Archiwa tagu: piłkarski blog

Zacznę prosto z mostu od  słów uznania dla rzeczniczki Ruchu Chorzów i jej współpracowników. Chodzi mianowicie o komunikat wydany przez Niebieskich po tym, jak światło dzienne ujrzała informacja o karze nałożonej na  klub przez UEFA za złamanie zasad finansowego Fair Play, a więc za wydatki znacznie przekraczające wpływy.

Patrząc z zewnątrz można by uznać, że 200.000 euro to cios wyjątkowo dotkliwy, zwłaszcza dla Ruchu, którego zobowiązania- zgodnie z raportem giełdowym – osiągnęły granicę 50 milionów złotych. Tymczasem piątkowy komunikat sprawił, że kibice mogli odetchnąć z ulgą. Z jego treści wynika bowiem, że to nie kara, a depozyt, że Ruch wcale jej wpłacać nie musiał, ale sam się na to zgodził, i w ogóle, że jest to sukces szefów Niebieskich i dowód uznania, jakie ich polityka ekonomiczna wzbudza w europejskiej federacji. Co więcej, ton pisma potwierdził uśmiechnięty prezes Dariusz Smagorowicz, który wyjeżdżając ze stadionu rzucił  od  niechcenia, że 200 tysięcy euro to żaden problem.

Nigdy nie ukrywałem opinii, że prezesi z polskiej ekstraklasy niezasłużenie długo czekają na noblowską nagrodę z  ekonomii. Teraz dołożyłbym do  tego także matematyczną, za  udowodnienie, że minus to  plus. Ale w końcu już Reymont napisał: ja nie mam nic, ty nie masz nic, to razem mamy tyle, żeby założyć wielką fabrykę. Dziś to ostatnie słowo zamieniłby pewnie na klub piłkarski.

W środowisku ligowym panuje przekonanie, że tym razem w ekstraklasie nie będzie zmiłowania i co najmniej jeden z klubów nie otrzyma licencji. W tym dramatycznym wyścigu australijskim brały udział Wisła, Korona, Ruch i Górnik. Pier-wsze dwa wyraźnie uciekły spod topora, natomiast zabrza-nie na własną prośbę, choć przy niewielkiej „pomocy” z zewnątrz, ustawili się w pozycji zwierzyny łownej.

W tym kontekście poniedziałkowa ćwierćmilionowa kara ze strony Komisji Licencyjnej stanowi odpowiednik strzałów oddanych do ciężko już rannej zwierzyny. W dodatku był to wystrzał symboliczny, bo przecież dotychczas unikano nakładania kar finansowych na kluby, które i tak żadnymi finansami nie dysponują. Zmiana tej zasady sugeruje, że Górnik został już skazany.

To, co ostatnio dzieje się w klubie czternastokrotnych mistrzów Polski, przypomina akcję, w której bramkarz zderza się z dwoma obrońcami ciężko ich nokautując, sam doznaje przy tym kontuzji, a trzeci defensor pakuje piłkę do własnej bramki.

I to wszystko w ostatniej minucie dogrywki. Bo najnowsza historia Górnika to nie tylko wspomniana grzywna, ale także minusowe punkty, groźba zlicytowania przez komornika historycznych pucharów oraz ujawnienie przez „Piłkę nożną” faktu, że sami szefowie klubu, aby uniknąć wypłaty dla Rozwoju Katowice, twierdzą, że prezes Zbigniew Waśkiewicz prezesem… nie był. Całość podlana jest gęstym sosem długów, przeciągającą się budową stadionu i ozdobiona przeciekami z negocjacji z piłkarzami.

Wypłatę należnych ich pieniędzy uzależniono od zrzeczenia się znacznej części zaległości. Pytanie jednak brzmi, czy zawodnicy raz jeszcze zaufają szefom, którzy nie potrafili nawet prawidłowo zatrudnić prezesa? Czy nie będą się bali, że także ich ustalenia okażą się nieważne?

Zbliżający się okres licencyjny co najmniej kilku prezesom podnosi ciśnienie do stanu krytycznego. Powodem jest zarówno stan klubowych finansów, jak i plotka, granicząca z wiarygodną informacją, że tym razem ktoś zostanie skreślony, ponieważ Zbigniew Boniek zamierza dać jasny sygnał, że PZPN pod jego ręką działa stanowczo i przestaje przymykać oczy na  odwieczną prowizorkę w podległych mu podmiotach.
Wieści ze stolicy zabrzmiały niczym wystrzał startera. Świadomość, że ostatnich (za)gryzą psy przełożyła się na swoisty wyścig australijski, w którym chodzi nawet nie o to, by być pierwszym, ale przede wszystkim, by nie zamykać całej stawki. Stąd zauważalna ostatnio licytacja między Ruchem Chorzów a Górnikiem Zabrze, prowadzona wszelkimi dostępnymi metodami, także przez zaprzyjaźnionych z działaczami dziennikarzy. W efekcie trwa nierozstrzygalna dyskusja, czy gorzej mieć gigantyczne długi wobec piłkarzy, trenerów i innych klubów, czy pozostające poza zainteresowaniami Komisji Licencyjnej kilkadziesiąt milionów zobowiązań krótkoterminowych, które trzeba będzie spłacić lada chwila, a nie ma z  czego.
Te żenujące finansowe Wielkie Derby Śląska potrwają pewnie przynajmniej do końca stycznia. W tej grze na śmierć i życie bierze jednak udział także krakowska Wisła.Tak się bowiem jakoś złożyło, że najbiedniej jest tam, gdzie gabloty po  brzegi wypełnione są pucharami i medalami…

