Archiwa tagu: Rafał Musioł

Już dawno żadnego debiutu w polskiej piłce nie oczekiwano z takim zainteresowaniem, jak przejęcia rządów na ławce trenerskiej Lecha przez Adama Nawałkę. Poznaniacy słono za to zapłacili, ale pod względem marketingowym już im się co nieco zwróciło. Gorzej na razie z aspektem wynikowym, jednak czas na oceny w tej kategorii przyjdzie dopiero wiosną.

W całej historii najciekawszy wydaje mi się element porównawczy, na który media nie zwracają większej uwagi. Chodzi o fakt, że wejście Nawałki jest przecież drugim w ostatnim czasie takim zdarzeniem w polskiej piłce. Niedawno do ligowej piłki wrócił wszakże nie kto inny, a Franciszek Smuda.

Pierwszy przejął Lecha, drugi grającego na peryferiach krajowego futbolu Górnika Łęczna, pierwszy na powitalnej konferencji zaprezentował firmową powściągliwość i umiejętność mówienia bez powiedzenia czegokolwiek, drugi snuł opowieści mające tyle wspólnego z rzeczywistością co historie z książki nieżyjącego już Janusza Wójcika. Przy okazji wyszło zresztą na jaw, że Smudę dotknął środowiskowy syndrom Jana Tomaszewskiego, czyli nawet najpoważniejsze oskarżenia puszczane są mimo uszu. Smuda powiedział przecież wprost, że poprzedni spadek Łęcznej wynikał z otaczającego ją procederu korupcyjnego. No cóż, różnica w obrazach powitalnych obu szkoleniowców jest dokładnie taka, jak w grze prowadzonych przez nich reprezentacji na mistrzostwach Europy 2012 i 2016 i w wysokości wypłat, jakie obaj pobierają obecnie za swoje usługi…

A propos – w przypadku Nawałki największy żal może gnębić z pewnością… Górnika Zabrze. Gdyby w środowisku trenerów obowiązywały takie same zasady, jak w kontekście transferów zawodników, na Roosevelta trafiłaby całkiem spora suma pieniędzy z funduszu solidarnościowego. Bo przecież to ten klub miał największe zasługi w wypromowaniu marki trenerskiej aktualnego szkoleniowca Lecha, chociaż GKS Katowice też zgarnąłby z tego stołu przyzwoity okruch.

Najpierw Jerzy Brzęczek strzelił sobie w kolano wciągając do reprezentacji Polski skazanego za znaczący udział w aferze korupcyjnej Andrzeja Woźniaka. Wchodząc na własną prośbę na medialne pole minowe szkoleniowiec musiał zdawać sobie sprawę, że tradycyjny kredyt zaufania nowego selekcjonera został poważnie nadszarpnięty. Patrząc na reakcje po pierwszym wyborze kadrowiczów wygląda na to, że zniknął już całkiem…

Nie chodzi oczywiście o krytykę ze strony Jana Tomaszewskiego, bo akurat były znakomity bramkarz i kiepski poseł na sejm RP po prostu z wygłaszania takich tez żyje, ale o powszechne wrażenie związane ze sprzecznościami wyboru. Postawienie na Jakuba Błaszczykowskiego stoi przecież w kontrze do pominięcia Kamila Grosickiego, skoro obaj jadą ostatnio na takim samym futbolowym wózku, a właściwie obaj obok niego maszerują. Brzęczek na własne życzenie znów wyszedł wprost pod lufy krytyków, wiedząc, że zdania o rodzinnych powiązaniach tym razem zabrzmią jak prokuratorskie zarzuty.

Dodając do tego zrozumiałą, ale cichszą już dyskusję nad wpłynięciem do kadry nowej fali z Wisły Płock nie mam wątpliwości, że mecze Ligi Narodów nie będą, przynajmniej dla kibiców i dziennikarzy, zwykłymi testami przed eliminacjami mistrzostw Europy, a poważną weryfikacją nowego opiekuna Biało-Czerwonych.

