Archiwa tagu: Rafał Musioł blog

Czas powiedzieć sobie jasno: VAR w obecnym wydaniu okazał się totalnym niewypałem. O wadach wideoweryfikacji napisałem już kilka tekstów (między innymi o łamaniu zasady równości poprzez niestosowanie go na wszystkich meczach), ale teraz – podobnie jak trener Waldemar Fornalik – jednoznacznie „staję do niego okoniem”.

Już nie tyle nie podoba mi się, co wręcz irytuje, niejasność stosowania tego systemu przez sędziów. W sobotnim spotkaniu z Piastem konia z rzędem można było podarować temu, kto zrozumiał dlaczego Jarosław Przybył skwapliwie skorzystał z podpowiedzi przy – słusznym – uznaniu gola strzelonego przez gości, natomiast nie sięgnął po technologiczne wsparcie, gdy Aleksandar Sedlar był faulowany w polu karnym Sandecji, chociaż gliwiczanie gorąco o to apelowali. Nawiasem mówiąc to wypisz wymaluj identyczna sytuacja, jak w spotkaniu Górnika ze Śląskiem – wtedy Tomasz Kwiatkowski z opóźnieniem podyktował jedenastkę dla wrocławian, natomiast odmówił sprawdzenia zapisu sytuacji po której powinien gwizdnąć karnego w drugą stronę.

Cała procedura korzystania z VAR-u w założeniu miała pomóc w sprawiedliwym ocenianiu spornych sytuacji mających wpływ na wynik meczu, tymczasem nie tylko dodatkowo je zagmatwała, ale również zaczęła psuć widowiska. Długie oczekiwanie na analizę i wydanie werdyktu, dokonywane dopiero po naturalnym przerwaniu akcji, co oznacza kilkadziesiąt sekund zwłoki, wprowadza chaos i zaognia atmosferę i na boisku, i na trybunach. Ani piłkarze, ani trenerzy, ani widzowie, często nie wiedzą, co w ogóle sędzia sprawdza…

Jak ten błąd wyeliminować? Oddanie VAR-owej inicjatywy w ręce szkoleniowców nie wydaje się dobrym pomysłem, istnieje wszak obawa wykorzystywania jej do przerywania groźnych akcji rywali. Najlepszym wyjściem byłoby – o ile nie ma opcji rezygnacji z systemu – natychmiastowe sygnalizowanie przez arbitra potrzeby weryfikacji i błyskawiczne, np. w ciągu pięciu sekund, przekazanie decyzji przez arbitra sprzed ekranu wprost do ucha sędziego głównego.

Jeszcze wiruje w powietrzu kurz po nieumiejętnym zrzuceniu na Ekstraklasę systemu VAR, a już piłkarze mają kolejny problem. Tym razem znacznie poważniejszy. Bo o ile kwestie związane z wideoweryfikacjami obciążają wizerunki sędziów, to kolejna nowinka wycelowana została bezpośrednio w tych, którzy biegają za piłką.

Spółka Ekstraklasa Live Park, czyli ta, która odpowiada za telewizyjne transmisje, poinformowała mianowicie o podpisaniu umowy z firmą ChyronHego, specjalizującą się w dostarczaniu danych fitness. Ten pozornie sympatyczny (w końcu fitness to sprawa przyjemna) zwrot w tym przypadku oznacza jednak dokładne monitorowanie poczynań piłkarzy w czasie meczu. Ściślej rzecz biorąc tuż po ostatnim gwizdku sędziego każdy z nas będzie mógł spojrzeć w statystyki, by przekonać się między innymi ile kilometrów przebiegł wybrany zawodnik, jaką część z nich pokonał w tempie sprinterskim, w jakim tempie średnio się poruszał i jaką osiągnął prędkość maksymalną.

