Archiwa tagu: Rafał Musioł blog

Sensacji nie było. Zgodnie z oczekiwaniami – sformułowanymi także dwa tygodnie temu w niniejszej rubryce – podczas mundialu nastąpił wysyp futbolowych ekspertów, ze szczególnym uwzględnieniem polityków. Zwłaszcza tych, którzy na co dzień ze sportem nie kojarzą się w sposób żaden albo nawet jeszcze mniej. W końcu – jak powiedział komentator TVP na widok premiera z rodziną na trybunach podczas jednego z meczów towarzyskich – reprezentacja Polski przyciąga wszystko, co najlepsze, więc nawet ci najgorsi uznali, że wystarczy zawiązać na szyi biało-czerwony szalik, by przeskoczyć do najwyższej kategorii.

To oczywiście zjawisko nienowe. Kibice mają już zresztą wprawę w odróżnianiu tych, którzy na widowni czują się jak ryba w wodzie i wiedzą, na czym polega spalony, od tych, dla których ważne jest tylko zaistnienie na ekranie. Lawiny gwizdów nie są więc wyjątkiem, ale rządzący mogą za to liczyć na publiczną telewizję, która na wszelki wypadek przestała na gorąco wypytywać ich o nazwiska zawodników, co bywało równoznaczne z wrzucaniem na wizerunkową minę.

Bywa jednak czasem i tak, że osoby publiczne, uaktywniając się na odcinku piłki nożnej, wzbudzają całkiem interesującą dyskusję. Nie chodzi mi nawet o Patryka Jakiego, który w swojej nierozpoczętej jeszcze kampanii postawił na Legię, wywołując oburzenie sympatyków Polonii. Bardziej mam na myśli Magdalenę Ogórek. Była prezydencka kandydatka Sojuszu Lewicy Demokratycznej, z którą to formacją bynajmniej się nie utożsamiała, a zdjęcia z Leszkiem Millerem robiono jej podstępnie, gdy akurat przechodził obok, poinformowała otóż na Twitterze, że Niemcy przegrały z Meksykiem z kretesem 0:1. I wywołała polemikę. Bo czy można z kretesem przegrać 0:1? Ogórek podpierała się definicją słownikową, czyli „całkowicie, bez możliwości odwrotu, doszczętnie”, jej adwersarze kontrowali i zrobiło się naprawdę zabawnie. Zwłaszcza gdy jeden z internautów podsumował dyskusję stwierdzeniem, że „Brazylia właśnie z kretesem zremisowała 1:1 ze Szwajcarią”. Przyznacie, że było to autentycznie śmieszne? A już na pewno śmieszniejsze niż eksperci, którzy nawet nie ukrywają, że nie mają zielonego pojęcia na temat, w którym są przepytywani. I zapewne nie przeszkadza im to w pobieraniu wynikającego z umowy honorarium, łączonego z pakietem socjalnym w postaci hotelowego noclegu i ciepłego posiłku w bufecie.

Traf chciał, że w zalewie banałów pomieszanych z głupotami, jakie można usłyszeć z ważnych ust w stacjach telewizyjnych i radiowych, tylko jedna ofiara została napiętnowana i ukrzyżowana. Okazała się nią Bogu ducha winna prezenterka TVN, która oświadczyła/przeczytała, że dwa z trzech goli Cristiano Ronaldo były hat trickami. Dziewczyna, dla której pojęcia te były zapewne tak samo abstrakcyjne jak dla polskich kibiców touchdowny w amerykańskim futbolu, zapłaciła podobno za błąd zawieszeniem w pracy. Doprawdy, współczując jej, nie sposób uciec od refleksji, jak wspaniały stałby się nasz świat, gdyby takie same konsekwencje dotyczyły polityków…

W najbliższą środę Górnik Zabrze oficjalnie wróci na europejskie boisko. Tego dnia odbędzie się bowiem losowanie pierwszej rundy kwalifikacji Ligi Europy, będącej nagrodą za zajęcie w Lotto Ekstraklasie czwartego miejsca.
Słowo nagroda jest w tym przypadku bardzo adekwatne. Dla zespołu z Roosevelta wejście do pucharowego przedpokoju oznacza gwarantowane 220 tysięcy euro. Każda kolejna runda eliminacyjna to następny plus minus milion złotych. Nic więc dziwnego, że w Zabrzu trzymają kciuki także za to, by Górnik wylosował rywala z jak najniższej półki, a jednocześnie wymagającego jak najkrótszej (najtańszej) podróży. Tak, żeby za każdym razem, po odliczeniu niezbędnych kosztów, w kasie zostawało jak najwięcej gotówki. Zwłaszcza że bez względu na klasę przeciwnika, można się spodziewać, że kibice znów wypełnią trybuny do ostatniego miejsca.