A propos wspomnianego na marginesie Adama Nawałki. Cisza wokół rozliczenia mundialu ukoronowanego hańbiącą końcówką spotkania z Japonią wciąż nie została przerwana. Tymczasem w minioną środę w Niemczech Joachim Loew przez blisko dwie godziny publicznie tłumaczył rosyjską klęskę Niemców. Przyczyn porażki szukał i w szczegółach (od przyjęcia piłki do jej oddania mijało średnio 1,6 sekundy, wobec 1,2 sekundy w 2014), i w ogółach, takich jak uznanie fazy grupowej za formalność). Polscy kibice widać na taką analizę nie zasługują. Dlatego też przy okazji Ligi Narodów rodzi się pytanie czy Stadion Śląski nie zamieni się w miejsce frekwencyjnego rozliczenia kadry za rosyjski blamaż…

Sezon właśnie się rozpoczął, a Rafał Kurzawa, zamiast wrzucać piłkę na czubek buta Igora Angulo, siedzi na kanapie z pilotem w ręku. Pomocnik Górnika doświadcza na własnej skórze, jak postrzegana jest w Europie polska Ekstraklasa.

Najlepszy „asystent” ligi, który swoje możliwości potwierdził na mundialu w meczu o pietruszkę, żegnał się z Zabrzem w atmosferze tajemnicy. Nie przedłużył umowy na Roosevelta, ale nie ujawnił kierunku, w którym zamierza się udać. Bąknął jedynie, że przyszedł czas, by spróbować sił w lidze zagranicznej. Generalnie sprawiał wrażenie, że gra z dziennikarzami w odwieczną zabawę „wiem, ale nie powiem”. A teraz wygląda, że był to jedynie pokerowy blef.

Oczywiście niewykluczone, że sytuacja 25-letniego pomocnika zmieni się w najbliższych godzinach. Niewykluczone też, że zamiast wyśnionej zagranicy (w definicji Kurzawy podobno nie mieści się w niej Turcja) skończy się na przeprowadzce o kilkadziesiąt, może kilkaset kilometrów. Tyle, że pozostanie w kraju, nawet jeśli menedżerskie gry rzucą go do klubu ze ścisłej czołówki, będzie wizerunkową porażką. Kurzawa też zapewne zdaje sobie z tego sprawę i właśnie dlatego wybrał stan nieważkości, licząc, że pojawi się jakaś oferta last minute.

Póki co jednak rośnie lista przegranych. Oprócz samego zawodnika znajdują się na niej i Górnik, który bez Kurzawy stracił na wartości, i cała Ekstraklasa, pokazująca, że jej najlepsze produkty nie są bynajmniej cenione w futbolowym poważnym światku. I trudno się temu dziwić – udany rosyjski występ byłego zabrzanina nie przysłonił kompromitacji całej reprezentacji, a w dodatku został zabrudzony końcówką meczu z Japonią, chociaż on sam akurat nie przyłożył do niej nogi. Podobnie zresztą jak do męczarni rodzimych klubów w preeliminacjach Ligi Europy. Tym niemniej te wydarzenia stanowią solidne ogniwa łańcucha, który takich piłkarzy jak Kurzawa, trzyma z daleka od marzeń.

54 miliony euro. Za taką kwotę sprzedano koszulki Juventusu Turyn z nazwiskiem Cristiano Ronaldo na plecach w pierwszych 24 godzinach po transferze. Najtańsza z nich kosztowała 104 euro, a nabywców znalazło ponad pół miliona trykotów!
Ten nieprawdopodobny wręcz wynik znakomicie ilustruje kierunek, w którym podąża piłka i w dużej mierze tłumaczy sens dokonywania rekordowych transferów. Sukces sportowy nierozerwalnie związany jest z sukcesem ekonomicznym, a – jak mówi kolokwialne powiedzenie – żeby wyjąć, trzeba najpierw włożyć.

