Archiwa tagu: Rafał Musioł

W sporcie nie ma sentymentów, a nieszczęścia jednych są pożywką dla innych. Nie inaczej rzecz się ma z degradacją Ruchu Chorzów. Porównanie jego piłkarzy do tenisistów przegrywających 0:6, 1:6, 0:6, czy stwierdzenie, że ulubionym środkiem lokomocji kibiców Niebieskich na mecze jest tramwaj numer sześć, należały w niedzielę do najłagodniejszych. Podobnie zresztą jak wywieszony na stadionie świętującego awans Zagłębia Sosnowiec transparent o treści „Ekstraklasa albo śmiech”, parafrazujący słynne hasło GKS-u Katowice .

Kluby znajdujące się na celowniku szyderców nie mają jednak czasu, by doceniać ich subtelności lub oprawy graficzne. Sytuacja jest bowiem podbramkowa, przy czym w przypadku Niebieskich – trzymając się tego porównania – między słupkami nie ma już bramkarza, o czym poinformowała Komisja Licencyjna. Na Cichej trwa więc kolejna odsłona dramatu sportowo-finansowego, podczas gdy na Bukowej coroczny spektakl frustracyjno-ambicjonalny.

Pomimo tych różnic pojawił się jeden wspólny mianownik. W obu przypadkach trenerzy zapowiedzieli głębokie zmiany w szatniach, nie spoglądając przy okazji w lustra. Dariusz Fornalak, firmujący największe porażki w historii klubu, które złożyły się na największą klęskę, nie wygląda na człowieka, który chciałby to wszystko rzucić w diabły, chociaż tak podpowiadałyby przecież i rozum, i serce, a może i honor. Niewykluczone, że to Janusz Paterman dodaje jakiś tajemny specyfik do kawy, bo przecież również sam Krzysztof Warzycha pozwala się przesadzać w klubie z krzesła na krzesło.
Ale i w Katowicach też jest dziwnie. Jacek Paszulewicz mówi, że kontrakty piłkarzy nie chronią przed wyrzuceniem ich z klubu, a ułamek sekundy później podkreśla, że jego umowa taką moc jednak posiada…

Jeśli nic z tego nie rozumiecie, możecie być pewni, że jesteście w większości. Warto więc przypomnieć, że ojciec upadku Ruchu, czyli Dariusz Smagorowicz, powiedział kiedyś, że do piłki nie można przykładać logicznych miar…

Jest w młodopolskim współczesnym języku niezwykle trafne sformułowanie, które brzmi „tego się nie da odzobaczyć”. Oznacza wydarzenie niedające się usunąć z pamięci, głównie dlatego, że jego przebieg był tak absurdalny, że aż nierealny.

Określenie to przyszło mi na myśl podczas Narodowej Gali Boksu, zorganizowanej na Narodowym Stadionie i transmitowanym przez Narodową Telewizję. Tego naprawdę nie dało się odzobaczyć. Edyta Górniak w indiańskim pióropuszu wesoło podskakująca boso na zbryzganym krwią ringu (niestety, nie dano jej zaśpiewać Mazurka Dąbrowskiego), zawodnik idący między liny w masce nurka i z płetwami przewieszonymi na piersiach, naoczni świadkowie tych wydarzeń śpiący na widowni, czemu sprzyjały zgaszone światła maskujące puste sektory, bokser maszerujący przy dźwiękach hymnu Termaliki Nieciecza, pięściarz rezygnujący z walki, bo rozbolała go głowa, odwołanie w ostatniej chwili „gwoździa programu”, osłupiały Michael Buffer w środku tego cyrku, o występie gospodarza imprezy Marcina Najmana już nie wspominając… Generalnie zagęszczenie skeczów znacząco przekroczyło standardy przeciętnego programu kabaretowego. Do pełni szczęścia zabrakło chyba tylko scenicznego finałowego występu tria Marcin Najman – Jacek Kurski – Zenek Martyniuk z wykonaniem pieśni „Boże, coś Polskę…”, której samozwańczy spadkobiercy Żołnierzy Wyklętych wysłuchaliby na kolanach.

Pewnie w tym momencie część z Czytelników skrzywiła się, uważając ten pomysł za obrazoburczy. Pomijając prawo autora do korzystania z wyobraźni, warto religijno-patriotyczne zdegustowanie skontrować prostym pytaniem: – A nie drażniło Was użycie w nazwie tego żałosnego przedsięwzięcia przymiotnika Narodowy? Czy przykrycie nim takiej prywatnej hucpy nie jest dla tegoż Narodu bardziej obraźliwe niż „durny kołtuński kraj”, za który satyryk i felietonista „Angory”, Antoni Szpak, został wezwany przed sąd za znieważenie Polaków? Jestem zdziwiony, że już sam fakt wywyższenia do takiej pozycji imprezy polegającej na okładaniu się po twarzach, nie obudził czujnej gwardii pilnującej wartości i nie skłonił jej do różańcowej blokady wejść na warszawską arenę.

