Archiwa tagu: Rafał Musioł komentarz

Piast Gliwice poniósł we Wrocławiu klęskę i zmarnował nieoczekiwaną nieco szansę wspięcia się na szczyt ligowej tabeli. Nie zmienia to faktu, że zespół Waldemara Fornalika pokonał w ciągu dwunastu miesięcy niezwykłą drogę. Po dziewięciu kolejkach poprzedniego sezonu ekipa z Okrzei zajmowała w tabeli czternaste miejsce mając na koncie dokładnie połowę obecnego dorobku punktowego. Co ciekawe, dokładnie odwrotną sytuację przeżywa Górnik Zabrze, który był wtedy wiceliderem, a na jego koncie było… dwa razy więcej punktów niż obecnie. Jak widać nawet w przypadkowych danych można czasem odkryć zadziwiające współzależności, z których wynika przede wszystkim ogólna kondycja Ekstraklasy, definiowana czasem w postaci powiedzenia o wyścigu żółwi.

Warto przy tych rozważaniach przypomnieć, że właśnie po dziewiątej kolejce nastąpiła w Piaście zmiana trenera – Dariusza Wdowczyka zastąpił Waldemar Fornalik. Były selekcjoner potrzebował kilkunastu miesięcy – podczas których zdarzały mu się bardzo trudne momenty z wizją zwolnienia włącznie – na odwrócenie karty z Okrzei. W tym czasie za miedzą Marcin Brosz przeżywał niezwykłe chwile, gdy jego piłkarze na wypełnionym po brzegi stadionie bili się o ekstraklasowe podium, wpisując się jednocześnie do kajetów opiekunów reprezentacji wszystkich kategorii wiekowych, z tą najważniejszą, mundialową, włącznie.

Fornalik i Brosz to ludzie, którzy dobrze już wiedzą, że po dniach tygodniach, miesiącach i latach tłustych przychodzą czasy chude (i vice versa). Obecny obrót koła fortuny nie jest więc dla nich zapewne przesadnie szokujący i traktują go w kategoriach oczywistości. W najbliższą sobotę obaj staną oko w oko z okazji derbów. Nieobecność kibiców gości oraz wyrzucenie miejscowych szalikowców przez zarząd Piasta pozwalają mieć nadzieję, że tym razem wreszcie stoczą normalny taktyczny pojedynek.

Reportaż Szymona Jadczaka na temat Wisły Kraków był w tym tygodniu jednym z najgorętszych tematów. Jest jednak w całej tej sprawie coś zastanawiającego, a mianowicie wstrząsająca cisza wśród wszystkich, którzy niemal zostali w nim wskazani palcem.

Głos zabrała tylko sama Wisła. Na jej oświadczenie należy jednak spuścić zasłonę litości. Formę i treść pisma świetnie skontrował na Twitterze Michał Trela, dziennikarz „Przeglądu Sportowego”: „W czystym klubie osoba, która doprowadziła go do wykluczenia z europejskich pucharów, strat finansowych, wizerunkowych, sportowych, jest personą non grata, a nie honorowym gościem w lożach”. W punkt, jak mówi młodzież – „zaorane”…

Zostawmy jednak Wisłę na boku. I zapytajmy: czy ktoś z Państwa słyszał o poreportażo-wej kontroli w mających rozpracowywać kibolskie środowisko krakowskich jednostkach policji? A może o specjalnych wysłannikach ministra Zbigniewa Ziobry w prokuraturze i sądach? Ewentulnie o kompleksowym badaniu dziwnego zbiegu okoliczności, który „Miśkowi” pozwolił opuścić kraj na dwa dni przed planowanym zatrzymaniem? Wszystkie te negatywne odpowiedzi potwierdzają tezę Jadczaka o tym, że gdy kurz opadnie nic się nie zmieni.

Charakterystyczne jest także milczenie Polskiego Związku Piłki Nożnej, a przede wszystkim – patrząc na sportową działkę – Spółki Ekstraklasa. To kolejny potężny cios w jej wizerunek, który pozostaje bez reakcji. Czyżby dlatego, że pokazane przez TVN mechanizmy nie są w polskich klubach wyjątkiem i Spółka świetnie zdaje sobie z tego sprawę? Nikt nie jest przecież aż tak naiwnym, by sądzić, że Kraków stanowi na piłkarskiej mapie samotną czarną wyspę. Przecież nawet w tej nagłośnionej sprawie mocno wybrzmiewają brudne sprawki związane z kibolami Ruchu Chorzów. Być może państwo polskie powinno wreszcie dojrzeć do świadomości, że wokół piłki naprawdę funkcjonuje przestępczość zorganizowana, z którą trzeba walczyć również w sposób zorganizowany?

