Archiwa tagu: Rafał Musioł blog

Nie ukrywam, że z wielką sympatią przeczytałem o procesie, jaki Michał Gniatkowski, poznański prawnik, a przede wszystkim kibic sportowy, wytoczył Adrianowi Zielińskiemu, sztangiście, który po ogłoszeniu wyników badań dopingowych, musiał w niesławie opuścić wioskę olimpijską w Rio. Pan Gniatkowski poczuł się tym upokorzony jako Polak, czyli osoba współfinansująca przygotowania sportowców, i domaga się publicznych przeprosin w gazetach oraz dwóch tysiączłotowych wpłat dla fundacji propagujących sport. Mecenas podkreśla też dwie kwestie: złamanie przez Zielińskiego przysięgi olimpijskiej, a także uporczywe nieprzyznawanie się do winy, a co za tym idzie brak skruchy. Doprawdy trudno mu w tym precedensowym pomyśle nie kibicować…

Zawsze powtarzałem, że na przykład w korupcyjnej aferze w polskiej piłce zabrakło takiej właśnie kropki nad i. Mrowie kibiców, mniej lub bardziej regularnie, obstawiało przecież u bukmacherów wyniki krajowych meczów, mając – biorąc pod uwagę skalę procederu – mizerne szanse na zgarnięcie wygranych. Przegrane kupony – de facto pieniądze – trafiały więc zmięte do kosza na śmieci. A szkoda… Bo w przypadku ich zachowywania można było się pokusić o niezwykły proces sądowy, w którym stawką byłoby uznanie finansowych wygranych nie na podstawie boiskowych wyników, a właśnie wyroków udowadniających, że rezultaty te były wyreżyserowane. I winni takiego stanu rzeczy wypłacaliby, niczym bukmacherzy, niedoszłe wygrane oszukanym graczom… Zapewne dla sprzedawczyków byłoby to nawet bardziej bolesne niż późniejsze zawieszenia w działalności sportowej.

Ale wracając do Zielińskiego. W całej sprawie zwraca też uwagę strój, w jakim pan sztangista wybrał się do sądu. Krótkie spodenki i różowa koszulka być może mogłyby być nawet powodem pozwania go… przez tenże sąd za obrazę powagi zgromadzenia. Z drugiej strony Zieliński i tak zachował się przyzwoicie, bo mógł na przykład wbiec na salę prosto z treningu, w firmowym stroju, wąskim w kroku i z ramiączkami, nie zapominając o tradycyjnym wśród sztangistów geście przetarcia dłoni białym proszkiem (o niuchnięciu pobudzacza z miniaturowej buteleczki nie wspominając). Co prawda wtedy trzeba by zatrudnić kolejnych specjalistów do przebadania składu tej substancji, ale to już właściwie zupełnie inna historia.

Miała być rewolucja, w której polska piłka z odkrytą głową stanie na czele pochodu, a wyszedł pasztet. System wideoweryfikacji mający wyeliminować – no dobra, powiedzmy mocno ograniczyć – element krzywdy i niesprawiedliwości, okazuje się przede wszystkim okazją do, chociażby nieświadomych, ale jednak manipulacji. A wszystko dlatego, że zamiast demokratycznej masowości mamy do czynienia z wyjątkowością. Nawet nie chodzi o to, że kosmiczny pojazd nie stoi wszędzie tam, gdzie kopie się piłkę w sposób zorganizowany (chodzi o strukturę rozgrywek, bo w kontekście boiskowym pojęcie to bywa abstrakcją na każdym szczeblu), ale że nawet w tak zwanej elicie jest oficjalnie stosowany tylko w pojedynczych przypadkach.

I właśnie to musi budzić emocje. Znaki zapytania można i należy stawiać już przy wyborze meczu, który znajdzie się pod tak szczególnym nadzorem. Bo dlaczego w siedmiu ósmych rozgrywek można się mylić, uznawać gole, których nie ma lub które zostały zdobyte nieprawidłowo, a w jednej ósmej są one weryfikowane? Czy to nie bonus dla tych, którzy mają szansę dzięki ludzkim błędom skorzystać na braku oficjalnego monitoringu i jednocześnie rażąca niesprawiedliwość dla drugiej strony, której taką szarą strefę odebrano? Krótko mówiąc: została złamana elementarna zasada równości, stanowiąca podstawę sportowej rywalizacji.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z faktu, że każda nowinka potrzebuje czasu, że w przypadku VAR-u jest on niezbędny, by przeszkolić obsługę systemu i przede wszystkim samych sędziów, ale znacznie sprawiedliwsze byłoby kontynuowanie tych przygotowań na sucho, tak jak dzieje się to na wspomnianej większości spotkań, a na potrzeby „egzaminacyjne” stosowanie VAR-u na przykład w finale Pucharu Polski czy opłacanych przez PZPN meczach towarzyskich. Właśnie w takim praniu wychodziłyby na jaw także poboczne problemy, jak chociażby brak komunikacji z kibicami na trybunach, którzy nie mogą z sędzią zajrzeć do „lodówki” i poznać uzasadnienia jego decyzji. A przecież jeśli powiedziało się A, należy powiedzieć B i wzorem siatkówki czy tenisa pokazać analizę na telebimie, którego posiadanie zostałoby wpisane do podręcznika licencyjnego. Dla wszystkich oczywiście. Bo to jedyna zasada, która w piłce nigdy nie powinna być łamana: albo wszyscy albo nikt!

