Archiwa tagu: Rafał Musioł blog

Słuchajcie, po co ci nasi zimowi olimpijczycy w ogóle pakują się w sport, skoro wciąż narzekają, że w kraju nie ma warunków treningowych i muszą spędzać 300 dni w roku na obczyźnie? No i potem twierdzą, że w takiej sytuacji lokaty niemieszczące się nawet w depeszach agencyjnych trzeba traktować jako sukces…

Ta kwestia, postawiona w całkiem miłych okolicznościach przyrody, to znaczy z mrozem i zimnem na zewnątrz, za to kominkiem wewnątrz, wzbudziła znienacka ożywioną dyskusję. Traf chciał, że na jej podkładzie migotał obraz z Pjongczangu z głosem komentatora, wyraźnie podnieconego wyczynem kombinatora norweskiego (chociaż rodem z Polski) finiszującego na miejscu dwudziestym którymś. A przecież trzeba mieć jeszcze świadomość, że na igrzyskach – z racji wielu ograniczeń, także czystki dopingowej – startuje znacznie mniej zawodników niż w Pucharze Świata, więc pozycje na końcu olimpijskiej stawki oznaczają, że Biało-Czerwoni de facto grają w innej lidze niż większość globu.

Ostatecznie udało nam się dojść do – modne teraz słowo – consensusu. Uznaliśmy mianowicie, że sam wybór takiej, a nie innej drogi życiowej to jedno (stypendia, podróże, wyżywienie, medale mistrzostw Polski to w końcu nie w kij dmuchał, zwłaszcza gdy jest się pięknym, młodym i singlem/singielką), ale wysyłanie takich pasjonatów na igrzyska to jednak już coś całkiem innego. Zwłaszcza jeśli przyjmiemy do wiadomości, że pomimo romantycznej legendy, impreza ta przesiąknięta jest do cna profesjonalizmem. A na takim tle widać jeszcze wyraźniej, że większość ekipy z dużego i dumnego kraju w środku Europy stanowi, niestety, grupę amatorskich hobbystów.

Wracając do meritum. Czy Polska naprawdę musi wysyłać na igrzyska kilkudziesięciu sportowców niemających żadnych szans na sukces? I wraz z nimi prezesów związków, którzy na czas imprezy wstydliwie znikają sprzed kamer, by po powrocie do kraju bić coczteroletnią pianę o planowanym stworzeniu infrastruktury i zmianach systemu szkolenia, z czego nikt nigdy ich nie rozlicza?

Aby wstać z kolan, trzeba stawiać takie właśnie najważniejsze i proste pytania. I kolejne – dlaczego przed igrzyskami PKOl (swoją drogą sens istnienia tej instytucji to temat na osobny felieton) zamiast snuć wizję cudów, nie zaprezentuje publicznie realnego planu minimum dla każdego z olimpijczyków? I dlaczego Ministerstwo Sportu nie przedstawia dokładnego raportu z kosztów przygotowań kadrowiczów? Tak, aby wykazać czarno na białym, ile kosztowało nas wysłanie do Azji saneczkarza, który zapomniał maski (dobrze, że sanki zabrał) albo biathlonistów przyzwyczajonych do schodzenia z trasy po zdublowaniu przez konkurentów.

Oczywiście – powie ktoś, że wszyscy wyjeżdżający wypełnili określone wcześniej minima. No cóż… Po pierwsze, sprawa nie jest taka oczywista, bo na przykład w zarządzanym przez Apoloniusza Tajnera związku narciarskim nie bardzo wiadomo co – poza obawą przed potencjalnymi przegranymi procesami – zadecydowało o tym, że do Azji wysłano dwóch siebie wartych alpejczyków. A po drugie, może określenie minima traktowane jest zbyt dosłownie i normy należy jednak wyśrubować do poziomu gwarantującego uniknięcie zarzutu o organizowanie turystyczno-towarzyskich olimpijskich wycieczek?