Osiągnięte w niedawno zakończonym sezonie wyniki zespołu Marcina Brosza generalnie dały klubowi całkiem pokaźny dochód. Ekstraklasa przesłała na Roosevelta solidny przelew na 9.721.171 zł i 25 groszy, kolejne pół miliona złotówek zapłaci Legia za powrót Mateusza Wieteski, a co najmniej 900.000 dotrze do Zabrza z FIFA za mundialowe powołanie Rafała Kurzawy. Do pełni szczęścia zabrakło tylko gotówkowego transferu tego zawodnika.W sumie i tak jest jednak całkiem nieźle.

Warto jednak przypomnieć, że awans do Ekstraklasy, powołanie dla Kurzawy i wszystkie inne obecne profity poprzedziły drastyczne akcje ratunkowe prowadzone przez miasto w poprzednich latach. Za 35 mln złotych, pozyskanych z obligacji wyemitowanych w 2015 roku, klub musi spłacić bankowi do 2028 roku w ratach aż 48.315.575 zł (gwarantem jest miasto, będące jednocześnie właścicielem Górnika, więc de facto pieniądze będą pochodziły z budżetu gminy). W 2018 to 4,567 mln zł. Bieżący rok jest za to jeszcze wolny od spłat za gwarantowany przez miasto wykup akcji z 2017 na kwotę 32 mln zł. W tym jednak przypadku spłata – w sumie 46.410.000 – rozpocznie się w 2019 roku i potrwa do 2031.

O tym wszystkim – i o wielu pomniejszych balastach – zdecydowanie należy pamiętać, licząc obecne wpływy czternastokrotnych mistrzów Polski. Do zamiany klubu w normalnie prosperujące przedsiębiorstwo – o czym tak często mówi prezydent Małgorzata Mańka-Szulik – droga jest bowiem wciąż bardzo daleka i dopiero gra w fazie grupowej LE (gwarantowane 2,92 mln euro) plus duży zagraniczny transfer mogłyby ją realnie zacząć skracać.

Przede wszystkim w Zabrzu rzuca się jednak w oczy brak strategicznego sponsora. To właśnie najbardziej zaskakujący element w kontekście olbrzymiego postępu sportowo-wizerunkowego, jaki zrobił w minionych miesiącach Górnik. I przy okazji powstaje zasadnicze pytanie – czy wynika to z prawdziwego kiepskiego potencjału ligowej piłki? A może z posuchy sponsorskiej na Śląsku? Jest też opcja „C” – z nieskuteczności działań osób zarządzających Górnikiem, niepotrafiących „sprzedać” ani sukcesów boiskowych, ani potencjału związanego z tłumami kibiców. Która odpowiedź Waszym zdaniem jest prawdziwa?

Żal mi Kamila Glika. Kto jak kto, ale akurat on nie zasłużył na to, by własnonożnie pozbawić się gry na mistrzostwach świata, podnieść ciśnienie Adamowi Nawałce, wprawić w stany lękowe kolegów z reprezentacji i wyrwać zbiorowy jęk z piersi kibiców.

Wypadek stopera okazał się jednak bezcenny w kontekście medialnym. Nagle na rzece lukru zalewającego cały kraj z Arłamowa, pojawiły się wyraźne fale. Zaczął się absurdalny wyścig na newsy i analizy, a stacje telewizyjne zaczęły ściągać na gwałt ekspertów, aby wyjaśnili ludności, czym jest więzozrost barkowo-obojczykowy, przy czym im więcej pomocy naukowych, ze szkieletami na czele, przytargali do studia, tym oczywiście lepiej. Do zdarcia nośników odtwarzano filmik, na którym Glik obrazowo pokazywał, co i gdzie mu wyskoczyło, przypominano dawne kontuzje, które skończyły się happy endem i rozkładano na czynniki pierwsze tembr głosu selekcjonera ogłaszającego kadrę, doszukując się w nim nut smutku, niepokoju i refleksji na temat przyszłości. Chyba tylko przez przeoczenie zabrakło animowanych scenek z nieszczęsną przewrotką, upadkiem, okrzykiem bólu i finałową podróżą kreskówkowego samolotu do Nicei po barwnym globusie (a przecież do wzięcia był gotowiec z Bielska-Białej z czołówki jednej z serii o „Bolku i Lolku”). W całej tej historii istotne były tymczasem tylko precyzyjne komunikaty sztabu medycznego oraz jedyny prawdziwy news, autorstwa bodaj TVN24, o tym, że profesor Pascal Boileau bynajmniej nie czeka na płycie lotniska we Francji, bo przebywa na urlopie, i polski stoper badania przejdzie nie we wtorek, jak pierwotnie informowano, a dopiero w czwartek. Cała reszta była tylko biciem piany.

