Archiwa tagu: piłkarski blog

Słuchając trenerów i piłkarzy można odnieść wrażenie, że w każdym  klubie znajduje się tajny podręcznik zawierający sugerowane odpowiedzi na pytania zadawane przez dziennikarzy. I to dość mocno pożółkły, bo lata mijają, a wszyscy posługują się wciąż tymi samymi, dziurawymi i wytartymi banałami.

W ramach rozgrzewki przejrzyjcie sobie odkrywcze spostrzeżenia z okresu przygotowawczego. Tu obowiązują dwa standardy – jeśli w sparingach wygrywamy, to znaczy, że „wszystko jest na dobrej drodze, a zespół nabiera przekonania o własnej wartości”, natomiast porażki nie mają większego znaczenia, bo „lepiej przegrać teraz trzy razy z rzędu niż raz w lidze”. Potem zaczynają się już jednak schody, no bo jak np. Wisła Kraków ma uzasadnić to, że pomimo serii sparingowych porażek w lidze też dostaje baty?

Na szczęście bywają od tej reguły wyjątki. Takim okazał się Radosław Janukiewicz, który w przerwie spotkania z  Cracovią uczciwie przyznał, że gra jego zespołu to „jeden wielki wstyd”. Szczerością popisał się także wiślak Maciej Sadlok oznajmiając, że trafiłby do  bramki, ale w  momencie strzału oślepiły go jupitery.

Złoty mikrofon należy się jednak Leszkowi Ojrzyńskiemu za stwierdzenie, że mecz Górnikowi nie wyszedł, ale „ najlepszy moment, żeby się ogarnąć” dopiero nadchodzi. Więc ja się pytam: kto u licha zrobił Górnikowi na złość, nie czekając z początkiem rozgrywek, aż ten moment nadejdzie?!

Zero. Wielkie zero emocji. Przedmeczowe konferencje prasowe są nudne jak flaki z olejem. Wszyscy wszystkich darzą szacunkiem, nikt nie chce typować wyników, z ust prezesów, trenerów i piłkarzy płyną banały. Zawsze takie same i te same. O mobilizacji, o potrzebie wspięcia się na  wyżyny umiejętności, o klasie rywala. Nieważne, czy chodzi o Termalicę, czy o odwiecznego konkurenta. Wszyscy wrzuceni do jednego worka, wypełnionego po brzegi  poprawnością polityczną.

Nikt w Górniku, Ruchu, Podbeskidziu i Piaście zdaje się już nie rozumieć, że sport to spektakl oparty na emocjach (nie mylić z nienawiścią), które przekładają się na sprzedaż biletów, na oglądalność, na popularność w mediach społecznościowych, czyli generalnie na pieniądze. Śląska piłka dramatycznie potrzebuje osobowości, w stylu Bogusława Leśnodorskiego. Szef Legii uosabia to wszystko, z  czym kojarzy się jego klub: butę, bezczelność i wyniosłość, wynikającą ze świadomości własnej wartości. Możesz go nie lubić, ale musisz go znać. I  na tym ta zabawa polega. Gdy Górnik kompromitująco przegrał z Lechem, to właśnie BL twitnął, że dopóki on będzie prezesem, nigdy żaden piłkarz z Zabrza nie przejdzie na Łazienkowską. Odpowiedzi nie było, a przecież aż się prosiła, np. o szlabanie w drugą stronę, w stylu Jerzego Urbana wysyłającego śpiwory dla bezdomnych w Nowym Jorku.

