Archiwa tagu: Rafał Musioł

Atak warszawskich kiboli na piłkarzy Legii wystawił świadectwo całej Ekstraklasie. Zdarzenie to stanowi bowiem idealną ilustrację patologicznych układów panujących w większości klubów. Ich esencja znalazła się zresztą w oświadczeniu mistrzów Polski, w którym przeczytaliśmy między innymi: „Pierwsze ustalania wskazują, że grupa osób weszła na teren stadionu zgodnie z przyjętą praktyką po meczach wyjazdowych, co nie dawało ochronie obiektu podstaw do niepokoju”. No cóż, o „przyjętych praktykach” trudno dyskutować, ale jedno pytanie nasuwa się samo – gdzie podziała się wspomniana ochrona, gdy czujący się jak u siebie na należącym do Legii terenie bandyci powody do niepokoju już dali? O sile wspomnianego układu – być może opartego głównie na strachu – łączącego kiboli z władzami klubu, świadczy też brak reakcji, na przykład w postaci wydania oczywistego wydawałoby się po takich zajściach zakazu wstępu na legijne tereny dla osób niebędących jej pracownikami.

Trudno zresztą oprzeć się wrażeniu, że Legia zebrała właśnie owoce swojej wieloletniej konsekwentnej pracy. Zlekceważone przed laty uderzenie Jakuba Rzeźniczaka przez „Starucha” oraz pokorne tolerowanie zachowań na trybunach, których efektem były dotkliwe kary finansowe i wstyd na całą Europę, stanowiły kolejne kroki w kierunku przepaści. Czy można się dziwić, że to właśnie „Staruch” zaprosił piłkarzy do wyjścia na klubowy parking?

System wiążący kiboli z władzami klubów to jednak zaledwie koniec przewodu pokarmowego, którym spływa całe to szambo. Wszystko zaczyna się bowiem od bezradności krajowych organów – począwszy od prokuratorów, a na kontrolerach biletów w środkach komunikacji publicznej, którymi podróżują kibice, skończywszy. Czy jest to zresztą tylko bezradność? Nie da się przecież ukryć, że w powszechnym odczuciu część polityków wspiera bandyckie środowiska, utożsamiając je – pewnie na podstawie nadruków na koszulkach – z ruchami patriotycznymi. Swoje trzy cegiełki dokłada też do tej struktury Kościół (bo jak inaczej zinterpretować jasnogórską uświęconą pielgrzymkę spod znaku płonących na wałach rac?) i właśnie w efekcie takiej kombinacji mamy to, co mamy, czyli sumę wszystkich wokółligowych strachów.

Jeszcze wiruje w powietrzu kurz po nieumiejętnym zrzuceniu na Ekstraklasę systemu VAR, a już piłkarze mają kolejny problem. Tym razem znacznie poważniejszy. Bo o ile kwestie związane z wideoweryfikacjami obciążają wizerunki sędziów, to kolejna nowinka wycelowana została bezpośrednio w tych, którzy biegają za piłką.

Spółka Ekstraklasa Live Park, czyli ta, która odpowiada za telewizyjne transmisje, poinformowała mianowicie o podpisaniu umowy z firmą ChyronHego, specjalizującą się w dostarczaniu danych fitness. Ten pozornie sympatyczny (w końcu fitness to sprawa przyjemna) zwrot w tym przypadku oznacza jednak dokładne monitorowanie poczynań piłkarzy w czasie meczu. Ściślej rzecz biorąc tuż po ostatnim gwizdku sędziego każdy z nas będzie mógł spojrzeć w statystyki, by przekonać się między innymi ile kilometrów przebiegł wybrany zawodnik, jaką część z nich pokonał w tempie sprinterskim, w jakim tempie średnio się poruszał i jaką osiągnął prędkość maksymalną.