I tak się to mieliło i młóciło, zamiast nowości echo grało, a nad wszystkim unosił się duch infantylizmu. Mundiale bowiem, podobnie jak Euro, cyklicznie potwierdzają powszechnie panującą opinię, że na piłce znają się wszyscy, i równie cyklicznie obnażają zakłamanie tego założenia. Na co dzień poważni publicyści i reporterzy, którzy radzą sobie w brudnych politycznych korytarzach, jeden po drugim wykładają się na zielonych boiskach. Bo o harataniu w gałę trzeba mieć jednak jakieś pojęcie nie tylko od święta, by po prostu nie wyjść na głupka. Zwłaszcza poza pasmem telewizji śniadaniowych, bo tam poprzeczka już nawet nie wisi, a leży poniżej poziomu morza i można zapewniać domowe gospodynie i domowych gospodarzy, że wywiad z Robertem Lewandowskim jest jedyną rozmową przed mundialem z tym zawodnikiem. Doprawdy, nie sposób się dziwić Polskiemu Związkowi Piłki Nożnej, że przed rozpoczęciem zgrupowania Biało-Czerwonych oficjalnie poinformował, że zbieranie autografów, robienie selfie i inne czynności zarezerwowane dla kibiców będą karane natychmiastowym odebraniem akredytacji. A i tak jeden delikwent podjął takie próby, za co został faktycznie wyrzucony za bramę. Takie mamy czasy, takich mamy dziennikarzy…

Z tym większymi więc obawami czekam na mundial. I to nie w kontekście tego, jak spisze się polska defensywa bez chłopaka z Jastrzębia, a tego, jak nam to media, zwłaszcza telewizyjne, opowiedzą i przeanalizują. Patrząc na zachłyśnięcie się samym faktem pokazywania mistrzostw i nachalne przypominanie tego faktu przy każdej, nawet najmniej fortunnej okazji, mam przeczucie, że telewizja może nam zafundować spektakl, w którym zapowiadane „4K” zamieni się w tysiące grzmiących „k” w domach kibiców. Bo przecież nie można wykluczyć, że któregoś dnia jednym z gości okaże się na przykład słynny specjalista od siatkarskich kontaktów międzynarodowych, a jednocześnie niedoszły prezes PZPN i PKOl.

No cóż, na taką okoliczność pozostaje tylko życzyć sobie i Państwu sprawnych potencjometrów w odbiornikach…

W sporcie nie ma sentymentów, a nieszczęścia jednych są pożywką dla innych. Nie inaczej rzecz się ma z degradacją Ruchu Chorzów. Porównanie jego piłkarzy do tenisistów przegrywających 0:6, 1:6, 0:6, czy stwierdzenie, że ulubionym środkiem lokomocji kibiców Niebieskich na mecze jest tramwaj numer sześć, należały w niedzielę do najłagodniejszych. Podobnie zresztą jak wywieszony na stadionie świętującego awans Zagłębia Sosnowiec transparent o treści „Ekstraklasa albo śmiech”, parafrazujący słynne hasło GKS-u Katowice .

Kluby znajdujące się na celowniku szyderców nie mają jednak czasu, by doceniać ich subtelności lub oprawy graficzne. Sytuacja jest bowiem podbramkowa, przy czym w przypadku Niebieskich – trzymając się tego porównania – między słupkami nie ma już bramkarza, o czym poinformowała Komisja Licencyjna. Na Cichej trwa więc kolejna odsłona dramatu sportowo-finansowego, podczas gdy na Bukowej coroczny spektakl frustracyjno-ambicjonalny.

Pomimo tych różnic pojawił się jeden wspólny mianownik. W obu przypadkach trenerzy zapowiedzieli głębokie zmiany w szatniach, nie spoglądając przy okazji w lustra. Dariusz Fornalak, firmujący największe porażki w historii klubu, które złożyły się na największą klęskę, nie wygląda na człowieka, który chciałby to wszystko rzucić w diabły, chociaż tak podpowiadałyby przecież i rozum, i serce, a może i honor. Niewykluczone, że to Janusz Paterman dodaje jakiś tajemny specyfik do kawy, bo przecież również sam Krzysztof Warzycha pozwala się przesadzać w klubie z krzesła na krzesło.
Ale i w Katowicach też jest dziwnie. Jacek Paszulewicz mówi, że kontrakty piłkarzy nie chronią przed wyrzuceniem ich z klubu, a ułamek sekundy później podkreśla, że jego umowa taką moc jednak posiada…

Jeśli nic z tego nie rozumiecie, możecie być pewni, że jesteście w większości. Warto więc przypomnieć, że ojciec upadku Ruchu, czyli Dariusz Smagorowicz, powiedział kiedyś, że do piłki nie można przykładać logicznych miar…

Z agłębie Sosnowiec do rundy wiosennej startowało z ósmego miejsca z siedmiopunktowym dystansem od lokat premiowanych awansem. W pierwszych czterech meczach 2018 zdobyło siedem punktów, a porażka z GKS-em Katowice powszechnie została uznana właściwie za zakończenie sezonu. Tymczasem ekipa znad Brynicy poszła w ślady Górnika Zabrze i udowodniła, że liczy się tylko i wyłącznie koniec, który wieńczy dzieło. Dziś prezes Marcin Jaroszewski może wyciągać z sejfu premie dla zawodników, podczas gdy jego odpowiednik w Katowicach – jak co roku o tej porze – leczy kaca.

