Archiwa tagu: Rafał Musioł blog

Zapewne większość z nas, facetów, zna tę sytuację, gdy za pośrednictwem bezpośredniego ulicznego marketingu próbuje się nas zwabić do miejsc, w których największą atrakcją są pokazy tańca na rurze. Co jednak ciekawe – wśród wielu zachęt nie pada ta, która mogłaby być najskuteczniejsza, czyli bazująca na instynkcie kibicowskim. A tymczasem pole dance jest od niespełna miesiąca oficjalną dyscypliną sportu. Ba, ma aspiracje, by znaleźć się w programie igrzysk olimpijskich!

Federacja tańca na rurze zrzesza obecnie piętnaście krajowych federacji, w tym polską. Aby zachować status dyscypliny profesjonalnej musi w ciągu dwóch lat przyciągnąć jeszcze co najmniej dwadzieścia pięć narodowych organizacji. Szefowa International Pole Sports Federation, Katie Coates, nie ma żadnych wątpliwości, że ta misja się powiedzie. Szczerze mówiąc optymizm ten ma solidne podstawy chociażby ze względu na potencjał związany z transmisjami telewizyjnymi. Oglądalność zawodów powinna bez problemów pokonać pułapy wyznaczone przez wiele dyscyplin – nazwijmy je po imieniu – konserwatywnych.

Nie bez znaczenia jest także fakt, że nowy sport od razu zadbał o alibi na wypadek modnych we współczesnym świecie zarzutów o seksizm i dopuścił do startów również mężczyzn. Co więcej, ci którzy mieli okazję takie zawody zobaczyć twierdzą, że poziom najlepszych jest poziomem kosmicznym. Kwestią czasu wydaje się więc wprowadzenie konkurencji mikstów, a być może nawet duetów.

Biorąc to wszystko pod uwagę warto chyba następnym razem zastanowić się nad ulicznymi propozycjami. W końcu kto wie – może na przykład nadarzy się okazja zobaczenia debiutu przyszłej mis-trzyni olimpijskiej (lub mistrza, bo o gus-tach się wszak nie dyskutuje)…

O tym, że Zbigniew Boniek jest zwolennikiem powiększenia Ekstraklasy wiadomo od dawna. Teraz jednak wygląda na to, że szef polskiej piłki zamierza dokonać tej operacji bez znieczulenia i w trybie nagłym – prezes PZPN chciałby, by liga liczyła 18 zespołów już od najbliższego sezonu, Aby tak się stało już w bieżących rozgrywkach z elity spadłby tylko jeden zespół, natomiast drugi wystąpiłby w barażach z czwartą drużyną 1. ligi, z której aż trzy drużyny awansowałyby bezpośrednio.

Zdaniem autorów pomysłu rozbudowanie Ekstraklasy miałoby służyć podniesieniu jej poziomu. Czy naprawdę można uwierzyć, że rozcieńczenie i tak słabego produktu, jakim jest obecnie polska Ekstraklasa, może przynieść taki efekt? Wystarczy zresztą spojrzeć na frekwencję ze zdecydowanej większości stadionów elity oraz z czołówki jej zaplecza, by zdać sobie sprawę, że to przelewanie z pustego w próżne przyniesie spadek nawet tych nielicznych wskaźników, którymi zarządzająca rozgrywkami spółka lubi się jeszcze chwalić. Bo o poziomie sportowym świadczą wyniki w europejskich pucharach.

Najbardziej zabawny jest argument, że jesteśmy zbyt dużym krajem, by Ekstraklasa liczyła „zaledwie” szesnaście drużyn. Poziom rozgrywek pokazuje jasno, że ilość obywateli nie przeszła w jakość ligowców, których większość wygląda jakby na boiska trafiła z przymusowego poboru tylko dlatego, że obecny rozmach ligi wymusił posiadania pokaźnej liczebnie kadry.

W całej tej sprawie trzeba pamiętać także o jeszcze jednym, może nawet najważniejszym aspekcie: nie zmienia się zasad w trakcie gry! Reguły spadków i awansów były dla wszystkich jasne w momencie inauguracji sezonu i majstrowanie przy nich w momencie, gdy tabela ma już określony wygląd z pewnością będzie budziło podejrzenia o nieczyste, zakulisowe manipulacje wynikające z sympatii lub antypatii osób za to odpowiedzialnych.