O tym, jak „sprzedaje” się widowiska, świetnie wiedzą bokserzy. Potrafią wzbudzić (czytaj wyreżyserować) zainteresowanie właśnie podczas spotkań z dziennikarzami. Mocne słowa zawsze są medialne. Wiedział o tym Łukasz Mazur, ostatni z prezesów Górnika Zabrze, który potrafił taką grę prowadzić. Gdy szef Ruchu, Dariusz Smagorowicz, wszedł z nim w spór dotyczący pierwszeństwa gry na Stadionie Śląskim, Mazur w  zamian ofiarował mu… Niderlandy. Dziś takich osobowości nie ma. Słuchając trenerów przed der-bami Wielkimi, Średnimi, Małymi i Administracyjnymi (o proszę, czasami da się błysnąć: takie określenie na  mecz Górnika z Podbeskidziem ukuł kapitan Górali, Marek Sokołow-ski, nieco sprowokowany przez wyżej podpisanego) przypomina się monolog z Rejsu. Pamiętne: – Nuda… Dialogi niedobre… Bardzo niedobre dialogi są. W ogóle brak akcji jest.

Wiem, że w odpowiedzi z klubów usłyszę o tym, że trzeba uważać, aby nie podgrzewać i tak wszechobecnych animozji kibicowskich. To bzdura – żadne słowa, a już na pewno takie mieszczące się w granicach dobrego smaku, nie będą miały wpływu na to, co i tak dzieje się na ulicach śląskich miast. Nikt przecież nie wymaga, by na przykład Waldemar Fornalik mówił językiem Mike’a Tysona, który zapowiedział Lennoxowi Lewisowi, że zje jego dzieci (nawiasem mówiąc Brytyjczyk wówczas ich nie miał, za to na ringu Bestię znokautował), ale delikatne ironiczne uszczypnięcia konkurenta, a nawet samych dziennikarzy,wprowadziłoby powiew życia do atmosfery rodem z zamkniętej szafy. To wszak oczywiste, że Jose Mourinho i Juergen Klopp nie mogą się mylić. Oni wiedzą, że rynek zdobywa się także giętkim językiem. Ba, czasem robią to celowo, z zimnym wyrachowaniem, gdy potrzeba zdjąć nieco presji z samych piłkarzy i wziąć ją na swoje barki, a czasem z wyraźną, niemal dziecięcą radością, na przykład wchodząc w erudycyjne klincze i zwarcia w studiach telewizyjnych.

Panowie prezesi i trenerzy: spróbujcie kiedyś zrzucić swoje gorsety. Stańcie się prawdziwymi Osobowościami. Zwłaszcza że kilka dni później o waszych  słowach i tak nikt nie będzie już pamiętał, bo padną nowe, jeszcze barwniejsze. Trzeba tylko zrobić ten pierwszy krok, a potem pójdzie już z górki,

Wielki finał sezonu ekstraklasy już za nami. Obyło się bez niespodzianek: feta mistrzów przerodziła się w zadymę, mecz wicemistrzów toczył się w gęstym dymie rac i przy wrzasku jednej z najbardziej obrzydliwych postaci całej ligi czyli (byłego?) spikera Hadaja, a podczas uroczystej gali Magda Mołek żartowała w sposób zrozumiały tylko dla siebie, za to niezmiernie frapujący telewidzów (przyznajcie, też chcielibyście wiedzieć, co zrobiłaby z maską, w jakiej czasami grają piłkarze).

To wszystko jest już jednak historią. A z historii, jak wiadomo, wyciąga się wnioski. W najgłębszą zadumę wpadł, sądząc po minie na wspomnianej gali, HenningBerg. Norweg zaliczył w ciągu dwóch dni dwa poważne ciosy – w niedzielę nie zdobył mistrzostwa Polski, które miało być formalnością, a w poniedziałek w wyścigu po tytuł trenera sezonu zajął dopiero piąte miejsce. I tym razem nie mógł nawet wygłosić pretensji wobec Górnika Zabrze, bo głosy oddawali wszyscy koledzy po fachu. Nie ukrywam, że lekcja pokory dla Legii i legionistów, potwierdzająca, że liga to coś więcej niż tylko licytacja na budżety, sprawiła mi przyjemność. No cóż, sami przecież propagowali hasło „Niech wygra futbol”…