Sosnowiczanie kończą w ten sposób drogę pokutną. Dziesięć lat temu klub został napiętnowany korupcyjnym stygmatem i poleciał z hukiem do II ligi, gdzie spędził siedem chudych lat. Marzenie o Ekstraklasie wciąż jednak się tliło. W I lidze wiara ta została wystawiona na kolejną trudną próbę – dwa trzecie miejsca, najlepsze z najgorszych, hartowały charaktery. Za trzecim razem cud się już ziścił.

Warto jednak przypomnieć, że wydarzenia sprzed dekady nie były pierwszym koszmarem w historii świeżo upieczonego beniaminka Ekstraklasy. 15 lipca 1993 roku zadłużony po uszy klub przestał istnieć – sąd ogłosił jego upadłość i likwidację.Tę właśnie historię powinien dokładnie przeanalizować chorzowski Ruch. Niebiescy, których do przepaści spychały oparte na pożyczkach, kredytach i ekonomicznych sztuczkach wieloletnie rządy Dariusza Smagorowicza, właśnie zbankrutowali sportowo – po raz pierwszy w blisko stuletniej historii spadli na trzeci szczebel rozgrywek.

Ten koniec chorzowskiej legendy też może być początkiem nowej historii, podobnie jak miało to miejsce kiedyś w Sosnowcu. Problemem są jednak długi odziedziczone po wspomnianym właścicielu. Szansę na zrzucenie tego balastu zmarnowano, odrzucając propozycje ogłoszenia upadłości i zmartwychwstania na poziomie piłkarskiego dna, z którego skutecznie odbijało się w polskiej piłce już wiele klubów. Teraz dno znów jest na wyciągnięcie ręki, ale odbicie może być znacznie trudniejsze.

Trzynaście lat temu GKS Katowice zniknął z piłkarskiej mapy ekstraklasy. W niedzielę, bo trudno tu zakładać jakąś sportową katastrofę, klub z Bukowej będzie świętował wielki powrót. Nieco ponad trzy godziny po tym, jak swój przedostatni mecz skreślonego już na straty przez trenera Jacka Paszulewicza sezonu zakończą panowie, zabrzmi ostatni gwizdek sędzi stanowiący kropkę nad i w awansie do elity kobiet.

Sekcja, którą powołano do życia w 2015, pnie się po szczeblach rozgrywek rok po roku. Promocja do Ekstraligi była celem założonym od samego początku i została zrealizowana w najkrótszym możliwym terminie. W tym czasie panowie zaliczyli trzy sezony finalizowane tradycyjnymi wiosennymi rozczarowaniami, przy czym w ostatnich dwóch latach marnowali nawet „piłki meczowe”.

Jest coś bardzo symbolicznego w tym, że pieczęć na awansie (właściwie już przesądzonym, ale okraszonym „gwiazdką” związaną z możliwością odwołania się najgroźniejszych rywalek od decyzji PZPN dotyczącej meczu GKS – Tarnovia) zostanie przyłożona na murawie, po której na co dzień biegają panowie, podczas gdy ich koleżanki korzystają z gościnności stadionu Kolejarza.

Przyszło mi na myśl, że może przy tej okazji warto rozważyć taką zamianę na stałe? W końcu co ekstraklasa, to ekstraklasa, zawsze to wyżej niż pierwsza liga, nieprawdaż? A więc – panie przodem. Dziewczyny na Bukowej, chłopaki na przykład na Rozwoju. Biorąc pod uwagę frekwencję na meczach GieKSy, nie stanowiłoby to aż tak wielkiego wyzwania… Idźmy jednak dalej. To należący do krajowej elity zespół kobiet powinien mieć prawo pierwszeństwa przy korzystaniu z efektownego klubowego autokaru, szatni z wyremontowaną sauną i zapleczem odnowy biologicznej czy zakupie strojów, nie mówiąc już o dostępie do przekazywanej na klub puli miejskich pieniędzy. A tak na marginesie – skoro w budżecie GieKSy były przewidziane środki na sowite premie za awans mężczyzn, może, zgodnie z zasadą sprawiedliwości społecznej, podzielić je między Natalię Nosalik (to kapitan zespołu) i spółkę oraz pracujący z nimi sztab trenerski?