Dzięki temu staniemy w jednym rzędzie z najlepszymi ligami Europy – z dumą oświadczył dyrektor LiveParku, Marcin Serafin. I tu wydaje się właśnie pies pogrzebany. Bo o ile ta deklaracja może mieć uzasadnienie technologiczne, to w praktyce wykaże zapewne coś dokładnie przeciwnego. A mianowicie przyczynę, dla której Ekstraklasa pod względem sportowym w takim pierwszym rzędzie bynajmniej nie stoi. Co więcej, wyjątkowi złośliwcy dostaną do ręki potężne narzędzie w postaci przelicznika przebieganych kilometrów na złotówki, jakie piłkarze tak zwanej elity pobierają co miesiąc w klubowych kasach.

Istnieje jednak cień szansy, że opracowania ChyronHego okażą się zbawienne. Może przecież zadziałać efekt wyścigu australijskiego, czyli chęci uniknięcia za wszelką cenę zajęcia w pomeczowych statystykach ostatniego miejsca w zespole, nie licząc oczywiście bramkarza. Niewykluczone więc, że podczas przyszłorocznych meczów (system składający się z dwóch kamer, komputera oraz serwera z urządzeniami dodatkowymi do końca roku zostanie zainstalowany na wszystkich stadionach) zobaczymy niezwykłe obrazki. Na przykład takie, że także piłkarze nie biorący udziału w akcji będą żwawo przebierać nogami czy wykonywać krótkie sprinty, by poprawić swoje parametry.

Nawet jednak w takim przypadku najciekawsze będą porównania rodzimych gwiazdek z zawodnikami, którzy do niedawna biegali po trzecioligowych, ale zagranicznych (np. hiszpańskich) boiskach, i którzy w Ekstraklasie od razu zaczęli dzielić , rządzić i błyszczeć.

O systemie VAR nie mam najlepszej opinii. Dokładniej mówiąc nawet nie o nim samym, a o metodzie według której wprowadzono go w Ekstraklasie. Zwracałem już uwagę na jego niesprawiedliwość, której podstawę stanowi gwałcące zasadę równości wybiórcze stosowanie, ale jak się okazuje w przypominającej lodówkę kabinie tkwią także inne problemy.

Jednym z najważniejszych jest kompletna nieprzejrzystość działań związanych z funkcjonowaniem systemu. Po pierwsze – co wiąże się ze wspomnianym wcześniej zarzutem – nie wiadomo dlaczego VAR pojawia się akurat na tym, a nie innym meczu. Ale po drugie, i chyba nawet ważniejsze, nikt nie rozumie niuansów jego stosowania. Dotyczy to zarówno kibiców i dziennikarzy, ale także piłkarzy i trenerów, co przyznał chociażby Marcin Brosz.

Właśnie mecz jego Górnika ze Śląskiem powinien w tej rozprawie stanowić dowód koronny. Bo niby dlaczego Tomasz Kwiatkowski w jednym przypadku, i to po kilkudziesięciu sekundach, zdecydował się znienacka na skorzystanie z VAR-u, by w efekcie podyktować rzut karny dla gości, a chwilę później kompletnie zlekceważył jeszcze bardziej niejasną sytuację w drugim polu karnym? Jakie były kulisy tego, że sędzia z takim opóźnieniem nagle zorientował się, że Dani Suarez rzeczywiście mógł zagrać ręką, a jednocześnie był tak stuprocentowo pewny, że wina Marcina Robaka do ukarania już się nie kwalifikowała?

Skoro istnieje system łączności pomiędzy zespołem obsługującym VAR, a ich biegającym po murawie kolegą, może należy go rozszerzyć na przykład o spikera? Tak, by po podjęciu przez arbitra decyzji o skorzystaniu z zapisu wideo poinformować wszystkich na stadionie o jej podstawie? Oczywiście ideałem byłby telebim, na którym przedstawiono by analizowaną sytuację, tak jak ma to miejsce w tenisie czy siatkówce… Bo obecne tłumaczenie takich zdarzeń w coraz powszechniejszej na Śląsku świadomości sprowadza się jedynie do tego, czy sędzia jest z Warszawy czy też nie.