Trzy tysiące euro. Taką kwotę dostał pewien Węgier za to, że przyjechał do Wieliczki i wszedł tam do ringu. Boksować nie umiał – nomen omen – za grosz, ale oberwać też specjalnie nie oberwał, bo zdążył szybko się przewrócić, by w stanie nienaruszonym ruszyć później na bankiet. Ciekawym wątkiem tej historii jest fakt, że w jego tak zwanym rekordzie widniały wcześniej… cztery zwycięstwa. Być może jednak wszystkie nazwiska pokonanych były oznaczeniami sklepowych manekinów. To zresztą tłumaczyłoby, dlaczego „triumfy” są na punkty, w końcu znokautować takiego stwora to nie bułka z masłem.

Sądząc po furorze, jakie zrobiły filmiki z wyczynami Madziara, pseudosportowy kabaret złamał kolejną barierę braku przyzwoitości w naciąganiu kibiców. A przecież o taki wyczyn wcale nie jest łatwo, bo promotorzy zwożący na swoje gale skupowanych hurtowo i na kilogramy kelnerów, poprzeczkę zawiesili tuż nad poziomem gruntu. Być może zresztą dlatego wielicką galę zorganizowano od razu 125 metrów pod ziemią, żeby było łatwiej osiągnąć dno.

Polski boks, właśnie za sprawą takich wpadek, od dłuższego czasu przypomina zamroczonego pięściarza, którego jedno uderzenie dzieli od wypadnięcia za liny. Dzika polityka rabunkowa, polegająca na przedwczesnym porywaniu na zawodowstwo nieprzygotowanych jeszcze na taki skok amatorów, całkowicie wydrenowała rynek i tak coraz mniej licznych krajowych talentów. Tenże boks amatorski od lat zarządzany jest zresztą w sposób adekwatny do swojej nazwy i w starciu z cwaniakami z różnych „stajni” nie miał szans przetrwania. Ci jednak z kolei nie przewidzieli, że nadejdzie czas, w którym trafi kosa na kamień i sami obrywają teraz od szastających kasą macherów z różnorakich MMA, którzy zabierają im coraz większe kawałki telewizyjnego tortu, jedynego utrzymującego przy życiu bokserskie niedobitki nad Wisłą.

Tym bardziej zadziwiać powinno, że wypasieni na bylejakości promotorzy nie tylko nie podjęli rękawicy w walce o przyszłość, ale w dodatku inspirują medialne bitki z Mateuszem Borkiem. Znany dziennikarz ma na koncie jedną galę, ale taką, która wniosła nową jakość zarówno sportową, jak i marketingowo-reklamową. Jak widać reszta środowiska woli jednak wespół w zespół utonąć w bagnie niż spróbować podpiąć się pod jedyną dającą nadzieję nową falę.

Wbrew powszechnej opinii, sztuka epistolografii (wyjaśnienie dla gimbazy: chodzi o pisanie listów) ma się dobrze, a na Śląsku wręcz kwitnie. Znaczący wkład w jej reaktywację wnosi właśnie światek futbolowy.

Górnik Zabrze pisze do Piasta Gliwice, MORiS Chorzów do Ruchu, Ruch do Rakowa Częstochowa, policja do organizatorów rozgrywek, wojewoda do zarządców stadionów, zarządcy do firm remontowych. A wszystko to z okazji radosnej twórczości kolorowo ubranej młodzieży, prowadzącej weekendowe badania nad lotnością krzesełek, pojemnością przenośnych toalet i najnowszymi trendami w zakresie malarstwa ściennego…

Niestety, ten ironiczny wstęp prowadzi do poważnej puenty: za wszystkie te zabawy płacą nie winowajcy, a podatnicy. Wzajemne wystawianie sobie rachunków nie sięga bowiem do źródeł problemu. Czy ktoś z Państwa słyszał w ostatnich latach, by kluby pozwały o odszkodowania samych kibiców? Albo agencje ochrony, które nie są w stanie skutecznie działać ani na bramkach wejściowych, ani na trybunach, jeśli mają do czynienia z kimś innym niż dziennikarze lub fotoreporterzy? Czy ktoś kiedyś wyjaśnił, jakim cudem na trybuny trafiają sektorówki z zakazanymi treściami? Przecież tych płacht już na pewno nie da się przemycić w kieszeniach czy kanapkach… I czy kibice płacą za pomieszczenia lub magazyny zajmowane przez nich na miejskich stadionach?

