Archiwa tagu: Rafał Musioł blog

Trzynaście lat temu GKS Katowice zniknął z piłkarskiej mapy ekstraklasy. W niedzielę, bo trudno tu zakładać jakąś sportową katastrofę, klub z Bukowej będzie świętował wielki powrót. Nieco ponad trzy godziny po tym, jak swój przedostatni mecz skreślonego już na straty przez trenera Jacka Paszulewicza sezonu zakończą panowie, zabrzmi ostatni gwizdek sędzi stanowiący kropkę nad i w awansie do elity kobiet.

Sekcja, którą powołano do życia w 2015, pnie się po szczeblach rozgrywek rok po roku. Promocja do Ekstraligi była celem założonym od samego początku i została zrealizowana w najkrótszym możliwym terminie. W tym czasie panowie zaliczyli trzy sezony finalizowane tradycyjnymi wiosennymi rozczarowaniami, przy czym w ostatnich dwóch latach marnowali nawet „piłki meczowe”.

Jest coś bardzo symbolicznego w tym, że pieczęć na awansie (właściwie już przesądzonym, ale okraszonym „gwiazdką” związaną z możliwością odwołania się najgroźniejszych rywalek od decyzji PZPN dotyczącej meczu GKS – Tarnovia) zostanie przyłożona na murawie, po której na co dzień biegają panowie, podczas gdy ich koleżanki korzystają z gościnności stadionu Kolejarza.

Przyszło mi na myśl, że może przy tej okazji warto rozważyć taką zamianę na stałe? W końcu co ekstraklasa, to ekstraklasa, zawsze to wyżej niż pierwsza liga, nieprawdaż? A więc – panie przodem. Dziewczyny na Bukowej, chłopaki na przykład na Rozwoju. Biorąc pod uwagę frekwencję na meczach GieKSy, nie stanowiłoby to aż tak wielkiego wyzwania… Idźmy jednak dalej. To należący do krajowej elity zespół kobiet powinien mieć prawo pierwszeństwa przy korzystaniu z efektownego klubowego autokaru, szatni z wyremontowaną sauną i zapleczem odnowy biologicznej czy zakupie strojów, nie mówiąc już o dostępie do przekazywanej na klub puli miejskich pieniędzy. A tak na marginesie – skoro w budżecie GieKSy były przewidziane środki na sowite premie za awans mężczyzn, może, zgodnie z zasadą sprawiedliwości społecznej, podzielić je między Natalię Nosalik (to kapitan zespołu) i spółkę oraz pracujący z nimi sztab trenerski?

Wszystkie te rozwiązania na pewno przyniosłyby co najmniej dwie szybkie korzyści. GKS trafiłby na czołówki gazet i portali internetowych, miałby też zagwarantowane miejsce w serwisach telewizyjnych najważniejszych stacji, co oznaczałoby olbrzymi skok wartości marki. Natomiast w stosunku do zespołu mężczyzn mielibyśmy do czynienia z bezcennym efektem edukacyjnym. Zmiana miejsca w szeregu – znacznie bardziej wyrazista niż podczas trwającej już na dobre rywalizacji z siatkarzami i hokeistami – wyszłaby im zdecydowanie na dobre. Ba, kto wie, może właśnie wizja powrotu na Bukową mogłaby stanowić największą z dotychczasowych motywacji, by w końcu osiągnąć wyczekiwany sukces? Zaszkodzić nie zaszkodzi, a spróbować warto, w końcu przez minioną dekadę już nie tak szalone pomysły w Katowicach realizowano.

Po porażce z Tychami prezydent Marcin Krupa zapowiedział zasadnicze zmiany w filozofii miasta wobec klubu. Jeśli chciałby skorzystać z opisanego w tym tekście pomysłu, oświadczam, że nie będę oczekiwał za tę koncepcję honorarium. Dziennikarze, wbrew powszechnej opinii, też potrafią działać pro publico bono.

Za to na koniec chciałbym Państwu przytoczyć bardzo świeżą anegdotę z pewnego ważnego spotkania biznesowego w stolicy. Jeden z biznesmenów, pasjonat szachów, a więc dziedziny, w której nowa, nie do końca jeszcze zintegrowana sekcja GKS-u, czyli Wasko Hetman GKS Katowice, święci olbrzymie triumfy, usłyszał dyskusję o wyczynach piłkarzy i całkiem serio stwierdził: – Nie wiedziałem, że Wasko ma jakieś inne sekcje.

Teraz, dzięki sekcji kobiet, może nawet on będzie wiedział, że co GKS, to GKS…

Polską piłką rządzą kibole. Jeśli ktoś miał w tej materii jakiekolwiek wątpliwości w minioną środę z pewnością się ich pozbył. Spółka Ekstraklasa załopotała wtedy białą flagą, a jej szefowie, bladzi ze strachu, schowali do schronów, by tam po kryjomu wręczyć medale najlepszym zespołom w firmowanych przez siebie rozgrywkach. Co więcej, w ramach bezwarunkowej kapitulacji poważnie rozważali złamanie zasad rywalizacji i przeniesienie meczu z Poznania do Warszawy.

