Archiwa tagu: Polonia kara FIFA

Jakie były najdroższe podpisy pod kontraktami piłkarzy w historii śląskiej piłki? Biorąc pod uwagę tajemnicę, jaką otacza się w tym sporcie wszystkie kwestie finansowe, odpowiedź nie jest jednoznaczna. Ale w minionym tygodniu poznaliśmy nazwiska dwóch zawodników, którzy na pewno znaleźliby się w czołówce takiego zestawienia. I w obu przypadkach stanowią kompletne zaskoczenie, a wręcz szok. Bo czy ktoś w ogóle pamięta Vladimira Karalicia i jego imiennika Milenkovicia?

Tymczasem Polonia Bytom właśnie otrzymała za ich zatrudnienie w sezonie 2009/10 słony rachunek. W sumie 390 tysięcy euro, nie licząc dodatkowych i bolesnych kar za zwłoki w płatnościach. I to podpisany przez FIFA, a więc organizację, której podskoczyć może tylko amerykańska prokuratura, a nie biedny śląski klub z ulicy Olimpijskiej. Wrażenie absurdu potęguje fakt, że obaj przybysze z  Bałkanów niczego do zespołu nie wnieśli, ba, jeden z nich nie zaliczył w ekstraklasie – tak, tak, Polonia grała wtedy tak wysoko! – nawet minuty.  Sytuacja jak z Kafki? No, jednak nie całkiem…

Z dużym zdziwieniem obserwuję bowiem, że w rozpaczliwym szlochu i polowaniu na  winnych zaginęło meritum całej sprawy, jej creme de la creme. Bo chociaż bytomska strona wskazuje palcem menedżera Mirko Poledicę, jako winowajcę i cwaniaka, to jednak przecież kluczowe znaczenie ma podpis ze strony klubu. Wszak ówczesny prezes Polonii, a obecny prezydent miasta Bytomia, Damian Bartyla, składał autograf pod kontraktami Karalicia i Milenkovicia dobrowolnie, w  pełni władz fizycznych i umysłowych! I to wbrew negatywnej opinii sztabu szkoleniowego z Jurijem Szatałowem na czele, niewidzącym potrzeby wykładania wielkich pieniędzy za  dwóch – transakcja wiązana była warunkiem postawionym przez menedżera – piłkarzy, których umiejętności bynajmniej nie zapierały tchu w piersiach. I tu tkwi geneza trupa, który właśnie wypadł z polonijnej szafy, zapewne razem z dotyczącymi sprawy pismami, prawdopodobnie w dziecinny sposób ignorowanymi i wyrzucanymi do kosza bez otwierania, w myśl zasady, że jak czegoś nie widać, to tego nie ma.

Brak odpowiedzialności ze strony szefów klubów za  konsekwencje ich postępowania to jedna z wielu słabości polskiej piłki. Prezes przychodzi, podpisuje i odchodzi, pozostawiając cuchnące pasztety i tykające bomby swoim następcom. Zabawa na cudzy (czasem sponsorski, ale często publiczny) rachunek i cudzymi pieniędzmi musi deprawować. Znakomitą ilustracją tej patologii była wściekła mina jednego z szefów Allianzu, który po kilku miesiącach współpracy z  Górnikiem Zabrze, gdy przejrzał bilans tego współżycia, publicznie wypowiedział dramatyczną, niemal hamletowską kwestię: – Oj nie, nie będziemy już waszym bankomatem! Wysokie rachunki za szaleństwo tak zwanych działaczy płacili i płacą zresztą podatnicy w całej Polsce (jakże barwną historię zapisano np. w Katowicach w okresie rządów Marka Woracha i Ireneusza Króla), ale czy ktoś słyszał, by składający podpisy pod umowami, rachunkami i wekslami ponieśli jakieś inne konsekwencje oprócz utraty stanowiska? O tym, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami prezesowskich gabinetów, wiedzą tylko oni sami. Czasami uchylą rąbka tajemnicy. Były prezes Górnika, Łukasz Mazur, przyznał ostatnio, że proponowano mu pieniądze za podpisanie kontraktu z jednym z zawodników… No i świecką tradycją jest już utyskiwanie po zmianie władzy na decyzje finansowe  poprzedników.

Trudno więc nie zadać prostego pytania i to związanego nie tylko z syndromem bytomskim: czy to naprawdę menedżerowie są całym złem tego środowiska? Przecież zazwyczaj cały w tym ambaras, że dwoje chciało naraz.