Czas na pobudkę i zastąpienie fantazji racjonalnością. Spójrzmy na przykład na Norwegów. Ole Einar Bjoerndalen, prawdziwa legenda Norwegii, igrzysk i światowego sportu w ogóle, ogląda Pjongczang w telewizji. Nie znalazł się w reprezentacji i nie odbyła się ogólnonarodowa debata, że to niesprawiedliwe, bo mu się taki wyjazd po prostu należy za zasługi. Uznano, że zasady są jasne i klarowne: nie spełnił wymogów, nie rokował już szans na sukces, nie poleciał. Koniec i kropka. Ba, nikt nawet nie wpadł na to, by na pocieszenie zrobić go na przykład jakimś attaché lub dyrektorem sportowym…

0,02. Taki procent Polaków zasiadał na trybunach podczas meczu Lotto Ekstraklasy w sezonie 2016/17. Ten wskaźnik z raportu Europejskiego Stowarzyszenia Piłkarskich Lig Zawodowych nie jest przesadnie eksponowany w opracowaniach tego dokumentu i trudno się dziwić, bo nijak nie da się go przedstawić w kategoriach sukcesu. A jednak to właśnie on daje sporo do myślenia – biorąc pod uwagę fakt, że nie sposób już narzekać na infrastrukturę, oznacza bowiem, że największym problemem polskiej ligi jest jej poziom sportowy, który nie skłania do wydawania pieniędzy na bilet.

Taki absolutnie logiczny i uprawniony wniosek, podparty cotygodniowymi dowodami empirycznymi, stanowi z kolei nie lada zagwozdkę dla uzasadnienia coraz bardziej nieuchronnej reformy rozgrywek, której głównym owocem ma być powiększenie ekstraklasy do 18 drużyn. O bezsensie rozwadniania i tak mocno przeciętnego produktu pisałem w tej rubryce już nie raz i zdania nie zmieniłem. Teraz jednak w projekcie pojawił się jeszcze jeden punkt, którego absurdalność skłoniła mnie do ponownego wzięcia tematu na klawiaturę.

Chodzi mianowicie o opcję, zgodnie z którą, w systemie baraży, do elity mógłby awansować nawet zespół zajmujący w I lidze miejsce szóste. Czy ktoś, kto na co dzień śledzi wydarzenia na tym szczeblu, zwanym trafnie zapleczem (czyli czymś, co niekoniecznie pokazuje się światu), mógłby wpaść na taki pomysł? W rozgrywkach gdzie trudno znaleźć dwa kluby, których awans nie obniżyłby wartości ekstraklasy, miałoby być takich potencjalnych kandydatów aż sześciu?! A gdzie niby stoją ich nowoczesne stadiony? Gdzie księgowi pławiący się w solidnych podstawach finansowych? I wreszcie gdzie- nie licząc kilku rozsianych po całej tabeli rodzynków – piłkarze, których naprawdę chcielibyśmy oglądać w wyższej lidze?

Wszystko na kilometr pachnie przysługą dla tych, którzy mają wielkie ambicje, ale małe możliwości ich spełnienia na obecnej wąskiej ścieżce awansu sportowego. A to oznacza, że jest tak śmiesznie, że aż strasznie.

Jeden z moich przyjaciół tuż przed rozpoczęciem igrzysk w Pjongczangu stwierdził, że polskich medali się nie spodziewa, zamierza natomiast kolekcjonować tłumaczenia naszych olimpijczyków po kolejnych klęskach i rozczarowaniach. Jak się okazuje trafił w dziesiątkę, bo wypowiedzi niedoszłych czempionów są znacznie efektowniejsze od ich występów. Co więcej, kronika złotych myśli Biało-Czerwonych rośnie z dnia na dzień, w przeciwieństwie do dorobku chociażby tylko punktowego.

Biathlonowe nogi z betonu, zbyt szybkie narty alpejczyka, złośliwe jury skoczków – gdyby nie ta kumulacja zdarzeń bylibyśmy potęgą. A gdyby saneczkarz ubierając w poniedziałek płaszcz nie zgubił maski – co uświadomił sobie w momencie, gdy zapalono mu zielone światło w lodowej rynnie – poświęcilibyśmy mu dziś wszystkie czołówki.

Kibice pewnie szczęśliwi nie są, ale za to naszym reprezentantom dopisują humory i nie opuszcza ich nadzieja na lepsze jutro (no, może pojutrze). Jak jeden mąż i jedna niewiasta, powtarzają, że najważniejsze starty dopiero przed nimi, bo w tych, które są już historią, tak naprawdę sukcesu nie należało od nich oczekiwać. Zresztą trzeba pamiętać, że w igrzyskach najważniejszy jest sam udział, a laury to sprawa wtórna. Zwłaszcza, że jest ich niewiele, a rywali – jak na złość – tłumy.

