkich, którzy twierdzą inaczej, trzeba posłać na dobrowolne badania wariografem.

Jerzy Janowicz przypomniał o sobie w wielkim stylu. Nie chodzi nawet o to, że po dwóch latach przerwy wygrał mecz na trawie, ale o genialną zagrywkę medialną. Tenisista z Łodzi wreszcie bowiem zrobił to, co potrafi najlepiej, czyli wypowiedział myśli, które przykuły uwagę świata większego niż kort. I potwierdził swój rozwój, mocno skracając formę – to nie był już młodopolski filozoficzno-patriotyczny monolog o szopach i prawie do oczekiwań, a pojedyncze błyskotliwe bon moty, rodzące się w dodatku od niechcenia w czasie gry. Pan Jerzyk wyznawał otóż miłość do… hamburgerów, pączków i margherity, co – jak sam wyjaśnił – było protestem przeciwko przeszkadzającej mu z trybun „megawrednej kobiecie z wagi ultra heavy”.

Niebanalne zachowanie Polaka w Stuttgarcie to jednak skala mikro wobec tego, co dzieje się ostatnio w kilku dziedzinach sportu w wydaniu drużynowym. Na przykład po raz drugi z rzędu przyznawaną w tej rubryce nagrodę im. Zabolotnego ma szansę zgarnąć Polski Związek Piłki Ręcznej. Gremium to postanowiło zrobić kolejny krok w kierunku abstrakcyjnej doskonałości i po zadziwiającym regulaminie rozgrywek ligowych, jaki obowiązywał w minionym sezonie (zróżnicowanie liczby punktów w zależności od grupy, w jakiej występował rywal, oraz puchar pocieszenia dla drużyn od piątego miejsca w dół) wpadło na pomysł genialniejszy. Zarządcy szczypiornistów chcą mianowicie uzależnić terminarz od… atrakcyjności rywala, a ta miałaby się przekładać na częstotliwość spotkań poszczególnych klubów. W efekcie jedna para grałaby ze sobą na przykład cztery razy, a druga raz.

Nie mniej absurdalnie wyglądają poczynania Komisji Licencyjnej PZPN. Pomimo jasno określonych terminów, w jakich kluby miały się spowiadać ze swojego stanu, po raz kolejny oglądamy niezrozumiały tasiemiec odraczania i przekładania ostatecznych decyzji. Dotyczy to nie tylko Ruchu Chorzów, ale również pierwszej ligi jako całości. Bo pomimo tego, że zgodnie z kalendarzem rozpoczęła się już barażowa rywalizacja o ostatnie (teoretycznie) wolne miejsce w tym gronie, wciąż nie wiadomo, czy w ogóle ma ona sens. Wszystko może się przecież zmienić przy zielonym stoliku (swoją drogą ciekawe, czy taki kolor sukna wciąż jest obowiązujący?).

Być może w tym całym szaleństwie jest jakaś ukryta metoda, ale póki co trudno ją dostrzec. Z drugiej jednak strony sportowe absurdy i tak giną w morzu szaleństwa, które otacza nas na co dzień. I może właśnie dlatego mają szansę rozkwitać.

Będziemy musieli nauczyć się żyć z tym, że rywale będą na nas patrzeć już inaczej. Być może nawet jak na faworytów. I tę nową rolę trzeba będzie udźwignąć – mówili piłkarze polskiej reprezentacji po ostatnim występie na francuskim Euro.

I właśnie mecz, a właściwie dwu-mecz z Rumunami stanowił dla kadry znakomitą weryfikację tych deklaracji. Gorąca atmosfera w Bukareszcie i wyśrubowane oczekiwania w Warszawie były balastem, z którym uporać się mogła tylko drużyna dojrzała. I tę piłkarską maturę zespół Adama Nawałki (i on sam) zdali celująco.