Pożytek z kabaretu, który zorganizowany zostanie po niedzielnej ostatniej kolejce, jest niepodważalny. Można bowiem odtrąbić całkowity koniec mirażu, jaki próbowano wywoływać w ostatnich latach. Najpierw prawdziwą wartość ligi obnażały kolejne edycje europejskich pucharów, teraz zdarte z niej zostały ostatnie sreberka, którymi Ekstraklasa SA ozdabiała i ozdabia za pośrednictwem Canal+ swój kiepski produkt. Nikt nie uwierzy już w opowieści, że kibolstwo w polskiej piłce stanowi nic nie znaczący margines. Prawda wygląda inaczej – właśnie to środowisko przejęło de facto już nie tylko rolę zarządzającą w większości klubów, ale i funkcję Rady Nadzorczej całych rozgrywek. Ba, ma przełożenie również na kwestie sportowe. Przecież to właśnie kibole własnoręcznie rozstrzygnęli jak będzie wyglądał układ sił przed ostatnią kolejką zarówno w strefie spadkowej jak i mistrzowskiej, zabierając punkty Piastowi i oddając je Górnikowi.

W skórę ostatniego szeryfa w mieście bezprawia próbuje wejść PZPN. Stanowcze oświadczenie wydane po „ceremonialnych” decyzjach Ekstraklasy było celne. Tyle tylko, że po pierwsze miało znaczenie jedynie ozdobne, a po drugie zabrzmiało fałszywie w kontekście tego, co sam Związek spotkało – nie po raz pierwszy zresztą – przy okazji finału Pucharu Polski. To po nim prezes Zbigniew Boniek (zasiadający również w Ekstraklasie) sam przyznał, że nie ma pomysłu, jak nie dopuścić do sytuacji, w której, to cytat, „dziesięciu debili rozwala cały system”. Prezes PZPN pokonał długą drogę od optowania za legalizacją racowisk do całkowitej utraty zaufania wobec organizatorów tzw. opraw, jednak poczucie bezradności powinno wywoływać nie rezygnację, a mobilizację. Kto jak kto, ale Boniek mechanizmy lobbowania zna wyśmienicie, więc czas, by zaczął naciskać (np. poprzez reglamentowanie biletów na lożę VIP na mecze kadry) na władze państwa. Bez wprowadzenia szybkich regulacji prawnych stanowiących narzędzia do walki z patologią pozostanie ona tylko teoretyczna. Pierwszą koniecznością, wobec cotygodniowej kompromitacji agencji ochroniarskich, jest ponowne wejście na stadiony zawodowych funkcjonariuszy policji zamiast opancerzonych amatorów, przy czym optowałbym za zmianami w prawie pozwalającymi aby jej obecność była opłacana przez organizatorów spotkań, a nie przez ogół podatników. Kolejne punkty programu wszyscy zainteresowani są w stanie dopisać zapewne bez długich dyskusji, kończących się zazwyczaj jedynie biciem piany i mydleniem nią oczu.

Na pocieszenie medalistom sezonu 2017/18 pozostaje fakt, że w kraju nad Wisłą medalowa konspiracja nie jest bynajmniej nowością. Piętnaście lat temu sam byłem świadkiem, jak ówczesny prezes GKS-u Katowice, Piotr Dziurowicz, odbierał brązowe krążki na… dworcu. PZPN nadał je przesyłką konduktorską, chociaż formalnie zostały wywalczone – mniejsza o ujawnione po latach okoliczności – właśnie w Warszawie na Polonii. Także piłkarki Unii Racibórz zapisały się w tych niezwykłych annałach, gdy trofea za mistrzostwo kraju dotarły do siedziby klubu w paczce doręczonej przez listonosza.

A może warto wrócić do tamtych pomysłów i oficjalnie udawać, że nie chodzi w tym wszystkim o strach, ale o… tradycję? Bo przecież w dzisiejszych czasach tak zwany dobry PijaR jest na wagę złota. A medalu już na pewno.

Mark Williams. Tak nazywa się sportowy bohater minionego tygodnia. Jeśli jakimś cudem nie widzieliście jego niesamowitych zagrań w finale mistrzostw świata w snookerze, to pewnie zwróciły waszą uwagę zdjęcia nagiego faceta na konferencji prasowej. To właśnie on. Walijczyk, który w wieku 43 lat znów został najlepszym snookerzystą świata i po triumfie dotrzymał słowa stając przed dziennikarzami w pełnej, hmmm, krasie, a przy okazji martwiąc się co na to powiedzą sponsorzy, których znaczków nie miał za bardzo gdzie umieścić.

W decydującym fascynującym spotkaniu Williams pokonał swojego rówieśnika, również byłego mistrza Johna Higginsa. Stawką były olbrzymie pieniądze, ale także miano czempiona, który na tron wrócił po najdłuższej przerwie w historii. Od kilkunastu dni wynosi ona 15 lat. Po raz ostatni triumfator z Sheffield wygrał taki turniej w 2003 roku, czyli – aby uzmysłowić sobie jak wiele czasu minęło od tamtej chwili – niedługo po tym, jak piłkarska reprezentacja Polska przełamała „klątwę Piechniczka”, wróciła na mundial, a z jej pierwszego po 16 latach startu zapamiętaliśmy wyjącą hymn Edytę Górniak, szczekających na dziennikarzy kadrowiczów i Tomasza Hajtę depczącego Pauletę.