Ponieważ jednak Polak zwykle bywa mądry po szkodzie, a nie przed nią, może jednak warto dmuchnąć na zimne i to dumne Narodowe miano czym prędzej zastrzec prawnie dla wydarzeń i miejsc absolutnie wyjątkowych? Oczywiście rodzi się w tym momencie pytanie, kto miałby kandydatury oceniać i kwalifikować, bo większość wykreowanych przez media etycznych i moralnych autorytetów okazuje się mieć nie tyle ciemną stronę mocy, co gigantyczną Piętę Achillesa (sam nie wiem, dlaczego napisało mi się z dużej litery)… To już jednak problem techniczny i nawet gdyby osób godnych znalezienia się w Wysokiej Komisji było niewiele i w dodatku rozrzuconych na dużej powierzchni kraju, to wierzę, że dla tak zbożnego celu znalazłby się jakiś bezdomny, który zasponsorowałby flotyllę samochodów, by wszyscy dotarli na miejsce narady.

Póki co Najman już zapowiedział, że NGB powinna być imprezą coroczną. Nie można wykluczyć, że – o czym najlepiej wie prezes TVP – ciemny lud (czytaj Naród) rzeczywiście to kupi i jeszcze zapłaci za tę masochistyczną przyjemność i napełnianie cudzych kieszeni własnymi pieniędzmi, w większości jak zwykle nie zdając sobie z tego sprawy. Nie zdziwiłbym się zresztą, gdyby Najman swoim zepsutym barkiem (chodzi o kontuzjowaną podczas występu część ciała, inne skojarzenia są nieuprawnione) wyważył drzwi innym Narodowym przedsięwzięciom, którym senator Anna Maria Anders chętnie popatronuje, przylatując na każde z nich oddzielnie biznesklasą z USA.

Polską piłką rządzą kibole. Jeśli ktoś miał w tej materii jakiekolwiek wątpliwości w minioną środę z pewnością się ich pozbył. Spółka Ekstraklasa załopotała wtedy białą flagą, a jej szefowie, bladzi ze strachu, schowali do schronów, by tam po kryjomu wręczyć medale najlepszym zespołom w firmowanych przez siebie rozgrywkach. Co więcej, w ramach bezwarunkowej kapitulacji poważnie rozważali złamanie zasad rywalizacji i przeniesienie meczu z Poznania do Warszawy.

Pożytek z kabaretu, który zorganizowany zostanie po niedzielnej ostatniej kolejce, jest niepodważalny. Można bowiem odtrąbić całkowity koniec mirażu, jaki próbowano wywoływać w ostatnich latach. Najpierw prawdziwą wartość ligi obnażały kolejne edycje europejskich pucharów, teraz zdarte z niej zostały ostatnie sreberka, którymi Ekstraklasa SA ozdabiała i ozdabia za pośrednictwem Canal+ swój kiepski produkt. Nikt nie uwierzy już w opowieści, że kibolstwo w polskiej piłce stanowi nic nie znaczący margines. Prawda wygląda inaczej – właśnie to środowisko przejęło de facto już nie tylko rolę zarządzającą w większości klubów, ale i funkcję Rady Nadzorczej całych rozgrywek. Ba, ma przełożenie również na kwestie sportowe. Przecież to właśnie kibole własnoręcznie rozstrzygnęli jak będzie wyglądał układ sił przed ostatnią kolejką zarówno w strefie spadkowej jak i mistrzowskiej, zabierając punkty Piastowi i oddając je Górnikowi.

W skórę ostatniego szeryfa w mieście bezprawia próbuje wejść PZPN. Stanowcze oświadczenie wydane po „ceremonialnych” decyzjach Ekstraklasy było celne. Tyle tylko, że po pierwsze miało znaczenie jedynie ozdobne, a po drugie zabrzmiało fałszywie w kontekście tego, co sam Związek spotkało – nie po raz pierwszy zresztą – przy okazji finału Pucharu Polski. To po nim prezes Zbigniew Boniek (zasiadający również w Ekstraklasie) sam przyznał, że nie ma pomysłu, jak nie dopuścić do sytuacji, w której, to cytat, „dziesięciu debili rozwala cały system”. Prezes PZPN pokonał długą drogę od optowania za legalizacją racowisk do całkowitej utraty zaufania wobec organizatorów tzw. opraw, jednak poczucie bezradności powinno wywoływać nie rezygnację, a mobilizację. Kto jak kto, ale Boniek mechanizmy lobbowania zna wyśmienicie, więc czas, by zaczął naciskać (np. poprzez reglamentowanie biletów na lożę VIP na mecze kadry) na władze państwa. Bez wprowadzenia szybkich regulacji prawnych stanowiących narzędzia do walki z patologią pozostanie ona tylko teoretyczna. Pierwszą koniecznością, wobec cotygodniowej kompromitacji agencji ochroniarskich, jest ponowne wejście na stadiony zawodowych funkcjonariuszy policji zamiast opancerzonych amatorów, przy czym optowałbym za zmianami w prawie pozwalającymi aby jej obecność była opłacana przez organizatorów spotkań, a nie przez ogół podatników. Kolejne punkty programu wszyscy zainteresowani są w stanie dopisać zapewne bez długich dyskusji, kończących się zazwyczaj jedynie biciem piany i mydleniem nią oczu.