Przyjście Jacka Paszulewicza do Katowic odbywało się przy fanfarach. Dyrektor sportowy Tadeusz Bartnik -który poprzedniego trenera Piotra Mandrysza poinformował o nagłym zwolnieniu, gdy ten przyjechał na Bukową do pracy i otwierał właśnie laptopa – oświadczył, że na możliwość zatrudnienia Paszulewicza czekał od dawna. A ponieważ akurat pojawiła się okazja, należało natychmiast z niej skorzystać. Bez względu na koszty, z jakimi wiązało się przedwczesne rozstanie z Mandryszem.

Nowemu trenerowi zostało podporządkowane wszystko. W przerwie letniej w szatni – z błogosławieństwem zachwyconych kibiców – dokonano totalnej wymiany kadr, ściągając do Katowic piłkarzy, z których niewielu spełniało deklarowaną wcześniej wizję klubu opartego na zawodnikach młodych i pochodzących z regionu, za to zaliczających niesprecyzowany publicznie test obejmujący ponad dwadzieścia punktów. W transferowym amoku (warto w tym momencie zaznaczyć, że samo zatwierdzenie nowego piłkarza do gry to 1.500 zł plus drugie 1.500 za „wymeldowanie” go z dotychczasowego klubu, co zazwyczaj także bierze na siebie nowy pracodawca, a wolnego piłkarza 3.000) nie zważano na szepty sugerujące, że atmosfera w zespole jest daleka od dobrej. Psuło ją między innymi wrażenie chaosu przy wyborach podstawowych jedenastek na mecze i natychmiastowe wprowadzanie do gry świeżo sprowadzonych zawodników, nawet jeśli nie byli w pełni sił.

Teraz mleko się rozlało. Obecny sezon to Waterloo Paszulewicza i realizującego jego wizję personalną dyrektora Bartnika. Przede wszystkim jednak olbrzymi problem ma prezes klubu, Marcin Janicki. Autorska szatnia obecnego szkoleniowca to zestaw kloc-ków, które mogą okazać się za mało uniwersalne, by ułożyć z nich układankę pasującą ewentualnemu następcy.

Szef klubu stoi więc przed nie lada dylematem: czy pozwolić zjeść tę żabę Paszulewiczowi do końca, czy też z pieniędzy podatników dokonać kolejnej, tym razem szkoleniowej rewolucji.

Nie ma drugiej tak zabawnej dyscypliny sportu jak siatkówka. Sedno tego stwierdzenia nie leży bynajmniej we wzajemnym poklepywaniu się po pośladkach po zdobyciu pierwszego z 25 punktów potrzebnych do wygrania seta, ale o kabarecik gwarantowany przez organizatorów każdego z wielkich turniejów.

Wyobrażacie sobie na przykład, że gospodarze piłkarskiego mundialu tuż po losowaniu grup udają się na zaplecze, gdzie uznają, że przyjęte wcześniej zasady gry są niekorzystne dla ich reprezentacji, więc należy je zmienić? I po powrocie na salę oznajmiają wszystkim, że koszyki owszem są ważne, ale dalsza ścieżka rywalizacji wygląda już całkiem inaczej, niż planowano? W siatkówce takie działania są na porządku dziennym. Zapewne tylko kwestią czasu pozostaje jeszcze wzięcie przykładu z rządzącej w Polsce siły politycznej i przeprowadzenie reasumpcji całego losowania, by padły w nim rozstrzygnięcia zgodne z oczekiwaniami, a nie wynikające ze ślepego trafu.

Koniec końców i tak trzeba jednak kiedyś rozegrać jakieś mecze, bo bez nich – jak na złość – ani telewizja, ani kibice nie chcą dawać żadnych pieniędzy, stanowiących sens życia siatkarskich bossów. Ale przecież i w terminarzu można błysnąć inwencją. Na przykład zorganizować dwa mecze otwarcia, przeczekać na „sucho” kolejne dwa dni, a w trzecim zaplanować aż dziesięć spotkań. Taki właśnie plan wcielili w życie Włosi i Bułgarzy na swoich mistrzostwach świata…

Siatkówka, która przez ostatnie lata walczyła w Europie o miano sportu numer dwa (co w dużej mierze zawdzięczała Polsce, gdzie kibice byli skłonni pojawić się zawsze, wszędzie i za obojętnie jaką cenę, aby tylko pośpiewać o małym rycerzu), zaczyna raz za razem serwować w aut. Telewizyjny przesyt ligowy, zerowy prestiż deficytowych dla klubów europejskich pucharów i wspomniane wcześniej działania mające znamiona zwykłych machlojek sprawiają, że doprawdy trudno tę zabawę traktować całkiem serio.