Symbolicznym uosobieniem tej bezradności może zostać spiker Piasta Gliwice. Jego apele o kulturalny doping podczas niedawnego meczu z Sandecją, który toczył się w wyjątkowo – nawet jak na polskie ligowe standardy – ohydnej fali bluzgów płynących z tak zwanego „gniazda”, odnosiły skutek odwrotny do zamierzonego, ba, wręcz potęgowały inwencję zapiewajłów. Informacja o liczbie kibiców, którzy na stadion przy Okrzei przyszli po raz pierwszy, brzmiała w tym kontekście żałośnie, bo przecież było oczywiste (co potwierdza malejąca frekwencja), że jeszcze więcej osób przyszło po raz ostatni. Także w tym przypadku można mieć pewność, że nikt za takie straty (niesprzedane bilety, fatalna reklama) nie poniesie konsekwencji, o zakazie wnoszenia sprzętu nagłaśniającego nie wspominając…

Czas powiedzieć sobie jasno: VAR w obecnym wydaniu okazał się totalnym niewypałem. O wadach wideoweryfikacji napisałem już kilka tekstów (między innymi o łamaniu zasady równości poprzez niestosowanie go na wszystkich meczach), ale teraz – podobnie jak trener Waldemar Fornalik – jednoznacznie „staję do niego okoniem”.

Już nie tyle nie podoba mi się, co wręcz irytuje, niejasność stosowania tego systemu przez sędziów. W sobotnim spotkaniu z Piastem konia z rzędem można było podarować temu, kto zrozumiał dlaczego Jarosław Przybył skwapliwie skorzystał z podpowiedzi przy – słusznym – uznaniu gola strzelonego przez gości, natomiast nie sięgnął po technologiczne wsparcie, gdy Aleksandar Sedlar był faulowany w polu karnym Sandecji, chociaż gliwiczanie gorąco o to apelowali. Nawiasem mówiąc to wypisz wymaluj identyczna sytuacja, jak w spotkaniu Górnika ze Śląskiem – wtedy Tomasz Kwiatkowski z opóźnieniem podyktował jedenastkę dla wrocławian, natomiast odmówił sprawdzenia zapisu sytuacji po której powinien gwizdnąć karnego w drugą stronę.

Cała procedura korzystania z VAR-u w założeniu miała pomóc w sprawiedliwym ocenianiu spornych sytuacji mających wpływ na wynik meczu, tymczasem nie tylko dodatkowo je zagmatwała, ale również zaczęła psuć widowiska. Długie oczekiwanie na analizę i wydanie werdyktu, dokonywane dopiero po naturalnym przerwaniu akcji, co oznacza kilkadziesiąt sekund zwłoki, wprowadza chaos i zaognia atmosferę i na boisku, i na trybunach. Ani piłkarze, ani trenerzy, ani widzowie, często nie wiedzą, co w ogóle sędzia sprawdza…

Jak ten błąd wyeliminować? Oddanie VAR-owej inicjatywy w ręce szkoleniowców nie wydaje się dobrym pomysłem, istnieje wszak obawa wykorzystywania jej do przerywania groźnych akcji rywali. Najlepszym wyjściem byłoby – o ile nie ma opcji rezygnacji z systemu – natychmiastowe sygnalizowanie przez arbitra potrzeby weryfikacji i błyskawiczne, np. w ciągu pięciu sekund, przekazanie decyzji przez arbitra sprzed ekranu wprost do ucha sędziego głównego.

Jeszcze wiruje w powietrzu kurz po nieumiejętnym zrzuceniu na Ekstraklasę systemu VAR, a już piłkarze mają kolejny problem. Tym razem znacznie poważniejszy. Bo o ile kwestie związane z wideoweryfikacjami obciążają wizerunki sędziów, to kolejna nowinka wycelowana została bezpośrednio w tych, którzy biegają za piłką.

Spółka Ekstraklasa Live Park, czyli ta, która odpowiada za telewizyjne transmisje, poinformowała mianowicie o podpisaniu umowy z firmą ChyronHego, specjalizującą się w dostarczaniu danych fitness. Ten pozornie sympatyczny (w końcu fitness to sprawa przyjemna) zwrot w tym przypadku oznacza jednak dokładne monitorowanie poczynań piłkarzy w czasie meczu. Ściślej rzecz biorąc tuż po ostatnim gwizdku sędziego każdy z nas będzie mógł spojrzeć w statystyki, by przekonać się między innymi ile kilometrów przebiegł wybrany zawodnik, jaką część z nich pokonał w tempie sprinterskim, w jakim tempie średnio się poruszał i jaką osiągnął prędkość maksymalną.