Na pocieszenie medalistom sezonu 2017/18 pozostaje fakt, że w kraju nad Wisłą medalowa konspiracja nie jest bynajmniej nowością. Piętnaście lat temu sam byłem świadkiem, jak ówczesny prezes GKS-u Katowice, Piotr Dziurowicz, odbierał brązowe krążki na… dworcu. PZPN nadał je przesyłką konduktorską, chociaż formalnie zostały wywalczone – mniejsza o ujawnione po latach okoliczności – właśnie w Warszawie na Polonii. Także piłkarki Unii Racibórz zapisały się w tych niezwykłych annałach, gdy trofea za mistrzostwo kraju dotarły do siedziby klubu w paczce doręczonej przez listonosza.

A może warto wrócić do tamtych pomysłów i oficjalnie udawać, że nie chodzi w tym wszystkim o strach, ale o… tradycję? Bo przecież w dzisiejszych czasach tak zwany dobry PijaR jest na wagę złota. A medalu już na pewno.

To niewątpliwie medialny fenomen. Mecze Lotto Ekstraklasy w zdecydowanej większości przypadków stoją na poziomie co najwyżej przeciętnym, a bywa że wręcz kabaretowym. Pomimo tej powszechnej świadomości, na rynku telewizyjnym są towarem gorącym. I wszystko wskazuje na to, że staną się linią frontu pomiędzy największymi władcami plazmowych ekranów.

Termin przetargu na lata 2019-2023 zostanie ogłoszony prawdopodobnie w lipcu, ale konkurenci już weszli w bloki startowe. Na razie skupiają się na strojeniu groźnych min i deprymowaniu rywali, jednak już wkrótce będą musieli schować się w szatni, by przeliczyć banknoty w portfelach i przeanalizować, ile z nich warto wydać na to, by pokazać nie tylko mecze Górnik Zabrze – Legia Warszawa, ale także cały serial z cyklu Sandecja Nowy Sącz – Termalica Nieciecza (oczywiście za kilkanaście miesięcy te nieprzypadkowo wybrane nazwy mogą zastąpić ich ówczesne synonimy).

I właśnie w tych analizach jest pies pogrzebany, bo wycena w gruncie rzeczy oparta jest tylko na spekulacjach. Wyniki oglądalności rozgrywek nie powalają. W ubiegłym roku średnia widzów w Canal+ wyniosła niespełna 103 tysiące, a niemal powszechnie dostępnego Eurosportu 1 minimalnie ponad 155 tysięcy. Biorąc pod uwagę fakt, że za każdy z sezonów stacje wyłożyły ok. 145 milionów złotych, przelicznik nie wygląda oszałamiająco. Rodzi się jednak pytanie o rzeczywisty potencjał – Canal+ jest zakodowany, Eurosport pokazywał mecze dalekiego wyboru, w kiepskich porach, zwłaszcza w poniedziałkowe późne popołudnia, natomiast TVP, która w minionym sezonie tradycyjnie transmitowała najciekawszy mecz 37. kolejki, na starciu Legia – Lechia przyciągnęła aż 1,14 mln osób. Prawda leży zapewne gdzieś pośrodku, a taka stawka, mnożąc przez liczbę spotkań, oznacza już kąsek nie do pogardzenia.