Skojarzenia „Duńczyków” z „dynamitem” są już zgrane jak stara płyta. Sęk w tym, że w kontekście tego, co wydarzyło się w piątek na boisku w Kopenhadze, stanowią trudny do zastąpienia klucz. Bo zespół Age Hareide’a z hukiem wysadził w powietrze konstrukcje, jakie wokół polskiej kadry budowano w ostatnich tygodniach. Co zresztą – patrząc z perspektywy czasu – nie było specjalnie trudne. Wszystko oparte było wszak na złudzeniach związanych z rankingiem FIFA, w którym kadra Adama Nawałki pięła się w górę z tygodnia na tydzień. Sęk w tym, że działo się to… poza nią, bo reprezentacja nie grała, a cały proces odbywał się wyłącznie na podstawie odpowiednich algorytmów…

Żeby było jasne – nie chodzi mi o strzelenie naszej reprezentacji piątego, najłatwiejszego, bo medialnego gola. Raczej o uchwycenie zjawiska, jakim jest nieustające przekonanie o wyższości polskiej piłki. Przekonanie co roku weryfikowane jakością spotkań ligowych i łomotami w europejskich pucharach. A jednak z wielkim zapałem znów zbudowaliśmy grubą ścianę między tymi faktami, a nawet między reprezentacją sprzed fartownego Euro 2016, a obecną kadrą Nawał-ki, traktując ją jak wyspę całkowicie niepowiązaną z otoczeniem. Fałsz takiego myślenia pokazał mecz w Kopenhadze – zawalony przede wszystkim w defensywie, gdzie pierwszoplanowymi postaciami byli zawodnicy warszawskiej Legii, tej samej, która skompromitowała się w przedpokojach Ligi Mistrzów i Ligi Europy, a na domowym podwórku potrafiła przegrać z Termalicą Nieciecza, o zderzeniu legijnej bylejakości z młodzieńczą wiarą i ambicją Górnika Zabrze nie wspominając.

Tuż po spotkaniu z Danią na swoim profilu na Twitterze (@rafal_musiol) przeprowadziłem sondę pytając czy kopenhaska klęska to :-wypadek przy pracy; – początek końca tej kadry; – prawdziwy obraz polskiej piłki. Na tę ostatnią opcję wskazało 52 głosujących. Być może świadczy to o przebudzeniu zdrowego rozsądku, zamglonego ostatnio przez wszechobecne kadzidło. W trend tej reinkarnacji wpisał się nawet Zbigniew Boniek, przyznając w rozmowie ze Sport.pl, że reprezentacja ma w tabeli więcej punktów niż na to zasłużyła. Wygląda więc na to, że zarówno sportowo, jak i mentalnie z autostrady do Rosji zjechaliśmy na drogę brukowaną Ale paradoksalnie, jeśli uda się nią dojechać do celu, satysfakcja powinna być jeszcze większa.

Na koniec warto wspomnieć o zdjęciach kiboli, którzy zostali błyskawicznie spacyfikowani przez duńską policję. Siedzący na ziemi i skuty kajdankami mężczyzna, ubrany w koszulkę z kotwicą Polski Walczącej, to symboliczna ilustracja trendu jaki nad Wisłą znów zaczyna wymykać się spod kontroli. Błogosławieni przez duchownych na jasnogórskich pielgrzymkach i wspierani przez prawicowych polityków zadymiarze patriotyczne emblematy traktują w kategoriach amuletów (ewentualnie szkaplerzy). W Danii taka magia nie zadziałała, za to grup(k)a awanturników udowodniła gospodarzom, że mieli racje nie wpuszczając sympatyków Biało-Czerwonych na inne sektory niż dla nich przeznaczony. O czym zresztą informowano nabywców wejściówek (zgoda, że do tych transakcji w ogóle nie powinno dojść) w stosownym mailu. Jednak ci – nauczeni doświadczeniami krajowymi – uznali, że jakoś to będzie. No i było jak było. Poza boiskiem, i na nim. A że prawda w oczy kole? No cóż, tak to już niestety z prawdą bywa…

Jeśli ktoś jeszcze miał wątpliwości, że świat sportu stanowi w dużej mierze odzwierciedlenie świata polityki (i vice versa), to zapewne definitywnie się ich pozbył obserwując wydarzenia związane z wyborem władz śląskiej metropolii. Wystarczyło zostawić nasz region sam sobie, by błyskawicznie i samoistnie zamienił się w piekiełko.