Wszystkie te rozwiązania na pewno przyniosłyby co najmniej dwie szybkie korzyści. GKS trafiłby na czołówki gazet i portali internetowych, miałby też zagwarantowane miejsce w serwisach telewizyjnych najważniejszych stacji, co oznaczałoby olbrzymi skok wartości marki. Natomiast w stosunku do zespołu mężczyzn mielibyśmy do czynienia z bezcennym efektem edukacyjnym. Zmiana miejsca w szeregu – znacznie bardziej wyrazista niż podczas trwającej już na dobre rywalizacji z siatkarzami i hokeistami – wyszłaby im zdecydowanie na dobre. Ba, kto wie, może właśnie wizja powrotu na Bukową mogłaby stanowić największą z dotychczasowych motywacji, by w końcu osiągnąć wyczekiwany sukces? Zaszkodzić nie zaszkodzi, a spróbować warto, w końcu przez minioną dekadę już nie tak szalone pomysły w Katowicach realizowano.

Po porażce z Tychami prezydent Marcin Krupa zapowiedział zasadnicze zmiany w filozofii miasta wobec klubu. Jeśli chciałby skorzystać z opisanego w tym tekście pomysłu, oświadczam, że nie będę oczekiwał za tę koncepcję honorarium. Dziennikarze, wbrew powszechnej opinii, też potrafią działać pro publico bono.

Za to na koniec chciałbym Państwu przytoczyć bardzo świeżą anegdotę z pewnego ważnego spotkania biznesowego w stolicy. Jeden z biznesmenów, pasjonat szachów, a więc dziedziny, w której nowa, nie do końca jeszcze zintegrowana sekcja GKS-u, czyli Wasko Hetman GKS Katowice, święci olbrzymie triumfy, usłyszał dyskusję o wyczynach piłkarzy i całkiem serio stwierdził: – Nie wiedziałem, że Wasko ma jakieś inne sekcje.

Teraz, dzięki sekcji kobiet, może nawet on będzie wiedział, że co GKS, to GKS…

Polską piłką rządzą kibole. Jeśli ktoś miał w tej materii jakiekolwiek wątpliwości w minioną środę z pewnością się ich pozbył. Spółka Ekstraklasa załopotała wtedy białą flagą, a jej szefowie, bladzi ze strachu, schowali do schronów, by tam po kryjomu wręczyć medale najlepszym zespołom w firmowanych przez siebie rozgrywkach. Co więcej, w ramach bezwarunkowej kapitulacji poważnie rozważali złamanie zasad rywalizacji i przeniesienie meczu z Poznania do Warszawy.

Pożytek z kabaretu, który zorganizowany zostanie po niedzielnej ostatniej kolejce, jest niepodważalny. Można bowiem odtrąbić całkowity koniec mirażu, jaki próbowano wywoływać w ostatnich latach. Najpierw prawdziwą wartość ligi obnażały kolejne edycje europejskich pucharów, teraz zdarte z niej zostały ostatnie sreberka, którymi Ekstraklasa SA ozdabiała i ozdabia za pośrednictwem Canal+ swój kiepski produkt. Nikt nie uwierzy już w opowieści, że kibolstwo w polskiej piłce stanowi nic nie znaczący margines. Prawda wygląda inaczej – właśnie to środowisko przejęło de facto już nie tylko rolę zarządzającą w większości klubów, ale i funkcję Rady Nadzorczej całych rozgrywek. Ba, ma przełożenie również na kwestie sportowe. Przecież to właśnie kibole własnoręcznie rozstrzygnęli jak będzie wyglądał układ sił przed ostatnią kolejką zarówno w strefie spadkowej jak i mistrzowskiej, zabierając punkty Piastowi i oddając je Górnikowi.

W skórę ostatniego szeryfa w mieście bezprawia próbuje wejść PZPN. Stanowcze oświadczenie wydane po „ceremonialnych” decyzjach Ekstraklasy było celne. Tyle tylko, że po pierwsze miało znaczenie jedynie ozdobne, a po drugie zabrzmiało fałszywie w kontekście tego, co sam Związek spotkało – nie po raz pierwszy zresztą – przy okazji finału Pucharu Polski. To po nim prezes Zbigniew Boniek (zasiadający również w Ekstraklasie) sam przyznał, że nie ma pomysłu, jak nie dopuścić do sytuacji, w której, to cytat, „dziesięciu debili rozwala cały system”. Prezes PZPN pokonał długą drogę od optowania za legalizacją racowisk do całkowitej utraty zaufania wobec organizatorów tzw. opraw, jednak poczucie bezradności powinno wywoływać nie rezygnację, a mobilizację. Kto jak kto, ale Boniek mechanizmy lobbowania zna wyśmienicie, więc czas, by zaczął naciskać (np. poprzez reglamentowanie biletów na lożę VIP na mecze kadry) na władze państwa. Bez wprowadzenia szybkich regulacji prawnych stanowiących narzędzia do walki z patologią pozostanie ona tylko teoretyczna. Pierwszą koniecznością, wobec cotygodniowej kompromitacji agencji ochroniarskich, jest ponowne wejście na stadiony zawodowych funkcjonariuszy policji zamiast opancerzonych amatorów, przy czym optowałbym za zmianami w prawie pozwalającymi aby jej obecność była opłacana przez organizatorów spotkań, a nie przez ogół podatników. Kolejne punkty programu wszyscy zainteresowani są w stanie dopisać zapewne bez długich dyskusji, kończących się zazwyczaj jedynie biciem piany i mydleniem nią oczu.