Czy jednak realne jest osiągnięcie pułapu 250 milionów złotych za sezon? Wywindowaniu wyniku sprzyja koniunktura. Nie na piłkę jako taką, a wynikająca z medialnych puzzli, które dynamicznie zmieniły konfigurację. Dla NC+ po serii klęsk, w wyniku których stacja straciła ze swojego tortu sporo wisienek, utrata Ekstraklasy byłaby równoznaczna ze sportowym unicestwieniem. Polsat jest w ofensywie, a dorzucenie polskiej ligi do Champions League mocno złagodziłoby kaca po odjeździe reprezentacji. Eleven z pieniędzmi specjalnie się nie liczy, ale posiadając wachlarz naprawdę atrakcyjnych rozgrywek europejskich, może spokojnie szacować koszty i ryzyko związane z pokazaniem zmagań znad Wisły. Oliwy do ognia dolewa jednak TVP, po raz pierwszy w historii realnie zainteresowana zwycięstwem w przetargu, choćby po to, by dać rozrywkę i poczucie radości kibicowskiej części elektoratu partii rządzącej. Do tego wszystkiego można dodać zapytania o oferty ze strony mniej lub bardziej tajemniczych podmiotów, być może liczących na wypracowanie zysku ze sprzedaży sublicencji, i powstanie krajobraz wyraźnie sprzyjający wydaniu całkiem pokaźnej kwoty. Co nie czyniłoby z nas przecież Zielonej Wyspy, bo telewizyjne rozpasanie panuje na całym Starym Kontynencie i poprzez wypychanie zdrowego rozsądku na rzecz szaleństwa psuje i piłkę, i piłkarzy. W Polsce przebicie sufitu długo nam jeszcze zapewne nie zagrozi, ale i tak już warto przede wszystkim przemodelować system podziału milionów, tak, by dowartościowywać najlepszych kosztem najsłabszych i nie przejmować się wreszcie rzekomym łamaniem sprawiedliwości.

Ile więc naprawdę warte jest pokazywanie polskiej ligi? Takiej refleksji mogą się Państwo poddać przy wielkanocnych stołach, zawsze to wszak zdrowsze od rodzinnych debat politycznych… A więc Wesołych Świąt, zabawnego prima aprilisu i ciepłego, mokrego dyngusa!

GKS nie zgadza się na rozgrywanie meczu z Ruchem Chorzów w Wielki Piątek – ogłosił wszem i wobec klub z Tychów. Można podejrzewać że za tym stanowiskiem stoi przede wszystkim trener Ryszard Tarasiewicz, który nie raz już protestował przeciwko wychodzeniu na boisko w tym właśnie dniu, zwłaszcza, gdy przyjeżdżał z Miedzią do Katowic.

Sytuacja z pewnością jest delikatna, bo w dzisiejszych czasach wyjątkowo łatwo można podpaść pod paragraf znieważenia uczuć religijnych (absurdalny z natury i obowiązujący bodajże tylko w siedmiu krajach w Europie, za to powszechny w państwach muzułmańskich – przyp. autora). Tym niemniej jednak tak stanowcze postawienie sprawy na ostrzu noża, jak ma to miejsce w przypadku Tychów, musi budzić poważne wątpliwości. Bo – wszelkie ewentualne skojarzenia są przypadkowe – piłkarz jest od grania, natomiast od ustalania terminarza ktoś zupełnie inny. Na szczęście zresztą, bo pamiętając słynną wypowiedź Michała Kucharczyka, w innym przypadku spotkania rozgrywane byłyby sporadycznie, najczęściej w środku tygodnia i to niezbyt późno, by zawodnikom nie torpedować barwnych wieczornych planów.

Warto też pamiętać, że Wielki Piątek nie jest dniem ustawowo wolnym od pracy i swoje obowiązki będą wykonywać wtedy nie tylko piłkarze. W dodatku w ich przypadku bonusem takiego rozwiązania jest komfort spędzenia z rodziną dni świątecznych, a przecież ekstraklasowi koledzy po fachu będą kopać piłkę i w sobotę, i w poniedziałek, czyli dni również uznawane w teologii katolickiej za Wielkie.

Może więc GKS, zamiast iść na czołowe zderzenie, powinien po prostu kompromisowo wystąpić o to rozegranie meczu w piątek jak najwcześniej, tak, aby trener Tarasiewicz zdążył na wieczorną procesję?

Olimpiada to według dawnych encyklopedii czas pomiędzy igrzyskami. Teraz pojęcia te w powszechnej świadomości, a także w wykładni Rady Języka Polskiego, stopiły się w jedno. Trudno się zresztą dziwić, bo równie kanoniczna tradycja pokoju zawieranego na czas sportowych zmagań także rozwiała się w zadymie codzienności. Ba, została w okrutny sposób sponiewierana poprzez zamachy, bojkoty i przestępstwa dopingowe, dokonywane w czasie szlachetnej z założenia rywalizacji herosów.

Polacy jednak nie byliby sobą, gdyby również w tej kategorii nie zdobyli się na – bezkrwawą na szczęście – oryginalność. U podłoża najświeższej intrygi z olimpijskimi kółkami w tle tkwi nadwiślańska brutalna i prostacka polityka. Jej ofiarą padł prezes Orlenu (od razu, uprzedzając hejterów, zaznaczam, że ani mi on brat, ani swat, a benzynę tankuję zazwyczaj na innych stacjach).