Dzięki temu staniemy w jednym rzędzie z najlepszymi ligami Europy – z dumą oświadczył dyrektor LiveParku, Marcin Serafin. I tu wydaje się właśnie pies pogrzebany. Bo o ile ta deklaracja może mieć uzasadnienie technologiczne, to w praktyce wykaże zapewne coś dokładnie przeciwnego. A mianowicie przyczynę, dla której Ekstraklasa pod względem sportowym w takim pierwszym rzędzie bynajmniej nie stoi. Co więcej, wyjątkowi złośliwcy dostaną do ręki potężne narzędzie w postaci przelicznika przebieganych kilometrów na złotówki, jakie piłkarze tak zwanej elity pobierają co miesiąc w klubowych kasach.

Istnieje jednak cień szansy, że opracowania ChyronHego okażą się zbawienne. Może przecież zadziałać efekt wyścigu australijskiego, czyli chęci uniknięcia za wszelką cenę zajęcia w pomeczowych statystykach ostatniego miejsca w zespole, nie licząc oczywiście bramkarza. Niewykluczone więc, że podczas przyszłorocznych meczów (system składający się z dwóch kamer, komputera oraz serwera z urządzeniami dodatkowymi do końca roku zostanie zainstalowany na wszystkich stadionach) zobaczymy niezwykłe obrazki. Na przykład takie, że także piłkarze nie biorący udziału w akcji będą żwawo przebierać nogami czy wykonywać krótkie sprinty, by poprawić swoje parametry.

Nawet jednak w takim przypadku najciekawsze będą porównania rodzimych gwiazdek z zawodnikami, którzy do niedawna biegali po trzecioligowych, ale zagranicznych (np. hiszpańskich) boiskach, i którzy w Ekstraklasie od razu zaczęli dzielić , rządzić i błyszczeć.

O systemie VAR nie mam najlepszej opinii. Dokładniej mówiąc nawet nie o nim samym, a o metodzie według której wprowadzono go w Ekstraklasie. Zwracałem już uwagę na jego niesprawiedliwość, której podstawę stanowi gwałcące zasadę równości wybiórcze stosowanie, ale jak się okazuje w przypominającej lodówkę kabinie tkwią także inne problemy.

Jednym z najważniejszych jest kompletna nieprzejrzystość działań związanych z funkcjonowaniem systemu. Po pierwsze – co wiąże się ze wspomnianym wcześniej zarzutem – nie wiadomo dlaczego VAR pojawia się akurat na tym, a nie innym meczu. Ale po drugie, i chyba nawet ważniejsze, nikt nie rozumie niuansów jego stosowania. Dotyczy to zarówno kibiców i dziennikarzy, ale także piłkarzy i trenerów, co przyznał chociażby Marcin Brosz.

Właśnie mecz jego Górnika ze Śląskiem powinien w tej rozprawie stanowić dowód koronny. Bo niby dlaczego Tomasz Kwiatkowski w jednym przypadku, i to po kilkudziesięciu sekundach, zdecydował się znienacka na skorzystanie z VAR-u, by w efekcie podyktować rzut karny dla gości, a chwilę później kompletnie zlekceważył jeszcze bardziej niejasną sytuację w drugim polu karnym? Jakie były kulisy tego, że sędzia z takim opóźnieniem nagle zorientował się, że Dani Suarez rzeczywiście mógł zagrać ręką, a jednocześnie był tak stuprocentowo pewny, że wina Marcina Robaka do ukarania już się nie kwalifikowała?

Skoro istnieje system łączności pomiędzy zespołem obsługującym VAR, a ich biegającym po murawie kolegą, może należy go rozszerzyć na przykład o spikera? Tak, by po podjęciu przez arbitra decyzji o skorzystaniu z zapisu wideo poinformować wszystkich na stadionie o jej podstawie? Oczywiście ideałem byłby telebim, na którym przedstawiono by analizowaną sytuację, tak jak ma to miejsce w tenisie czy siatkówce… Bo obecne tłumaczenie takich zdarzeń w coraz powszechniejszej na Śląsku świadomości sprowadza się jedynie do tego, czy sędzia jest z Warszawy czy też nie.

