Archiwa tagu: pirotechnika na stadionie

Race. To krótkie słowo stanowi przekleństwo polskich klubów. Żałosne pseudospektakle światła i dymu, które psują widowiska, czego doświadczyliśmy chociażby podczas całkiem niezłego, a do momentu odpalenia pirotechniki, nawet znakomitego meczu Górnika z Legią. Zabawa z gatunku tych, które zawsze kończą się odmrożeniem uszu na złość babci. Bo jej efektem są kary finansowe nakładane na klub i na samych piromanów, którzy w nagrodę nie mogą oglądać występów „swoich” drużyn na obcych stadionach.
Nie przekonuje mnie tłumaczenie, że z tym zjawiskiem nie sposób skutecznie walczyć. Jeśli w ogóle podejmujecie takie próby pokażcie ile rac udało się wam znaleźć podczas prób ich wnoszenia na trybuny? A dogadywanie się z kibicowskimi stowarzyszeniami, że to ich członkowie zapłacą w imieniu klubu przewidywaną karę w zamian za przymknięcie przez tenże klub oczu na przygotowania do „pokazów”, stanowi odpowiednik podpisania cyrografu. Zresztą retoryczne wydaje się pytanie czy w przypadku zamknięcia trybuny/stadionu (co oczywiście spotka się z wrzaskiem o stosowaniu odpowiedzialności zbiorowej) kibice zbilansują klubowi straty z niesprzedanych biletów?
Generalnie można odnieść wrażenie, że na śląskich stadionach najważniejsze jest udawanie. Jedna strona udaje, że stara się zapobiec łamaniu prawa i regulaminów, a druga, że pirotechnika niesie ze sobą głębsze przesłanie w sensie walki z rzekomo represyjnym Systemem. Podobnym wyrazem takiego buntu jest zapewne bez-sensownie uporczywe blokowa-nie ciągów komunikacyjnych, czego jedynym wymiernym efektem są mandaty i upomnienia. Nawiasem mówiąc spróbujcie skutecznie podyskutować w takim przypadku ze stewardem na jakimkolwiek stadionie w tzw. lepszej części Europy… Doprawdy trudno zrozumieć to uporczywe brnięcie kibiców w kolejne przewinienia, które skutkują karami, kłopotami i negatywnymi statystykami. Zwłaszcza, że nawet Zbigniew Boniek, który rozpoczynając swoją kadencję zapowiadał działania zmierzające do zalegalizowania pirotechniki, wyraźnie swój zapał – nomen omen – przygasił. Być może wpłynęły na to pieniądze, jakie PZPN musiał zmarnować na grzywny nakładane przez UEFA za zachowanie fanów, którym związek sprzedał bilety (np. 25 tysięcy euro za mecz w Dublinie).
99 procent, tak przynajmniej twierdzą kibice, bezwypadkowych przypadków odpalania rac, to jednak nie 100. O czym przekonał się chociażby 23-latek, który z uszkodzonym okiem trafił do szpitala w czasie sierpniowego meczu Zagłębie – Arka. Zresztą wystarczy sobie przypomnieć mecz tegoż samego Zagłębia w Katowic ach, by się upewnić, że race w ułamku sekundy mogą stać się pociskami. A to wystarczający powód, by ich zabraniać. Ograniczone zaufanie sprawdza się nie tylko na drodze, a wyjątki w tym przypadku potwierdzają nie regułę, a potrzebę utrzymania stanowczych regulacji prawnych. Pora, by sobie uświadomić, że odpalanie rac stanowi odpowiednik starcia Mariusza Lewandowskiego i Sebastiana Proedla podczas Euro 2008. Howard Webb być może nie musiał, ale na pewno mógł wówczas odgwizdać rzut karny i z takiej możliwości skorzystał. Tak samo Komisja Ligi, policja, prezydenci oraz wojewodowie co tydzień dostają z trybun pretekst do odgwizdywania kolejnych kar. I nie można mieć do nich pretensji, że z tego korzystają. Po prostu sami sobie gotujecie taki los.

Czytaj więcej: http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/8976825,musiol-pseudospektakle-swiatlo-i-dym-to-glupota,id,t.html

Za nami już 34 kolejka, ale wciąż trudno uciec od tego, co działo się w minioną środę, czyli od wydarzeń z meczu Legia – Jagiellonia. W 98 minucie spotkania sędzia Paweł Gil podyktował dla gospodarzy rzut karny, który do  czerwoności rozgrzał całe futbolowe środowisko.

Jedna  kwestia  związana z tą sprawą – czyli konieczność wprowadzenia analizy wideo – wydaje się oczywista, natomiast na drugą nikt właściwie nie zwrócił uwagi. To konsekwencje nagminnego w polskiej lidze odpalania rac i świec dymnych. Przecież to właśnie ze względu na pirotechniczne pokazy kiboli Legii,  arbiter został zmuszony do przerwania meczu i doliczenia tych kilkunastu minut.

Taki obrót sprawy okazał się dla gospodarzy korzystny, natomiast straciła na tym Jagiellonia. Nic więc dziwnego, że zwycięzcy z wielkim zapałem oklaskiwali swoich fanów oraz spikera, który od lat stanowi hańbę dla całej ekstraklasy. Niniejszym proponuję więc następujące rozwiązanie: w przypadku przerwania meczu sędzia powinien skonsultować się z kapitanem zespołu, którego fani nie ponoszą winy za  przerwę i według jego opinii podjąć decyzję, czy „brakujące” minuty zostaną dograne. W  ten sposób głupota kiboli może kosztować klub czas potrzebny do odrobienia strat czy też przechylenia szali na własną korzyść, co będzie znacznie boleśniejsze niż wymierzane przez Komisję Ligi grzywny.