Na pocieszenie pozostaje świadomość, która przez wiele lat towarzyszyła kibicom piłkarskiej reprezentacji: że Polska i tak zawsze będzie mistrzem Polski.

Olimpiada to według dawnych encyklopedii czas pomiędzy igrzyskami. Teraz pojęcia te w powszechnej świadomości, a także w wykładni Rady Języka Polskiego, stopiły się w jedno. Trudno się zresztą dziwić, bo równie kanoniczna tradycja pokoju zawieranego na czas sportowych zmagań także rozwiała się w zadymie codzienności. Ba, została w okrutny sposób sponiewierana poprzez zamachy, bojkoty i przestępstwa dopingowe, dokonywane w czasie szlachetnej z założenia rywalizacji herosów.

Polacy jednak nie byliby sobą, gdyby również w tej kategorii nie zdobyli się na – bezkrwawą na szczęście – oryginalność. U podłoża najświeższej intrygi z olimpijskimi kółkami w tle tkwi nadwiślańska brutalna i prostacka polityka. Jej ofiarą padł prezes Orlenu (od razu, uprzedzając hejterów, zaznaczam, że ani mi on brat, ani swat, a benzynę tankuję zazwyczaj na innych stacjach).

Wojciech Jasiński, bo o nim mowa, tuż przed świętami Bożego Narodzenia został, przy dźwiękach kolęd zespołu „Ondraszki” ze Szczyrku i chrzęście łamanych opłatków, powołany na funkcję attaché polskiej reprezentacji w Pjongczangu. Krótko mówiąc, PKOl postawił na totalny koniunkturalizm i dopieścił człowieka, który trzymał w kieszeni klucz do skarbca z kasą, pozwalającą na sportowo-działa-czowskie rozpasanie.

Od tamtego dnia minęły niespełna dwa miesiące. W Pjongczangu znicz – w zależności od tego, kiedy czytacie Państwo te słowa – zapłonie za chwilę albo płonie już, Biało-Czerwoni poznają zakamarki wioski, ich prezesi zaułki koreańskiej mieściny, a tymczasem pozostawione w kraju myszy harcują. I podgryzają fotele. W efekcie niemal w momencie wciągania flagi na maszt, doszło w Orlenie do zmiany szefostwa. Jasińskiego pozbawiono gabinetu, do którego wprowadza się właśnie Daniel Obajtek. W zaistniałej sytuacji attaché z pewnością wszystkie swoje siły i myśli poświęca powierzonej mu misji… W środę w Pjongczangu nikt nie był w stanie odpowiedzieć na pytanie, czy wybity na zawodowy aut attaché w ogóle w Korei się pojawi.

Wygląda na to, że nad funkcją tą ciąży fatum podobne do tego, jakie dopada chorążych. Przed Soczi też przecież nastąpiło potężne zawirowanie – z attachowania zrezygnował Adam Małysz, gdy okazało się, że musiałby wycofać się z udziału w reklamach (nomen omen m.in. Orlenu)…

To jednak niejedyna refleksja, jaka towarzyszy mi w momencie rozpoczęcia igrzysk. Druga dotyczy już sportu, a w zasadzie jego kondycji. Wszystkie emocje w Pjongczangu dopiero przed nami, ale po lekturze wypowiedzi osób, które za nasze zimowe kibicowskie rozrywki odpowiadają, można odnieść wrażenie, że sto procent polskich nadziei związanych jest ze skokami narciarskimi.

Trzymając kciuki za Orłów, spróbujmy wybiec nieco w przyszłość. Nie trzeba być chyba Krzysztofem Jackowskim, by stwierdzić, że spodziewane krążki ze skoczni zostaną wykorzystane propagandowo do zasłonięcia pustych rąk kombinatorów norweskich, alpejczyków i biegaczy, a prezes Apoloniusz Tajner wypnie pierś do orderów. Tymczasem zawiadywana przez niego instytucja nie jest Polskim Związkiem Skoków Narciarskich i odpowiada nie tylko za szaleństwa pod Malinką i Wielką Krokwią, ale i za infrastrukturalną – w kontekście profesjonalnych przygotowań sportowców – pustynię biegowo- zjazdową. A przecież o zmianę tego stanu rzeczy apelowała już Justyna Kowalczyk i to w najlepszych latach swojej kariery, gdy udowadniała, że raz na sto lat wielki talent może się urodzić nawet na kamieniu, ale regułą w takim otoczeniu są i będą klęski.