Tak samo dzieje się na boiskach. Ileż to już razy próbowano zawiązać śląską koalicję, która miała przyciągnąć do regionu potężnych sponsorów? Ile było prób doprowadzenia do wspólnych działań (np. wylotów na zgrupowania), które pozwoliłyby zaoszczędzić nieco pieniędzy z pustawych kas? Jak barwne toczono ambicjonalne wojenki pomiędzy szefami klubów (pamiętacie niewpuszczenie prezesa Odry Wodzisław na stadion Górnika Zabrze? A Niderlandy ofiarowane przez Łukasza Mazura Dariuszowi Smagorowiczowi w zamian za prawo gry na Stadionie Śląskim?). No i do tego wymuszane przez środowiska kibicowskie stadionowe inwestycyjne rozpasanie, bo rzekomo piłkarze dwóch klubów, które dzieli kilkanaście kilometrów, nie mogą biegać po tej samej zielonej murawie, a ich fani sadzać swojego końca pleców na tych samych krzesełkach (w odstępie kilku dni rzecz jasna, nie równocześnie).

Jest więc coś niemal symbolicznego w tym, że tuż po ogłoszeniu współpracy pomiędzy dwoma katowickimi klubami – GKS-em i Rozwojem – prezes tego drugiego zrezygnował z posady. Jasne, że jedno z drugim nie miało przyczynowo-skutkowego związku, jednak puste krzesło, jakie pozostało po jednej ze stron, ma wymiar więcej niż symboliczny. I to w ponadmiejskim, lokalnym wymiarze. Doprawdy trzeba uznać za cud, że Sosnowiec wciąż nie domaga się zmiany nazwy Śląskiego Związku Piłki Nożnej pod groźbą wycofania się z jego struktur…

Nie ukrywam, że z wielką sympatią przeczytałem o procesie, jaki Michał Gniatkowski, poznański prawnik, a przede wszystkim kibic sportowy, wytoczył Adrianowi Zielińskiemu, sztangiście, który po ogłoszeniu wyników badań dopingowych, musiał w niesławie opuścić wioskę olimpijską w Rio. Pan Gniatkowski poczuł się tym upokorzony jako Polak, czyli osoba współfinansująca przygotowania sportowców, i domaga się publicznych przeprosin w gazetach oraz dwóch tysiączłotowych wpłat dla fundacji propagujących sport. Mecenas podkreśla też dwie kwestie: złamanie przez Zielińskiego przysięgi olimpijskiej, a także uporczywe nieprzyznawanie się do winy, a co za tym idzie brak skruchy. Doprawdy trudno mu w tym precedensowym pomyśle nie kibicować…

Zawsze powtarzałem, że na przykład w korupcyjnej aferze w polskiej piłce zabrakło takiej właśnie kropki nad i. Mrowie kibiców, mniej lub bardziej regularnie, obstawiało przecież u bukmacherów wyniki krajowych meczów, mając – biorąc pod uwagę skalę procederu – mizerne szanse na zgarnięcie wygranych. Przegrane kupony – de facto pieniądze – trafiały więc zmięte do kosza na śmieci. A szkoda… Bo w przypadku ich zachowywania można było się pokusić o niezwykły proces sądowy, w którym stawką byłoby uznanie finansowych wygranych nie na podstawie boiskowych wyników, a właśnie wyroków udowadniających, że rezultaty te były wyreżyserowane. I winni takiego stanu rzeczy wypłacaliby, niczym bukmacherzy, niedoszłe wygrane oszukanym graczom… Zapewne dla sprzedawczyków byłoby to nawet bardziej bolesne niż późniejsze zawieszenia w działalności sportowej.