J est jednak coś, co powinno nam psuć nieco nastroje po sobotnim wieczorze. Tym czymś są gwizdy, jakie kibice zafundowali gościom podczas odgrywania ich hymnu. Zdziczenie obyczajów ostatnio omijało mecze kadry, co można było tłumaczyć między innymi znaczącą podwyżką cen biletów na jej mecze, ale tym razem ta bariera okazała się niewystarczająca. I o tej plamie trzeba pamiętać tak samo długo, jak o trzech golach Lewandowskiego.

Znając realia najpierw chcę zastrzec jasno: ten tekst nie będzie miał politycznego wymiaru, a jedynie społeczny. Powyższa uwaga jest konieczna, bo punktem wyjścia dla tego felietonu jest przypadek Jacka Kurskiego.

Prezes telewizji publicznej wybrał się mianowicie na mecz o mistrzostwo Polski, w którym Legia Warszawa podejmowała Lechię Gdańsk. Kurski jaki jest każdy widzi, jednak jego przywiązanie do barw tego drugiego klubu wielkiej tajemnicy nie stanowi. Nic więc dziwnego, że na lożę VIP zabrał ze sobą zielono-biały szalik. W efekcie został przez kiboli gospodarzy obrzucony przedmiotami drobnymi oraz zelżony słowami grubymi. I żeby była jasność – nie chodziło o poziom i treść firmowanego przez siebie telewizyjnego dziennika, a właśnie o wspomniany gdański gadżet.

W całym tym bulwersującym normalnego człowieka incydencie jeszcze bardziej szokujące okazały się późniejsze reakcje, wyrażane również w mediach. Powszechnie uznano mianowicie, że Kurski zachował się prowokacyjnie, czego dowodem było… wymachiwanie lechickim szalikiem. I ciemny lud to kupił! Owszem, pomogła w tym zapewne powszechna opinia dotycząca moralnej kondycji szefa TVP, któremu takie psychonarzędzia jak prowokacje nie są obce (a chyba nawet sprawiają masochistyczną przyjemność), jednak w tym przypadku chodzi jednak o coś innego i niezwykle istotnego. Otóż powszechnie zaakceptowano tezę, że „inność”, chociażby tylko sportowa, stanowi uzasadniony pretekst do przemocy. Usankcjonowano w ten sposób wszystko to, co dzieje się w weekendy na ulicach i poboczach autostrad!

Tymczasem należy powiedzieć jasno i mocno: Jacek Kurski miał prawo wymachiwać na stadionie Legii szalikiem Lechii! I ci, którzy go atakowali, powinni zostać zidentyfikowani i ukarani. A w ramach resocjalizacji – której skuteczność biorąc pod uwagę ich zdolność pojmowania współczesnego świata i tak zapewne będzie mizerna – oglądać na przykład transmisje z finału NHL, gdzie kibice klubów walczących o znacznie cenniejsze trofeum niż Puchar Ekstraklasy, siedzą w ramię w ramię i zwyczajnie dobrze się bawią. Z pewnością powiecie, że to spojrzenie naiwne. Ale czy nie lepiej czasami po prostu pomarzyć niż znienacka oberwać po gębie?

Krzysztof Warzycha wielkim piłkarzem był, ale jakim jest trenerem, tego nie wie nikt, zapewne nawet on sam. Trzeba było bowiem dopiero Janusza Patermana, by byłego legendarnego napastnika Ruchu i Panathinaikosu posadzić na wysokiej i gorącej ławce. Efekty sportowe tego posunięcia są mizerne, jednak w pełni wynagradzają je pomeczowe wypowiedzi szkoleniowca. Nikt inny w Ekstraklasie nie potrafi tak idealnie sparafrazować pewnego znanego kibicowskiego powiedzenia „dumny po porażce”…

Przez chwilę wydawało mi się, że oderwane od boiskowej rzeczywistości komentarze Warzychy to efekt wieloletniego przebywania w znacznie przyjemniejszym klimacie, w którym nawet bogowie preferują ambrozję, lub też specyfiki klubu, w jakim przyszło mu pracować, gdzie bajkopisarstwo od dawna bierze górę nad realiami. Dochodzę jednak do wniosku, że trzeba wziąć pod uwagę jeszcze inne rozwiązanie. A mianowicie takie, że mamy do czynienia z wirusem. I to najwyraźniej nie obecny trener Ruchu jest jego źródłem.