Niestety, także ten mechanizm pokazuje siermiężność polskiej futbolowej rzeczywistości, opartej na kreatywnej księgowości i wyciąganiu pieniędzy z kieszeni mieszkańców mających to szczęście (lub nieszczęście, zależnie od punktu widzenia) życia w „miejscowości będącej siedzibą właściwą klubu”. W efekcie, poza małymi wyjątkami, nawet sukcesy nie mają sensownego przełożenia na dochody. Najlepszym przykładem z naszego podwórka był przypadek Piasta Gliwice, który walcząc o mistrzostwo kraju, świecił pustkami na trybunach, a o liczbie sprzedanych koszulek z nazwiskami Jakuba Szmatuły, Martina Nespora, Gerarda Badii czy Bartosza Szeligi nie ma nawet co wspominać, bo zmieściła się w granicach błędu statystycznego.

Kluby generalnie tymi danymi nie dzielą się ze światem zbyt chętnie. Czasami jednak pewne dane zostają upublicznione, a wtedy przepaść wobec rozwiniętej piłkarsko części Europy ukazuje się w pełnej krasie. Na przykład Legia przez cały sezon 2016/17 sprzedała 22.000 koszulek, kolejna w zestawieniu Cracovia 7.714, a cała liga w sumie 59.402…

Wracając jednak do turyńskiego casusu Ronaldo. Mając świeżo w pamięci wspomniane na wstępie statystyki, z tym większym zainteresowaniem przeczytałem na Twitterze zestawienie cen koszulek klubów ekstraklasowych. Lista rozpoczynała się od 240 złotych (Legia), a kończyła na 139 (Miedź i Wisła Płock). Wychodzi więc na to, że gwiazdy z Łazienkowskiej warte są połowy wartości najtańszego Ronaldo. Jasne, że statystycznie wszystko można udowodnić, ale jednak brzmi to, przyznacie, dość zabawnie i pokazuje przeszacowanie wartości krajowych rozgrywek .

Abstrahując już od liczb trzeba przyznać, że kilka z rodzimych trykotów wyróżnia się na plus przynajmniej pod względem estetycznym. Zrozumiałą zazdrość konkurentów wzbudziła na przykład pucharowa premiera czarno-złotych strojów Górnika Zabrze. Jednak już prezentacja ubiorów Zagłębia Sosnowiec rozbudziła przede wszystkim dyskusje. Wszystko za sprawą sylwetki husarza, widniejącej na piersiach zawodników. Element rodem z modnych ostatnio patriotycznych kolekcji na piłkarskiej koszulce wygląda… powiedzmy delikatnie, zadziwiająco. Być może jest jednak w tym wszystkim ukryty sens, w końcu sosnowiczanie w ekstraklasie będą grali na stadionie, którego nowoczesność przypadła na czasy bardzo, bardzo odległe, a w rozpoczynającym się dziś sezonie stanowić będzie odpowiednik stanowiska archeologicznego.

Czasy, gdy letnie tygodnie w mediach uznawane były za sezon ogórkowy, minęły już bezpowrotnie. Rolę potwora z Loch Ness, kosmitów wydeptujących kręgi w zbożu i wieloryba płynącego Wisłą zastąpiły równie nieprawdopodobne, a jednak prawdziwe historie.

Na przykład o tym, jak wiele lat rzucania młotem na dobre zakręciło Anitą Włodarczyk, która niczym dziecko w piaskownicy zabrała swoje zabawki i śmiertelnie obrażona zamknęła się w pokoju. Powodem wewnętrznej i zewnętrznej emigracji lekkoatletki był fakt, że jeden z kolegów (po fachu, a nie dosłownie) zasłonił mistrzynię widniejącą na plakacie. Ta w rewanżu chciała go całkiem wygumować i to w tak zwanym realu, na co organizatorzy imprezy zareagowali wzruszeniem ramion, wprawiając Włodarczyk w niekłamane zdumienie. Nieumywające się jednak do tego, które czuli śledzący ten żałosny spektakl kibice…

Zdziwienie dominuje również w jednym z krakowskich klubów, w Wiśle mianowicie. Otóż jej zarząd zaskoczony został przez władze królewskiego grodu wypowiedzeniem umowy, na mocy której „Biała Gwiazda” korzystała ze stadionu przy ulicy Reymonta. – Jak tak można? – oburzyli się wiślacy, którzy wielomilionowy dług za bieganie po murawie położonej przez miasto i między trybunami zbudowanymi przez miasto, uznawali za nic nieznaczący szczegół.