Wojciech Jasiński, bo o nim mowa, tuż przed świętami Bożego Narodzenia został, przy dźwiękach kolęd zespołu „Ondraszki” ze Szczyrku i chrzęście łamanych opłatków, powołany na funkcję attaché polskiej reprezentacji w Pjongczangu. Krótko mówiąc, PKOl postawił na totalny koniunkturalizm i dopieścił człowieka, który trzymał w kieszeni klucz do skarbca z kasą, pozwalającą na sportowo-działa-czowskie rozpasanie.

Od tamtego dnia minęły niespełna dwa miesiące. W Pjongczangu znicz – w zależności od tego, kiedy czytacie Państwo te słowa – zapłonie za chwilę albo płonie już, Biało-Czerwoni poznają zakamarki wioski, ich prezesi zaułki koreańskiej mieściny, a tymczasem pozostawione w kraju myszy harcują. I podgryzają fotele. W efekcie niemal w momencie wciągania flagi na maszt, doszło w Orlenie do zmiany szefostwa. Jasińskiego pozbawiono gabinetu, do którego wprowadza się właśnie Daniel Obajtek. W zaistniałej sytuacji attaché z pewnością wszystkie swoje siły i myśli poświęca powierzonej mu misji… W środę w Pjongczangu nikt nie był w stanie odpowiedzieć na pytanie, czy wybity na zawodowy aut attaché w ogóle w Korei się pojawi.

Wygląda na to, że nad funkcją tą ciąży fatum podobne do tego, jakie dopada chorążych. Przed Soczi też przecież nastąpiło potężne zawirowanie – z attachowania zrezygnował Adam Małysz, gdy okazało się, że musiałby wycofać się z udziału w reklamach (nomen omen m.in. Orlenu)…

To jednak niejedyna refleksja, jaka towarzyszy mi w momencie rozpoczęcia igrzysk. Druga dotyczy już sportu, a w zasadzie jego kondycji. Wszystkie emocje w Pjongczangu dopiero przed nami, ale po lekturze wypowiedzi osób, które za nasze zimowe kibicowskie rozrywki odpowiadają, można odnieść wrażenie, że sto procent polskich nadziei związanych jest ze skokami narciarskimi.

Trzymając kciuki za Orłów, spróbujmy wybiec nieco w przyszłość. Nie trzeba być chyba Krzysztofem Jackowskim, by stwierdzić, że spodziewane krążki ze skoczni zostaną wykorzystane propagandowo do zasłonięcia pustych rąk kombinatorów norweskich, alpejczyków i biegaczy, a prezes Apoloniusz Tajner wypnie pierś do orderów. Tymczasem zawiadywana przez niego instytucja nie jest Polskim Związkiem Skoków Narciarskich i odpowiada nie tylko za szaleństwa pod Malinką i Wielką Krokwią, ale i za infrastrukturalną – w kontekście profesjonalnych przygotowań sportowców – pustynię biegowo- zjazdową. A przecież o zmianę tego stanu rzeczy apelowała już Justyna Kowalczyk i to w najlepszych latach swojej kariery, gdy udowadniała, że raz na sto lat wielki talent może się urodzić nawet na kamieniu, ale regułą w takim otoczeniu są i będą klęski.

W tym nieco nostalgicznym nastroju życzę Państwu, by jednak okazało się, że zimowa Polska nie tylko skokami stoi, zwłaszcza że ich kibicow-ska otoczka – o czym miał odwagę powiedzieć Piotr Marusarz w wywiadzie dla Artura Gaca z Interii – nie przypomina tej telewizyjnej, bo z bliska ma dźwięk trąbki i zapach przetrawionego alkoholu.

Po II wojnie światowej na zimowych igrzyskach olimpijskich Polskę reprezentowało 702 sportowców, którzy przywieźli 20 medali. Matematycznie wychodzi na to, że krążek zdobywał jeden na trzydziestu pięciu olimpijczyków. Biorąc pod uwagę starty w najnowszej historii, od 1989 roku, średnia ta wzrasta raptem do dziewiętnastu. Na podium stanęło bowiem 16 z 303 reprezentantów w biało-czerwonych ocieplanych dresach. Miejsc w ósemce mieliśmy w tym okresie symboliczne czterdzieści i cztery…

Zanim ocenicie Państwo, czy to dużo, czy mało, warto ten obraz umieścić na tle finansowym. Kosztów przygotowań do Pjongczang nikt na razie oficjalnie nie zbilansował, więc spójrzmy wstecz – w przypadku Soczi 2014 pochłonęły 114 mln zł plus kolejne 4 na sprawy logistyczno-transportowe. Aby mieć świadomość, jak rozrasta się ta sportowa gąbka, warto zwrócić uwagę, że Vancouver 2010 wchłonęło około 40 mln.