Cieszę się, że reprezentacja nie uległa presji kibiców i starała się rozgrywać piłkę do ostatniej chwili- oświadczył Jerzy Brzęczek po meczu z Irlandią, za obejrzenie którego wspomniani przez niego kibice zapłacili z własnej kieszeni od 70 do 120 złotych. W zamian dostali kiepskiej jakości produkt, szansę na oklaskiwanie Jakuba Błaszczykowskiego otrzymującego zaległą paterę za 100 meczów kadrze oraz widok na ławkę rezerwowych, na której siedzieli m.in. Robert Lewandowski i Andrzej Woźniak, kojarzony we Wrocławiu z doprowadzenia do prokuratury prowadzącej śledztwo w aferze korupcyjnej.

„Presja”, wyrażana w formie gwizdów, nie na wiele się zdała, a ci, którzy tworzyli najmniejszą w historii wrocławskiego stadionu grupę widzów na meczu kadry, bynajmniej nie znajdowali się w tak świetnym nastroju jak szkoleniowiec kadry. Dla nich wtorkowe spotkanie stanowiło kontynuację mundialu, na którym reprezentacja straciła o wiele więcej niż kilka punktów i goli. Tym wyraźniej więc przytoczone na wstępie słowa Brzęczka wpisały się w wakacyjną narrację kadrowiczów- z kulminacją w postaci palca narzeczonej w wiadomym miejscu Grzegorza Krychowiaka – doprowadzających niedawnych jeszcze fanów do stanu wrzenia.

Odbudowywanie zaufania, o którym tak często mówiono w kontekście nominacji nowego szkoleniowca póki co przypomina plac budowy z serialu Alternatywy 4.

Krytycy Adama Nawałki często podkreślali, że jedną z jego słabszych stron stanowiło wyczucie momentu na dokonanie zmian. Zwlekał z nimi do ostatniej chwili, a znakomitą ilustracją tej pięty achillesowej był obrazek zamykający jego selek-cjonerską karierę, czyli śmieszno-straszne próby wprowadzenia Jakuba Błaszczykowskiego na boisko w meczu z Japonią.

W inaugurującym pracę Jerzego Brzęczka spotkaniu z Włochami temat zmian znów stał się kwestią numer jeden. Nie sposób przecież ukryć, że w dużej mierze właśnie przez nie straciliśmy szansę na historyczne pierwsze zwycięstwo nad Italią na jej terenie. O ile ściągnięcie z boiska Piotra Zielińskiego okazało się spełnieniem prośby samego zawodnika to utrzymanie na nim Błaszczy-kowskiego, mającego oczywisty problem z wyczuciem gry, było błędem z gatunku kardynalnych. W dodatku Brzęczek nie skorzystał z oczywistych zmienników pierwszego wyboru, czyli Arkadiusza Milika lub Krzysztofa Piątka, jedynych zawodników dających nadzieję na zadanie rozstrzygającego trafienia słabym tego dnia Włochom.

Nie do końca można zrozumieć także decyzje dotyczące bramkarzy. Rozpisanie z góry obsady bramki w kolejnych meczach raczej nie wpłynie pozytywnie na rywalizację na treningach i robi kolejną krzywdę Łukaszowi Fabiańskiemu…
Generalnie debiut Brzęczka trzeba uznać za udany, ale w tej grze zawsze chodzi o to, by plusy nie przesłoniły minusów…

Nic na to nie poradzę, ale podczas lektury raportu, który miał wyjaśnić przyczyny mundialowej klęski, stawał mi przed oczami fragment pewnego pamiętnego filmu. Dokładniej rzecz biorąc tego, na którym Adam Nawałka (jeszcze w Górniku Zabrze) powtarza do swojego asystenta Marcina Prasoła „Zapisz to, faken”. Nie mogę mieć oczywiście pewności, ale też nie zdziwiłbym się, gdyby ten najbardziej oczekiwany w ostatnich tygodniach dokument powstawał w podobny sposób, tyle, że w funkcję kronikarza wcielał się Tomasz Iwan.