Podobnie frustrująca sytuacja spotkała fanów Piasta Gliwice. Bracia i siostry po tamtejszym szalu nie mogą pojąć, dlaczego prezes nie chce ich słuchać w pozycji na baczność, a normalni kibice ultrasowski bojkot meczów przy Okrzei przyjęli z niekłamanym zadowoleniem. Ultrasi się dziwią, bo przecież demolowanie własnego stadionu, odebranie własnej drużynie bezcennych punktów i odstręczanie ludzi od przychodzenia na mecze powinno budzić szacunek, a nie lekceważenie.

Na brak szacunku cierpią też piłkarze reprezentacji Polski. Najpierw naród nie docenił ich zwycięstwa nad Japonią – z którą w ostatnich minutach bawili się w kotka i myszkę, a której kolejny występ pokazał, jak wielką było to sztuką – a potem nie potrafił podzielić radości z zasłużonych wakacji. Już palec w zakrytym na szczęście markowymi kąpielówkami (niech nieletni Czytelnicy zamkną oczy) tyłku Grzegorza Krychowiaka zamiast życzliwych uśmiechów wywołał lawinę złośliwych komentarzy. Wkrótce potem na celowniku znalazł się Kamil Grosicki. Niewinne zdjęcie ze spotkania z przyjaciółmi sprowokowało hejterskie uwagi. Skrzydłowy kadry dostosował się do poziomu i na pytanie, po co pojechał do Rosji, odparł, że po g…, a na koniec oświadczył, że najagresywniejszego z internautów chciałby spotkać na żywo. Można się domyślać, że nie chodziło o wymianę koszulek…

Polskie piekiełko zgasło jednak przy słońcu, które przygrzało w Turynie. Juventus zdecydował się zapłacić za Cristiano Ronaldo 120 milionów euro plus 30 milionów dla samego zawodnika w każdym z 4 lat, jakie ma spędzić w Mieście Fiata. Dzięki temu Portugalczyk znalazł się na trzecim miejscu w rankingu najdroższych transferów wszech czasów, a w polskiej wyszukiwarce wyprzedził nawet Kaję Paschalską bez stanika.

I pomyśleć, że minęły raptem trzy tygodnie wakacji…

W sporcie nie ma sentymentów, a nieszczęścia jednych są pożywką dla innych. Nie inaczej rzecz się ma z degradacją Ruchu Chorzów. Porównanie jego piłkarzy do tenisistów przegrywających 0:6, 1:6, 0:6, czy stwierdzenie, że ulubionym środkiem lokomocji kibiców Niebieskich na mecze jest tramwaj numer sześć, należały w niedzielę do najłagodniejszych. Podobnie zresztą jak wywieszony na stadionie świętującego awans Zagłębia Sosnowiec transparent o treści „Ekstraklasa albo śmiech”, parafrazujący słynne hasło GKS-u Katowice .

Kluby znajdujące się na celowniku szyderców nie mają jednak czasu, by doceniać ich subtelności lub oprawy graficzne. Sytuacja jest bowiem podbramkowa, przy czym w przypadku Niebieskich – trzymając się tego porównania – między słupkami nie ma już bramkarza, o czym poinformowała Komisja Licencyjna. Na Cichej trwa więc kolejna odsłona dramatu sportowo-finansowego, podczas gdy na Bukowej coroczny spektakl frustracyjno-ambicjonalny.