Po dokładnym prześledzeniu wiosennych ligowych kronik można zauważyć, że pierwsze, a już na pewno najbardziej radykalne objawy, wystąpiły u Jerzego Brzęczka. Były reprezentant Polski już w marcu przedstawił niezwykłą teorię, że słabe występy prowadzonego przez niego zespołu GKS-u Katowice przeminą wraz z… kartką z kalendarza. Kolejny oślepiający przebłysk nastąpił po meczu z Górnikiem Zabrze, gdy słuchając wypowiedzi szkoleniowca zacząłem się poważnie zastanawiać, czy aby na pewno dobrze zapamiętałem (i przekazałem Czytelnikom) wynik tego spotkania. Ze słów Brzęczka wynikało bowiem, że drużyna zagrała bardzo dobrze, zrealizowała wszystkie założenia, rozpracowała stałe fragmenty gry rywali i popełniła raptem jeden błąd.

Jak wszyscy mają zapewne świeżo w pamięci, kulminacją tego progresu była widowiskowa ucieczka Brzęczka z Bukowej. Szefom Ruchu, chociaż zaabsorbowanym układaniem puzzli ze świstków dokumentów i snuciem wyrafinowanych planów, jak pozyskać kolejne pieniądze z Urzędu Miasta, radziłbym więc uważnie przyglądać się trenerowi swojego zespołu i na wszelki wypadek dobrze zamykać klubową bramę…

W przypadku GKS-u sprawa jest jasna: sportową klęskę powinna ilustrować odwrócona piramida. Największą część winy ponoszą sami piłkarze, potem w kolejce stoi sztab szkoleniowy, szefostwo sekcji i dopiero na końcu prezesi klubu.

Wojciech Cygan i Marcin Janicki wykonali przecież swoje zadanie – zbudowali zawodnikom i szkoleniowcom idealną podstawę do osiągnięcia celu, zapewniając im idealne warunki przygotowań i środki na wskazane przez sztab transfery. W wyniku ich działań organizacyjnie i finansowo klub wyprzedził poziom sportowy. Wystarczy wspomnieć przyciągnięcie poważnych strategicznych sponsorów – to sukces, jakiego nie udało się osiągnąć w innych śląskich klubach. Także dlatego uważam, że obaj powinni na Bukowej pozostać.

Przy okazji trwających wokół i na samej Bukowej rozliczeń warto jednak zadać fundamentalne w całej sprawie pytanie: czy Katowice tak naprawdę potrzebują piłkarskiej Ekstraklasy?

Już sama frekwencja na meczach w pełni uprawomocnia postawienie w tym miejscu znaku zapytania. Jeśli do niego dodamy świadomość, że dzięki wielu innym sportowym wydarzeniom przez ostatnią dekadę jej braku nikt właściwie w mieście nie odczuł, otrzymamy zaczyn do bardzo poważnej dyskusji, w której może się okazać, że prawdziwą wartością klubu z Bukowej nie są piłkarze, a jego wielosekcyjność. A z nią obecni szefowie GieKSy radzą sobie znakomicie.

Sonda, jaką przeprowadziłem na Twitterze,nie pozostawia wątpliwości.Zdaniem kibiców największą część winy za obecną sytuację Ruchu Chorzów ponosi były prezes Dariusz Smagorowicz, który zebrał w tym niechlubnym zestawieniu 3/4 głosów, wyprzedzając obecnego szefa klubu Janusza Patermana i piłkarzy (po 11 procent) oraz trenerów (3 procent).