Skojarzenia „Duńczyków” z „dynamitem” są już zgrane jak stara płyta. Sęk w tym, że w kontekście tego, co wydarzyło się w piątek na boisku w Kopenhadze, stanowią trudny do zastąpienia klucz. Bo zespół Age Hareide’a z hukiem wysadził w powietrze konstrukcje, jakie wokół polskiej kadry budowano w ostatnich tygodniach. Co zresztą – patrząc z perspektywy czasu – nie było specjalnie trudne. Wszystko oparte było wszak na złudzeniach związanych z rankingiem FIFA, w którym kadra Adama Nawałki pięła się w górę z tygodnia na tydzień. Sęk w tym, że działo się to… poza nią, bo reprezentacja nie grała, a cały proces odbywał się wyłącznie na podstawie odpowiednich algorytmów…

Żeby było jasne – nie chodzi mi o strzelenie naszej reprezentacji piątego, najłatwiejszego, bo medialnego gola. Raczej o uchwycenie zjawiska, jakim jest nieustające przekonanie o wyższości polskiej piłki. Przekonanie co roku weryfikowane jakością spotkań ligowych i łomotami w europejskich pucharach. A jednak z wielkim zapałem znów zbudowaliśmy grubą ścianę między tymi faktami, a nawet między reprezentacją sprzed fartownego Euro 2016, a obecną kadrą Nawał-ki, traktując ją jak wyspę całkowicie niepowiązaną z otoczeniem. Fałsz takiego myślenia pokazał mecz w Kopenhadze – zawalony przede wszystkim w defensywie, gdzie pierwszoplanowymi postaciami byli zawodnicy warszawskiej Legii, tej samej, która skompromitowała się w przedpokojach Ligi Mistrzów i Ligi Europy, a na domowym podwórku potrafiła przegrać z Termalicą Nieciecza, o zderzeniu legijnej bylejakości z młodzieńczą wiarą i ambicją Górnika Zabrze nie wspominając.

Tuż po spotkaniu z Danią na swoim profilu na Twitterze (@rafal_musiol) przeprowadziłem sondę pytając czy kopenhaska klęska to :-wypadek przy pracy; – początek końca tej kadry; – prawdziwy obraz polskiej piłki. Na tę ostatnią opcję wskazało 52 głosujących. Być może świadczy to o przebudzeniu zdrowego rozsądku, zamglonego ostatnio przez wszechobecne kadzidło. W trend tej reinkarnacji wpisał się nawet Zbigniew Boniek, przyznając w rozmowie ze Sport.pl, że reprezentacja ma w tabeli więcej punktów niż na to zasłużyła. Wygląda więc na to, że zarówno sportowo, jak i mentalnie z autostrady do Rosji zjechaliśmy na drogę brukowaną Ale paradoksalnie, jeśli uda się nią dojechać do celu, satysfakcja powinna być jeszcze większa.

Na koniec warto wspomnieć o zdjęciach kiboli, którzy zostali błyskawicznie spacyfikowani przez duńską policję. Siedzący na ziemi i skuty kajdankami mężczyzna, ubrany w koszulkę z kotwicą Polski Walczącej, to symboliczna ilustracja trendu jaki nad Wisłą znów zaczyna wymykać się spod kontroli. Błogosławieni przez duchownych na jasnogórskich pielgrzymkach i wspierani przez prawicowych polityków zadymiarze patriotyczne emblematy traktują w kategoriach amuletów (ewentualnie szkaplerzy). W Danii taka magia nie zadziałała, za to grup(k)a awanturników udowodniła gospodarzom, że mieli racje nie wpuszczając sympatyków Biało-Czerwonych na inne sektory niż dla nich przeznaczony. O czym zresztą informowano nabywców wejściówek (zgoda, że do tych transakcji w ogóle nie powinno dojść) w stosownym mailu. Jednak ci – nauczeni doświadczeniami krajowymi – uznali, że jakoś to będzie. No i było jak było. Poza boiskiem, i na nim. A że prawda w oczy kole? No cóż, tak to już niestety z prawdą bywa…

Jeśli ktoś jeszcze miał wątpliwości, że świat sportu stanowi w dużej mierze odzwierciedlenie świata polityki (i vice versa), to zapewne definitywnie się ich pozbył obserwując wydarzenia związane z wyborem władz śląskiej metropolii. Wystarczyło zostawić nasz region sam sobie, by błyskawicznie i samoistnie zamienił się w piekiełko.