Teraz Williams znów został obrzucony złotym konfetti i paczkami banknotów (tytuł oznaczał wypłatę 425 tysięcy funtów, w przeliczeniu dobrze ponad 2 mln zł), a upływ czasu widać było przede wszystkim – jak to zwykle bywa – po dzieciach. Rodzinne zdjęcie nad zwycięskim dla Walijczyka stołem było zresztą jednym z najsympatyczniejszych momentów w całej historii snookerowych zmagań, zwłaszcza, że oklaskiwała je entuzjastycznie między innymi rodzina Higginsów. Ot, taka kultura daleka od footballu.

W tym samym czasie inny Williams, Frank, zmagał się wraz z córką Claire z poważnym kryzysem. Funkcjonująca pod ich rządami stajnia – swoją drogą co to za sentymentalne określenie w kontekście koni mechanicznych – Formuły 1 coraz wyraźniej traci dystans do własnej legendy, która i tak gaśnie od 1997 roku, czyli od zdobycia ostatniego indywidualnego (Jacques Villeneuve) oraz zespołowego tytułu. Obecny sezon to katastrofa – w czterech wyścigach Williams Martini Racing przywiózł do mety raptem 4 punkty (co daje mu ostatnie miejsce w klasyfikacji konstruktorów) i mnóstwo awarii oraz… krytyki. Najwięcej hejtu spada na głowę Siergieja Sirotkina. Dla polskich kibiców jego kłopoty to miód na serca. Rosjanin jest bowiem odpowiednikiem – przy zachowaniu proporcji wynikających z popularności obu dziedzin – sędziego Howarda Webba, czyli wrogiem publicznym oskarżanym o całą listę grzechów głównych i dwa tomy przewinień pomniejszych.

Na czele czarnego spisu znajduje się oczywiście wsparcie ze strony Władimira Putina i powiązane z tym bonusy finansowe, dzięki którym rosyjski kierowca miał zdobyć fotel w bolidzie na sezon 2018 kosztem Roberta Kubicy. Na nic zdały się oczywiście tłumaczenia szefów teamu, że zadecydowały inny czynniki. Kibice znad Wisły, którzy nigdy nie znaleźli się nawet w pobliżu toru, wiedzieli swoje, a każde testowe okrążenie w wykonaniu krakowianina stanowi dla nich koronny dowód na potwierdzenie swojej tezy, podsycanej przez samego Kubicę porozumiewawczymi uśmieszkami i znaczącym milczeniem. Frank Williams konsekwentnie jednak podkreśla, że los wkrótce się odmieni, a jego inżynierowie już wiedzą, co trzeba usprawnić. I zaczyna w tym przypominać Marka, który na szczyt wrócił po serii porażek i bolesnych rozczarowań. Paradoksalnie ekipie F1 w przełamaniu impasu mogą pomóc właśnie pieniądze Sirotkina, a wtedy to on będzie się uśmiechał ostatni.

Williams i Williams. Dwa światy, dwie pasje. Ale dziś łączy ich jedno – jeden i drugi król jest nagi. Tyle, że pierwszy rozebrał się dobrowolnie, a drugi nowe szaty próbuje dopiero uszyć.

Zarządzanie. Słowo, które na sporych obszarach polskiego sportu istnieje tylko teoretycznie. Być może wynika to z faktu, że w całym kraju jest tylko jeden geniusz znający się na wszystkich dyscyplinach (świeżo zarezerwowany przez siatkówkę, zawsze czującą, jak ustawić żagle), ale pies leży pogrzebany głównie pod brakiem odpowiedzialności. Nieraz już zwracałem uwagę na system wręcz zachęcający do beztroskiej zabawy, zwłaszcza tam, gdzie w grę wchodzą publiczne pieniądze, jednak ostatnie przykłady zdecydowanie stanowią inspirację do ponownego odgrzania tematu.

Spójrzcie chociażby na katastrofę polskiego hokeja na lodzie. Budapesztańskie Waterloo polskiej reprezentacji to efekt nie tylko słabego wyszkolenia zawodników i kiepskiej infrastruktury. Gwóźdź do trumny wbijał przez lata przede wszystkim zarząd PZHL, którego prezes bywał zresztą już wcześniej bohaterem tej rubryki. Teraz, gdy zamiast reprezentacyjnego lodu zostały zgliszcza, głos zabierają kolejni eksperci wskazujący przyczyny klęski. Co ciekawe, nie ma wśród nich byłego szefa związku, który w niesławie odszedł w lutym, gdy pod ścianą postawił go minister sportu, wyciągając pistolet naładowany raportem finansowym na temat nierozliczonych państwowych dotacji. Niezwykle elokwentny w czasie swych rządów nagle zaniemówił (przyznaję, że nie mam pewności, czy w ogóle znalazł się ktoś chętny, by podjąć próbę pociągnięcia go za język) i chociaż powinien siedzieć na ławce kar, relaksuje się w wygodnym fotelu.