Ale wracając do Zielińskiego. W całej sprawie zwraca też uwagę strój, w jakim pan sztangista wybrał się do sądu. Krótkie spodenki i różowa koszulka być może mogłyby być nawet powodem pozwania go… przez tenże sąd za obrazę powagi zgromadzenia. Z drugiej strony Zieliński i tak zachował się przyzwoicie, bo mógł na przykład wbiec na salę prosto z treningu, w firmowym stroju, wąskim w kroku i z ramiączkami, nie zapominając o tradycyjnym wśród sztangistów geście przetarcia dłoni białym proszkiem (o niuchnięciu pobudzacza z miniaturowej buteleczki nie wspominając). Co prawda wtedy trzeba by zatrudnić kolejnych specjalistów do przebadania składu tej substancji, ale to już właściwie zupełnie inna historia.

Miała być rewolucja, w której polska piłka z odkrytą głową stanie na czele pochodu, a wyszedł pasztet. System wideoweryfikacji mający wyeliminować – no dobra, powiedzmy mocno ograniczyć – element krzywdy i niesprawiedliwości, okazuje się przede wszystkim okazją do, chociażby nieświadomych, ale jednak manipulacji. A wszystko dlatego, że zamiast demokratycznej masowości mamy do czynienia z wyjątkowością. Nawet nie chodzi o to, że kosmiczny pojazd nie stoi wszędzie tam, gdzie kopie się piłkę w sposób zorganizowany (chodzi o strukturę rozgrywek, bo w kontekście boiskowym pojęcie to bywa abstrakcją na każdym szczeblu), ale że nawet w tak zwanej elicie jest oficjalnie stosowany tylko w pojedynczych przypadkach.

I właśnie to musi budzić emocje. Znaki zapytania można i należy stawiać już przy wyborze meczu, który znajdzie się pod tak szczególnym nadzorem. Bo dlaczego w siedmiu ósmych rozgrywek można się mylić, uznawać gole, których nie ma lub które zostały zdobyte nieprawidłowo, a w jednej ósmej są one weryfikowane? Czy to nie bonus dla tych, którzy mają szansę dzięki ludzkim błędom skorzystać na braku oficjalnego monitoringu i jednocześnie rażąca niesprawiedliwość dla drugiej strony, której taką szarą strefę odebrano? Krótko mówiąc: została złamana elementarna zasada równości, stanowiąca podstawę sportowej rywalizacji.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z faktu, że każda nowinka potrzebuje czasu, że w przypadku VAR-u jest on niezbędny, by przeszkolić obsługę systemu i przede wszystkim samych sędziów, ale znacznie sprawiedliwsze byłoby kontynuowanie tych przygotowań na sucho, tak jak dzieje się to na wspomnianej większości spotkań, a na potrzeby „egzaminacyjne” stosowanie VAR-u na przykład w finale Pucharu Polski czy opłacanych przez PZPN meczach towarzyskich. Właśnie w takim praniu wychodziłyby na jaw także poboczne problemy, jak chociażby brak komunikacji z kibicami na trybunach, którzy nie mogą z sędzią zajrzeć do „lodówki” i poznać uzasadnienia jego decyzji. A przecież jeśli powiedziało się A, należy powiedzieć B i wzorem siatkówki czy tenisa pokazać analizę na telebimie, którego posiadanie zostałoby wpisane do podręcznika licencyjnego. Dla wszystkich oczywiście. Bo to jedyna zasada, która w piłce nigdy nie powinna być łamana: albo wszyscy albo nikt!