Na drugim biegunie znalazł się spadek Zawiszy Bydgoszcz. Istnieje bowiem obawa, że ta sportowa degradacja stanie się bronią propagandową dla środowisk kibolskich. Radosław Osuch, prowadzący z nimi otwartą wojnę, ze świetnymi trickami w postaci podwyżki cen biletów do 200 złotych, mógł mieć w ręku mocny argument: bez was też da się wygrywać. Mógł, ale mieć nie będzie. Okazało się, że wypłaty na czas i uczciwy system premiowania mogą stać się zgubne. Zresztą już wielu prezesów, także na  Śląsku, przekonywało się, że najlepsze wyniki ich zespoły osiągały w najtrudniejszych, czyli najchudszych czasach. No cóż, taka jest właśnie logika polskiej piłki. A propos kiboli. Doprawdy nie jestem w stanie pojąć akcji, którą rozpoczęło kilku poznańskich dziennikarzy. Zaproponowali mianowicie zbiórkę pieniędzy na pokrycie szkód powstałych w czasie pomistrzowskiej zadymy, co ich zdaniem ma pomóc wizerunkowi Lecha. Serio, nie bardzo rozumiem dlaczego niewinni mają płacić za  grzechy bandytów.

W  skali regionalnej walka o  punkty znów w dużej mierze została zdominowana przez zawirowania finansowo-organizacyjne. Nieustannie rosnący dług z „chwilówek” Ruchu Chorzów, bombowa akcja przed  Wielkimi Derbami Śląska, Święty Mikołaj z Zabrza, który na  koszt podatników uratował Górnika, zadziwiający moment zwolnienia Leszka Ojrzyńskiego z  Podbeskidzia (nawiasem mówiąc równie zadziwiające były jego wymagania finansowe przedstawione w potencjalnym miejscu nowej pracy)  czy twit-terowa aktywność byłego szkoleniowca Piasta, Angela Pereza Garcii, były tematami znacznie ciekawszymi niż sportowa przeciętność naszego kwartetu.

Generalnie problem z realną oceną wartości polskiej ekstraklasy widoczny jest gołym okiem. Efektowne transmisje telewizyjne zamazują codzienną siermiężną rzeczywistość, weryfikowaną w europejskich pucharach. Deklaracje o poprawie bezpieczeństwa na stadionach kontrastują z tym, co dzieje się później na ulicach, popularność i markę ligowych zawodników określa chociażby ich kompletna nieobecność w  reklamach, natomiast całkiem przyzwoitą sumaryczną frekwencję weryfikuje fakt, że większość biletów kupowanych jest raptem na trzech obiektach.

Prawdziwym sprawdzianem rzeczywistej wartości ekstraklasy będzie rozstrzygnięcie przetargu na prawa telewizyjne. Procedury wciąż trwają, oferty mają zostać złożone raz jeszcze,co sugeruje, że rozbieżności pomiędzy oczekiwaniami spółki a ofertami stacji są bardzo szerokie. Oby na finiszu nie okazało się, że nasza liga jest… bez-cenna.

Przyznam się od razu. Burzę na Twitterze wywołałem z  pełną premedytacją i z  zimną krwią. Na  zasadzie uderzenia w stół. Nożyce odezwały się od razu. Głównie z  hejtem, oburzeniem, bezrefleksyjnie. Tymczasem temat powinien dawać do myślenia…

W skrócie: wpis, który spotkał się z taką reakcją dotyczył frekwencji na weekendowych meczach pierwszoligowego GKSKatowice i  drugoligowego Rozwoju. Na  pierwszym oficjalnie pojawiło się 1200 osób, na drugim 1000. Hasło, które wzburzyło fanów z Bukowej, brzmiało: „Historyczny weekend. Więcej kibiców na  Rozwoju niż na GKS-ie”. Naciągane? Nieco, chociaż można mieć wątpliwości, czy na Gie-KSie nie wliczono posiadaczy karnetów, którzy na spotkanie z  Sandecją nie przyszli. W każdym razie reakcja była natychmiastowa. Jedna z defensywnych odpowiedzi ze strony kibiców GKS-u, spodobała mi się szczególnie: – Dla nich sufitem jest to, co dla nas podłogą.