Na pocieszenie medalistom sezonu 2017/18 pozostaje fakt, że w kraju nad Wisłą medalowa konspiracja nie jest bynajmniej nowością. Piętnaście lat temu sam byłem świadkiem, jak ówczesny prezes GKS-u Katowice, Piotr Dziurowicz, odbierał brązowe krążki na… dworcu. PZPN nadał je przesyłką konduktorską, chociaż formalnie zostały wywalczone – mniejsza o ujawnione po latach okoliczności – właśnie w Warszawie na Polonii. Także piłkarki Unii Racibórz zapisały się w tych niezwykłych annałach, gdy trofea za mistrzostwo kraju dotarły do siedziby klubu w paczce doręczonej przez listonosza.

A może warto wrócić do tamtych pomysłów i oficjalnie udawać, że nie chodzi w tym wszystkim o strach, ale o… tradycję? Bo przecież w dzisiejszych czasach tak zwany dobry PijaR jest na wagę złota. A medalu już na pewno.

Mark Williams. Tak nazywa się sportowy bohater minionego tygodnia. Jeśli jakimś cudem nie widzieliście jego niesamowitych zagrań w finale mistrzostw świata w snookerze, to pewnie zwróciły waszą uwagę zdjęcia nagiego faceta na konferencji prasowej. To właśnie on. Walijczyk, który w wieku 43 lat znów został najlepszym snookerzystą świata i po triumfie dotrzymał słowa stając przed dziennikarzami w pełnej, hmmm, krasie, a przy okazji martwiąc się co na to powiedzą sponsorzy, których znaczków nie miał za bardzo gdzie umieścić.

W decydującym fascynującym spotkaniu Williams pokonał swojego rówieśnika, również byłego mistrza Johna Higginsa. Stawką były olbrzymie pieniądze, ale także miano czempiona, który na tron wrócił po najdłuższej przerwie w historii. Od kilkunastu dni wynosi ona 15 lat. Po raz ostatni triumfator z Sheffield wygrał taki turniej w 2003 roku, czyli – aby uzmysłowić sobie jak wiele czasu minęło od tamtej chwili – niedługo po tym, jak piłkarska reprezentacja Polska przełamała „klątwę Piechniczka”, wróciła na mundial, a z jej pierwszego po 16 latach startu zapamiętaliśmy wyjącą hymn Edytę Górniak, szczekających na dziennikarzy kadrowiczów i Tomasza Hajtę depczącego Pauletę.

Teraz Williams znów został obrzucony złotym konfetti i paczkami banknotów (tytuł oznaczał wypłatę 425 tysięcy funtów, w przeliczeniu dobrze ponad 2 mln zł), a upływ czasu widać było przede wszystkim – jak to zwykle bywa – po dzieciach. Rodzinne zdjęcie nad zwycięskim dla Walijczyka stołem było zresztą jednym z najsympatyczniejszych momentów w całej historii snookerowych zmagań, zwłaszcza, że oklaskiwała je entuzjastycznie między innymi rodzina Higginsów. Ot, taka kultura daleka od footballu.

W tym samym czasie inny Williams, Frank, zmagał się wraz z córką Claire z poważnym kryzysem. Funkcjonująca pod ich rządami stajnia – swoją drogą co to za sentymentalne określenie w kontekście koni mechanicznych – Formuły 1 coraz wyraźniej traci dystans do własnej legendy, która i tak gaśnie od 1997 roku, czyli od zdobycia ostatniego indywidualnego (Jacques Villeneuve) oraz zespołowego tytułu. Obecny sezon to katastrofa – w czterech wyścigach Williams Martini Racing przywiózł do mety raptem 4 punkty (co daje mu ostatnie miejsce w klasyfikacji konstruktorów) i mnóstwo awarii oraz… krytyki. Najwięcej hejtu spada na głowę Siergieja Sirotkina. Dla polskich kibiców jego kłopoty to miód na serca. Rosjanin jest bowiem odpowiednikiem – przy zachowaniu proporcji wynikających z popularności obu dziedzin – sędziego Howarda Webba, czyli wrogiem publicznym oskarżanym o całą listę grzechów głównych i dwa tomy przewinień pomniejszych.