Pomimo tych różnic pojawił się jeden wspólny mianownik. W obu przypadkach trenerzy zapowiedzieli głębokie zmiany w szatniach, nie spoglądając przy okazji w lustra. Dariusz Fornalak, firmujący największe porażki w historii klubu, które złożyły się na największą klęskę, nie wygląda na człowieka, który chciałby to wszystko rzucić w diabły, chociaż tak podpowiadałyby przecież i rozum, i serce, a może i honor. Niewykluczone, że to Janusz Paterman dodaje jakiś tajemny specyfik do kawy, bo przecież również sam Krzysztof Warzycha pozwala się przesadzać w klubie z krzesła na krzesło.
Ale i w Katowicach też jest dziwnie. Jacek Paszulewicz mówi, że kontrakty piłkarzy nie chronią przed wyrzuceniem ich z klubu, a ułamek sekundy później podkreśla, że jego umowa taką moc jednak posiada…

Jeśli nic z tego nie rozumiecie, możecie być pewni, że jesteście w większości. Warto więc przypomnieć, że ojciec upadku Ruchu, czyli Dariusz Smagorowicz, powiedział kiedyś, że do piłki nie można przykładać logicznych miar…

Jest w młodopolskim współczesnym języku niezwykle trafne sformułowanie, które brzmi „tego się nie da odzobaczyć”. Oznacza wydarzenie niedające się usunąć z pamięci, głównie dlatego, że jego przebieg był tak absurdalny, że aż nierealny.

Określenie to przyszło mi na myśl podczas Narodowej Gali Boksu, zorganizowanej na Narodowym Stadionie i transmitowanym przez Narodową Telewizję. Tego naprawdę nie dało się odzobaczyć. Edyta Górniak w indiańskim pióropuszu wesoło podskakująca boso na zbryzganym krwią ringu (niestety, nie dano jej zaśpiewać Mazurka Dąbrowskiego), zawodnik idący między liny w masce nurka i z płetwami przewieszonymi na piersiach, naoczni świadkowie tych wydarzeń śpiący na widowni, czemu sprzyjały zgaszone światła maskujące puste sektory, bokser maszerujący przy dźwiękach hymnu Termaliki Nieciecza, pięściarz rezygnujący z walki, bo rozbolała go głowa, odwołanie w ostatniej chwili „gwoździa programu”, osłupiały Michael Buffer w środku tego cyrku, o występie gospodarza imprezy Marcina Najmana już nie wspominając… Generalnie zagęszczenie skeczów znacząco przekroczyło standardy przeciętnego programu kabaretowego. Do pełni szczęścia zabrakło chyba tylko scenicznego finałowego występu tria Marcin Najman – Jacek Kurski – Zenek Martyniuk z wykonaniem pieśni „Boże, coś Polskę…”, której samozwańczy spadkobiercy Żołnierzy Wyklętych wysłuchaliby na kolanach.

Pewnie w tym momencie część z Czytelników skrzywiła się, uważając ten pomysł za obrazoburczy. Pomijając prawo autora do korzystania z wyobraźni, warto religijno-patriotyczne zdegustowanie skontrować prostym pytaniem: – A nie drażniło Was użycie w nazwie tego żałosnego przedsięwzięcia przymiotnika Narodowy? Czy przykrycie nim takiej prywatnej hucpy nie jest dla tegoż Narodu bardziej obraźliwe niż „durny kołtuński kraj”, za który satyryk i felietonista „Angory”, Antoni Szpak, został wezwany przed sąd za znieważenie Polaków? Jestem zdziwiony, że już sam fakt wywyższenia do takiej pozycji imprezy polegającej na okładaniu się po twarzach, nie obudził czujnej gwardii pilnującej wartości i nie skłonił jej do różańcowej blokady wejść na warszawską arenę.

Ponieważ jednak Polak zwykle bywa mądry po szkodzie, a nie przed nią, może jednak warto dmuchnąć na zimne i to dumne Narodowe miano czym prędzej zastrzec prawnie dla wydarzeń i miejsc absolutnie wyjątkowych? Oczywiście rodzi się w tym momencie pytanie, kto miałby kandydatury oceniać i kwalifikować, bo większość wykreowanych przez media etycznych i moralnych autorytetów okazuje się mieć nie tyle ciemną stronę mocy, co gigantyczną Piętę Achillesa (sam nie wiem, dlaczego napisało mi się z dużej litery)… To już jednak problem techniczny i nawet gdyby osób godnych znalezienia się w Wysokiej Komisji było niewiele i w dodatku rozrzuconych na dużej powierzchni kraju, to wierzę, że dla tak zbożnego celu znalazłby się jakiś bezdomny, który zasponsorowałby flotyllę samochodów, by wszyscy dotarli na miejsce narady.