Szczerze mówiąc, wcale bym się nie zdziwił, gdyby któregoś dnia wyszło na jaw, że wszyscy nieudacznicy, którzy pozostawiali po sobie spaloną ziemię i tony zaległych faktur, spotykają się kilka razy do roku w jakimś nieformalnym klubie. Po to, by przy szklance wypełnionej nie tylko lodem, oraz z cygarem w drugiej ręce, snuć wspomnienia, rechocząc przy co barwniejszych anegdotach (byłoby to jedno z dwóch takich miejsc. Pierwsze to Rada Nadzorcza Górnika, gdzie z automatu, chociaż bywały wyjątki, trafiali dymisjonowani prezesi, biorący wcześniej udział w zadłużaniu zabrzan i w jego sportowym upadku). We wspomnianym klubie można byłoby spotkać zapewne m.in. człowieka przez wiele lat deklarującego miłość do Ruchu Chorzów, a który po wyjściu z aresztu (gdzie bynajmniej nie trafił w kontekście zarządzania Niebieskimi i wyciągania pieniędzy z kasy miasta), podobnie jak jego hokejowy odpowiednik, nagle zapadł się pod ziemię…

Kandydatów do członkostwa można wymieniać długo. Czy ktoś na przykład wie, gdzie podziali się magicy, którzy własnymi rękami znokautowali boks amatorski? A co słychać u Najważniejszego Kolarza, który zabrał ze sobą słynne hasło „A wy nie pijecie?”. No i gdzie zniknął pewien kołymski drwal (nawiasem mówiąc, dobry znajomy kolegi z Ruchu), który omal nie wyciął do końca historii GKS-u Katowice? Zapewne każdy z Państwa może do tej listy dopisać kolejne postaci.

Na pytanie, dlaczego polski sport na taką skalę zamienia się w bagno, odpowiedź jest prosta i oczywista. Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze i układy. Pozostawienie po sobie ruin nie wiąże się bowiem z żadnymi konsekwencjami. Ba, zgodnie ze słynnym cytatem z Barei, mąż będący z zawodu prezesem, zawsze gdzieś tym prezesem znowu zostanie. Przykład idzie z góry – czy w świecie polityki rozliczanie jest prowadzone rzetelnie? Czy ktoś poniósł konsekwencje za podpisywanie w ostatnim dniu urzędowania nagród, podwyżek i aneksów stanowiących kukułcze jajo dla następcy?

Tytułowe pytanie trzeba więc odczytywać z ironią. Ale można dodać kolejne: „Jak się czujesz człowieku, patrząc dziś w lustro?”. Znając – także z autopsji – tupet bohaterów tego tekstu, obawiam się jednak, że odpowiedź wywołałaby w nas depresję, bo wzywani do tablicy przeglądają się głównie w wyciągach z konta.

Lanie, blamaż, kompromitacja, wstyd, żenada, hańba – lista takich określeń na temat występów Ruchu Chorzów sunie właśnie przez media. Trudno się temu dziwić, skoro piłkarze z Cichej i ich trener Dariusz Fornalak biją wszystkie antyrekordy blisko stuletniego klubu. Ubiegłotygodniowe 0:6 na własnym stadionie, z Pogonią Siedlce, klubem, który kibicom kojarzy się z… niczym, w dniu, gdy Ruch powinien świętować urodziny, było wydarzeniem symbolicznym. Jak się okazało nie stanowiło końca upokorzeń. Ba, wiele wskazuje na to, że mieliśmy do czynienia zaledwie z przystawką do porażająco gorzkiego dania w postaci degradacji.

Oglądając jak piłka raz po raz wpada do chorzowskiej bramki, tym razem w Legnicy, uświadomiłem sobie, że wśród wielu tekstów, jakie przeczytałem o dramatycznej sytuacji Ruchu nie znalazłem żadnego, próbującego odpowiedzieć na pytanie dlaczego wpadł w taką otchłań. Być może przyczyną tej zmowy milczenia jest fakt, że ojców tej klęski jest co najmniej kilku, a to oznacza spore możliwości narażenia się tu i ówdzie?

Sztandar zaczął wyprowadzać (a z herbem zrobił tak nawet dosłownie) oczywiście Dariusz Smagorowicz, ale ręce ubrudzili krwią także prezydenci Chorzowa i miejscy radni, którzy nie potrafili i nie potrafią wybrać pomiędzy przejęciem klubu na własność gminy a jednoznacznym potraktowaniu go jako firmy prywatnej. Śmiem twierdzić, że gdyby zamiast ulegać serii szantaży finansowo-emocjonalnych kilka lat temu podjęto kasacyjne decyzje podobne do tych, jakie zapadły niegdyś w Katowicach, dziś Ruch byłby w miejscu zbliżonym do GKS-u. A tak pod pozorem ratowania wlewano beton do tonącej łodzi tak długo, aż poszła na dno, zabierając ze sobą miliony złotych należące do mieszkańców miasta. I za to też ktoś powinien zostać rozliczony,

Zadziwiająco łagodnie w mediach traktowany jest obecny prezes Janusz Paterman. Skupiony na spłacaniu zaległości kompletnie stracił kontakt z rzeczywiastością, a kolejne decyzje obsady trenerskiej ławki graniczą z absurdem. Jest takie powiedzenie: jeśli w ciągu jednego sezonu zmieniasz szkoleniowca trzy razy, to znaczy, że popełniłeś dwa błędy, które dyskwalifikują się jako menedżera. Dodajmy do tego jakość piłkarzy, których udało się zatrzymać lub ściągnąć do klubu, a otrzymamy przepis na katastrofę i nawet ogłaszanie ekonomicznych wieści z kościelnej ambony nie wystarczy, by dokonał sie cud. A czy ktoś wie, jaką spójną wizję przyszłości ma szef klubu w przypadku spadku do II ligi? Ba, czy nie chodzi mu po głowie opuszczenie w takim przypadku gabinetu na dobre?