Dzięki temu staniemy w jednym rzędzie z najlepszymi ligami Europy – z dumą oświadczył dyrektor LiveParku, Marcin Serafin. I tu wydaje się właśnie pies pogrzebany. Bo o ile ta deklaracja może mieć uzasadnienie technologiczne, to w praktyce wykaże zapewne coś dokładnie przeciwnego. A mianowicie przyczynę, dla której Ekstraklasa pod względem sportowym w takim pierwszym rzędzie bynajmniej nie stoi. Co więcej, wyjątkowi złośliwcy dostaną do ręki potężne narzędzie w postaci przelicznika przebieganych kilometrów na złotówki, jakie piłkarze tak zwanej elity pobierają co miesiąc w klubowych kasach.

Istnieje jednak cień szansy, że opracowania ChyronHego okażą się zbawienne. Może przecież zadziałać efekt wyścigu australijskiego, czyli chęci uniknięcia za wszelką cenę zajęcia w pomeczowych statystykach ostatniego miejsca w zespole, nie licząc oczywiście bramkarza. Niewykluczone więc, że podczas przyszłorocznych meczów (system składający się z dwóch kamer, komputera oraz serwera z urządzeniami dodatkowymi do końca roku zostanie zainstalowany na wszystkich stadionach) zobaczymy niezwykłe obrazki. Na przykład takie, że także piłkarze nie biorący udziału w akcji będą żwawo przebierać nogami czy wykonywać krótkie sprinty, by poprawić swoje parametry.

Nawet jednak w takim przypadku najciekawsze będą porównania rodzimych gwiazdek z zawodnikami, którzy do niedawna biegali po trzecioligowych, ale zagranicznych (np. hiszpańskich) boiskach, i którzy w Ekstraklasie od razu zaczęli dzielić , rządzić i błyszczeć.

Z poczuciem humoru jest jak z białymi lwami: wszyscy o nich słyszeli, ale spotyka się je rzadko. Dlatego do dziś z wielką sympatią wspominam ekstraklasowca, który poważnym tonem i przy zachowaniu kamiennej twarzy – co jest atutem rasowego komika – stwierdził, że gdyby zarabiał tyle, co Robert Lewandowski, to byłby w stanie grać na podobnym poziomie. Bo nic tak człowieka nie motywuje (a może powiedział „trenuje”?) jak góra pieniędzy.

Kilkanaście dni temu na podobnie błyskotliwy dowcip zdobył się sam Lewandowski. Snajper Bayernu, również w rozmowie z dziennikarzem, oświadczył, że jego zespół wydaje za mało pieniędzy na transfery. Miał jednak pecha – po drugiej stronie stołu siedział Niemiec, a ta nacja pęka ze śmiechu zazwyczaj dopiero wtedy, gdy reszta świata spogląda po sobie mocno skonfundowana. Nie inaczej było i tym razem. Na przykład Karl-Heinz Rummenigge, który nawet w bawarskim stroju ludowym wygląda mało śmiesznie (a przyznacie, że to duża sztuka), na opublikowanym w wywiadzie żarcie nie poznał się wcale. Ba – niemal śmiertelnie się obraził, a jego odczucia podzieliło wielu pobratymców. Z jednym może wyjątkiem – Uli Hoennessa. No, ale akurat prezydent Bayernu miał sporo czasu podczas więziennych wieczorów, by zacząć doceniać dobrą rozrywkę.

Tak naprawdę jednak tylko rodacy Lewandowskiego wyrazili uznanie dla dowcipu, z hukiem pękając ze śmiechu. Wszak wydane przez Bayern „grosze” to około 100 milionów euro, czyli kwota, która stanowi sześciokrotność transferowych przelewów z wszystkich szesnastu klubów Ekstraklasy w poprzednim sezonie. I to z Legią włącznie, na którą przypadło ponad 60 procent sumy. Krótko mówiąc: skąpstwo mistrzów z Monachium zostało wykazane subtelnie, ale czarno na białym. Ale żeby docenić takie tło wypowiedzi „Lewego” faktycznie trzeba być Polakiem a nie Niemcem…

Pamiętając wszakże, że naprawdę ten się śmieje, kto się śmieje ostatni, nie można jednak tracić nadziei, że nawet Beckenbauer kiedyś zrozumie, o co w tym gagu tak naprawdę Lewandowskiemu chodziło.