Otym, że z finansami w  najbardziej utytułowanych klubach w  naszym regionie jest źle, wiedzą wszyscy. Teraz jednak okazało się, że w przypadku Górnika Zabrze sytuacja stała się beznadziejna. Świadczy o tym bezwarunkowa kapitulacja (czytaj brak odwołania) wobec decyzji Komisji Licencyjnej o odebraniu czternastokrotnym mistrzom Polski trzech punktów na starcie następnego sezonu. Co więcej, na  Roosevelta słychać było oddech ulgi, bo mogło być gorzej (!).
Uderzenie pięścią w stół z  PZPN zbiegło się w czasie z  końcem kolejnej części niekończącej się historii o czającym się tuż za progiem dużym sponsorze, który wyciągnie Górnika z kłopotów. W praktyce oznacza to, że klub wciąż znajduje się na łasce i  niełasce miasta, które i tak zmaga się z budową stadionu, a w którym nie wszystkim – i trudno się temu dziwić – podoba się nieustanne pompowanie pieniędzy w klub zamiast w inne istotne inwestycje.
Tym bardziej, że klimat wokół śląskiej piłki staje się cokolwiek gęsty. Ładunki zapalające w sektorze gości przed  Wielkimi Derbami czy awantura w  przerwie meczu GKSKatowice z GKSTychy, na pewno w roz-mowach ze sponsorami nie pomagają, a wręcz przeciwnie. Bo co pomyśleli sobie np. biznesmeni obecni w sobotę na Bukowej, gdy  zorientowali się, że skandowanie: raz, dwa, trzy!, na  które Blaszok odpowiadał: tyskie psy! dobiegało z… dziecięcych gardeł z sektora rodzinnego? Czy można się będzie dziwić, jeśli swoje pieniądze wydadzą w inny sposób?

Mecz z Niemcami był nowym wydaniem mitu o  Wembley i wprowadził naród w stan euforii. Bitwa ze Szkocją rozgrzała kibiców i  doprowadziła do  rodzinnych konfliktów, bo żaden kibic nie oddał pozostałym członkom rodziny telewizyjnego pilota, co w ostatnich czasach wcale nie było wyjątkiem. Krótko mówiąc dwa ostatnie występy polskiej reprezentacji dostarczyły nam tylu wrażeń, co całe Euro 2012 w jej wydaniu razem wzięte.
W piłce, jak w każdej dziedzinie życia, nie sposób jednak uciec od  gdybania. No właśnie, zastanawialiście się, co by było gdyby?  Gdyby na czele  PZPN nie stanął Grzegorz Lato, piłkarz wybitny, ale prezes koszmarny, a Zbigniew Boniek, który miał przecież taką szansę? I gdyby  dzięki temu schedę po Leo Beenhakkerze przejął nie Franciszek Smuda, którego to zadanie przerosło, a od razu Adam Nawałka , wymieniany  wszak w gronie kandydatów, ale w  oczach Laty mający tę skazę, że współpracował z Holendrem w czasie mistrzostw 2008?
Alternatywna rzeczywistość mogła wyglądać całkiem inaczej. I zapewne lepiej. Bo właśnie w ostatnich dwóch meczach biało-czerwoni pokazali to wszystko, czego dwa lata temu im brakowało. Walkę do  upadłego, rozwiązania taktyczne, trafione zmiany i sporo szczęścia, któremu jednak trzeba przecież dać szansę.
No cóż, mądry Polak po  szkodzie. Ważne, by z tych szkód wyciągnąć wnioski, a na razie wszystko wskazuje, że tak się właśnie stało.