Na Cichej dzieje się źle, ale i mnożą się zagadki. Dlaczego Krzysztof Warzycha rozmienia swoją renomę na drobne, dając sie przesuwać z roli trenera do tłumacza i pośrednio firmują wszystkie kompromitujące wyniki zespołu? Dlaczego Fornalak, sponiewierany rezultatami przez własnych zawodników, zapowiada konsekwencje, chociaż nie ma do ich wyciągania żadnych sensownych narzędzi? Dlaczego klub ogłasza wojnę z kibicami i grozi im procesami sądowymi, a potem udaje, że nie podjął takich kroków z braku czasu?

Dziwnym trafem te pytania, a także sporo innych, równie oczywistych, dotychczas publicznie nie padły. I ten grzech medialnego zaniechania, które w kontekście Ruchu panuje od wielu lat, także jest jednym z kamieni, jakimi wybrukowano niebieską drogę do przepaści.

To był piłkarski poker – oznajmiła Danuta Witkowska już w przerwie meczu Termaliki Nieciecza ze Śląskiem Wrocław. Prezes i współwłaścicielka klubu skomentowała w ten sposób wydarzenia z pierwszej połowy, podczas której sędzia podyktował dwa rzuty karne dla rywali. Witkowskiej zabrakło już jednak inwencji, by pociągnąć temat i sparafrazować cytat z przywołanego filmu: – Ja jestem uczciwy, ma być 2:1 to będzie 2:1… Zabrakło jej także obiektywizmu, bo wtedy użyłaby jeszcze innego słynnego powiedzenia ze scenariusza Jana Purzyckiego „Ty mniej gorzołka pij, ty więcej trynuj” (dalszy ciąg perory żony Grundola można sobie darować, zwłaszcza, że dla dużej grupy piłkarzy Witkowskiej hasło„ty za granica jedziesz” oznaczało wyjazd właśnie do Niecieczy).

Termalica do Ekstraklasy weszła z impetem, w dodatku za własne pieniądze i z samodzielnie zbudowanym stadionem, pokazując, że patologiczny system finansowania klubów i ich aren z publicznej kasy nie musi być normą. W miarę upływu czasu niecieczanie zaczęli się jednak zachowywać jak symbolizujący ich klub słoń. Niestety, ten przysłowiowy, buszujący w składzie porcelany. Brzęk talerzy wywoływał u nich kolejne ataki popłochu, przekładające się na nieracjonalne zmiany trenerów oraz przebudowywanie zespołu w zadziwiającym kierunku. W efekcie z pozycji solidnego średniaka z wieloletnimi perspektywami na regularne zastrzyki finansowe za prawa telewizyjne, Termalica z szeroko zamkniętymi oczami ruszyła w kierunku przepaści. Biorąc pod uwagę skalę tych autodes-trukcyjnych zabaw przestał zadziwiać fakt, że Małopolanie konsekwentnie odmawiają podawania danych do kolejnych wydań raportów „Piłkarskiego biznesu”.

Opór właścicieli Bruk-Betu był i jest w tym względzie niezłomny, a prowadzące opracowania firmy bezradne, podobnie zresztą jak firmująca te coroczne wydawnictwa Ekstraklasa. Tym większą więc pożywkę mają plotki mówiące o kulisach działań klubu z gotówkowym sposobem wypłacania kontraktów nowym zawodnikom włącznie.

O tym, czy niecieczański słoń wypadnie z Ekstraklasowej witryny przekonamy się już wkrótce, po zakończeniu walki na śmierć i życie z Sandecją Nowy Sącz oraz Piastem Gliwice. Traf chce, że ta pierwsza – jako kompletnie nieprzygotowana do występów w elicie – korzysta ze stadionu w Niecieczy, więc nie można wykluczyć, że dojdzie do historycznego momentu, czyli degradacji dwóch zespołów na jednym boisku…

Generalnie jednak szykuje się bitwa systemów. Całkowicie prywatna Termalica kontra w stu procentach należąca do miasta, ale pozbawiona własnego stadionu Sandecja, oraz Piast, który arenę od samorządu dostał już dawno, a w którym miasto posiada około 67 procent akcji regularnie zasilając zastrzykami publicznej gotówki. W tym przypadku degradacja oznaczałaby zapewne serię niewygodnych pytań do władz Gliwic nie tylko o samą celowość topienia milionów złotych w trawnik na Okrzei, ale również o racjonalność ich wydawania wewnątrz klubu. A przecież atmosfera i tak jest już gęsta ze względu na fatalne wizerunkowo wydarzenia podczas derbów z Górnikiem Zabrze i późniejszy konflikt z kibicami (ten ostatni czyściec powinien jednak Piastowi wyjść na dobre, bo frekwencja oraz jakość dopingu i tak pozostawiały zawsze wiele do życzenia). W przypadku najgorszego scenariusza prezydentowi Gliwic przyda się zapewne gorąca linia do swojej zabrzańskiej odpowiedniczki – jej Górnik przetarł już taki czarny szlak krachu sportowego, szybko zamieniając go w nieoczekiwany happy end i uciekając tym samym spod opadającego już topora sondaży opinii publicznej.

Na razie pewne jest jedno: 20 maja dwóch nieszczęśliwców obudzi się z dojmującym kacem, na który najlepszym lekarstwem będzie sportowy jeż poranny. I dopiero wtedy skojarzenia z „Piłkarskim pokerem” będą w pełni uprawnione.