Pretekstem do takich rozważań stała się awanturka o nominację olimpijską dla alpejczyka, dzięki której sporo osób dowiedziało się, że ta dyscyplina sportu w ogóle nad Wisłą istnieje. I trudno się temu dziwić, bo pod kątem profesjonalności i wyników ma tyle wspólnego ze swoim światowym wydaniem, co Beskid Niski właśnie z Alpami. Ale ad rem. Zadyma dotyczyła tego, kto będzie reprezentował Polskę w Pjong-czang, chociaż dla Polski to sprawa nieistotna, bo ani jeden, ani drugi adwersarz nie mają szans na realne zaznaczenie swojej obecności na stoku. Spór rozgorzał gwałtowny, a rywali obsadzono w klasycznych dla takich historii rolach: Michał Kłusak, którego sprawy z werwą broniła siostra Magdalena, to ten, który sam zbierał pieniądze na wymarzony start, natomiast w komfortowe przygotowania Michała Jasiczka grubo ponad milion złotych miał wpompować jego obrzydliwie bogaty ojciec. Na liście FIS dwa razy wyżej – co nie znaczy, że w ogóle wysoko, bo mowa o szóstej setce – jest ten pierwszy, wyniki lepsze osiąga ten drugi, ale punktów PŚ nie zdobył w tym sezonie żaden z nich. We wtorek PKOl umył ręce, odrzucając kartofel do PZN, co wróżyło prawdziwą wojnę. Tym bardziej że Jasiczkowie mają na takim polu sporo doświadczeń: kilka spraw sądowych już z PZN-em wygrali. A przecież wzorem pomysłów Papy Stamma można było przeciąć węzeł gordyjski w najprostszy możliwy sposób, czyli albo organizując bezpośredni pojedynek narciarski obu zainteresowanych, albo nie wysyłać do Azji żadnego z nich. Ale to ostatnie rozwiązanie byłoby zbyt proste i sprawiało przykrość nie tylko dwóm zawodnikom, bo przecież olimpijska nominacja to okazja do atrakcyjnego wyjazdu także dla osób towarzyszących, którzy co najmniej podwajają liczebność całej ekipy. Ostatecznie w systemie last minute okazało się, że wystartują obaj.

W tym roku na liście ogłoszonej przez PKOl widnieje więc – na razie – 60 nazwisk. Sugerując się statystyką ze wstępu, można spodziewać się trzech medali. Wychodzi na to, że do Korei wystarczyłoby wysłać tylko ekipę skoczków. Tych wystawimy pięciu (wystartuje czterech), ale wraz z nimi do Pjongczang wybiera się 9 (a wliczając prezesa Apoloniusza Tajnera,10) osób, m.in. dyr. sportowy Adam Małysz.

W ogóle lektura całej listy „Pjongczang 2018” jest niezwykle interesująca. Nagle okazuje się, jak wiele osób nad Wisłą pracuje na jakże liczne zimowe emocje, w jakże wielu dyscyplinach – jakże prężnie zawiadywanych przez dynamicznych i kreatywnych menedżerów – mamy ukrywane przez co najmniej cztery lata talenty, które w Korei wykorzystają nieobecność rosyjskich nakoksowa-nych gwiazd i poradzą sobie w starciu z astmatykami innych nacji…

Ba, także legendarnych postaci mamy tak wiele, że aby nie doprowadzić do kolejnego konfliktu, funkcją attache olimpijskiego uhonorowano Wojciecha Jasińskiego, prezesa PKN Orlen. Wszak jak podkreślał 4 lata temu prezes PKOl, Andrzej Kraśnicki, osoba sprawująca tę rolę „ma mobilizować zawodników i dzięki znajomości sportowego środowiska ułatwiać rozwiązywanie problemów”…

Tradycji stało się zadość. Coroczna pielgrzymka kibiców na Jasną Górę zakończyła się godną czwartej części Trylogii wycieczką za mury. Patrioci zdobyli kilka wrażych flag, poturbowali grupę zaprzańców, odśpiewali pobożne pieśni i na cześć legendarnego wyczynu Kmicica użyli prochu i saletry pod dobrotliwymi spojrzeniami spadkobierców duchowych przeora Kordeckiego. Nic więc dziwnego, że świadkom tych podniosłych wydarzeń wzruszenie pomieszane z gryzącym dymem wyciskało łzy z oczu.

Sportowy patriotyzm w kraju nad Wisłą ma się dobrze. Co prawda próby jego eksportu kończą się niezrozumiałymi prześladowaniami następującymi tuż po przekroczeniu granic Ojczyzny, tym niemniej generalnie powodów do narzekania nie ma. Za to powodów do dumy przybywa błyskawicznie – na przykład dzięki Robertowi Kubicy, który został właśnie testerem Williamsa. Trzeba przecież podkreślić, że krakowianin zachował honor, w przeciwieństwie do rosyjskiego konkurenta, który nie dość, że jest wspierany przez Putina, to jeszcze miejsce w głównym bolidzie po prostu kupił. Cały świat będzie więc patrzył na Sirotkina z politowaniem, tak jak na Freitaga, który przewrócił się na Czterech Skoczniach, chociaż akurat nikt w niego śnieżkami nie rzucał.