Póki co Najman już zapowiedział, że NGB powinna być imprezą coroczną. Nie można wykluczyć, że – o czym najlepiej wie prezes TVP – ciemny lud (czytaj Naród) rzeczywiście to kupi i jeszcze zapłaci za tę masochistyczną przyjemność i napełnianie cudzych kieszeni własnymi pieniędzmi, w większości jak zwykle nie zdając sobie z tego sprawy. Nie zdziwiłbym się zresztą, gdyby Najman swoim zepsutym barkiem (chodzi o kontuzjowaną podczas występu część ciała, inne skojarzenia są nieuprawnione) wyważył drzwi innym Narodowym przedsięwzięciom, którym senator Anna Maria Anders chętnie popatronuje, przylatując na każde z nich oddzielnie biznesklasą z USA.

Polską piłką rządzą kibole. Jeśli ktoś miał w tej materii jakiekolwiek wątpliwości w minioną środę z pewnością się ich pozbył. Spółka Ekstraklasa załopotała wtedy białą flagą, a jej szefowie, bladzi ze strachu, schowali do schronów, by tam po kryjomu wręczyć medale najlepszym zespołom w firmowanych przez siebie rozgrywkach. Co więcej, w ramach bezwarunkowej kapitulacji poważnie rozważali złamanie zasad rywalizacji i przeniesienie meczu z Poznania do Warszawy.

Pożytek z kabaretu, który zorganizowany zostanie po niedzielnej ostatniej kolejce, jest niepodważalny. Można bowiem odtrąbić całkowity koniec mirażu, jaki próbowano wywoływać w ostatnich latach. Najpierw prawdziwą wartość ligi obnażały kolejne edycje europejskich pucharów, teraz zdarte z niej zostały ostatnie sreberka, którymi Ekstraklasa SA ozdabiała i ozdabia za pośrednictwem Canal+ swój kiepski produkt. Nikt nie uwierzy już w opowieści, że kibolstwo w polskiej piłce stanowi nic nie znaczący margines. Prawda wygląda inaczej – właśnie to środowisko przejęło de facto już nie tylko rolę zarządzającą w większości klubów, ale i funkcję Rady Nadzorczej całych rozgrywek. Ba, ma przełożenie również na kwestie sportowe. Przecież to właśnie kibole własnoręcznie rozstrzygnęli jak będzie wyglądał układ sił przed ostatnią kolejką zarówno w strefie spadkowej jak i mistrzowskiej, zabierając punkty Piastowi i oddając je Górnikowi.

W skórę ostatniego szeryfa w mieście bezprawia próbuje wejść PZPN. Stanowcze oświadczenie wydane po „ceremonialnych” decyzjach Ekstraklasy było celne. Tyle tylko, że po pierwsze miało znaczenie jedynie ozdobne, a po drugie zabrzmiało fałszywie w kontekście tego, co sam Związek spotkało – nie po raz pierwszy zresztą – przy okazji finału Pucharu Polski. To po nim prezes Zbigniew Boniek (zasiadający również w Ekstraklasie) sam przyznał, że nie ma pomysłu, jak nie dopuścić do sytuacji, w której, to cytat, „dziesięciu debili rozwala cały system”. Prezes PZPN pokonał długą drogę od optowania za legalizacją racowisk do całkowitej utraty zaufania wobec organizatorów tzw. opraw, jednak poczucie bezradności powinno wywoływać nie rezygnację, a mobilizację. Kto jak kto, ale Boniek mechanizmy lobbowania zna wyśmienicie, więc czas, by zaczął naciskać (np. poprzez reglamentowanie biletów na lożę VIP na mecze kadry) na władze państwa. Bez wprowadzenia szybkich regulacji prawnych stanowiących narzędzia do walki z patologią pozostanie ona tylko teoretyczna. Pierwszą koniecznością, wobec cotygodniowej kompromitacji agencji ochroniarskich, jest ponowne wejście na stadiony zawodowych funkcjonariuszy policji zamiast opancerzonych amatorów, przy czym optowałbym za zmianami w prawie pozwalającymi aby jej obecność była opłacana przez organizatorów spotkań, a nie przez ogół podatników. Kolejne punkty programu wszyscy zainteresowani są w stanie dopisać zapewne bez długich dyskusji, kończących się zazwyczaj jedynie biciem piany i mydleniem nią oczu.