Wyobraźcie sobie Państwo, że pożyczacie komuś wielkie pieniądze. I pewnego dnia o świcie dowiadujecie się, że wierzyciel, który i tak miał problemy ze spłatą dotychczasowych rat w terminie, zbankrutował. Czy nie będzie naturalnym odruchem spotkanie, na którym zorientujecie się, czy kolejne spłaty w ogóle będą możliwe i wystąpienie o nową formę zabezpieczenia swoich milionów?

Tak właśnie postąpił prezydent Chorzowa w kontekście Ruchu Chorzów. Niebiescy stracili przecież wszystko – nie mają już piłkarzy, których da się korzystnie sprzedać, bo wszyscy odeszli za darmo, nie dostaną milionowych zastrzyków z telewizji, bo spadli z Ekstraklasy, ba, nie mają nawet swojego herbu, bo wciąż tkwi zastawiony w banku. A na domiar złego były prezes, który zabezpieczył pożyczkę swoimi nieruchomościami, wije się jak piskorz, żeby się z tego układu wycofać.

Prezydent Kotala zrobił więc tylko to, co zrobić musiał. Wypowiedział wcześniejszą umowę (miał do tego prawo), by uzgodnić nowe warunki odzyskania publicznych pieniędzy. I nagle spadł na niego medialny hejt, w którym zginęło meritum sprawy: te miliony należą do miasta i jego mieszkańców! A tymczasem z wielu przekazów można było odnieść jednoznaczne wrażenie, że Chorzów zrobił skok na… klubową kasę!

Pojawiło się też oskarżenie poboczne, że należało tę sprawę przeprowadzić dyplomatycznie. Otóż nie – o publicznych pieniądzach należy mówić publicznie, głośno i wyraźnie. Podobnie jak wątpliwy wydaje się argument, że cała sprawa może Kotali zaszkodzić w roku wyborczym. Po pierwsze, frekwencja na Cichej spada z roku na rok i składają się na nią mieszkańcy wielu miast, a po drugie – powszechne zmęczenie cynicznymi gierkami prowadzonymi z miastem przez kolejnych szefów Ruchu może sprawić, że efekt przy urnach okaże się korzystniejszy w przypadku stanowczych rozwiązań problemu.

Na koniec coś z całkiem innej beczki. Robert Lewandowski będzie miał w Kuźni Raciborskiej ulicę swojego imienia. Wszystko wskazuje, że to jednak nie fejk (w przeciwieństwie do wieści o zmianie płci dziecka Angeliny Jolie), a szkoda. Zwłaszcza że jakiegokolwiek związku RL9 z Kuźnią nie widać – może poza posiadaniem przez mieszkańców telewizorów. Być może chodzi jednak o to, by ośmieszyć polityczną przymusową zmianę nazw ulic. Wtedy sam postulowałbym powstanie okazałej alei Mariana Janoszki w Radzionkowie, przestronnego placu Jana Furtoka w Katowicach, a nawet mrocznego zaułka Dariusza S. w Chorzowie.

Reforma. Piękne słowo. Stanowiące przede wszystkim idealny kamuflaż dla psucia czegoś, co już działa. W imię konkretnych interesów. Zazwyczaj partyjnych, ale nie tylko…

Ta, o której będzie mowa, dotyczy piłki nożnej. Gra już się rozpoczęła. Pierwsza na boisko wyszła Ekstraklasa, występując z irracjonalnym wnioskiem o zlikwidowanie podziału punktów, ale pozostawienie systemu ESA-37. To kompletna bzdura, bo oczywistą oczywistością jest fakt, że ten najbardziej niesprawiedliwy punkt rozgrywek, czyli odbieranie klubom połowy wypracowanego dorobku, paradoksalnie stanowi jedyny atut całego modelu.