Nigdy nie ukrywałem, że żądania kibiców dotyczące ich wpływu na funkcjonowanie klubu i decyzje podejmowane przez ludzi nim zarządzających uważam za absurdalne. Zapewne za chwilę usłyszę argument, że piłka to biznes inny niż wszystkie, ale pozwolę sobie nie zgodzić się z taką wyjątkowością. To samo mogą wszak powiedzieć na przykład przedstawiciele środowisk kultury, a jednak kiniarze nie przeprowadzają z widzami konsultacji ile mają kosztować bilety na seanse, księgarze nie zwracają się do czytelników o zgodę czy okładka powieści może być niebieska, a filharmonicy nie pytają melomanów o skład sekcji skrzypiec.

Tym niemniej obserwując z trybun sobotni mecz GKS-u Katowice z Wigrami Suwałki przyszła mi do głowy pewna koncepcja. Otóż interesującym rozwiązaniem byłaby możliwość wymuszenia zmiany w składzie poprzez decyzję widowni. Upraszczając: kibice byliby odpowiednikami jurorów w teleturniejach, którzy mogą pozbyć się z programu wyjątkowo nieutalentowanych uczestników. Wyobrażacie sobie te emocje, gdy wskaźnik na barwnym telebimie (wymaganym przez podręcznik licencyjny) zbliża się do wymaganej bariery wyliczanej każdorazowo tak, by istotne były głosy sympatyków obu drużyn? No i ten czynnik motywacyjny dla samego zagrożonego…

W przypadku wyjątkowo nędznych spotkań system taki stanowiłby dla widowisk wręcz ratunek i magnes przyciągający kibiców. A poza tym, stosując modną ostatnio zasadę symetrii, skoro (czasami na siłę) wybiera się najlepszego zawodnika meczu, to dlaczego nie można wybierać największego patałacha?

Powyższe wywody to oczywiście żart, ale być może nie pozbawiony jednak całkiem logiki. Zwłaszcza, że inspirujący go wspomniany na wstępie mecz zakończył się czymś bardziej wstrząsającym od jego poziomu i wyniku, a mianowicie wyczuwalnym kompletnym zrezygnowaniem widzów, którzy zamiast sportowego deseru dostali niestrawną breję.

To naprawdę nieludzkie. W Legii Warszawa wstrzymano wypłacanie tak zwanych wyjściówek, czyli złotówek należnych za samo przebywanie na boisku. Będzie tak do czasu, gdy zespół wygra trzy mecze z rzędu albo wywalczy mistrzostwo Polski, co w ekstraklaso-wych realiach nie musi być tożsame. W szatni podniósł się podobno lament, twit-ter rozgrzał do czerwoności, a mnie zadziwiło powszechne zdziwienie. Naprawdę tak trudno pojąć, że ktoś poszedł po rozum do głowy i odwrócił Wójcikową zasadę „bez sianka nie ma granka”?

Cała sprawa pokazuje zdegenerowanie piłkarskiego środowiska, które – biorąc pod uwagę jakość dostarczanego produktu – należy do najbardziej przepłacanego w Europie. Jestem ciekawy, jak piłkarze Legii zareagowaliby na nowinkę rzuconą żartem przez jednego z moich przyjaciół. Zaproponował on mianowicie, by w przypadku kompromitującej porażki zarobki każdego z zawodników spadały do poziomu ich odpowiednika w drużynie zwycięskiej (oczami wyobraźni widzę Michała Pazdana stojącego do kasy po równowartość pieniędzy, jakie za swoją grę otrzymuje stoper Sheriffa Tiraspol). Oczywiście zawsze jest ryzyko, że jeden czy drugi menedżer uprze się, by zasada ta działała także w drugą stronę, ale biorąc pod uwagę międzynarodowe występy naszych klubów można uznać, że dla ich budżetów byłoby to ryzyko warte podjęcia.