Być może w tym stwierdzeniu jest spora część prawdy. Tyle tylko, że od dłuższego czasu kibice pierwszoligowca utrzymują się znacznie bliżej podłogi niż – trzymając się budowlanej terminologii – chociażby parapetów. A sytuacja nie ma znaczenia li tylko statystycznego.W jej kontekście trzeba przecież przypomnieć, że wokół klubu trwały i trwają gorące debaty dotyczące nowego stadionu i decyzji miasta określającej wielkość  obiektu, który ma powstać do  2018 roku,  na 12.000 miejsc. Kibice publicznie żądający kilku tysięcy krzesełek więcej od lat mieli szansę, by zagłosować za  swoją opcją nogami, czyli przychodząc na mecze. Szansę popisowo zmarnowali.

Problem ten nie dotyczy jednak tylko Katowic. Na gruncie pierwszej ligi nikt nie jest w  stanie przewidzieć, jak będzie wypełniał się nowy stadion GKS-uTychy, skoro kibice tego klubu odzwyczaili się od wspierania drużyny i do Jaworzna jeździ ich garstka. Ale spójrzmy na  szczyt. Górnik Zabrze nawet na  Wielkie Derby Śląska z Ruchem miał problem z wypełnieniem 3.000 (!) miejsc. Wśród szesnastu drużyn ekstraklasy pod  względem średniej frekwencji z czterech naszych klubów najwyżej, bo na dziesiątym miejscu, jest Ruch Chorzów – 5.780 osób na mecz, który zadaje w  ten sposób kłam tezie, że wpływ na liczbę widzów ma standard stadionu. Bo na nowoczesnej arenie Piasta pojawia się przeciętnie tylko 4.607 kibiców (11. miejsce), a na  Podbeski-dziu 3.874 (14., ale licząc tylko od otwarcia nowej trybuny średnia ta wynosi 4.791, czyli na poziomie gliwickim). W sumie wszyscy zmieściliby się na jednym średnim obiekcie.

Najwyraźniej jesteśmy świadkami upadku mitu, że fusbal dla Ślązaków jest czymś wyjątkowym, a  jeśli nawet wciąż tak, to coraz częściej unikają z nim bezpośredniego kontaktu, stawiając na przekaz telewizyjny. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź jest prosta. Jej pierwszy aspekt, sportowy, dotyczy poziomu ekstraklasy, nie tylko zresztą w  śląsko-bes-kidzkim, ale generalnie w krajowym wydaniu, co udowadniają europejskie puchary. Przyczyna druga, istotniejsza, to społeczna otoczka piłkarskich wydarzeń. Zarówno ta stadionowa, z  zalewem wulgaryzmów, jak i miejska, z  obrzydliwymi graffiti czy z budzącymi strach przejazdami i przemarszami kibiców.

Wbrew temu, co twierdzi prezes Zbigniew Boniek, wizerunek polskiej piłki nożnej, zwłaszcza ligowej, wciąż jest fatalny. Wystarczy zresztą wspo-mnieć zachwyty władz PZPN nad finałem Pucharu Polski, który zakończył się zasłużonymi karami dla klubów za zachowanie ich fanów. Próby owijania kiepskiej jakości towaru w  złoty papierek nie przynoszą efektów – ludzie nie dają się nabrać. Tymczasem trzeba pamiętać, że w minioną sobotę na wirtualnym katowickim dwunas-totysięczniku to nie tysiąc miejsc byłoby zapełnione, tylko jedenaście tysięcy puste.