Nic więc dziwnego, że PZPN skorzystał z okazji i z tak wystawionej piłki przeprowadził zabójczą kontrę. Zbigniew Boniek przedryblował pół boiska ośmieszając rywali barwnym wywiadem, potem postawił na zespołowość, oddając inicjatywę najbardziej zainteresowanym, czyli właścicielom i prezesom klubów, a na końcu huknął z dystansu na temat powiększenia ligi do 18 drużyn.

To jasny sygnał, że właśnie do takiego rozwiązania będzie PZPN dążył. W dodatku znajdzie poklask tych, którzy od lat bezskutecznie dobijają się do elity, w nadziei na telewizyjne frukty, jakie się z nią wiążą. A ponieważ byli i są za słabi, by przedrzeć się przez obecne wąskie gardło awansów, poszerzenie mostu stanowi dla nich wymarzoną szansę.

Co ciekawe, pomimo tak oczywistych manewrów nie słychać na razie otwartej i szerokiej debaty. A przecież koronny argument zwolenników powiększenia brzmi absurdalnie. Ich zdaniem jesteśmy rzekomo zbyt dużym krajem, by Ekstraklasa liczyła 16 drużyn. Panowie, naprawdę waszym zdaniem wszystko zależy od wielkości i przelicznika liczby klubów na kilometr kwadratowy? A gdzie w tym wszystkim jakość, czyli realny wyznacznik wartości produktu? Patrząc obiektywnie większość osób kręcących się przy piłce zdaje sobie sprawę, że powinno się pójść w drugą stronę – zmniejszenia liczebności do 12, a może nawet 10 zespołów, które mogłyby rozgrywać cztery rundy, czyli 36 kolejek. Bo o ile nawet mecze Legii z Lechem nie są gwarancją wielkiego widowiska, to zdecydowana większość obecnego terminarza gwarantuje tylko mecze marne i marniejsze.

To doprawdy zadziwiające, ale niewiele mediów na świecie zwróciło uwagę na stawkę niedawnego meczu Tottenhamu z Manchesterem United. Ba, nawet piłkarze gospodarzy chyba nie do końca zdawali sobie z niej sprawę, bo w przeciwnym wypadku byliby sparaliżowani jak Miłosz Przybecki na widok pustej bramki. A przecież gra toczyła się nie tylko o punkty Premier League, ale przede wszystkim o awans Arki Gdynia do kolejnej rundy Ligi Europy!

Naprawdę tak było. Dzięki temu, że Koguty pokonały Czerwone Diabły, spora część Europy odetchnęła z ulgą. Zdobywca Pucharu Polski rozpocznie mianowicie swoje występy w LE nie od drugiej, ale od trzeciej rundy, co oznacza, że całe mnóstwo klubów z pogranicza Starego Kontynentu i Azji uniknie wyczerpującej podróży nad Bałtyk w dodatku z dość umiarkowaną i oscylującą w granicach 50 procent szansą na sportowy sukces.

Przede wszystkim odetchnęła jednak sama Arka. Późniejszy start w pucharach oznacza krótszy w nich udział, a więc i krótsze zapewne trwanie – jak to romantycznie ujął niegdyś Michał Probierz – pocałunku śmierci, jakim są dla polskich zespołów występy na europejskich salonach (no, powiedzmy, w ich przedpokojach albo innych werandach). O czym przekonali się także ubiegłoroczni uczestnicy tej zabawy, czyli wicemistrzowski Piast Gliwice, „brązowe” Zagłębie Lubin i finiszująca tuż za podium Cracovia, które w maju 2017 solidarnie bronią się przed spadkiem z Ekstraklasy.

Na szczęście dla Arki Tottenham udźwignął odpowiedzialność i misję zrealizował. Co prawda klubowe źródła nie ujawniły, jaki prezent dziękczynny został wysłany za kanał La Manche, ale z pewnością na beczkę śledzi „Koguty” zasłużyły. Tym niemniej trzeba też zwrócić uwagę na zapobiegliwość, a nawet profilaktykę, jaką zastosowały w kontekście pucharowym kluby ze Śląska. Piast szybko wyciągnął wnioski z poprzedniego sezonu, a Ruch na wszelki wypadek zadbał o to, by nie dostać nawet licencji na całowanie, sorry, pucharowanie.