Na pocieszenie medalistom sezonu 2017/18 pozostaje fakt, że w kraju nad Wisłą medalowa konspiracja nie jest bynajmniej nowością. Piętnaście lat temu sam byłem świadkiem, jak ówczesny prezes GKS-u Katowice, Piotr Dziurowicz, odbierał brązowe krążki na… dworcu. PZPN nadał je przesyłką konduktorską, chociaż formalnie zostały wywalczone – mniejsza o ujawnione po latach okoliczności – właśnie w Warszawie na Polonii. Także piłkarki Unii Racibórz zapisały się w tych niezwykłych annałach, gdy trofea za mistrzostwo kraju dotarły do siedziby klubu w paczce doręczonej przez listonosza.

A może warto wrócić do tamtych pomysłów i oficjalnie udawać, że nie chodzi w tym wszystkim o strach, ale o… tradycję? Bo przecież w dzisiejszych czasach tak zwany dobry PijaR jest na wagę złota. A medalu już na pewno.

To niewątpliwie medialny fenomen. Mecze Lotto Ekstraklasy w zdecydowanej większości przypadków stoją na poziomie co najwyżej przeciętnym, a bywa że wręcz kabaretowym. Pomimo tej powszechnej świadomości, na rynku telewizyjnym są towarem gorącym. I wszystko wskazuje na to, że staną się linią frontu pomiędzy największymi władcami plazmowych ekranów.

Termin przetargu na lata 2019-2023 zostanie ogłoszony prawdopodobnie w lipcu, ale konkurenci już weszli w bloki startowe. Na razie skupiają się na strojeniu groźnych min i deprymowaniu rywali, jednak już wkrótce będą musieli schować się w szatni, by przeliczyć banknoty w portfelach i przeanalizować, ile z nich warto wydać na to, by pokazać nie tylko mecze Górnik Zabrze – Legia Warszawa, ale także cały serial z cyklu Sandecja Nowy Sącz – Termalica Nieciecza (oczywiście za kilkanaście miesięcy te nieprzypadkowo wybrane nazwy mogą zastąpić ich ówczesne synonimy).

I właśnie w tych analizach jest pies pogrzebany, bo wycena w gruncie rzeczy oparta jest tylko na spekulacjach. Wyniki oglądalności rozgrywek nie powalają. W ubiegłym roku średnia widzów w Canal+ wyniosła niespełna 103 tysiące, a niemal powszechnie dostępnego Eurosportu 1 minimalnie ponad 155 tysięcy. Biorąc pod uwagę fakt, że za każdy z sezonów stacje wyłożyły ok. 145 milionów złotych, przelicznik nie wygląda oszałamiająco. Rodzi się jednak pytanie o rzeczywisty potencjał – Canal+ jest zakodowany, Eurosport pokazywał mecze dalekiego wyboru, w kiepskich porach, zwłaszcza w poniedziałkowe późne popołudnia, natomiast TVP, która w minionym sezonie tradycyjnie transmitowała najciekawszy mecz 37. kolejki, na starciu Legia – Lechia przyciągnęła aż 1,14 mln osób. Prawda leży zapewne gdzieś pośrodku, a taka stawka, mnożąc przez liczbę spotkań, oznacza już kąsek nie do pogardzenia.