Mam wrażenie, że wyniki te są miarodajne. W obecnym sezonie w siedzibie Niebieskich rzeczywiście zbiera się owoce tego, co działo się w klubie w ostatnich latach. Regularne rozpaczliwe pożyczanie pieniędzy na zabójczych warunkach, bo żaden szanujący się bank nie zamierzał podejmować ryzyka, szantażowanie władz miasta za pomocą sentymentów i emocji, kreatywna księgowość oparta na nadziejach i obietnicach, niejasne zabawy z herbem klubu, który odwiedził nawet Cypr, licencyjne rozliczeniowe zrywy, po których zapaść pogłębiała się jeszcze bardziej, kolejne ostrzegawcze kary, zbywane zazwyczaj wzruszeniem ramion… To właśnie efekty takiej polityki doprowadziły do obecnego upadku.

Zwieńczeniem tych działań jest plaga rozstań z najlepszymi piłkarzami, czasem pokojowych, chociaż z brudną grą w tle (KamilMazek), czasem w stylu angielskim (Piotr Ćwielong), a ostatnio w atmosferze wojny (Patryk Lipski). Ale za każdym razem wyjątkowo kosztownych i w kategoriach prestiżowych, i w przeliczeniu na górę złotówek, którą powinny przynosić transfery tych zawodników, gdyby nie wielomiesięczne zaleglości w wypłatach.

Dodajmy do tego dramatyczną i symboliczną dymisję złożoną przez Waldemara Fornalika, zwolnienie znającej się na swoim fachu wieloletniej rzecznik klubu – które zaowocowało obecnym fatalnym przekazem publicznym z komentarzem do odejścia „Kinga” czy listem stanowiącym odpowiedź na oświadczenie Lipskiego na czele- no i odjęte za płacowe kombinacje, a wywalczone na boisku bezcenne punkty, stanowiące dziś balast ciągnący Ruch na dno… Doprawdy niezmierzona jest litośc Komisji Licencyjnej, która rok w rok przeciągała Niebieskich za uszy do następnego sezonu…

W mojej opinii – odnoszącej się zresztą także do Górnika Zabrze – Ruch już kilka lat temu powinien ogłosić upadłość i pójść szlakiem, jaki pokonał na przykład GKSKatowice. Ośmielam się twierdzić, że Niebiescy byliby dziś w podobnej sytuacji sportowej do klubu zza miedzy, za to ze znacznie mniejszymi długami lub wręcz bez nich.

Smagorowicza na Cichej już jednak nie ma. Ale czy po jego odejściu i późniejszych wojenkach gabinetowych Patermana z Kurczykiem coś się zmieniło? Miarodają odpowiedź da dziś właśnie Komisja Licencyjna, która zweryfikuje piątkową obietnicę obecnego prezesa, że podczas weekendu Ruch spłaci wszystkie zobowiązania. Na razie, patrząc z zewnątrz, w poczynaniach Patermana dominują słowa, a nie czyny. I prowokują do refleksji. Na przykład takiej: – dlaczego już na „ratunkową” sesję Rady Miasta nie przyniósł gotówki od udziałowców ograniczając się jedynie do deklaracji, że jeśli miasto da pieniądze, to oni też je znajdą? Albo dlaczego w polsatowskim Cafe Futbol oświadczył, że klub spłacił już odsetki od pożyczki z Centrum Przedsiębiorczości, skoro sam prezes tej firmy mówił tego samego dnia dla DZ, że klub jedynie znalazł firmę, która to zobowiązanie przejęła, a gotówki wciąż nie ma?

A propos finansów. Czekając na dzisiejszy wyrok Komisji Licencyjnej i spoglądając w tabelę Ekstraklasy, trzeba publicznie zadać jeszcze jedno ważne pytanie: w jaki sposób pożyczając Ruchowi pieniądze miastoChorzów zabezpieczyło ich odzyskanie w wypadku piłkarskiej (spadek) lub organizacyjnej (brak licencji) katastrofy klubu?