Wyobraźcie sobie Państwo, że pożyczacie komuś wielkie pieniądze. I pewnego dnia o świcie dowiadujecie się, że wierzyciel, który i tak miał problemy ze spłatą dotychczasowych rat w terminie, zbankrutował. Czy nie będzie naturalnym odruchem spotkanie, na którym zorientujecie się, czy kolejne spłaty w ogóle będą możliwe i wystąpienie o nową formę zabezpieczenia swoich milionów?

Tak właśnie postąpił prezydent Chorzowa w kontekście Ruchu Chorzów. Niebiescy stracili przecież wszystko – nie mają już piłkarzy, których da się korzystnie sprzedać, bo wszyscy odeszli za darmo, nie dostaną milionowych zastrzyków z telewizji, bo spadli z Ekstraklasy, ba, nie mają nawet swojego herbu, bo wciąż tkwi zastawiony w banku. A na domiar złego były prezes, który zabezpieczył pożyczkę swoimi nieruchomościami, wije się jak piskorz, żeby się z tego układu wycofać.

Prezydent Kotala zrobił więc tylko to, co zrobić musiał. Wypowiedział wcześniejszą umowę (miał do tego prawo), by uzgodnić nowe warunki odzyskania publicznych pieniędzy. I nagle spadł na niego medialny hejt, w którym zginęło meritum sprawy: te miliony należą do miasta i jego mieszkańców! A tymczasem z wielu przekazów można było odnieść jednoznaczne wrażenie, że Chorzów zrobił skok na… klubową kasę!

Pojawiło się też oskarżenie poboczne, że należało tę sprawę przeprowadzić dyplomatycznie. Otóż nie – o publicznych pieniądzach należy mówić publicznie, głośno i wyraźnie. Podobnie jak wątpliwy wydaje się argument, że cała sprawa może Kotali zaszkodzić w roku wyborczym. Po pierwsze, frekwencja na Cichej spada z roku na rok i składają się na nią mieszkańcy wielu miast, a po drugie – powszechne zmęczenie cynicznymi gierkami prowadzonymi z miastem przez kolejnych szefów Ruchu może sprawić, że efekt przy urnach okaże się korzystniejszy w przypadku stanowczych rozwiązań problemu.

Na koniec coś z całkiem innej beczki. Robert Lewandowski będzie miał w Kuźni Raciborskiej ulicę swojego imienia. Wszystko wskazuje, że to jednak nie fejk (w przeciwieństwie do wieści o zmianie płci dziecka Angeliny Jolie), a szkoda. Zwłaszcza że jakiegokolwiek związku RL9 z Kuźnią nie widać – może poza posiadaniem przez mieszkańców telewizorów. Być może chodzi jednak o to, by ośmieszyć polityczną przymusową zmianę nazw ulic. Wtedy sam postulowałbym powstanie okazałej alei Mariana Janoszki w Radzionkowie, przestronnego placu Jana Furtoka w Katowicach, a nawet mrocznego zaułka Dariusza S. w Chorzowie.

Reforma. Piękne słowo. Stanowiące przede wszystkim idealny kamuflaż dla psucia czegoś, co już działa. W imię konkretnych interesów. Zazwyczaj partyjnych, ale nie tylko…

Ta, o której będzie mowa, dotyczy piłki nożnej. Gra już się rozpoczęła. Pierwsza na boisko wyszła Ekstraklasa, występując z irracjonalnym wnioskiem o zlikwidowanie podziału punktów, ale pozostawienie systemu ESA-37. To kompletna bzdura, bo oczywistą oczywistością jest fakt, że ten najbardziej niesprawiedliwy punkt rozgrywek, czyli odbieranie klubom połowy wypracowanego dorobku, paradoksalnie stanowi jedyny atut całego modelu.

Nic więc dziwnego, że PZPN skorzystał z okazji i z tak wystawionej piłki przeprowadził zabójczą kontrę. Zbigniew Boniek przedryblował pół boiska ośmieszając rywali barwnym wywiadem, potem postawił na zespołowość, oddając inicjatywę najbardziej zainteresowanym, czyli właścicielom i prezesom klubów, a na końcu huknął z dystansu na temat powiększenia ligi do 18 drużyn.