W tym nieco nostalgicznym nastroju życzę Państwu, by jednak okazało się, że zimowa Polska nie tylko skokami stoi, zwłaszcza że ich kibicow-ska otoczka – o czym miał odwagę powiedzieć Piotr Marusarz w wywiadzie dla Artura Gaca z Interii – nie przypomina tej telewizyjnej, bo z bliska ma dźwięk trąbki i zapach przetrawionego alkoholu.

Do worka z logo „#MeToo” można już wrzucić właściwie wszystko. Molestowania prawdziwe i rzekome, fizyczne i iluzoryczne, świeże i prehistoryczne. Skala akcji jest porażająca, ale wciąż pozostają regiony nieodkryte. Na przykład Bale Mistrzów Sportu, gdzie – z konieczności – zamiast laureatów na scenie pojawiają się ich żony bądź partnerki.

Żaden chyba wyczyn boiskowy nie budzi bowiem tylu emocji i wrażeń co kreacja, karnacja, fryzura, makijaż i odsłonięte powierzchnie ciała pań i panien, na co dzień obcujących – dosłownie i w przenośni – z Gwiazdami Masowej Wyobraźni. I na użytek tej ostatniej
w grę włącza się coraz większa część mediów, dla których podobne wydarzenia są niczym zastrzyk tlenu. A że większość „kibicowskich” komentarzy dotyczących wyglądu wybranek sportowych serc (ale również wyróżnianych sportsmenek, pracujących jednak przy takich okazjach dobrowolnie i na własny rachunek) ma charakter molestująco-upokarzający? No cóż, liczy się dobro najwyższe, czyli kliki, lajki i odsłony…

Typowy dla takich zdarzeń scenariusz obejrzeliśmy przy okazji organizowanego przez „Przegląd Sportowy” wyboru sportowca roku 2017. Werdykt stawiający wyżej loty Kamila Stocha niż kopnięcia piłki Roberta Lewandowskiego był być może dyskusyjny, ale najważniejszy okazał się „pojedynek” ich żon – Ewy z Anną, zwłaszcza że obie zaprezentowały różne style i różne preferencje modowe. Świetnym więc instynktem wykazał się zwycięzca Turnieju Czterech Skoczni, który z ekranu oświadczył, że żona jest jego najlepszą wizytówką, zdobywając dla niej wśród przedekranowego jury dodatkowe punkty.

Na tej wykreowanej rywalizacji zyskała też ta Trzecia, czyli Marcelina Hula. Uparcie pokazywana przez operatora Polsatu zamiast swojej przyjaciółki Ewy, zgarnęła część tortu, przy okazji niechcący wystawiając niefortunnego kamerzystę i realizatora na pośmiewisko oraz falę hejtu. Z takiej wpadki nie mogła przecież nie skorzystać grupa ekspertów od biografii i wizerunków celebrytów, czyli po prostu większość narodu z zapartym tchem przyglądająca się, czy na stoły podano już „ciepłe” i czy Apoloniusz Tajner po zgoleniu wąsa wygląda lepiej na tle dziewczyny, którą kiedyś brukowce uznały za pochodzącą z Pakistanu Pamelę, a naprawdę okazała się Izabelą Podolec z Jarosławia.

Bo właśnie hejt i chęć molestowania wydają się motorem napędowym wielu oglądaczy takich zdarzeń. I nawet jeśli ataki mają wymiar jedynie słowny, nadają się do akcji „MeToo” tak samo, jak mroczne historie odkrywane właśnie przez Hollywood. A co najgorsze – to zjawisko bazujące na tchórzliwej anonimowości wciąż rośnie. I jest coraz bardziej obrzydliwe.