Trudno uciec od skojarzeń. Gdy dziesięć lat temu zatrzymano pierwszą osobę w akcji, która później ujawniła szokującą skalę korupcyjnego procederu, ówczesny prezes PZPN, Michał Listkiewicz, mówił o jednej czarnej owcy.
Wczoraj, gdy w Szwajcarii policja przeprowadziła spektakularną akcję zatrzymania sześciu prominentów z  FIFA, ten sam Listkiewicz oświadczył, że to efekt wyboru niewłaściwych ludzi przez państwa Ameryki Południowej i Środkowej. Dodając, że ani Sepp Blatter, ani europejscy członkowie UEFA, nie mieli na to żadnego wpływu.
FIFA od lat funkcjonuje jak samodzielne imperium. Niejednokrotnie, także w kontekście Polski, groziła państwom, że w przypadku ingerencji rządów w krajowe związki, kluby i reprezentacja zostaną wykluczone z rozgrywek. Może więc PZPN powinien teraz, w ramach rewanżu, zażądać uwolnienia zatrzymanych bossów pod  groźbą wystąpienia z federacji? Zresztą Listkiewicz jakoś to przecież wytłumaczy.

Za nami już 34 kolejka, ale wciąż trudno uciec od tego, co działo się w minioną środę, czyli od wydarzeń z meczu Legia – Jagiellonia. W 98 minucie spotkania sędzia Paweł Gil podyktował dla gospodarzy rzut karny, który do  czerwoności rozgrzał całe futbolowe środowisko.

Jedna  kwestia  związana z tą sprawą – czyli konieczność wprowadzenia analizy wideo – wydaje się oczywista, natomiast na drugą nikt właściwie nie zwrócił uwagi. To konsekwencje nagminnego w polskiej lidze odpalania rac i świec dymnych. Przecież to właśnie ze względu na pirotechniczne pokazy kiboli Legii,  arbiter został zmuszony do przerwania meczu i doliczenia tych kilkunastu minut.

Taki obrót sprawy okazał się dla gospodarzy korzystny, natomiast straciła na tym Jagiellonia. Nic więc dziwnego, że zwycięzcy z wielkim zapałem oklaskiwali swoich fanów oraz spikera, który od lat stanowi hańbę dla całej ekstraklasy. Niniejszym proponuję więc następujące rozwiązanie: w przypadku przerwania meczu sędzia powinien skonsultować się z kapitanem zespołu, którego fani nie ponoszą winy za  przerwę i według jego opinii podjąć decyzję, czy „brakujące” minuty zostaną dograne. W  ten sposób głupota kiboli może kosztować klub czas potrzebny do odrobienia strat czy też przechylenia szali na własną korzyść, co będzie znacznie boleśniejsze niż wymierzane przez Komisję Ligi grzywny.

Nie będę ukrywał, że trener Dariusz Kubicki jest człowiekiem nie z mojej bajki. Bo chociaż dzisiejszy świat wartości mocno się zdewaluował to jednak porzucanie swoich zobowiązań w sytuacji, gdy tylko ktoś inny pomacha grubszym plikiem banknotów, wystawia dość jednoznacznie kojarzące się świadectwo w zakresie etyki i moralności.

Trudno więc nie zdziwić się decyzją władz Podbeskidzia o ponownym zatrudnieniu tego szkoleniowca. Jego sławetna ucieczka z Beskidów do Nowosybirska była przecież niby porzucenie panny młodej przez jej oblubieńca tuż po nocy poślubnej. Jak się okazało cnotę można oddać dwa razy, a co więcej, wejście do tej samej rzeki odbyło się również w budzących wątpliwości okolicznościach, bo Górale – upraszczając nieco cały mechanizm – zorganizowali Dariuszowi Kubickiemu kolejną w karierze ucieczkę, tym razem z pierwszoligowego Grudziądza. I już tylko drobnym szczegółem było to, że szkoleniowiec uparcie kłamał dziennikarzom twierdząc, że żadnych rozmów nie prowadzi, chociaż siedział na walizkach, a trwanie operacji potwierdzali wszyscy inni zainteresowani z byłym już pracodawcą na czele.Rozumiem, że sprawa była na tyle nieetyczna iż wolano ją okryć tajemnicą, ale jednak pomiędzy kategorycznym zaprzeczeniem, a politycznym wytrychem „bez komentarza” jest jednak zasadnicza różnica.