To jasny sygnał, że właśnie do takiego rozwiązania będzie PZPN dążył. W dodatku znajdzie poklask tych, którzy od lat bezskutecznie dobijają się do elity, w nadziei na telewizyjne frukty, jakie się z nią wiążą. A ponieważ byli i są za słabi, by przedrzeć się przez obecne wąskie gardło awansów, poszerzenie mostu stanowi dla nich wymarzoną szansę.

Co ciekawe, pomimo tak oczywistych manewrów nie słychać na razie otwartej i szerokiej debaty. A przecież koronny argument zwolenników powiększenia brzmi absurdalnie. Ich zdaniem jesteśmy rzekomo zbyt dużym krajem, by Ekstraklasa liczyła 16 drużyn. Panowie, naprawdę waszym zdaniem wszystko zależy od wielkości i przelicznika liczby klubów na kilometr kwadratowy? A gdzie w tym wszystkim jakość, czyli realny wyznacznik wartości produktu? Patrząc obiektywnie większość osób kręcących się przy piłce zdaje sobie sprawę, że powinno się pójść w drugą stronę – zmniejszenia liczebności do 12, a może nawet 10 zespołów, które mogłyby rozgrywać cztery rundy, czyli 36 kolejek. Bo o ile nawet mecze Legii z Lechem nie są gwarancją wielkiego widowiska, to zdecydowana większość obecnego terminarza gwarantuje tylko mecze marne i marniejsze.

To doprawdy zadziwiające, ale niewiele mediów na świecie zwróciło uwagę na stawkę niedawnego meczu Tottenhamu z Manchesterem United. Ba, nawet piłkarze gospodarzy chyba nie do końca zdawali sobie z niej sprawę, bo w przeciwnym wypadku byliby sparaliżowani jak Miłosz Przybecki na widok pustej bramki. A przecież gra toczyła się nie tylko o punkty Premier League, ale przede wszystkim o awans Arki Gdynia do kolejnej rundy Ligi Europy!

Naprawdę tak było. Dzięki temu, że Koguty pokonały Czerwone Diabły, spora część Europy odetchnęła z ulgą. Zdobywca Pucharu Polski rozpocznie mianowicie swoje występy w LE nie od drugiej, ale od trzeciej rundy, co oznacza, że całe mnóstwo klubów z pogranicza Starego Kontynentu i Azji uniknie wyczerpującej podróży nad Bałtyk w dodatku z dość umiarkowaną i oscylującą w granicach 50 procent szansą na sportowy sukces.

Przede wszystkim odetchnęła jednak sama Arka. Późniejszy start w pucharach oznacza krótszy w nich udział, a więc i krótsze zapewne trwanie – jak to romantycznie ujął niegdyś Michał Probierz – pocałunku śmierci, jakim są dla polskich zespołów występy na europejskich salonach (no, powiedzmy, w ich przedpokojach albo innych werandach). O czym przekonali się także ubiegłoroczni uczestnicy tej zabawy, czyli wicemistrzowski Piast Gliwice, „brązowe” Zagłębie Lubin i finiszująca tuż za podium Cracovia, które w maju 2017 solidarnie bronią się przed spadkiem z Ekstraklasy.

Na szczęście dla Arki Tottenham udźwignął odpowiedzialność i misję zrealizował. Co prawda klubowe źródła nie ujawniły, jaki prezent dziękczynny został wysłany za kanał La Manche, ale z pewnością na beczkę śledzi „Koguty” zasłużyły. Tym niemniej trzeba też zwrócić uwagę na zapobiegliwość, a nawet profilaktykę, jaką zastosowały w kontekście pucharowym kluby ze Śląska. Piast szybko wyciągnął wnioski z poprzedniego sezonu, a Ruch na wszelki wypadek zadbał o to, by nie dostać nawet licencji na całowanie, sorry, pucharowanie.