System finansowania funkcjonujący w polskich klubach, wysokość kontraktów czy właśnie struktura zarobków piłkarzy, która niespecjalnie motywuje do wysiłku, od dawna wywołują śmiech przez łzy. Podobnie zresztą jak kreatywna księgowość (w rubryce przychody, z rocznym wyprzedzeniem, każdy może wpisać np. zyski ze zdobycia dowolnego trofeum), koryta jakimi płynie rzeka pieniędzy transferowych (polecam ujawnioną niedawno mailową korespondencję Legii w temacie pozyskiwania nowych graczy) i obiecanych złożonych wcześniej obietnic związanych z gratyfikacją za osiągnięcie celu (licencyjna nowela Ruchu odnośnie premii za awans do czołówej ósemki).

Biorąc to wszystko pod uwagę fakt roztrwonienia przez mistrzów Polski profitów z Champions League jest logiczny. Po prostu w Legii uznano, że duża gotówka to duży kłopot, więc czym prędzej się jej pozbyto, ponownie wyrównując szanse całej ligi. Bezdyskusyjnie dałbym jej za to nagrodę specjalną w kategorii „finansowe fair play”.

Skojarzenia „Duńczyków” z „dynamitem” są już zgrane jak stara płyta. Sęk w tym, że w kontekście tego, co wydarzyło się w piątek na boisku w Kopenhadze, stanowią trudny do zastąpienia klucz. Bo zespół Age Hareide’a z hukiem wysadził w powietrze konstrukcje, jakie wokół polskiej kadry budowano w ostatnich tygodniach. Co zresztą – patrząc z perspektywy czasu – nie było specjalnie trudne. Wszystko oparte było wszak na złudzeniach związanych z rankingiem FIFA, w którym kadra Adama Nawałki pięła się w górę z tygodnia na tydzień. Sęk w tym, że działo się to… poza nią, bo reprezentacja nie grała, a cały proces odbywał się wyłącznie na podstawie odpowiednich algorytmów…

Żeby było jasne – nie chodzi mi o strzelenie naszej reprezentacji piątego, najłatwiejszego, bo medialnego gola. Raczej o uchwycenie zjawiska, jakim jest nieustające przekonanie o wyższości polskiej piłki. Przekonanie co roku weryfikowane jakością spotkań ligowych i łomotami w europejskich pucharach. A jednak z wielkim zapałem znów zbudowaliśmy grubą ścianę między tymi faktami, a nawet między reprezentacją sprzed fartownego Euro 2016, a obecną kadrą Nawał-ki, traktując ją jak wyspę całkowicie niepowiązaną z otoczeniem. Fałsz takiego myślenia pokazał mecz w Kopenhadze – zawalony przede wszystkim w defensywie, gdzie pierwszoplanowymi postaciami byli zawodnicy warszawskiej Legii, tej samej, która skompromitowała się w przedpokojach Ligi Mistrzów i Ligi Europy, a na domowym podwórku potrafiła przegrać z Termalicą Nieciecza, o zderzeniu legijnej bylejakości z młodzieńczą wiarą i ambicją Górnika Zabrze nie wspominając.

Tuż po spotkaniu z Danią na swoim profilu na Twitterze (@rafal_musiol) przeprowadziłem sondę pytając czy kopenhaska klęska to :-wypadek przy pracy; – początek końca tej kadry; – prawdziwy obraz polskiej piłki. Na tę ostatnią opcję wskazało 52 głosujących. Być może świadczy to o przebudzeniu zdrowego rozsądku, zamglonego ostatnio przez wszechobecne kadzidło. W trend tej reinkarnacji wpisał się nawet Zbigniew Boniek, przyznając w rozmowie ze Sport.pl, że reprezentacja ma w tabeli więcej punktów niż na to zasłużyła. Wygląda więc na to, że zarówno sportowo, jak i mentalnie z autostrady do Rosji zjechaliśmy na drogę brukowaną Ale paradoksalnie, jeśli uda się nią dojechać do celu, satysfakcja powinna być jeszcze większa.