Jakoś dziwnie bez echa przechodzi w Polsce największa w dziejach afera biathlonowa. Okazało się otóż, że prezes światowej federacji tej dyscypliny, Anders Besseberg, był w znacznie ciekawszych miejscach i widział znacznie więcej niż polscy kibice według olimpijki Weroniki Nowakowskiej. 72-letni Norweg miał uprawiać własną odmianę biathlonu – biegał po pieniądze i strzelał na luksusowych polowaniach. A ponieważ w przeciwieństwie do wielu swoich rodaków i rodaczek on akurat nie cierpiał na astmę, obie te rzeczy robił ponoć często i systematycznie, dbając też o odnowę biologiczną w fachowych ramionach prostytutek.

Źródło tych wszystkich rozkoszy biło w Rosji. Taki zarzut potwierdził Grigorij Rodczenkow, najsłynniejszy obecnie uciekinier z tego kraju, który do wyjazdu w 2015 roku zarządzał rosyjską agencją antydopingową i był tam uznawany za magika potrafiącego zatuszować każdy przypadek złapania na koksie (zamieniając ten proceder w bardzo zresztą dochodową sztukę). Jak sam twierdzi, uciekł do USA, bo zaczął obawiać się o życie, a w zamian za bezpieczeństwo został najsłynniejszym sportowym świadkiem koronnym. Ujawnił wiele ciemnych spraw, przyznał się do zniszczenia kilku tysięcy pozytywnych próbek rosyjskich gwiazd i zdradził największą z tajemnic – że dopingowy przemysł wspierany był przez państwo, a pojemniki z moczem podczas igrzysk w Soczi otwierali i ponownie napełniali agenci służb bezpieczeństwa.

Po tych rewelacjach na Rosję spadł grad twardych konsekwencji, z wyrzuceniem z igrzysk włącznie. Jak przystało na wyrachowanego gracza, Radczenkow wciąż chowa w rękawie kolejne asy. Jednego właśnie rzucił i zbił nim króla biathlonu, rządzącego tą dyscypliną od 1992 roku. Sednem systemu miały być manipulacje paszportami biologicznymi, które dziwnym trafem na polecenie IBU (federacji zarządzanej przez Norwega) znikały z laboratorium rosyjskich antydopingowiczów.

Besseberg był częstym gościem kolegów z Moskwy i okolic. Uczestniczył tam w łowach na grubego i drobnego zwierza, a potem w rozmowach przy myśliwskich ogniskach, tudzież hotelowych kominkach, gdzie gospodarze zwierzali mu się z problemów, a on starał się im pomóc. Traf chciał, że chodziło głównie o utajnienie wyników badań rosyjskich gwiazd (w sumie podobno o 65 takich przypadków), co pozwalało im nadal startować i święcić triumfy. Wisienką na torcie było przyznanie Tjumeni organizacji mistrzostw świata 2021. Gdy rosyjski przemysł dopingowy ujrzał wreszcie światło dzienne, a na IBU zaczęła naciskać WADA (agencja antydopingowa), Besseberg znalazł się pod ścianą i decyzja została zmieniona. Polowania, wycieczki, luksusowe hotele, panie do towarzystwa i drogie gadżety – Norweg niczego sobie nie żałował i to właśnie zwróciło uwagę reporterów śledczych. Wreszcie więc brudna bomba wybuchła i biathlonowy boss złożył dymisję, nie przyznając się jednak do zarzutów.

Afera, jak to zwykle bywa, ma charakter rozwojowy i niewątpliwie pojawi się w niej więcej szczegółów, ale już widać, że biathlon stanie w jednym rzędzie hańby z lekką atletyką, kolarstwem czy – niedościgłym na razie – podnoszeniem ciężarów. Generalnie sprawa ta stanowi kolejny dowód na patologie, jakimi przesiąknął skomercjalizowany do bólu sport, w którym dopingowa zabawa w policjantów i złodziei trwa bez końca, a każda próbka ma swoją wagę i cenę. Chociażby mieszczącą się w jednym neseserze. Na pewnym nagraniu powiązanym z biathlonową aferą szef misji olimpijskiej w Soczi, Aleksander Krawcow, twierdził bowiem, że do takiej walizeczki zmieściłoby się 400.000 dolarów, a wiceszef IBU, Aleksander Tichonow, kontrował, że co najwyżej 300.000. Być może ten spór rozwiąże sam Besseberg. O ile oczywiście stanie przed sądem i powie prawdę, całą prawdę i tylko prawdę.

Najlepsze, przynajmniej w kontekście miejsc zajmowanych w tabeli, zespoły Lotto Ekstraklasy rozpoczęcie rundy finałowej potraktowały dość frywolnie. Czołowa trójka solidarnie straciła punkty, nabijając kieszenie bukmacherom, bo trudno przypuszczać, by znalazł się w kraju gracz, który obstawiłby taką kombinację rozstrzygnięć. No, chyba, że skreślał typy metodą kojarzoną jednoznacznie ze sponsorem tytularnym ligi, czyli na chybił – trafił…

Moi koledzy po fachu, pisząc o walce o tytuł, po raz kolejny automatycznie sięgają po wytarte już od zbyt częstego używania skojarzenia z wyścigiem ślimaków. Tymczasem te sympatyczne skądinąd stworzenia z ligowcami nie mają nic wspólnego. One akurat podążają, co prawda dość powolnie, ale w określonym kierunku, w przeciwieństwie do klubów Ekstraklasy, które kręcą się w kółko, gubiąc w tym chocholim tańcu pliki banknotów i porywając do korowodu przypadkowych gapiów.