Oprócz patriotyzmu dużego jest jednak także patriotyzm – patrząc w kategoriach powierzchniowych – mały, czyli lokalny. Na przykład śląski. Chociaż on i tak często, a już na pewno w obszarze piłki nożnej, podlega dodatkowemu rozbiciu najpierw miejskiemu, a potem wręcz dzielnicowemu. O nim właśnie dumałem podczas debaty zorganizowanej przez szefa regionalnej piłki Henryka Kulę. Dyskusja toczyła się w zacnym gronie, jej temperatura była dość umiarkowana, a z większością tez zgadzali się wszyscy obecni, czemu zresztą trudno się dziwić, skoro były to tezy ze wszech miar słuszne i rozsądnie – choć mało optymistycznie – prowadzące do odpowiedzi na zasadnicze pytanie: Kiedy klub z naszego regionu znów zostanie mistrzem Polski?

W całej tej atmosferze wzajemnego zrozumienia nie sposób było jednak uciec od poczucia surrealizmu. Zasadniczo bowiem świetlana przyszłość piłki śląsko-zagłębiowskiej, a także beskidzkiej, według panelistów opierać się powinna na solidarności i wzajemnym wsparciu. W negocjacjach z samorządami, w rozmowach ze sponsorami, w systemach szkolenia młodzieży, w rozwiązaniach infrastrukturalnych, a czasem i finansowych. Brzmi to świetnie, ba, nawet logicznie, jednak znajduje się w tej wizji jedna zasadnicza drzazga, mianowicie kibicowska, podlana patriotyczno-tożsamościowym sosem – otoczka futbolu. O współpracy klubów mówiono wszak w ostatnich latach już wiele, próbowano też słowa przekuć w czyny. Na szczeblu Ekstraklasy organizowano wspólne wyprawy na zgrupowania, na szerszym polu zawiązywano sponsorskie porozumienia. Piękne, nieprawdaż?

Tyle tylko, że to ostatnie podpisano za bliską, bo bliską, ale jednak granicą. I w tym jest właśnie pies pogrzebany. Bo żaden realny futbolowy sojusz nie jest w regionie możliwy. Dowodów mamy aż nadto – największe awantury związane są z meczami derbowymi, największe problemy stwarza logistyka kibicowskich przejazdów nie ogólnopolskich, a właśnie tych najkrótszych, najpoważniejsze incydenty ostatnich miesięcy związane były z najazdami wrogich grup na stadiony położone najbliżej ich macierzy… Świeżo w pamięci pozostają też przypadki prezesów skłonnych pomóc sąsiadom w momentach, gdy ci nie mogli korzystać z własnych, przebudowywanych w danym momencie aren, czy piłkarzy zamierzających zmienić barwy bez zmiany miejsca zamieszkania. I dopóki ten system piłkarskiego ekosystemu się nie zmieni, dopóty każdy będzie drobił w miejscu, a ewentualne sukcesy wynikną tylko ze splotu przypadków. I o tym także powinni pomyśleć gospodarze takich wydarzeń jak jasnogórska pielgrzymka. Aby jednak skalę tej odpowiedzialności zrozumieć, trzeba czasem z klasztornej celi wybrać się na mecz. Najlepiej po cywilnemu i autobusem komunikacji publicznej. Na przykład z Katowic do Zabrza. Rzecz jasna, przez Chorzów.

Do worka z logo „#MeToo” można już wrzucić właściwie wszystko. Molestowania prawdziwe i rzekome, fizyczne i iluzoryczne, świeże i prehistoryczne. Skala akcji jest porażająca, ale wciąż pozostają regiony nieodkryte. Na przykład Bale Mistrzów Sportu, gdzie – z konieczności – zamiast laureatów na scenie pojawiają się ich żony bądź partnerki.

