Archiwa tagu: Rafał Musioł

Ruch Chorzów do 15 stycznia musi spłacić pół miliona złotych byłym piłkarzom i trenerom, a jeśli tego nie zrobi straci licencję na dalszą grę w Nice I lidze. Niebieskim znów więc zajrzał krach w oczy, ale powodów do paniki chyba tym razem nie ma, bo wspomnianą kwotę można przecież „pożyczyć” z 800.000 zł, jakie przewidziano (a więc zapewne także zabezpieczono) na premię za awans do Ekstraklasy. Co prawda złośliwcy twierdzili, że równie dobrze można było obiecać każdemu piłkarzowi po prywatnym odrzutowcu, ale trudno przecież podejrzewać szefa klubu z Cichej, że premie zostały ogłoszone tylko po to, aby zarobić odsłony w mediach społecznościowych. I że w rzeczywistości żadne pliki banknotów deklarowanych na wypadek zrealizowania misji niemożliwej tak naprawdę nie istnieją.

Pytanie jak wygląda prawda na pewno jest frapujące, jednak przyznam się, że w kontekście Ruchu znacznie ciekawsza wydaje mi się inna kwestia. A mianowicie taka, kto będzie dziś czekał z kwiatami pod aresztem, z którego ma wyjść na wolność były prezes Niebieskich, Dariusz S. Od dawna przecież wiadomo, że przyjaciół poznaje się w biedzie, a trzeba przyznać, że były członek rady nadzorczej Ekstraklasy wpadł w biedę nie lada. Biorąc pod uwagę wianuszek wielbicieli z różnych środowisk – także, co tu ukrywać, medialnych – którzy towarzyszyli mu w dawnych lepszych czasach i na ziemi rodzimej, i obcej, można się dziś spodziewać pokaźnego komitetu powitalnego. W przeciwnym wypadku moja opinia o ludziach, których mam w tym wątku na myśli, z pewnością ulegnie jakościowej zmianie…

Być może zadajecie sobie pytanie jak wstęp tego tekstu ma się do jego rozwinięcia, ale sądzę, że jest to nić bardzo logiczna. Przecież to właśnie kreatywne działania Dariusza S. wytyczyły szlak, jakim obecnie podąża Ruch. A samo niedawne ogłoszenie wysokości wspomnianej premii za awans to posunięcie, jakiego S. też by się nie powstydził.

Kurz już nieco opadł, więc warto spojrzeć na sprawę spokojniej i powiedzieć sobie jasno: wyrzucenie Rosjan z koreańskich igrzysk to decyzja drastyczna, ale słuszna. Niestety, mająca też pewną wadę. Pozostawia mianowicie szeroką furtkę dla spiskowej teorii dziejów. Bo niby dlaczego losu podmoskiewskiego państwowego kombinatu koksowniczego nie podzieliły podobne fabryki z innych części świata? MKOl zamiast rzeczywistej zmasowanej antydopingowej ofensywy, przeprowadził precyzyjnie wymierzony atak punktowy, co musi rodzić podejrzenie istnienia zakulisowych mechanizmów stricte politycznych. Warto zresztą pamiętać, że Komitet znaczną część tej nieczystej krwi (i innych płynów fizjologicznych) ma na własnych rękach, bo to on sam oddaje organizację igrzysk coraz mniej licznym szczęśliwcom, którzy nie muszą liczyć się z pieniędzmi i opinią swoich społeczeństw. A takie rozpasanie zazwyczaj łączy się z rozbratem z wartościami demokratycznymi i przymusem zamienienia rzeki pieniędzy na propagandowy sukces i to za wszelką, dosłownie i w przenośni, cenę.

Wracając do dopingowej plagi – jedynym rozsądnym i sprawiedliwym wyjściem byłoby wypalanie skażonych aren olimpijskich żywym ogniem, czyli dożywotnie zakazy startu w tej imprezie dla wszystkich złapanych na koksie chociażby raz. Warto też przemyśleć powołanie w ramach MKOl instytucji komornika, który miałby uprawnienia do działań związanych z realnym odzyskiwaniem od sportowych oszustów nienależnych im profitów oraz wymuszania na sponsorach powiązanych w jakikolwiek sposób z ruchem olimpijskim bezterminowego zerwania współpracy z przestępcami. W obecnym sportowym świecie nawet hańba nie boli przecież tak bardzo jak spustoszenie konta… Wprowadzenie takich rozwiązań doprowadziłoby oczywiście do serii procesów, w których podsądni przyjęliby linię obrony, zgodnie z którą koks wpychano w nich podstępnie pod postacią spreparowanych jabłek i marchewek. Zdecydowanie warto jednak podjąć takie ryzyko, ewentualnie ograniczyć jego skalę dzięki zastosowaniu mechanizmów rodem z FIFA, która samo założenie sprawy w sądzie powszechnym traktuje jako akt samowykreślenia delikwenta z futbolowej rodziny.