Stara prawda mówi, że tak naprawdę szanujemy tylko to, za co przyszło nam zapłacić. I że szacunek rośnie proporcjonalnie do ceny. Jest też druga strona tego samego medalu – nikt nie doceni cię tak bardzo jak ty sam siebie.

Obie te zasady z sadomasochistycznym uporem łamią szefowie piłkarskich klubów, oferując kibicom w różnych konfiguracjach bilety za 5 zł, czyli nieco ponad 1 euro. I to zarówno na I ligę, jak i na Ekstraklasę! Czy nie mają przy tym poczucia, jak bardzo deprecjonują w ten sposób proponowany przez siebie „towar”?! I jak bardzo są poniżani, gdy nawet taka oferta zostaje zlekceważona i odrzucona? Tak jak miało to miejsce na przykład w Gliwicach, gdzie wicemistrz Polski, który w tym sezonie toczy walkę o utrzymanie, nawet propozycją pięciozłotowej ceny za bilety na dwa ostatnie spotkania nie przyciągnął do „młyna” mizernego tysiąca osób? Przecież to gorzej niż policzek dla renomy i klubu, i całej Ekstraklasy.

Podobne nieudane eksperymenty stanowią dowód, że potencjał kibicowski, w kontekście osób bywających na stadionach, a nie ograniczających się do transmisji telewizyjnych, został w dużej mierze wyczerpany. Mam jednak przeczucie, oparte na dziesiątkach rozmów, że istnieje sposób na odblokowanie zatoru. Jego podstawowym założeniem jest jednak nie obniżanie cen wejściówek, a wręcz przeciwnie. Droższe bilety byłyby środkiem do przemodelowania struktury widowni, co przyciągnęłoby wiele osób zrażonych jej obecnym stanem. Bo doprawdy trudno się dziwić tym, którzy rezygnują z przyjścia na stadion nie ze względu na mizerię sportowego poziomu, a przede wszystkim z powodów estetycznych, nie chcąc na przykład wysłuchiwać przez 90 minut dzikich i wulgarnych ryków z megafonów wnoszonych za pozwoleniem szefów klubów na tak zwane gniazda.

W cywilizowanej części Europy już dawno zrozumiano, że sama sprzedaż biletów to nie wszystko. Liczy się jeszcze otoczka, i że to właśnie tak zwani Janusze, a nie fanatycy, budują zasadnicze wpływy z dnia meczowego – kupując droższe wejściówki, programy, pamiątki i hot dogi plus piwo (dość drogie, za to o obniżonej zawartości alkoholu). W zamian oczekują jednak jakości, tak przed sobą, jak i wokół siebie.

Mam przeczucie, że na naszych oczach zbliża się właśnie koniec świata. Może nie całego, ale takiego, w którym tak zwany zawodowy sport żyje z pieniędzy podatników, siłą wyciąganych im z kieszeni i pompowanych w kluby, ze szczególnym uwzględnieniem tych, w których kopie się piłkę.

Pierwsza jaskółka wylądowała właśnie w Bytomiu, gdzie prezydent Damian Bartyla (były prezes Polonii) wpadł w nie lada tarapaty właśnie w związku z nieumiarkowaną przychylnością do sportu. Wykazane w raporcie nieprawidłowości dotyczą milionów złotych wydanych przez Bytomskie Przedsiębiorstwo Komunalne, na przykład na absurdalnie drogie kursy kształcące adeptów jazdy na łyżwach. W efekcie prezydent stracił większość w radzie, ta skreśliła z wydatków budowę nowego stadionu, a trop sportowy podejmują już nie tylko audytorzy i kontrolerzy RIO, ale także wyborcy. I z pewnością w zmianie tego trendu nie pomagają kibole, którzy skutecznie odstraszyli już od przychodzenia na trybuny Polonii zwykłych mieszkańców, za to nie zawahali się wywiesić wymierzonego w radnych transparentu o treści karalnej.