Igrzyska w Pjongczang rozpoczną się za 34 dni. W skali czteroletniej olimpiady to już nawet nie ostatnia prosta, a najazd na próg. I co? I nic. Nie macie wrażenia, że oczekiwania i dreszcze emocji, związane ze zbliżającą się najważniejszą imprezą sportów zimowych, zniknęły w wirach bieżących wydarzeń? Nikt nie analizuje szans medalowych, nikt nie fascynuje się potencjalną liczebnością reprezentacji, nikt nie pokazuje aren od tak zwanej kuchni… Ewentualne ogniska emocji dotyczą wyłącznie kwestii politycznych – pozbawienia Rosjan prawa startu pod własną flagą i negocjacji odnośnie startu Koreańczyków z Północy.

Tak jak współczesnym dzieciom spowszedniały kreskówki Disneya, na które niegdyś oczekiwało się od święta do święta, tak samo spada atrakcyjność igrzysk. Największe gwiazdy sportu mamy na co dzień, mecze najlepszych hokeistów świata pokazuje nawet publiczna telewizja, skoki stały się cotygodniową przyprawą do rodzinnego obiadu, a prawdziwą skalę zainteresowania biegami pokazuje poziom oglądalności Tour de Ski bez udziału Justyny Kowalczyk. I nawet skok wykresu liczby planowanych podczas igrzysk urlopów wynika przede wszystkim z planów na ferie, a nie programu startów panczenistów.

Oczywiście nie można mieć wątpliwości, że gdy znicz już zapłonie – co wiele osób dostrzeże z zaskoczeniem – Pjongczang także nad Wisłą stanie się centrum sportowego świata. Przez dwa tygodnie będziemy bilansować sukcesy i rozczarowania, kpić z norweskiej astmy, szukać polskich pociotek w biografiach wielkich gwiazd, zastanawiać się, co na kasku namaluje Kamil Stoch i zżymać na komentatorów telewizyjnych. Nie sposób jednak uciec od wrażenia, że nie ma w tej zabawie dawnej autentyczności i towarzyszącego nam niegdyś głodu wielkich wrażeń, a ich miejsce zajęła gigantyczna machina służąca przede wszystkim spełnianiu oczekiwań sponsorów, dla których najważniejsze są słupki i wskaźniki. A to prosta droga do zarżnięcia kury znoszącej złote jajka. I nie jest to tylko specyfika sportów zimowych. Na takiej ścieżce od dłuższego czasu znajduje się siatkówka, w podobnym kierunku uparcie pcha się także piłkarska Liga Mistrzów, rozcieńczająca atrakcyjność w rozbudowanych do przesytu strukturach rozgrywek.

Problem igrzysk nabrzmiewa. MKOl robi dobrą minę do złej gry, ale zaczyna mieć coraz większe kłopoty nawet ze znalezieniem chętnych na ich organizację. Jest coraz drożej, coraz bardziej egzotycznie i coraz mniej demokratycznie. Czy można się więc dziwić, że obrazoburcze z pozoru pytanie o potrzebę organizowania igrzysk w obecnym kształcie staje się pytaniem fundamentalnym?

Zapewne większość z nas, facetów, zna tę sytuację, gdy za pośrednictwem bezpośredniego ulicznego marketingu próbuje się nas zwabić do miejsc, w których największą atrakcją są pokazy tańca na rurze. Co jednak ciekawe – wśród wielu zachęt nie pada ta, która mogłaby być najskuteczniejsza, czyli bazująca na instynkcie kibicowskim. A tymczasem pole dance jest od niespełna miesiąca oficjalną dyscypliną sportu. Ba, ma aspiracje, by znaleźć się w programie igrzysk olimpijskich!

Federacja tańca na rurze zrzesza obecnie piętnaście krajowych federacji, w tym polską. Aby zachować status dyscypliny profesjonalnej musi w ciągu dwóch lat przyciągnąć jeszcze co najmniej dwadzieścia pięć narodowych organizacji. Szefowa International Pole Sports Federation, Katie Coates, nie ma żadnych wątpliwości, że ta misja się powiedzie. Szczerze mówiąc optymizm ten ma solidne podstawy chociażby ze względu na potencjał związany z transmisjami telewizyjnymi. Oglądalność zawodów powinna bez problemów pokonać pułapy wyznaczone przez wiele dyscyplin – nazwijmy je po imieniu – konserwatywnych.