Podsumowując: utrzymanie obecnego stanu rzeczy, z jedną efektowną antyrosyjską salwą i z ignorowanym przez media oraz kibiców, opóźnionym o całe lata, wykreślaniem wyników i nazwisk z medalowych zestawień, oznaczać będzie jedynie rozwodnienie rosnącego problemu. I da kolejną pożywkę tym, którzy od dawna twierdzą, że władze ruchu olimpijskiego niczego nie robią bezinteresownie, a baron de Coubertin stał się już tylko przykurzonym synonimem naiwności.

Gdy piłkarze Górnika Zabrze po 15. kolejkach zameldowali się na pozycji liderów Lotto Ekstraklasy, w mediach, zwłaszcza tych społecznościowych, eksplodowały emocje. Akademicka dyskusja dotyczyła kwestii czy gang Marcina Brosza został mistrzem jesieni, rundy a może w ogóle nie został żadnym z nich. Tytuły w śląskich gazetach – a zwłaszcza w Dzienniku Zachodnim – już od początku sezonu (pamiętacie „Legła Warszawa!”?) są belką w oku kibiców i dziennikarzy, których serca biją dla mistrzów Polski, więc nie inaczej było w tym przypadku. Ostatecznie ze stolicy napłynęło zdanie zamykające temat – „Po 16. kolejce i tak na czele znajdzie się Legia”, co stanowiło aluzję do zbliżającego się bezpośredniego meczu obu drużyn na stadionie przy Łazienkowskiej.

Zabrzanie w stolicy rzeczywiście przegrali, Legia przejęła prowadzenie, więc w największym polskim mieście zabrzmiał triumfalny rechocik. Minęło jednak kilka dni i sytuacja diametralnie się zmieniła. Fani Legii, którzy z milczącą aprobatą przyjmowali niekorzystne dla Górnika pomyłki biegających z gwizdkiem krajanów, nagle obudzili się z wrzaskiem twierdząc, że piłka do siatki Arkadiusza Malarza wpadała po akcjach, w których piłkarze Korony byli na minimalnych, ale jednak spalonych. Ból był zapewne tym dotkliwszy, że dzień wcześniej zabrzanie znów zrobili to, co potrafią najlepiej, i zdemolowali Jagiellonię wymijając w tabeli warszawian. No cóż, w końcu legijna gwardia zapowiadała, że ich klub będzie na czele po 16. kolejce, o 17 nic nie mówiła…

Czas jednak przejść do poważniejszej kwestii. Otóż – w ligowym prowadzeniu Górnika nie ma przypadku, bo zespół Marcina Brosza wniósł do Ekstraklasy nową jakość i powiew świeżości, jakiego nie było w niej od lat. Pozostaje trzymać kciuki, by był on na tyle mocny, by na mecie sezonu solidnie przewietrzyć zastałe ekstraklasowe układy i przy okazji zmieść irytującą pychę mistrzów Polski, którzy nie wyciągnęli wniosków z lekcji pokory udzielonej im w europejskich pucharach.

Won. To słowo w minioną niedzielę zrobiło furorę. Właśnie nim posługiwali się bezrozumni wielbiciele wędzenia siebie i innych w toksycznym dymie, „odpierając” argumenty osób normalnych, którzy dzielenie meczu Legii z Górnikiem na tercje uznawali za powód, by definitywnie go zakończyć. Wspomniane „won” generalnie kierowano do wszystkich niedoceniających piękna legijnego racowiska. Bo wszak – jak napisał jeden z trolli – to właśnie dla takich chwil przychodzi się na stadiony. No cóż, pomimo tak elokwentnej polemiki pozostanę przy własnym zdaniu. I nadal będę twierdził, że uznawanie cuchnących pseudospektakli jako nieodłącznych przejawów rzekomej kibicowskiej tożsamości to prostackie alibi dla zachowań godnych neandertalczyków traktujących gorące płomienie jako zjawisko magiczne.