Zdziwienie posunięciem Górali było tym większe, że przecież Podbeskidzie ma opinię klubu zarządzanego, zwłaszcza na tle innych klubów ekstraklasowych z naszego regionu, dość rozsądnie. Ba, Komisja Licencyjna oświadczyła kilka dni temu, że jest to również klub zarządzany ekonomicznie, bo jako jeden z nielicznych przynosi zyski (przewrotne pytanie brzmi, czy udałoby się je zachować, gdyby zespół awansował do czołowej ósemki i dostał premię w wysokości 1,4 mln zł). A tu nagle taki numer – zwolnienie trenera, który osiągnął z tym zespołem wynik najlepszy w historii, połączone z zatrudnieniem następcy, który zapisał w kronikach klubu jedynie wątek sensacyjno-komediowy.

Co więcej, wszystko wskazuje na to, że nie będzie to koniec jego dziwnych przygód pod Klimczokiem. Otóż 19 maja, w samo południe, reaktywowany trener Podbeskidzia, ma się stawić w Warszawie na kolejnej rozprawie, mającej ustalić jego ewentualny udział w aferze korupcyjnej powiązanej z Centralnym Ośrodkiem Sportu. W skrócie: istnieje podejrzenie, że Dariusz K. obiecał dyrektorowi COS w stolicy określone korzyści w zamian za wynajęcie wskazanej przez siebie agencji do ochrony i monitoringu obiektów. Sprawa ciągnie się już od kilku lat, jednak akurat to posiedzenie sądu znalazło się w centrum zainteresowania mediów, ponieważ dokładnie tego dnia, sześć godzin później, Podbeskidzie ma się zmierzyć z Ruchem Chorzów. Czy szkoleniowiec zdoła wcześniej przekonać sąd, że jego obecność na ławce drużyny jest niezbędna? Bo jeśli nie, Górale zyskają wątpliwej jakości popularność dzięki zdjęciom pustego miejsca w sztabie szkoleniowym z powodów bynajmniej nie przynoszących chluby.

Na drugiej konferencji powitalnej Dariusza Kubickiego padło oczywiste pytanie o konsekwencje kolejnej ucieczki z klubu, co sam zainteresowany skwitował deklaracją, że taka sytuacja już się nie powtórzy, nie precyzując jednak czy stosowne zabezpieczenia znalazły się w kontrakcie. Zabrakło natomiast innego kluczowego pytania: czy w umowie tej zadbano o zapis na wypadek, gdyby warszawski sąd uznał, że korupcyjne zarzuty znalazły potwierdzenie w faktach. Wiele klubów stosuje w przypadku osób, które przychodzą z podobnym prawnym balastem (a nawet bez niego, w ramach profilaktyki) odpowiednie aneksy opatrzone poważnymi i dotkliwymi sankcjami finansowymi za poświadczenie nieprawdy. Czy w Bielsku-Białej jest tak samo?

W ramach puenty warto przypomnieć, że właśnie za niepodpisanie takiej deklaracji Dariusz Kubicki stracił pracę w Lechii Gdańsk. W Beskidach jak widać zaryzykowano. Uważacie, że warto?

 

 

Jednym z pobocznych dylematów związanych z obecnym systemem rozgrywek, jest kwestia tytułu króla strzelców. Nie ma bowiem wątpliwości, że wyścig po tę koronę został wypaczony poprzez podział tabeli na grupę mistrzowską i słabszą.