Coraz goręcej jest też w Chorzowie, gdzie prezydent Andrzej Kotala znalazł się w opałach po tym, jak Ruch złożył kolejny wniosek o finansowe wsparcie. Tymczasem od 2010 r. będący prywatnym klubem Niebiescy dostali w różnej formie 56 mln zł. 18 mln pożyczono im w 2016, od razu pojawiły się problemy ze spłatą, a na deser okazało się, że wpływy z transferu Mariusza Stępińskiego zagarnął poprzedni udziałowiec, mający pierwszeństwo przed miastem przy odzyskiwaniu udzielonej przez siebie pożyczki. Dwumilionowy kolejny datek przyjęto więc na ulicach Chorzowa raczej chłodno… Wróble ćwierkają, że sportowa przedwyborcza amunicja wkrótce pójdzie w ruch też w Zabrzu, gdzie morze pieniędzy pompowanych w Górnika (tylko w ciągu dwóch lat 70 mln w formie akcji i obligacji plus kilkanaście milionów innych zastrzyków, w tym udzielona na miesiąc milionowa pożyczka, którą ostatecznie rozłożono na dziesięć lat) nie przekłada się na wyniki sportowe. Z podobnego powodu rośnie też napięcie w Katowicach (od stycznia 6 mln zł na wszystkie sekcje plus gwarancja budowy nowego stadionu), gdzie na krawędzi balansują najdrożsi w utrzymaniu GieKSiarze, czyli piłkarze. W ich przypadku brak awansu do elity może oznaczać przestawienie zwrotnicy na siatkówkę.

A propos tej ostatniej – w 2017 roku Jastrzębski Węgiel otrzymał z publicznej kasy 150 tysięcy złotych i w zamian dał miastu brązowy medal PlusLigi. Czy tylko ja mam wrażenie, że coś się w tym wszystkim nie zgadza?

O pomyśle powiększenia Ekstraklasy powiedziano i napisano (także w tym miejscu) już wiele. Ale znacznie lepiej przemawia to, co dzieje się na boiskach pierwszej ligi. Nie chodzi nawet o fakt przekształcenia walki o awans w wyścig ślimaków i związane z tym wyniki, które trudno już nazwać sensacjami czy wypadkami przy pracy, ale o sam poziom rozgrywek i infrastrukturę, jaką dysponuje wiele klubów.

Żaden z zespołów czołówki – a przecież to pojęcie odnosi się obecnie do ponad połowy całej stawki – nie gwarantuje podniesienia poziomu rozgrywek tak zwanej elity. Ba, nie daje nawet obietnicy, że beniaminkowie zastąpią tegorocznych spadkowiczów w jakościowym stosunku jeden do jednego, a poprzeczka nie wisi bynajmniej zbyt wysoko.

Nie jest chyba przypadkiem, że najgłośniej za opcją rozbudowy Ekstraklasy optują ci, którzy mogą na tym zyskać, dzięki sklonowaniu związanych z nią etatów: piłkarze, trenerzy i sędziowie. Natomiast wielce wymowną wstrzemięźliwość zachowują kibice, którzy i tak co tydzień oceniają atrakcyjność obecnej formuły pozostawiając – poza pracującymi na rekordy stadionami absolutnego polskiego topu – puste miejsca na trybunach, oraz telewizja zmagająca się ze słabnącą średnią oglądalnością rozgrywek (vide raport Ekstraklasa Piłkarskiego Biznesu).

Dolewanie letniej wody do szesnastozespołowego towarzystwa dodatkowo spotęguje ten efekt dwóch ekstraklasowych prędkości. Im więcej będzie meczów, tym ich mniejsza atrakcyjność. Dlatego od lat powtarzam, że najlepszym rozwiązaniem byłaby liga licząca dziesięć, no, może dwanaście drużyn.