Czy jednak realne jest osiągnięcie pułapu 250 milionów złotych za sezon? Wywindowaniu wyniku sprzyja koniunktura. Nie na piłkę jako taką, a wynikająca z medialnych puzzli, które dynamicznie zmieniły konfigurację. Dla NC+ po serii klęsk, w wyniku których stacja straciła ze swojego tortu sporo wisienek, utrata Ekstraklasy byłaby równoznaczna ze sportowym unicestwieniem. Polsat jest w ofensywie, a dorzucenie polskiej ligi do Champions League mocno złagodziłoby kaca po odjeździe reprezentacji. Eleven z pieniędzmi specjalnie się nie liczy, ale posiadając wachlarz naprawdę atrakcyjnych rozgrywek europejskich, może spokojnie szacować koszty i ryzyko związane z pokazaniem zmagań znad Wisły. Oliwy do ognia dolewa jednak TVP, po raz pierwszy w historii realnie zainteresowana zwycięstwem w przetargu, choćby po to, by dać rozrywkę i poczucie radości kibicowskiej części elektoratu partii rządzącej. Do tego wszystkiego można dodać zapytania o oferty ze strony mniej lub bardziej tajemniczych podmiotów, być może liczących na wypracowanie zysku ze sprzedaży sublicencji, i powstanie krajobraz wyraźnie sprzyjający wydaniu całkiem pokaźnej kwoty. Co nie czyniłoby z nas przecież Zielonej Wyspy, bo telewizyjne rozpasanie panuje na całym Starym Kontynencie i poprzez wypychanie zdrowego rozsądku na rzecz szaleństwa psuje i piłkę, i piłkarzy. W Polsce przebicie sufitu długo nam jeszcze zapewne nie zagrozi, ale i tak już warto przede wszystkim przemodelować system podziału milionów, tak, by dowartościowywać najlepszych kosztem najsłabszych i nie przejmować się wreszcie rzekomym łamaniem sprawiedliwości.

Ile więc naprawdę warte jest pokazywanie polskiej ligi? Takiej refleksji mogą się Państwo poddać przy wielkanocnych stołach, zawsze to wszak zdrowsze od rodzinnych debat politycznych… A więc Wesołych Świąt, zabawnego prima aprilisu i ciepłego, mokrego dyngusa!

GKS nie zgadza się na rozgrywanie meczu z Ruchem Chorzów w Wielki Piątek – ogłosił wszem i wobec klub z Tychów. Można podejrzewać że za tym stanowiskiem stoi przede wszystkim trener Ryszard Tarasiewicz, który nie raz już protestował przeciwko wychodzeniu na boisko w tym właśnie dniu, zwłaszcza, gdy przyjeżdżał z Miedzią do Katowic.

Sytuacja z pewnością jest delikatna, bo w dzisiejszych czasach wyjątkowo łatwo można podpaść pod paragraf znieważenia uczuć religijnych (absurdalny z natury i obowiązujący bodajże tylko w siedmiu krajach w Europie, za to powszechny w państwach muzułmańskich – przyp. autora). Tym niemniej jednak tak stanowcze postawienie sprawy na ostrzu noża, jak ma to miejsce w przypadku Tychów, musi budzić poważne wątpliwości. Bo – wszelkie ewentualne skojarzenia są przypadkowe – piłkarz jest od grania, natomiast od ustalania terminarza ktoś zupełnie inny. Na szczęście zresztą, bo pamiętając słynną wypowiedź Michała Kucharczyka, w innym przypadku spotkania rozgrywane byłyby sporadycznie, najczęściej w środku tygodnia i to niezbyt późno, by zawodnikom nie torpedować barwnych wieczornych planów.

Warto też pamiętać, że Wielki Piątek nie jest dniem ustawowo wolnym od pracy i swoje obowiązki będą wykonywać wtedy nie tylko piłkarze. W dodatku w ich przypadku bonusem takiego rozwiązania jest komfort spędzenia z rodziną dni świątecznych, a przecież ekstraklasowi koledzy po fachu będą kopać piłkę i w sobotę, i w poniedziałek, czyli dni również uznawane w teologii katolickiej za Wielkie.

Może więc GKS, zamiast iść na czołowe zderzenie, powinien po prostu kompromisowo wystąpić o to rozegranie meczu w piątek jak najwcześniej, tak, aby trener Tarasiewicz zdążył na wieczorną procesję?