Na czele czarnego spisu znajduje się oczywiście wsparcie ze strony Władimira Putina i powiązane z tym bonusy finansowe, dzięki którym rosyjski kierowca miał zdobyć fotel w bolidzie na sezon 2018 kosztem Roberta Kubicy. Na nic zdały się oczywiście tłumaczenia szefów teamu, że zadecydowały inny czynniki. Kibice znad Wisły, którzy nigdy nie znaleźli się nawet w pobliżu toru, wiedzieli swoje, a każde testowe okrążenie w wykonaniu krakowianina stanowi dla nich koronny dowód na potwierdzenie swojej tezy, podsycanej przez samego Kubicę porozumiewawczymi uśmieszkami i znaczącym milczeniem. Frank Williams konsekwentnie jednak podkreśla, że los wkrótce się odmieni, a jego inżynierowie już wiedzą, co trzeba usprawnić. I zaczyna w tym przypominać Marka, który na szczyt wrócił po serii porażek i bolesnych rozczarowań. Paradoksalnie ekipie F1 w przełamaniu impasu mogą pomóc właśnie pieniądze Sirotkina, a wtedy to on będzie się uśmiechał ostatni.

Williams i Williams. Dwa światy, dwie pasje. Ale dziś łączy ich jedno – jeden i drugi król jest nagi. Tyle, że pierwszy rozebrał się dobrowolnie, a drugi nowe szaty próbuje dopiero uszyć.

Zarządzanie. Słowo, które na sporych obszarach polskiego sportu istnieje tylko teoretycznie. Być może wynika to z faktu, że w całym kraju jest tylko jeden geniusz znający się na wszystkich dyscyplinach (świeżo zarezerwowany przez siatkówkę, zawsze czującą, jak ustawić żagle), ale pies leży pogrzebany głównie pod brakiem odpowiedzialności. Nieraz już zwracałem uwagę na system wręcz zachęcający do beztroskiej zabawy, zwłaszcza tam, gdzie w grę wchodzą publiczne pieniądze, jednak ostatnie przykłady zdecydowanie stanowią inspirację do ponownego odgrzania tematu.

Spójrzcie chociażby na katastrofę polskiego hokeja na lodzie. Budapesztańskie Waterloo polskiej reprezentacji to efekt nie tylko słabego wyszkolenia zawodników i kiepskiej infrastruktury. Gwóźdź do trumny wbijał przez lata przede wszystkim zarząd PZHL, którego prezes bywał zresztą już wcześniej bohaterem tej rubryki. Teraz, gdy zamiast reprezentacyjnego lodu zostały zgliszcza, głos zabierają kolejni eksperci wskazujący przyczyny klęski. Co ciekawe, nie ma wśród nich byłego szefa związku, który w niesławie odszedł w lutym, gdy pod ścianą postawił go minister sportu, wyciągając pistolet naładowany raportem finansowym na temat nierozliczonych państwowych dotacji. Niezwykle elokwentny w czasie swych rządów nagle zaniemówił (przyznaję, że nie mam pewności, czy w ogóle znalazł się ktoś chętny, by podjąć próbę pociągnięcia go za język) i chociaż powinien siedzieć na ławce kar, relaksuje się w wygodnym fotelu.

Szczerze mówiąc, wcale bym się nie zdziwił, gdyby któregoś dnia wyszło na jaw, że wszyscy nieudacznicy, którzy pozostawiali po sobie spaloną ziemię i tony zaległych faktur, spotykają się kilka razy do roku w jakimś nieformalnym klubie. Po to, by przy szklance wypełnionej nie tylko lodem, oraz z cygarem w drugiej ręce, snuć wspomnienia, rechocząc przy co barwniejszych anegdotach (byłoby to jedno z dwóch takich miejsc. Pierwsze to Rada Nadzorcza Górnika, gdzie z automatu, chociaż bywały wyjątki, trafiali dymisjonowani prezesi, biorący wcześniej udział w zadłużaniu zabrzan i w jego sportowym upadku). We wspomnianym klubie można byłoby spotkać zapewne m.in. człowieka przez wiele lat deklarującego miłość do Ruchu Chorzów, a który po wyjściu z aresztu (gdzie bynajmniej nie trafił w kontekście zarządzania Niebieskimi i wyciągania pieniędzy z kasy miasta), podobnie jak jego hokejowy odpowiednik, nagle zapadł się pod ziemię…

Kandydatów do członkostwa można wymieniać długo. Czy ktoś na przykład wie, gdzie podziali się magicy, którzy własnymi rękami znokautowali boks amatorski? A co słychać u Najważniejszego Kolarza, który zabrał ze sobą słynne hasło „A wy nie pijecie?”. No i gdzie zniknął pewien kołymski drwal (nawiasem mówiąc, dobry znajomy kolegi z Ruchu), który omal nie wyciął do końca historii GKS-u Katowice? Zapewne każdy z Państwa może do tej listy dopisać kolejne postaci.

