Archiwa tagu: Pyongczang 2018 Polacy

Igrzyska już się kończą, sportowa klęska made in Poland została dopełniona, ale przynajmniej dzięki Weronice Nowakowskiej wszyscy dowiedzieliśmy się, gdzie byliśmy i co widzieliśmy. Generalnie Biało-Czerwoni przez Pjongczang przemknęli niczym pewien panczenista, który leżał na lodzie zanim zdążył wystartować (szczerze mówiąc żal mi go bardzo, ale niechcący stał się symbolem całej koreańskiej misji znad Wisły) albo saneczkarz jadący na ślepo, bo zapomniał maski. Oczywiście mamy jeszcze skoczków z których możemy być dumni, jednak którzy – czas to powiedzieć głośno i wyraźnie – też wracają z deficytem w stosunku do przedolimpijskich analiz i nadziei. Generalnie zaliczyliśmy klapę, a nawet w większości przypadków przelecieliśmy przez nią uderzając w dno.

Sami reprezentanci zdają sobie z tego sprawę, więc z bagaży wyciągnęli ściągi z usprawiedliwieniami, ale jedna rzecz w tym scenariuszu musi irytować. Dlaczego wszystkie te argumenty z gatunku „zrobiliśmy wszystko co się dało, ale cudów nie należało oczekiwać bo… ” nie zostały wyartykułowane przed wyruszeniem do Azji? Przecież Maciej Starę-ga już wcześniej wiedział, że bałagan w polskich biegach jest gigantyczny, Sylwia Jaśkowiec od początku była zależna od nart Justyny Kowalczyk, nieszczęsne panczenistki zdawały sobie sprawę ze skutków rozbicia drużyny, a alpejczycy nie przez przypadek tyle energii poświęcili walce o nominację olimpijską, bo wiedzieli, że na szusy już jej i tak nie starczy. Tę wyliczankę można ciągnąć niestety znacznie dłużej, ale jaki koń jest każdy widzi, więc przykładów chyba Państwu wystarczy.

Co ciekawe w obronę niedoszłych bohaterów masowej wyobraźni włączyli się niektórzy obecni w Korei dziennikarze. Zabawny był zwłaszcza felietonowy argument, z którego wynikało, że zgodnie z popularną w niektórych kręgach ideą symetryzmu, kibice z kanapy (tak zwani Janusze) niby mogą od swoich reprezentantów wymagać zaangażowania i przyzwoitych wyników, ale i ci mogą powiedzieć do wspomnianego Janusza: wstań i pokaż co potrafisz, co ty zrobiłbyś na moim miejscu?

Taki argument jest jednak kompletnie absurdalny. Janusz na sportowych arenach wyglądałby groteskowo, ale tak samo byłoby – jeśli chcecie symetrii to macie – w drugą stronę. Spróbujcie sobie zresztą wyobrazić większość olimpijczyków na własnych stanowiskach pracy. Poza tym to szeroko rozumiane społeczeństwo utrzymuje świat sportu, więc ma pełne i niezbywalne prawo formułowania wymagań i wyrażania emocji, przy czym oczywiście nie należy mylić tej definicji z hejtowaniem.

Ale ad rem – konsekwencje igrzysk dopiero przed nami. Interesująco będzie wyglądało zwłaszcza rozliczenie najważniejszego ze związków, czyli Narciarskiego. Dwie zdobycze skoczków to przecież tylko jedna strona nomen omen medalu, bo do PZN należą także biegi (w tym męskie), snowboard, freestyle i kombinacja norweska…

Generalnie dawno już chyba nie było tak sprzyjającej atmosfery, by dokonać prawdziwej rewolucji w systemie funkcjonowania związków sportowych, sprecyzowania odpowiedzialności za wyniki czy zasad przyznawania stypendiów, które w sprzyjających okolicznościach można sobie zapewnić nawet zajmując ostatnie miejsce w odpowiednio nielicznej stawce. Może warto rozważyć także totalną zmianę przygotowań olimpijskich i związanej z nimi strategii? Czy wiecie na przykład, że w mistrzostwach Polski bobsleistów wystartowało w październiku 2017 roku pięć osad, przeprowadzono je po raz pierwszy od 49 lat, toczyły się w jednej konkurencji (dwójek), a zorganizowano je na Łotwie? Biorąc to wszystko pod uwagę czy naprawdę musimy na igrzyska wysyłać swoich reprezentantów czy jest to jedynie pretekst, by w ekipie znalazły się osoby towarzyszące? Podobne analizy powinny dotyczyć nie tylko zresztą bobsleistów, a dokonując ich trzeba mieć świadomość, że jeśli skończy się jak zawsze, czyli tylko na słowach, za cztery lata będzie jeszcze gorzej, bo polskie skocznie coraz ściślej otacza sportowa pustynia.