Prym w tej zabawie wiedzie oczywiście – jak na mistrzów ceremonii przystało – Legia. To wprost nie do wiary, ale od ostatniego jej meczu w Lidze Mistrzów minęło raptem szesnaście miesięcy. To wystarczyło, by z mrzonek o wieloletnim panowaniu zbudowanym na gigantycznych wpływach związanych z wejściem do piłkarskiego raju, pozostał dym oraz gromki śmiech grupy cwaniaków, którzy przepompowali sporą część tej rzeki do własnych portfeli wykorzystując naiwność ludzi zarządzających legijnym interesem.

No cóż, nie nasze małpy, nie nasz cyrk, ale w moim przekonaniu to, co się dzieje, będzie miało wpływ na negocjacje dotyczące praw telewizyjnych. Nieoczekiwanie bowiem Ekstraklasa może stać się konkurencją dla emitowanych na żywo programów kabaretowych i wprowadzić tam własny cykl. Na przykład pod tytułem. „Sam jesteś fatalny”.

Najpierw krótki test. Spróbujcie wyobrazić sobie Roberta Lewandowskiego, który siedzi na lotnisku w Bydgoszczy, je makaron z kartonika i od siedmiu godzin czeka na samolot tanich linii lotniczych, by polecieć na czekający go za niespełna 24 godziny mecz eliminacji MŚ.

Albo Adama Nawałkę tuż przed spotkaniem, które może mieć kluczowe znaczenie w walce o udział w mundialu, gdy dowiaduje się, że z kadry wypadło mu sześciu zawodników. Nie z powodu kontuzji, a dlatego, że pracownik PZPN-u zapomniał ich zgłosić.

Takie przypadki miały miejsce naprawdę. Tyle że dotyczyły reprezentacji kobiet i spadły na Biało-Czerwone w ciągu kilkudziesięciu godzin przed meczami z Albanią i Szkocją. Zawiodło wszystko. I ludzie, i maszyny. Zawiodła też komunikacja.

PZPN na ujawnienie – przez wyżej podpisanego – kompromitacji swojego człowieka, najpierw zareagował milczeniem, potem alergicznie, by w końcu po kilku godzinach wydać oświadczenie z przyznaniem się do błędu. Nie tylko mocno spóźnione, ale i jedno z najbardziej niezwykłych w historii, adresowane bowiem tylko do… jednej osoby! Mojej skromnej (jak to mawiają politycy) zresztą.

Nie lepiej było w poniedziałek, gdy kadra czekała na samolot Ryanaira. Zamiast jasnego postawienia sprawy, na Twitterze rozpoczęła się walka związkowych działaczy, z prezesem Zbigniewem Bońkiem na czele, z grupką dziennikarzy. Walka mało merytoryczna, za to do granic brutalna. PZPN faulował ironią, uderzał żenującymi skojarzeniami z nazwiskami polemistów, a nad wszystkim unosił się duch poczucia wyższości, by nie rzec zwykłej bufonady. Dopiero dzień później rzecznik związku przyznał, że w czasie tych starć szukano rozwiązania alternatywnego, z wynajęciem czarteru włącznie. W najważniejszym momencie tej informacji znów jednak zabrakło. Zarządzanie kryzysowe w PZPN-ie okazało się odpowiednikiem działań strażaka-podpalacza.

W całej aferze nie zabrakło też zjawisk dziwnych. Między innymi z mojej branży, bo zastanawiać musiała zmowa milczenia podczas polsatowskiej transmisji z meczu, a także ze strony dziennikarzy obecnych na konferencji prasowej po nim. Nikt nie zauważył kadrowiczek na trybunach ani szczątkowej ławki rezerwowych? Przypadek? Nie sądzę. Raczej test lojalności zaprzeczający temu, czym ta praca być powinna.

Ale przecież milczeli nie tylko dziennikarze. Taką samą pokorną postawę – a to graniczy ze zdradą własnej kadry – przyjął selekcjoner reprezentacji, Miłosz Stępiński. Jak można w takiej sytuacji nie grzmieć?! Podobnie zresztą trener zachował się w czasie bydgoskiego koczowania. Czy prawdą jest, jak sugerował Zbigniew Boniek, że to szkoleniowiec optował za rejsowym przelotem do Szkocji i to zaledwie dzień przed meczem? A może po prostu robi, co mu każą, bo to niejedyne jego zajęcie zlecane przez PZPN? Takich pytań, które wciąż czekają na odpowiedzi, pozostało sporo. Warto jednak przypomnieć, że to nie pierwsze wpadki związane z tą drużyną. W 2011 w meczu z Rosją wystawiono zawodniczkę, która miała pauzować za żółte kartki (wynik 0:2 zweryfikowano jako walkower), a w 2016 było blisko powtórki, gdy selekcjoner Stępiński na swój debiut powołał kadrowiczkę z podobnym nadbagażem…