Nie bez znaczenia jest także fakt, że nowy sport od razu zadbał o alibi na wypadek modnych we współczesnym świecie zarzutów o seksizm i dopuścił do startów również mężczyzn. Co więcej, ci którzy mieli okazję takie zawody zobaczyć twierdzą, że poziom najlepszych jest poziomem kosmicznym. Kwestią czasu wydaje się więc wprowadzenie konkurencji mikstów, a być może nawet duetów.

Biorąc to wszystko pod uwagę warto chyba następnym razem zastanowić się nad ulicznymi propozycjami. W końcu kto wie – może na przykład nadarzy się okazja zobaczenia debiutu przyszłej mis-trzyni olimpijskiej (lub mistrza, bo o gus-tach się wszak nie dyskutuje)…

O tym, że Zbigniew Boniek jest zwolennikiem powiększenia Ekstraklasy wiadomo od dawna. Teraz jednak wygląda na to, że szef polskiej piłki zamierza dokonać tej operacji bez znieczulenia i w trybie nagłym – prezes PZPN chciałby, by liga liczyła 18 zespołów już od najbliższego sezonu, Aby tak się stało już w bieżących rozgrywkach z elity spadłby tylko jeden zespół, natomiast drugi wystąpiłby w barażach z czwartą drużyną 1. ligi, z której aż trzy drużyny awansowałyby bezpośrednio.

Zdaniem autorów pomysłu rozbudowanie Ekstraklasy miałoby służyć podniesieniu jej poziomu. Czy naprawdę można uwierzyć, że rozcieńczenie i tak słabego produktu, jakim jest obecnie polska Ekstraklasa, może przynieść taki efekt? Wystarczy zresztą spojrzeć na frekwencję ze zdecydowanej większości stadionów elity oraz z czołówki jej zaplecza, by zdać sobie sprawę, że to przelewanie z pustego w próżne przyniesie spadek nawet tych nielicznych wskaźników, którymi zarządzająca rozgrywkami spółka lubi się jeszcze chwalić. Bo o poziomie sportowym świadczą wyniki w europejskich pucharach.

Najbardziej zabawny jest argument, że jesteśmy zbyt dużym krajem, by Ekstraklasa liczyła „zaledwie” szesnaście drużyn. Poziom rozgrywek pokazuje jasno, że ilość obywateli nie przeszła w jakość ligowców, których większość wygląda jakby na boiska trafiła z przymusowego poboru tylko dlatego, że obecny rozmach ligi wymusił posiadania pokaźnej liczebnie kadry.

W całej tej sprawie trzeba pamiętać także o jeszcze jednym, może nawet najważniejszym aspekcie: nie zmienia się zasad w trakcie gry! Reguły spadków i awansów były dla wszystkich jasne w momencie inauguracji sezonu i majstrowanie przy nich w momencie, gdy tabela ma już określony wygląd z pewnością będzie budziło podejrzenia o nieczyste, zakulisowe manipulacje wynikające z sympatii lub antypatii osób za to odpowiedzialnych.

Trzy tysiące euro. Taką kwotę dostał pewien Węgier za to, że przyjechał do Wieliczki i wszedł tam do ringu. Boksować nie umiał – nomen omen – za grosz, ale oberwać też specjalnie nie oberwał, bo zdążył szybko się przewrócić, by w stanie nienaruszonym ruszyć później na bankiet. Ciekawym wątkiem tej historii jest fakt, że w jego tak zwanym rekordzie widniały wcześniej… cztery zwycięstwa. Być może jednak wszystkie nazwiska pokonanych były oznaczeniami sklepowych manekinów. To zresztą tłumaczyłoby, dlaczego „triumfy” są na punkty, w końcu znokautować takiego stwora to nie bułka z masłem.

Sądząc po furorze, jakie zrobiły filmiki z wyczynami Madziara, pseudosportowy kabaret złamał kolejną barierę braku przyzwoitości w naciąganiu kibiców. A przecież o taki wyczyn wcale nie jest łatwo, bo promotorzy zwożący na swoje gale skupowanych hurtowo i na kilogramy kelnerów, poprzeczkę zawiesili tuż nad poziomem gruntu. Być może zresztą dlatego wielicką galę zorganizowano od razu 125 metrów pod ziemią, żeby było łatwiej osiągnąć dno.