Tak samo dzieje się na boiskach. Ileż to już razy próbowano zawiązać śląską koalicję, która miała przyciągnąć do regionu potężnych sponsorów? Ile było prób doprowadzenia do wspólnych działań (np. wylotów na zgrupowania), które pozwoliłyby zaoszczędzić nieco pieniędzy z pustawych kas? Jak barwne toczono ambicjonalne wojenki pomiędzy szefami klubów (pamiętacie niewpuszczenie prezesa Odry Wodzisław na stadion Górnika Zabrze? A Niderlandy ofiarowane przez Łukasza Mazura Dariuszowi Smagorowiczowi w zamian za prawo gry na Stadionie Śląskim?). No i do tego wymuszane przez środowiska kibicowskie stadionowe inwestycyjne rozpasanie, bo rzekomo piłkarze dwóch klubów, które dzieli kilkanaście kilometrów, nie mogą biegać po tej samej zielonej murawie, a ich fani sadzać swojego końca pleców na tych samych krzesełkach (w odstępie kilku dni rzecz jasna, nie równocześnie).

Jest więc coś niemal symbolicznego w tym, że tuż po ogłoszeniu współpracy pomiędzy dwoma katowickimi klubami – GKS-em i Rozwojem – prezes tego drugiego zrezygnował z posady. Jasne, że jedno z drugim nie miało przyczynowo-skutkowego związku, jednak puste krzesło, jakie pozostało po jednej ze stron, ma wymiar więcej niż symboliczny. I to w ponadmiejskim, lokalnym wymiarze. Doprawdy trzeba uznać za cud, że Sosnowiec wciąż nie domaga się zmiany nazwy Śląskiego Związku Piłki Nożnej pod groźbą wycofania się z jego struktur…

Nie ukrywam, że z wielką sympatią przeczytałem o procesie, jaki Michał Gniatkowski, poznański prawnik, a przede wszystkim kibic sportowy, wytoczył Adrianowi Zielińskiemu, sztangiście, który po ogłoszeniu wyników badań dopingowych, musiał w niesławie opuścić wioskę olimpijską w Rio. Pan Gniatkowski poczuł się tym upokorzony jako Polak, czyli osoba współfinansująca przygotowania sportowców, i domaga się publicznych przeprosin w gazetach oraz dwóch tysiączłotowych wpłat dla fundacji propagujących sport. Mecenas podkreśla też dwie kwestie: złamanie przez Zielińskiego przysięgi olimpijskiej, a także uporczywe nieprzyznawanie się do winy, a co za tym idzie brak skruchy. Doprawdy trudno mu w tym precedensowym pomyśle nie kibicować…

Zawsze powtarzałem, że na przykład w korupcyjnej aferze w polskiej piłce zabrakło takiej właśnie kropki nad i. Mrowie kibiców, mniej lub bardziej regularnie, obstawiało przecież u bukmacherów wyniki krajowych meczów, mając – biorąc pod uwagę skalę procederu – mizerne szanse na zgarnięcie wygranych. Przegrane kupony – de facto pieniądze – trafiały więc zmięte do kosza na śmieci. A szkoda… Bo w przypadku ich zachowywania można było się pokusić o niezwykły proces sądowy, w którym stawką byłoby uznanie finansowych wygranych nie na podstawie boiskowych wyników, a właśnie wyroków udowadniających, że rezultaty te były wyreżyserowane. I winni takiego stanu rzeczy wypłacaliby, niczym bukmacherzy, niedoszłe wygrane oszukanym graczom… Zapewne dla sprzedawczyków byłoby to nawet bardziej bolesne niż późniejsze zawieszenia w działalności sportowej.

Ale wracając do Zielińskiego. W całej sprawie zwraca też uwagę strój, w jakim pan sztangista wybrał się do sądu. Krótkie spodenki i różowa koszulka być może mogłyby być nawet powodem pozwania go… przez tenże sąd za obrazę powagi zgromadzenia. Z drugiej strony Zieliński i tak zachował się przyzwoicie, bo mógł na przykład wbiec na salę prosto z treningu, w firmowym stroju, wąskim w kroku i z ramiączkami, nie zapominając o tradycyjnym wśród sztangistów geście przetarcia dłoni białym proszkiem (o niuchnięciu pobudzacza z miniaturowej buteleczki nie wspominając). Co prawda wtedy trzeba by zatrudnić kolejnych specjalistów do przebadania składu tej substancji, ale to już właściwie zupełnie inna historia.