Na koniec warto wspomnieć o zdjęciach kiboli, którzy zostali błyskawicznie spacyfikowani przez duńską policję. Siedzący na ziemi i skuty kajdankami mężczyzna, ubrany w koszulkę z kotwicą Polski Walczącej, to symboliczna ilustracja trendu jaki nad Wisłą znów zaczyna wymykać się spod kontroli. Błogosławieni przez duchownych na jasnogórskich pielgrzymkach i wspierani przez prawicowych polityków zadymiarze patriotyczne emblematy traktują w kategoriach amuletów (ewentualnie szkaplerzy). W Danii taka magia nie zadziałała, za to grup(k)a awanturników udowodniła gospodarzom, że mieli racje nie wpuszczając sympatyków Biało-Czerwonych na inne sektory niż dla nich przeznaczony. O czym zresztą informowano nabywców wejściówek (zgoda, że do tych transakcji w ogóle nie powinno dojść) w stosownym mailu. Jednak ci – nauczeni doświadczeniami krajowymi – uznali, że jakoś to będzie. No i było jak było. Poza boiskiem, i na nim. A że prawda w oczy kole? No cóż, tak to już niestety z prawdą bywa…

Gdyby Zbigniew Boniek poruszał się przed laty po boiskach z taką samą finezją, jak obecnie na niwie mediów społecznościowych, znacznie częściej niż do siatki rywali trafiałby do szatni po czerwonych kartkach. Prezes PZPN od dawna balansuje na Twitterze na wyjątkowo cienkiej linie, raz po raz ją zresztą przekraczając, czego doświadczyła m.in. Karolina Hytrek-Prosiecka, co skończyło się feministyczną zadymką.

Wsobotę szef PZPN-u znów nie ugryzł się w porę w język, wspierając wulgarny komentarz Zbigniewa Koźmińskiego, ojca wiceprezesa związku Marka, który na sugestię posła PiS Arkadiusza Mularczyka, że wyznaczenie warszawskiego arbitra do meczu Legii nie buduje zaufania do PZPN, odpowiedział: „Panie Mularczyk odp… (w oryginale bez kropkowania) się Pan od piłki”. Koźmiński senior (o ile to faktycznie jego konto) jest osobą prywatną i cała sprawa zakończyłaby się co najwyżej publiczną oceną jego kondycji intelektualnej, gdyby do akcji nie wkroczył osobiście właśnie Boniek.

Boss PZPN postanowił nobilitować wspomniany wpis słowami „Mnie nie wypadało”, okraszając je buźkami sugerującymi popłakanie się ze śmiechu. Później Boniek, pod wpływem krytyki, tłumaczył swoją reakcję pisząc „spoko, trochę humoru dobrze zrobi, a jak ktoś nie kumaty….. to już jego problem!”, ale niesmak pozostał. Bo co wolno „Zbyszkowi” zdecydowanie nie wypada – przynajmniej do końca kadencji – prezesowi PZPN Zbigniewowi Bońkowi.

Atak z innej beczki: warto zwrócić uwagę, że Górnik obnażył kłamstwa, jakimi większość klubów tłumaczyła mizerną frekwencję na swoich stadionach. W Zabrzu trybuny wypełniają się do ostatniego miejsca pomimo tego, że jest środek wakacji, mecz kończy się bardzo późno i do tego pokazuje go telewizja. A więc jednak się da? Po prostu trzeba kibicom, w zamian za zakup biletu, zapewnić odpowiednią dawkę emocji i godziwe warunki ich oglądania. I nagle bilans zaczyna się zgadzać…

Pawła Żelema osobiście nie znam. Zaznaczam to tylko dlatego, by tekstu tego nie potraktowano w kategoriach personalnych, bo jego sednem jest nie osoba, a zjawisko. Nominacja na stanowisko prezesa Piasta Gliwice byłego członka zarządu Lechii Gdańsk i szefa Śląska Wrocław stanowi bowiem potwierdzenie, że mamy już do czynienia nie z wyjątkiem, a regułą.