Polski boks, właśnie za sprawą takich wpadek, od dłuższego czasu przypomina zamroczonego pięściarza, którego jedno uderzenie dzieli od wypadnięcia za liny. Dzika polityka rabunkowa, polegająca na przedwczesnym porywaniu na zawodowstwo nieprzygotowanych jeszcze na taki skok amatorów, całkowicie wydrenowała rynek i tak coraz mniej licznych krajowych talentów. Tenże boks amatorski od lat zarządzany jest zresztą w sposób adekwatny do swojej nazwy i w starciu z cwaniakami z różnych „stajni” nie miał szans przetrwania. Ci jednak z kolei nie przewidzieli, że nadejdzie czas, w którym trafi kosa na kamień i sami obrywają teraz od szastających kasą macherów z różnorakich MMA, którzy zabierają im coraz większe kawałki telewizyjnego tortu, jedynego utrzymującego przy życiu bokserskie niedobitki nad Wisłą.

Tym bardziej zadziwiać powinno, że wypasieni na bylejakości promotorzy nie tylko nie podjęli rękawicy w walce o przyszłość, ale w dodatku inspirują medialne bitki z Mateuszem Borkiem. Znany dziennikarz ma na koncie jedną galę, ale taką, która wniosła nową jakość zarówno sportową, jak i marketingowo-reklamową. Jak widać reszta środowiska woli jednak wespół w zespół utonąć w bagnie niż spróbować podpiąć się pod jedyną dającą nadzieję nową falę.

Wbrew powszechnej opinii, sztuka epistolografii (wyjaśnienie dla gimbazy: chodzi o pisanie listów) ma się dobrze, a na Śląsku wręcz kwitnie. Znaczący wkład w jej reaktywację wnosi właśnie światek futbolowy.

Górnik Zabrze pisze do Piasta Gliwice, MORiS Chorzów do Ruchu, Ruch do Rakowa Częstochowa, policja do organizatorów rozgrywek, wojewoda do zarządców stadionów, zarządcy do firm remontowych. A wszystko to z okazji radosnej twórczości kolorowo ubranej młodzieży, prowadzącej weekendowe badania nad lotnością krzesełek, pojemnością przenośnych toalet i najnowszymi trendami w zakresie malarstwa ściennego…

Niestety, ten ironiczny wstęp prowadzi do poważnej puenty: za wszystkie te zabawy płacą nie winowajcy, a podatnicy. Wzajemne wystawianie sobie rachunków nie sięga bowiem do źródeł problemu. Czy ktoś z Państwa słyszał w ostatnich latach, by kluby pozwały o odszkodowania samych kibiców? Albo agencje ochrony, które nie są w stanie skutecznie działać ani na bramkach wejściowych, ani na trybunach, jeśli mają do czynienia z kimś innym niż dziennikarze lub fotoreporterzy? Czy ktoś kiedyś wyjaśnił, jakim cudem na trybuny trafiają sektorówki z zakazanymi treściami? Przecież tych płacht już na pewno nie da się przemycić w kieszeniach czy kanapkach… I czy kibice płacą za pomieszczenia lub magazyny zajmowane przez nich na miejskich stadionach?

Symbolicznym uosobieniem tej bezradności może zostać spiker Piasta Gliwice. Jego apele o kulturalny doping podczas niedawnego meczu z Sandecją, który toczył się w wyjątkowo – nawet jak na polskie ligowe standardy – ohydnej fali bluzgów płynących z tak zwanego „gniazda”, odnosiły skutek odwrotny do zamierzonego, ba, wręcz potęgowały inwencję zapiewajłów. Informacja o liczbie kibiców, którzy na stadion przy Okrzei przyszli po raz pierwszy, brzmiała w tym kontekście żałośnie, bo przecież było oczywiste (co potwierdza malejąca frekwencja), że jeszcze więcej osób przyszło po raz ostatni. Także w tym przypadku można mieć pewność, że nikt za takie straty (niesprzedane bilety, fatalna reklama) nie poniesie konsekwencji, o zakazie wnoszenia sprzętu nagłaśniającego nie wspominając…