Igranie z ogniem w polskiej piłce trwa od lat. I pokazuje bezradność wszystkich, którzy mogliby tę niebezpieczną, i przede wszystkim niezgodną z prawem, zabawę ukrócić. A więc samych klubów, pracujących dla nich agencji ochroniarskich oraz organizatorów rozgrywek. Brak systemowych rozwiązań w postaci przepisów, jakie wprowadzono na przykład wobec wtargnięcia intruzów na murawę, stanowi zaniechanie rażące i… dające do myślenia. Krótko mówiąc race omijane są szerokim łukiem ( bo trudno za skuteczne przeciwdziałanie uznać groszowe niemal grzywny) z powodów, o których oficjalnie możemy jedynie gdybać.

W tym samym ogródku leżą niestety także kamienie rzucane przez media, ze stacją Canal+ na czele. Zasada, by nie pokazywać łamania prawa (podobno, by ich autorom nie robić reklamy, a podskórnie zapewne z potrzeby nieustannego owijania w sreberko jednego z ostatnich znaczących produktów, jakie stacja ma jeszcze w swoim pakiecie) zamieniła się właśnie w farsę. Nawet w przypadku tak oczywistym jak na Legii komentatorzy do ostatnich chwil udawali, że nie widzą nadciągającej chmury dymu, a gdy ta już przesłoniła murawę, skupiano się na wydumanych bonusach z tej sytuacji, bredząc o okazji do podglądania meczowej kuchni, czyli narad zespołów odesłanych przez sędziów pod szatnie. Szanowna ekipo C+, to taki sam argument jak ten, że kibice przychodzą na trybuny po to, by podziwiać fajerwerki a nie wyczyny piłkarzy. Jeśli zamiast goli chcielibyśmy posłuchać kaszlącego Żurkowskiego to włączylibyśmy jeden z waszych reportaży, a nie meczową transmisję na żywo.

To telewizyjne przekonanie, że jeśli czegoś nie pokażemy to tego nie ma, w tym przypadku zdecydowanie się nie sprawdza, podobnie jak zachwyty nad poziomem co dokładniejszych zagrań futbolistów. Nie od dziś wiadomo bowiem, że najcenniejsze jest prawda. Nawet wtedy, gdy boli. A może zwłaszcza wtedy. Bo inaczej można się solidnie poparzyć. Także racą.

Fanatycy. Taki właśnie tytuł nosi książka wydana przez krakowskie wydawnictwo SQN. Okładka płonie jak raca, w środku na trzystu stronach opowieść kibola z krwi – tej przelewanej też – i kości o wchodzeniu na stadiony razem z ich bramami, leśnych ustawkach, „promocjach” na stacjach benzynowych, polowaniach na wrogie ekipy i torturach w komisariatach. Całość doprawiona niezrozumieniem takiego stylu życia ze strony reszty świata i lekką tęsknotą za latami 90. gdy policja była słaba, źle wyposażona i nieprzygotowana na zderzenie z brutalnością owiniętą w klubowe szaliki.

Generalnie lektura dość wartka, ale bardziej pewnie szokująca dla tych, którzy trzy dekady temu dopiero przychodzili na świat, niż pamiętających go ze wszystkim odcieniami polityczno-społecznymi. Ewentualne zaskoczenia nie dotyczą też osób wciąż bywających na stadionach i nie opierających się jedynie na transmisjach w stacji Canal+, omijającej kamerami wszystkie ekscesy na trybunach aż do momentu, gdy brak widoczności i przerwanie meczu wymusza reakcję ze strony komentatorów.

Na szczęście dla książki narrator (a podobno i autor) „Fanatyków” nie sili się na fałszywe zdobywanie sympatii dla czarnych charakterów, chociaż zbyt często wtrąca dygresje stanowiące szytą grubymi nićmi prowokację wobec czytelnika. Przy okazji jednak pojawia się kilka ciekawych wątków, jak chociażby ten o genezie środowiskowego porozumienia dotyczącego zakazu używania podczas bójek niebezpiecznych narzędzi.

W całej tej opowieści znalazło się jednak zdanie, które najbardziej utkwiło mi w pamięci. Jeden z policjantów – podczas prywatnej rozmowy – pytany, czy po Euro 2012 policja kibolom już odpuści, odpowiada wprost: – Zależy, kto będzie trzymał koryto.

I właśnie ta krótka wypowiedź wygląda na klucz do zrozumienia wielu zjawisk z obecnej ulicznej rzeczywistości.