Na czele obecnej klasyfikacji snajperów znajduje się dwóch napastników: Kamil Wilczek z Piasta Gliwice oraz Paweł Brożek z Wisły Kraków. Obaj zaliczyli tyle samo trafień, więc wszystko rozstrzygnie się podczas ostatnich meczów sezonu. I chociaż mocno trzymam kciuki za gliwiczanina to trudno tu mówić o równych szansach. Wilczek zdaje się mieć w tej rywalizacji handicap: po pierwsze cztery razy wystąpi na własnym stadionie, podczas gdy Brożek, łącznie z sobotnim meczem z Wisłą, trzykrotnie, a po drugie, przynajmniej teoretycznie, nieco łatwiej powinno się strzelać gole drużynom w strefie spadkowej niż bramkarzom Legiii, Lecha czy Jagiellonii.

Oczywiście nie da się już nic zrobić, bo trudno przecież np. wprowadzać współczynniki za zdobywane bramki w meczach z konkretnymi rywalami. Cały problem można też uznać jedynie za akademicki, bo przecież w 30 z 37 kolejek szanse wszystkich zawodników były dokładnie takie same i nikt nie bronił im wypracować sobie bezpiecznej przewagi. Diabeł tkwi jednak w tych siedmiu dodatkowych rundach.  To kolejna dziwna kwestia związana z obecnymi zasadami.

Miniony tydzień w polskiej piłce upłynął pod znakiem decyzji dotyczącej systemu rozgrywek. Kluby – zwłaszcza w kontekście dzielenia punktów – były spolaryzowane, Spółka Ekstraklasa przypomniała im, że mają jedynie głos doradczy, a PZPN jednomyślnie utrzymał obecne zasady, czego orędownikiem był prezes  Zbigniew Boniek.

Koronnym argumentem za  podziałem, czyli działaniami w stylu Janosika – zabraniu najbogatszym, by dać nadzieję najbiedniejszym – było utrzymanie odpowiedniego poziomu emocji. Dzielenie wywalczonego w  30. kolejkach dorobku przez dwa sprawia, że dodatkowe siedem kolejek w ogóle ma sens. Sprawiedliwość schodzi więc na  dalszy plan, liczy się przyciąganie uwagi kibiców i sponsorów.

Operacja zostanie przeprowadzona w najbliższą środę przed północą, ale obserwując finisz ligowców nie sposób oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z pudrowaniem trupa. Sztuczne pompowanie emocji nie zmienia faktu, że poziom większości meczów jest mizerny i już nie tylko walka o mistrzostwo Polski, ale i o  miejsce w  czołowej ósemce, przypomina wyścig żółwi. Kości jakoś nie trzeszczą, słupki się nie łamią, ot, piłkarze odhaczają kolejne 90 minut na boisku.

Kibice też to widzą i czują, co widać po frekwencji m.in. na śląskich stadionach. No cóż, całe szczęście, że chociaż pomysł powiększenia ligi został na razie odłożony ad acta.

Zdecydowaliśmy się na  eksperyment. Tak powiedział  prezes Wojciech Cygan, po czym się szybko z tego sformułowania wycofał, zastępując je określeniem „ciekawy pomysł”.

Kiedyś często mawiano, że pierwsze słowo się liczy. I  tak jest w tym przypadku. Intuicja prezesa nie zawiodła: GKS zdecydował się właśnie na eksperyment. Bo zatrudnienie na  tak odpowiedzialnym stanowisku osoby znanej, ale bez żadnego doświadczenia, może być traktowane tylko w taki sposób.

W wywiadzie dla gieksa.pl sam Proksa ujawnił, że pomysł wyszedł od  jednego z kibiców, który wspierał go podczas walk na całym świecie. Czy ktoś może wie, kim jest ten ojciec chrzestny nowego dyrektora?