Drugim śląskim ekstrakla-sowcem, Górnikiem Zabrze, też przecież rządzi gdański „spadochroniarz” Bartosz Sarnowski. Już jego lądowanie wywołało dyskusje, czy przyjście osoby z zewnątrz to gwarancja obiektywnego zarządzania klubem, czy efekt zatrważającej mizerii wśród podobnych kandydatów w regionie. Więcej zwolenników zdobyła ta druga teza, tym bardziej, że podobne plany snuto w Ruchu Chorzów, gdzie faworytem był Piotr Należyty, poprzednio pracujący w sopockim Lotosie Treflu. Tam do transferu ostatecznie nie doszło, ale sprawa Żelema jest chyba już koronnym argumentem, że szukamy daleko tego, czego na Śląsku po prostu nie sposób znaleźć.

Na zakończenie chcę zwrócić Państwa uwagę na jeden fakt – Żelem zasiadał w zarządzie Lechii wtedy, gdy rządził nią… Sarnowski. Może właśnie dlatego, gdy ten pierwszy przyszedł do Piasta, wyobraźnia podsunęła mi finałową scenę z „Piłkarskiego pokera”, gdy Bolo mówi do Laguny, który właśnie został prezesem Czarnych: – „To my możemy teraz wszystko!”.

No cóż, nic na to nie poradzę, że akurat wyobraźnię to mam bogatą…

Nie wiem czy Grigorij Łaguta miał okazję osobiście poznać Marię Szarapową, ale z pewnością może teraz z nią korespondować. Połączyło ich wszak meldonium i doświadczenia z nim związane, co zresztą w rosyjskim sporcie jest zjawiskiem tak samo częstym, jak leki na astmę wśród norweskich biegaczy.

W przeciwieństwie do Szarapowej Łaguta nie stanął jednak przed dziennikarzami i kibicami z otwartym kaskiem, za to rolę jego adwokata przyjął prezes ROW-u Krzysztof Mrozek. Szef klubu oświadczył stanowczo, że będzie bronił żużlowca do krwi ostatniej, bo gdyby nawet ten coś przyjął uczyniłby to nieświadomie. Tymczasem warto sobie – nomen omen – uświadomić, że sposób zażycia nie ma znaczenia, a w dodatku przed sezonem wszyscy zawodnicy otrzymali listę zakazanych środków. I chociażby Łaguta zachował się tak jak Szarapowa, czyli listę dostał, ale nie przeczytał, sprawa jest czarno-biała. Nie da się być trochę w ciąży: albo Rosjanin na dopingu był, albo nie.

Rozumiem, że w Rybniku żużel osunął się wszystkim spod kół, bo w przypadku potwierdzenia meldonium w próbce B, klub uderzy w bandę bynajmniej nie dmuchaną, ale tym bardziej prezes Mrozek powinien zachować priorytety. Bo dla opinii publicznej znacznie ważniejsze od jego wewnętrznych przekonań i kwestii wiary są konsekwencje jakie powinien ponieść zawodnik jeśli jego wina zostałaby ostatecznie potwierdzona. Rybniczanie muszą się dowiedzieć czy Łaguta będzie musiał oddać pieniądze zarobione za punkty wywalczone na wspomaganiu, czy regulamin przewiduje dodatkowe kary za zszarganie wizerunku ROW-u i czy miasto nie może zażądać odszkodowania od klubu? Bo to mieszkańcy finansują tę zabawę, czym Rekiny chwalą się nawet na swojej witrynie. A konsekwencją „Łagutagate” może być wszak degradacja z Ekstraligi, co oznaczałoby zmarnowanie publicznych milionów.

Koks na żużlu nie jest zjawiskiem codziennym. Znacznie częściej zawodnikom zdarzało się siąść na motocykl po kielichu. Tym bardziej prezes Mrozek powinien sobie uświadomić, że rola adwokata diabła oznacza stawanie w imię interesu ogółu przeciwko temu, któremu się po cichu sprzyja, by (ewentualnie) cieszyć się wraz z nim po zakończeniu procesu.

PS. A propos diabła. O siłach nieczystych wokół żużla mówi się ostatnio często, chociaż szeptem. Na przykład o tym, jak to w tajemniczy sposób zniknęła woda z pewnego stawu i pojawiła się na torze, co doprowadziło do przełożenia meczu na termin dogodniejszy dla gospodarzy. Dzierżawca akwenu nadal podobno nie może wyjść z szoku i szuka egzorcysty…