No jak tak można? Nie dość, że walczą z chorobą, ba, z prawdziwą epidemią, to jeszcze świat zamiast wyrazów współczucia śle w ich kierunku kpiny, w czym celuje zwłaszcza Justyna Kowalczyk. A przecież co zdrowa może wiedzieć o cierpiących? No, po prostu zawiść ludzka nie zna granic…

W tym (na wszelki wypadek od razu zaznaczę, że ironicznym) wstępie mowa oczywiście o Norwegach, którzy brną w wyjątkowo grząski śnieg w aferze dopingowej. Dyskwalifikacja i odebranie Kryształowej Kuli Martinowi Johnsrudowi Sundby’emu, a potem prawdziwa bomba w postaci przyłapania na stosowaniu niedozwolonych środków samej Therese Johaug, wprawiła ich bynajmniej nie w oczywistą wydawałoby się konfuzję, a w złość i manię prześladowczą. Z tych całych nerwów zapewne inhalatorów użyli nie tylko zadeklarowani astmatycy biegający na co dzień – oczywiście w ramach zalecanej przez medyków kuracji – na nartach, ale także ich trenerzy i działacze. A zwłaszcza Espen Bjervig, szef marketingu norweskiego związku narciarskiego. Ten nawdychał się wziewnych sterydów do tego stopnia, że napisał do szefa Teamu Santander, w którym startuje obecnie Kowalczyk, że jej ostatnie wypowiedzi to złamanie umowy, na mocy której mieli do siebie „nie strzelać”. Okazało się, że właśnie ten esemes był najgłośniejszym strzałem, w dodatku we własne norweskie kolano.

W całej tej aferze wyraźnie jednak widać drugie dno, wyścielone plikami banknotów. Dlatego właśnie światowa federacja narciarska nie za bardzo wie, jak ugryźć problem, bo przecież Norwegowie stanowią jedno z nielicznych w biegach narciarskich źródeł wielkich pieniędzy. To w dużej mierze dla nich telewizje kupują prawa do transmisji z Pucharu Świata i to oni przyciągają na trasy mnóstwo zamożnych kibiców. Ba, dopingowy skandal z punktu widzenia marketingowego (prawda, panie Bjervig?) może okazać się dla tej dyscypliny zbawienny, nie ze względu na szansę oczyszczenia, a z powodu emocji, jakie zawsze budzi walka złych charakterów z dobrymi. A ta stanie się jeszcze bardziej wyrazista teraz, niż wtedy, gdy Kowalczyk „po prostu” rywalizowała z norweską koalicją na podejściu pod Alpe Cermis. FIS też zdaje sobie z tego sprawę – stąd konsternacja i brak zdecydowanych antyastmatycznych działań.

Podobne kunktatorstwo nie jest jednak obce żadnej sportowej federacji. Tam, gdzie w grę wchodzą miliony euro, idealizm znajduje się w opałach. Następni w kolejce stoją już Katarczycy, którzy kupili sobie mundial, ale zapomnieli, że nierozerwalnie jest z tą imprezą związany hojnie dotujący ją browar… I właśnie zakazana w islamie butelka piwa może okazać się dla FIFA tym, czym stał się astmatyczny inhalator dla FIS.

Miało być wspaniale, a jest jak zwykle. Jasne, że to dopiero pierwsze koty za płoty, ale ostatnie mecze Ruchu Chorzów oraz pierwszoligowe inauguracje Górnika Zabrze i GKS-u Katowice pokazują, jak wiele dzieli marzenia od rzeczywistości. Zwłaszcza w przypadku dwóch klubów z zaplecza Ekstraklasy problem wydaje się głębszy niż tylko sportowy.

Zabrzanie z ekstraklasy spadli zasłużenie, a finansowo wracają właśnie do czasów przedobligacyjnych. Katowiczanie w I lidze tkwią już od 10 lat i ani razu przez tę dekadę nawet nie otarli się o awans do elity… Tymczasem w powszechnym w regionie myśleniu, także kibicowskim, wciąż dominuje historia, czyli tytuły, puchary i mecze w Europie. I właśnie stąd szok, odczuwalny na internetowych forach, po meczu przegranym z „takimi” Wigrami czy „jakąś” Miedzią.

Podobna otoczka towarzyszy reprezentacji Anglii. Na każdy turniej przyjeżdżającej z poczuciem wyższości, choć ostatni – a w jej przypadku jedyny – cenny medal dawno został już przykryty grubą warstwą kurzu. W przeciwieństwie do znacznie świeższych wpadek, a nawet kompromitacji. I tak się to już toczy przez całe lata, podczas których spasione na telewizyjnych lukrach kociaki udają groźne Lwy.

Czy Wy też macie wrażenie, że to wypisz wymaluj sytuacja identyczna z tą, z jaką mamy do czynienia na piłkarskim Ślasku?