Na pytanie, dlaczego polski sport na taką skalę zamienia się w bagno, odpowiedź jest prosta i oczywista. Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze i układy. Pozostawienie po sobie ruin nie wiąże się bowiem z żadnymi konsekwencjami. Ba, zgodnie ze słynnym cytatem z Barei, mąż będący z zawodu prezesem, zawsze gdzieś tym prezesem znowu zostanie. Przykład idzie z góry – czy w świecie polityki rozliczanie jest prowadzone rzetelnie? Czy ktoś poniósł konsekwencje za podpisywanie w ostatnim dniu urzędowania nagród, podwyżek i aneksów stanowiących kukułcze jajo dla następcy?

Tytułowe pytanie trzeba więc odczytywać z ironią. Ale można dodać kolejne: „Jak się czujesz człowieku, patrząc dziś w lustro?”. Znając – także z autopsji – tupet bohaterów tego tekstu, obawiam się jednak, że odpowiedź wywołałaby w nas depresję, bo wzywani do tablicy przeglądają się głównie w wyciągach z konta.

Lanie, blamaż, kompromitacja, wstyd, żenada, hańba – lista takich określeń na temat występów Ruchu Chorzów sunie właśnie przez media. Trudno się temu dziwić, skoro piłkarze z Cichej i ich trener Dariusz Fornalak biją wszystkie antyrekordy blisko stuletniego klubu. Ubiegłotygodniowe 0:6 na własnym stadionie, z Pogonią Siedlce, klubem, który kibicom kojarzy się z… niczym, w dniu, gdy Ruch powinien świętować urodziny, było wydarzeniem symbolicznym. Jak się okazało nie stanowiło końca upokorzeń. Ba, wiele wskazuje na to, że mieliśmy do czynienia zaledwie z przystawką do porażająco gorzkiego dania w postaci degradacji.

Oglądając jak piłka raz po raz wpada do chorzowskiej bramki, tym razem w Legnicy, uświadomiłem sobie, że wśród wielu tekstów, jakie przeczytałem o dramatycznej sytuacji Ruchu nie znalazłem żadnego, próbującego odpowiedzieć na pytanie dlaczego wpadł w taką otchłań. Być może przyczyną tej zmowy milczenia jest fakt, że ojców tej klęski jest co najmniej kilku, a to oznacza spore możliwości narażenia się tu i ówdzie?

Sztandar zaczął wyprowadzać (a z herbem zrobił tak nawet dosłownie) oczywiście Dariusz Smagorowicz, ale ręce ubrudzili krwią także prezydenci Chorzowa i miejscy radni, którzy nie potrafili i nie potrafią wybrać pomiędzy przejęciem klubu na własność gminy a jednoznacznym potraktowaniu go jako firmy prywatnej. Śmiem twierdzić, że gdyby zamiast ulegać serii szantaży finansowo-emocjonalnych kilka lat temu podjęto kasacyjne decyzje podobne do tych, jakie zapadły niegdyś w Katowicach, dziś Ruch byłby w miejscu zbliżonym do GKS-u. A tak pod pozorem ratowania wlewano beton do tonącej łodzi tak długo, aż poszła na dno, zabierając ze sobą miliony złotych należące do mieszkańców miasta. I za to też ktoś powinien zostać rozliczony,

Zadziwiająco łagodnie w mediach traktowany jest obecny prezes Janusz Paterman. Skupiony na spłacaniu zaległości kompletnie stracił kontakt z rzeczywiastością, a kolejne decyzje obsady trenerskiej ławki graniczą z absurdem. Jest takie powiedzenie: jeśli w ciągu jednego sezonu zmieniasz szkoleniowca trzy razy, to znaczy, że popełniłeś dwa błędy, które dyskwalifikują się jako menedżera. Dodajmy do tego jakość piłkarzy, których udało się zatrzymać lub ściągnąć do klubu, a otrzymamy przepis na katastrofę i nawet ogłaszanie ekonomicznych wieści z kościelnej ambony nie wystarczy, by dokonał sie cud. A czy ktoś wie, jaką spójną wizję przyszłości ma szef klubu w przypadku spadku do II ligi? Ba, czy nie chodzi mu po głowie opuszczenie w takim przypadku gabinetu na dobre?

Na Cichej dzieje się źle, ale i mnożą się zagadki. Dlaczego Krzysztof Warzycha rozmienia swoją renomę na drobne, dając sie przesuwać z roli trenera do tłumacza i pośrednio firmują wszystkie kompromitujące wyniki zespołu? Dlaczego Fornalak, sponiewierany rezultatami przez własnych zawodników, zapowiada konsekwencje, chociaż nie ma do ich wyciągania żadnych sensownych narzędzi? Dlaczego klub ogłasza wojnę z kibicami i grozi im procesami sądowymi, a potem udaje, że nie podjął takich kroków z braku czasu?

Dziwnym trafem te pytania, a także sporo innych, równie oczywistych, dotychczas publicznie nie padły. I ten grzech medialnego zaniechania, które w kontekście Ruchu panuje od wielu lat, także jest jednym z kamieni, jakimi wybrukowano niebieską drogę do przepaści.