O merytorycznej warstwie raportu powiedziano i napisano już niemal wszystko, ale również istotny był przecież język i styl, jakim mundialową operację opisano. Błędy rzeczowe (np. Arkadiusz Reca figuruje na liście piłkarzy objętych monitorin-giem dwukrotnie – pod numerami 30 i 52) i stylistyczne („we Rosji”) zostały przyćmione przez „opisy przyrody”. Niestety, także i one pozostawiły czytelników z niedosytem, bo zabrakło w nich szczegółów dotyczących umeblowania hotelowych apartamentów i rysunków miejsc zajmowanych w samolocie przez poszczególnych członków kadry.

Oczywiście wyzłośliwianie się jest nie tylko najprostsze, ale i – sądząc po mediach społecznościowych – zgodne z obowiązującymi trendami. Największe pretensje autorzy raportu i oburzeni takimi reakcjami szefowie PZPN powinni mieć jednak nie do dziennikarzy i kibiców, a do… Niemców. To przez nich przecież ten cały galimatias. Gdyby Joachim Loew nie wpadł na szatański plan publicznego wyprania brudów i gdyby nie zrobił tego, wspólnie z menedżerem Oliverem Bierhoffem, w dodatku w sposób ze wszech miar interesujący, Nawałkowy raport do teraz zapewne leżałby w szufladzie któregoś z biurek na Bitwy Warszawskiej (adres siedziby PZPN – przyp. autora). A tak presja przekroczyła stan krytyczny i jedynym wyjściem, by ją zdetonować, było pokazanie tych zapisków światu. Niemcy zresztą w podłożonej minie schowali jeszcze jedną pułapkę – podkreślili, że ich reprezentacja za bardzo oddaliła się od kibiców i zbyt wiele związanych z nią spraw działo się za zamkniętymi drzwiami. A to już wyglądało na bezczelną wręcz zaczepkę pod adresem Biało-Czerwonych, którzy chcąc nie chcąc też musieli pokazać (jak się okazało niestety), żeśmy nie gęsi i swój język mamy.

No cóż, jeden ze swoich komentarzy z Euro 2016 poświęciłem Loewowi, a tekst nosił tytuł „Obrzydliwiec ze Szwarcwaldu”. Nie przypuszczałem jednak wtedy, że jest zdolny do aż tak wyrafinowanej intrygi.

Najpierw Jerzy Brzęczek strzelił sobie w kolano wciągając do reprezentacji Polski skazanego za znaczący udział w aferze korupcyjnej Andrzeja Woźniaka. Wchodząc na własną prośbę na medialne pole minowe szkoleniowiec musiał zdawać sobie sprawę, że tradycyjny kredyt zaufania nowego selekcjonera został poważnie nadszarpnięty. Patrząc na reakcje po pierwszym wyborze kadrowiczów wygląda na to, że zniknął już całkiem…

Nie chodzi oczywiście o krytykę ze strony Jana Tomaszewskiego, bo akurat były znakomity bramkarz i kiepski poseł na sejm RP po prostu z wygłaszania takich tez żyje, ale o powszechne wrażenie związane ze sprzecznościami wyboru. Postawienie na Jakuba Błaszczykowskiego stoi przecież w kontrze do pominięcia Kamila Grosickiego, skoro obaj jadą ostatnio na takim samym futbolowym wózku, a właściwie obaj obok niego maszerują. Brzęczek na własne życzenie znów wyszedł wprost pod lufy krytyków, wiedząc, że zdania o rodzinnych powiązaniach tym razem zabrzmią jak prokuratorskie zarzuty.

Dodając do tego zrozumiałą, ale cichszą już dyskusję nad wpłynięciem do kadry nowej fali z Wisły Płock nie mam wątpliwości, że mecze Ligi Narodów nie będą, przynajmniej dla kibiców i dziennikarzy, zwykłymi testami przed eliminacjami mistrzostw Europy, a poważną weryfikacją nowego opiekuna Biało-Czerwonych.

A propos wspomnianego na marginesie Adama Nawałki. Cisza wokół rozliczenia mundialu ukoronowanego hańbiącą końcówką spotkania z Japonią wciąż nie została przerwana. Tymczasem w minioną środę w Niemczech Joachim Loew przez blisko dwie godziny publicznie tłumaczył rosyjską klęskę Niemców. Przyczyn porażki szukał i w szczegółach (od przyjęcia piłki do jej oddania mijało średnio 1,6 sekundy, wobec 1,2 sekundy w 2014), i w ogółach, takich jak uznanie fazy grupowej za formalność). Polscy kibice widać na taką analizę nie zasługują. Dlatego też przy okazji Ligi Narodów rodzi się pytanie czy Stadion Śląski nie zamieni się w miejsce frekwencyjnego rozliczenia kadry za rosyjski blamaż…

O tym, że mecz dwóch GKS-ów, z Katowic i Jastrzębia, wiązał się z ryzykiem awantur wiedzieli niemal wszyscy. Na trybunach rzeczywiście było gorąco – dosłownie i w przenośni, bo na sektorze gości szaliki płonęły otwartym ogniem, a kibole z obu stron przeprowadzali systematyczne testy wytrzymałości płotów i bram dzielących ich od adwersarzy. Według informacji z policji katowiczanie dokonali też próby manewru okrążającego, co zakończyło się starciem z funkcjonariuszami na boisku treningowym za „Blaszokiem”. Sam mecz na kilkadziesiąt sekund został z kolei przerwany po tym, jak ochroniarzy obrzucono kijami od flag.