Żaden chyba wyczyn boiskowy nie budzi bowiem tylu emocji i wrażeń co kreacja, karnacja, fryzura, makijaż i odsłonięte powierzchnie ciała pań i panien, na co dzień obcujących – dosłownie i w przenośni – z Gwiazdami Masowej Wyobraźni. I na użytek tej ostatniej
w grę włącza się coraz większa część mediów, dla których podobne wydarzenia są niczym zastrzyk tlenu. A że większość „kibicowskich” komentarzy dotyczących wyglądu wybranek sportowych serc (ale również wyróżnianych sportsmenek, pracujących jednak przy takich okazjach dobrowolnie i na własny rachunek) ma charakter molestująco-upokarzający? No cóż, liczy się dobro najwyższe, czyli kliki, lajki i odsłony…

Typowy dla takich zdarzeń scenariusz obejrzeliśmy przy okazji organizowanego przez „Przegląd Sportowy” wyboru sportowca roku 2017. Werdykt stawiający wyżej loty Kamila Stocha niż kopnięcia piłki Roberta Lewandowskiego był być może dyskusyjny, ale najważniejszy okazał się „pojedynek” ich żon – Ewy z Anną, zwłaszcza że obie zaprezentowały różne style i różne preferencje modowe. Świetnym więc instynktem wykazał się zwycięzca Turnieju Czterech Skoczni, który z ekranu oświadczył, że żona jest jego najlepszą wizytówką, zdobywając dla niej wśród przedekranowego jury dodatkowe punkty.

Na tej wykreowanej rywalizacji zyskała też ta Trzecia, czyli Marcelina Hula. Uparcie pokazywana przez operatora Polsatu zamiast swojej przyjaciółki Ewy, zgarnęła część tortu, przy okazji niechcący wystawiając niefortunnego kamerzystę i realizatora na pośmiewisko oraz falę hejtu. Z takiej wpadki nie mogła przecież nie skorzystać grupa ekspertów od biografii i wizerunków celebrytów, czyli po prostu większość narodu z zapartym tchem przyglądająca się, czy na stoły podano już „ciepłe” i czy Apoloniusz Tajner po zgoleniu wąsa wygląda lepiej na tle dziewczyny, którą kiedyś brukowce uznały za pochodzącą z Pakistanu Pamelę, a naprawdę okazała się Izabelą Podolec z Jarosławia.

Bo właśnie hejt i chęć molestowania wydają się motorem napędowym wielu oglądaczy takich zdarzeń. I nawet jeśli ataki mają wymiar jedynie słowny, nadają się do akcji „MeToo” tak samo, jak mroczne historie odkrywane właśnie przez Hollywood. A co najgorsze – to zjawisko bazujące na tchórzliwej anonimowości wciąż rośnie. I jest coraz bardziej obrzydliwe.

W niedzielę znów staniemy przed dylematem. Czy fakt, że kolejny rok minął – w dodatku nie tylko szybko, ale i bezpowrotnie – to rzeczywiście dobry powód do hucznego świętowania? I pewnie jak zwykle dojdziemy do wniosku, że każda okazja jest dobra, więc tę też jakoś przełkniemy. O ile oczywiście wcześniej przebijemy się przez działaczy Polskiego Związku Kolarskiego, którzy będą blokować kasy w sklepach, realizując za służbowe karty słynną już „rewizyjną” listę prezesa Dariusza Banaszka, czyli Żołądkową Gorzką, Żytniówkę, Żytniówkę Gorzką i Białą Żubrówkę…

Zapewne niewielu z nas będzie miało to szczęście, by stojąc w kolejce za cudownymi dziećmi dwóch pedałów, spoglądać na taki zegarek, jaki pod choinkę dostał Marcin Gortat od jednego z kolegów. Nawiasem mówiąc, mimo wszystko to nieco dziwne, że facet kupił po rolexie dla wszystkich partnerów z zespołu. Albo wcześniej solidnie narozrabiał, a oni zapewnili mu alibi, albo chodzi w tym wszystkim o coś innego i to zapewne nie o pieniądze…

Bo przecież, wbrew obiegowej opinii, kasa nie jest najważniejsza, chociaż oczywiście zawsze lepiej być zdrowym i bogatym niż chorym i biednym. Liczy się też idea, na przykład ta najszlachetniejsza, olimpijska. Joanna Jędrzejczyk, specjalistka od bicia po twarzy innych kobiet (chociaż ostatnio trafiła kosa na kamień), też coś wie na ten temat, bo propozycję udziału w sztafecie niosącej płomień z Olimpii do Pjongczangu przyjęła, roniąc łzy wzruszenia. A przecież w tym środowisku podobną reakcję widzi się rzadko, by nie rzec od święta. I to wyłącznie takiego, które spędza się wokół oktagonu, w momencie, gdy pewien aktor zamiast opłatka przełamuje pewnego rapera. Rzecz jasna ku ogromnej uciesze odświętnie rozebranej publiki, nucącej pod nosem nieśmiertelne przeboje autorstwa artystycznego ulubieńca prezesa narodowej telewizji.

No cóż, świat jest dziwny i w 2018 chyba będzie jeszcze dziwniejszy. Z taką głęboką refleksją zostawię Państwa w oczekiwaniu na niedzielno-poniedziałkową północ, czyli porę, w której rozpocznie się tradycyjne nadwiślańskie obrzucanie sąsiadów racami.

Do Siego Roku!