Przypuszczam, że spora grupa Czytelników potraktuje tę historię w kategoriach folklorystycznych. Warto więc dodać, że po pierwsze, reprezentacja kraju to zawsze reprezentacja; po drugie, w składzie ma kilka sporych gwiazd i gwiazdek z Katarzyną Kiedrzynek, bramkarką PSG i finalistką Ligi Mistrzyń na czele, a po trzecie – kobiece Euro 2017 oglądało w TV 165 milionów osób (finał ostatniego mundialu w USA pobił oglądalnością szósty mecz finału NBA). Potencjał kobiecej kopanej jest więc olbrzymi. I warto zdawać sobie z tego sprawę, zanim powtórzy się pamiętne zdanie Zbigniewa Boń-ka, że podczas rozmów o piłce baby nie są mu potrzebne…

Czy wy jesteście niepoważni? – rzucił Artur Jędrzejczyk do dziennikarzy, którzy próbowali namówić go na krótką rozmowę tuż po zejściu z murawy w Zabrzu. Poważny Pan Piłkarz, Reprezentant Polski i Gracz Warszawskiej Legii wchodził właśnie do szatni, w której powinien znaleźć się dużo wcześniej, i to dyscyplinarnie. Przy faulu taktycznym sędzia Daniel Stefański zamknął jednak oczy, zapewne dlatego (uwaga: ironia), że winowajca miał już żółtą kartkę za wywołanie boiskowej awantury.

Co prawda stołeczni żurnaliści przyjęli później rolę adwokatów diabła, twierdząc, że na piłkarskich salonach (w tłumaczeniu: na Łazienkowskiej) zawodnicy wielkich klubów rozmawiają dopiero po wzięciu prysznica i przebraniu w wyjściowe dresy, zapomnieli jednak o dwóch zastrzeżeniach. Po pierwsze, stacje telewizyjne nie mają problemów z zatrzymaniem piłkarzy tuż za linią boczną, a po drugie – ważna jest nie tylko treść, ale i forma, a ta w wydaniu Jędrzejczyka była kiepska tak w mowie, jak i na murawie. Bo jeśli legionista faktycznie zamierzał najpierw spędzić czas pod natryskiem, by zyskać minuty na zamienienie myśli nieuczesanych w medialne bon moty, wystarczyło o tym grzecznie poinformować… A tak wyszło fatalnie. Zwłaszcza gdy miało się świeżo w pamięci znakomity występ tegoż Jędrzejczyka przed kamerą Canal+ po przegranym spotkaniu z Arką. Pomocnik Legii pokazał wtedy łatwość wyrażania tego, co pomyśli głowa, a co zawarło się w romantycznie rozpaczliwym wyznaniu „Wszyscy jesteśmy wk…”, oczywiście bez kropek.

A propos „wyszło fatalnie”. Niewiele innych słów tak jednoznacznie kojarzy się z Legią. Rozsławił je Michał Kucharczyk, gdy w 2015 roku nie zdzierżył krytyki i odparował reporterowi pamiętną refleksją „fatalny to ty jesteś”. Później jednak piłkarz wyciągnął wnioski i zdaniem klubu poszarżował w drugą stronę, bo rzekomo to właśnie za nadmierną przyjaźń z mediami został przeniesiony do rezerw. Tamten wywiad nie był zresztą jedynym fajerwerkiem „Kuchego”. Zaimponował kibicom również krytyką systemu rozgrywek. – Gramy sześćdziesiąt meczów w sezonie. Składając wszystkie nasze wolne dni w ciągu roku, skleimy może miesiąc. Inni ludzie nie pracują w weekendy, święta… – żalił się legionista po remisie z Tiraspolem.

Kucharczyk z rezerw już wrócił, a my wróćmy do głównego tematu. Nie da się uciec od konkluzji, że Legia do krasomówczych talentów swoich piłkarzy ma wyjątkowe szczęście, znacznie większe niż przy transferach, ze szczególnym uwzględnieniem trenerskich. Wiele osób – zapewne nie tylko pod samym Klimczokiem – pamięta oratorski popis Jakuba Rzeźniczaka, który słabą grę ekipy spod znaku eLki (nie mylić z najdłuższą nizinną kolejką krzesełkową w Europie, która funkcjonuje w Parku Śląskim) tłumaczył… zapachem kiełbasek i widokiem bloków otaczających stary stadion Podbeskidzia.

W Zabrzu na podobne gorące zwierzenia, które z biegiem czasu stają się anegdotami, nie mogliśmy liczyć, bo rozmowy poprysznicowe odbywały się wtedy, gdy większość z nas realizowała już inne służbowe zadania. Za to na pomeczowej konferencji, z udziałem trenera Romeo Jozaka, pytanie na temat medialnej pasywności legionistów zadał Jerzy Góra z Radia Katowice i wprawił Chorwata w nie lada ambaras.

Gwoli dopełnienia obrazu trzeba dodać, że podobnych problemów nie było z piłkarzami Górnika, poza jednym wyjątkiem. Można by nawet rzec, że wyjątkiem tradycyjnym, czyli Rafałem Kurzawą. Piłkarzem niezwykle efektywnym na boisku, za to nieefektownym poza nim. Ba, nawet po meczu z Koreą Południową na Stadionie Śląskim, już jako kadrowicz, odmówił podzielenia się reprezentacyjnymi przemyśleniami. Zabrzanina czekają jednak chyba trudne chwile, bo w klubie widać już wyraźną presję, by zmusić go do mówienia. Wszyscy bowiem zaczynają sobie zdawać sprawę, że mowa nie zawsze jest srebrem, czasem ma wartość wręcz diamentową…