Wszystkie te wydarzenia nie stanowiły wielkiego zaskoczenia, ale zamieniły się w istotne pytanie – dlaczego wojewoda śląski, który dość często i to „last minute”, zamykał stadiony przed kibicami gości w meczach, których potencjał niebezpieczeństw był dużo mniejszy, tym razem nie zastosował takiej procedury? Odpowiedź może być oczywiście banalna – zarządca województwa rozleniwił się ostatnimi upalnymi dniami wakacji, ewentualnie zawiodła komunikacja ze strony odpowiednich służb, w których – jak wieść gminna głosi – pojawili się ludzie, dopiero uczący się regionalnej specyfiki związanej z zagęszczeniem antagonizmów kibolskich.

Jest jednak także inna opcja, granicząca niebezpiecznie z teorią spiskową. Mianowicie taka, że wojewoda postanowił dać szalikowcom szansę, by udowodnili, że jego dotychczasowe postępowanie było słuszne. Tyle, że podobna zabawa, chociaż zakończona wynikiem zgodnym z oczekiwaniami, oznaczałaby grę wyjątkowo niebezpieczną dla osób postronnych. A w taki cynizm urzędnika państwowego nie chcielibyśmy uwierzyć…

Tak czy inaczej derby obu klubów powinny być kolejnym przyczynkiem do dyskusji na temat administracyjnego odgórnego zakazu uczestnictwa kibiców gości we wszystkich ligowych meczach. Dotychczasowej loterii, zarówno decyzyjnej, jak i organizacyjnej, chyba wszyscy mają już serdecznie dosyć.

Mike Tyson z biało-czerwoną opaską, opowiadający o Powstaniu Warszawskim… Oglądałem, słuchałem i nie mogłem uciec od obrazu byłego mistrza świata wagi ciężkiej z książki „Mike Tyson. Moja prawda” (wydawnictwo SQN). Pełnej ćpania, alkoholu, problemów z prawem, przypadkowego seksu, awantur z najbliższymi, bijatyk i klimatów ulicznych gangów…

Wybór Bestii do takiego spotu był nieoczywisty, poza pewnością, że za odpowiednie honorarium Tyson powie wszystko, sfotografuje się z każdym i pojedzie wszędzie. Problem polega na tym, że w efekcie jego wiarygodność jest na poziomie ringowej maty, a wypowiadane słowa traktowane jak – nie przymierzając – futbolowe tyrady Jana Tomaszewskiego. W tym całym procederze można mieć tylko nadzieję, że sam Tyson chociażby szczątkowo zapamiętał to, co przyszło mu odczytać, a zasadniczy cel jego występu był inny niż w „Kac Vegas” („Wystąpiłem w tym filmie tylko po to, żeby mieć pieniądze na narkotyki. Cały czas byłem wtedy na dużym haju…”).

Efektem ubocznym aktorskiego popisu naćpanego pięściarza, którego kulminacją było odśpiewanie „In The Air Tonight” Phila Collinsa, okazało się przekonanie Malika Abdula Aziza (tak nazwał się Tyson po przejściu na islam) o własnym wrodzonym aktorskim talencie, który właśnie doprowadził go do powstańczej gawędy.

Fundator tego spotu, obserwując skalę reakcji na swoje dzieło, może oczywiście uznać, że cel został osiągnięty. Pytanie jednak brzmi: czy burza nie ma czasem zasięgu jedynie lokalnego? Bo na razie wszystkie jej echa słychać jedynie nad Wisłą. A tu akurat o Powstaniu Warszawskim nikomu przypominać nie trzeba. W przeciwieństwie na przykład do powstań śląskich.

Swoją drogą, wyobrażacie sobie Tysona opowiadającego o masakrze dokonanej przez Grenzschutz w kopalni Mysłowice? I to po śląsku? Pewnie kosztowałoby to słono, ale w tym przypadku byłoby bezcenne z punktu widzenia edukowania nie świata, a Polski.