To pewnie będzie pewną niespodzianką dla wszystkich moich hejterów, którzy wśród wielu barwnych uwag zarzucają mi m.in. kompleksy i brak tolerancji wobec Legii Warszawa. Otóż oświadczam, że mistrzowie Polski, ustami ich prezesa, wypowiedzieli ostatnio myśl absolutnie słuszną, którą popieram w całej rozciągłości.
Otóż Bogusław Leśnodorski oświadczył, że przy  podziale nowych, prawdopodobnie większych pieniędzy ze sprzedaży praw telewizyjnych, Legia będzie walczyła o to, by najlepszym klubom przypadła część wyraźnie większa. Innymi słowy, by dysproporcje w  wypłatach były radykalniejsze niż do  tej pory (w ostatnich latach mistrz Polski dostawał w sumie ok. dwuipółkrotność stawki zespołu zamykającego tabelę).
Prezes Legii argumentuje takie stanowisko większymi potrzebami klubów regularnie reprezentujących Polskę w europejskich pucharach, czyli starą ekonomiczną prawdą, że aby wyjąć trzeba najpierw włożyć, a żeby włożyć trzeba mieć co.
Nie ukrywam, że mnie taka wykładnia przekonuje. Kluby z wielkimi aspiracjami, z  nowymi stadionami, bijące rekordy frekwencji na trybunach i  utrzymujące ponadprzeciętną oglądalność telewizyjną, zasługują na to, by także w kategoriach finansowych traktować je jako motory napędowe całej tej zabawy w futbol.  Oczywiście pytanie brzmi: jak wyliczyć kto i na ile zasługuje? To jednak akurat nie powinno być trudne. Raport „Ekstraklasa Piłkarskiego Biznesu” zawiera czytelne zestawienia, które można zamienić na konkretne pieniądze.

Nie będę ukrywał, że do  Podbeskidzia mam pewną słabość. Gdyby nie ten klub nasza siermiężna ekstraklasa byłaby jeszcze mniej barwna, bo przecież nikt inny nie dokonał  w ostatnich latach tak spektakularnych cudów broniąc się przed nieuniknionym zdawałoby się spadkiem.
Znakiem firmowym Górali, także tych piłkarskich, jest zadziorność i ambicja. Bez względu na wyniki zostawiali na murawie kawał serca. Za  swoje gorące głowy często płacili zresztą wysoką cenę, głupio, by nie rzec frajersko, tracąc punkty, które mieli w  garści.
Nie da się za to ukryć, że w  Bielsku-Białej, poza niewielkimi wyjątkami, z dużym rozsądkiem podchodzi się do  spraw finansowych, transferowych i trenerskich. Właściwie każdy szkoleniowiec wycisnął z zespołu wszystko, co było możliwe. To właśnie dzięki tej konsekwencji Leszek Ojrzyń-ski, zwany Komandosem, trafił na tak podatny grunt, na którym powoli kiełkuje materiał na najlepszy wynik w historii.
Jednym z etapów na tej drodze było niedzielne zwycięstwo nad Legią. Niby zaskakujące, ale przecież właśnie w Bielsku-Białej mistrzowie Polski zazwyczaj mieli sporo problemów, które zresztą tłumaczyli w zabawny sposób. Kiedyś Jakub Rzeźniczak mówił o rozpraszającym zapachu pieczonych kiełbasek i widoku na bloki, wczoraj goście ze stolicy wspominali coś o piasku pokrywającym murawę. No cóż, złej baletnicy…
Ciekawe tylko, że nikt nie wspomniał o tym, że gra się tak, jak przeciwnik pozwala. a

O tym, że życie przerasta kabaret nikogo nie trzeba przekonywać. To jednak, co oglądamy w ostatnich tygodniach w polskiej piłce, z pewnością nie śniło się nawet Monty Pythonom.
Mistrz Polski przechodzi do  historii europejskiej piłki nie potrafiąc zliczyć do trzech, wicemistrz przegrywa z grupą islandzkich studentów, a trzeci zespół na mecie minionego sezonu tuła się po sąsiadach, bo po pierwsze nie wyrosła mu trawa, a po drugie, gdyby nawet wyrosła, to zaszedł już tak daleko, że jego dobry na ligę stadion i tak nie jest już stadionem dla UEFA.Zresztą w samej ekstraklasie liderem jest klub bez prezesa i pieniędzy, z trenerem udającym, że trenerem nie jest, i rozgrywający swoje mecze dla garstki kibiców na placu niekończącej się budowy.
Na dodatek wszystko to podlane jest gęstym sosem teorii spiskowych, jakich nie powstydziłby się nawet Antoni Macierewicz oraz oświetlone racami i  ozdobione  nowym kibicowskim sportem, czyli wbieganiem na murawę bądź to na golasa, bądź to w  przebraniu za piłkarza, co śmieszy tylko osoby pozbawione wyobraźni, a kiedyś zamieni się z farsy w tragedię.
Patrząc na to wszystko z dystansu nie będzie przesadą stwierdzenie parafrazujące tenisowego klasyka Jerzego Jano-wicza – polska piłka leży w szopie … I będzie tam leżała zanim klubami nie zaczną rządzić profesjonaliści, a nie amatorzy wyznający prawo Kalego i wierzący, że zamiast regulaminów wystarczy znajomość z odpowiednio umocowanymi kumplami.