Atak warszawskich kiboli na piłkarzy Legii wystawił świadectwo całej Ekstraklasie. Zdarzenie to stanowi bowiem idealną ilustrację patologicznych układów panujących w większości klubów. Ich esencja znalazła się zresztą w oświadczeniu mistrzów Polski, w którym przeczytaliśmy między innymi: „Pierwsze ustalania wskazują, że grupa osób weszła na teren stadionu zgodnie z przyjętą praktyką po meczach wyjazdowych, co nie dawało ochronie obiektu podstaw do niepokoju”. No cóż, o „przyjętych praktykach” trudno dyskutować, ale jedno pytanie nasuwa się samo – gdzie podziała się wspomniana ochrona, gdy czujący się jak u siebie na należącym do Legii terenie bandyci powody do niepokoju już dali? O sile wspomnianego układu – być może opartego głównie na strachu – łączącego kiboli z władzami klubu, świadczy też brak reakcji, na przykład w postaci wydania oczywistego wydawałoby się po takich zajściach zakazu wstępu na legijne tereny dla osób niebędących jej pracownikami.

Trudno zresztą oprzeć się wrażeniu, że Legia zebrała właśnie owoce swojej wieloletniej konsekwentnej pracy. Zlekceważone przed laty uderzenie Jakuba Rzeźniczaka przez „Starucha” oraz pokorne tolerowanie zachowań na trybunach, których efektem były dotkliwe kary finansowe i wstyd na całą Europę, stanowiły kolejne kroki w kierunku przepaści. Czy można się dziwić, że to właśnie „Staruch” zaprosił piłkarzy do wyjścia na klubowy parking?

System wiążący kiboli z władzami klubów to jednak zaledwie koniec przewodu pokarmowego, którym spływa całe to szambo. Wszystko zaczyna się bowiem od bezradności krajowych organów – począwszy od prokuratorów, a na kontrolerach biletów w środkach komunikacji publicznej, którymi podróżują kibice, skończywszy. Czy jest to zresztą tylko bezradność? Nie da się przecież ukryć, że w powszechnym odczuciu część polityków wspiera bandyckie środowiska, utożsamiając je – pewnie na podstawie nadruków na koszulkach – z ruchami patriotycznymi. Swoje trzy cegiełki dokłada też do tej struktury Kościół (bo jak inaczej zinterpretować jasnogórską uświęconą pielgrzymkę spod znaku płonących na wałach rac?) i właśnie w efekcie takiej kombinacji mamy to, co mamy, czyli sumę wszystkich wokółligowych strachów.

Jeszcze wiruje w powietrzu kurz po nieumiejętnym zrzuceniu na Ekstraklasę systemu VAR, a już piłkarze mają kolejny problem. Tym razem znacznie poważniejszy. Bo o ile kwestie związane z wideoweryfikacjami obciążają wizerunki sędziów, to kolejna nowinka wycelowana została bezpośrednio w tych, którzy biegają za piłką.

Spółka Ekstraklasa Live Park, czyli ta, która odpowiada za telewizyjne transmisje, poinformowała mianowicie o podpisaniu umowy z firmą ChyronHego, specjalizującą się w dostarczaniu danych fitness. Ten pozornie sympatyczny (w końcu fitness to sprawa przyjemna) zwrot w tym przypadku oznacza jednak dokładne monitorowanie poczynań piłkarzy w czasie meczu. Ściślej rzecz biorąc tuż po ostatnim gwizdku sędziego każdy z nas będzie mógł spojrzeć w statystyki, by przekonać się między innymi ile kilometrów przebiegł wybrany zawodnik, jaką część z nich pokonał w tempie sprinterskim, w jakim tempie średnio się poruszał i jaką osiągnął prędkość maksymalną.

Dzięki temu staniemy w jednym rzędzie z najlepszymi ligami Europy – z dumą oświadczył dyrektor LiveParku, Marcin Serafin. I tu wydaje się właśnie pies pogrzebany. Bo o ile ta deklaracja może mieć uzasadnienie technologiczne, to w praktyce wykaże zapewne coś dokładnie przeciwnego. A mianowicie przyczynę, dla której Ekstraklasa pod względem sportowym w takim pierwszym rzędzie bynajmniej nie stoi. Co więcej, wyjątkowi złośliwcy dostaną do ręki potężne narzędzie w postaci przelicznika przebieganych kilometrów na złotówki, jakie piłkarze tak zwanej elity pobierają co miesiąc w klubowych kasach.

Istnieje jednak cień szansy, że opracowania ChyronHego okażą się zbawienne. Może przecież zadziałać efekt wyścigu australijskiego, czyli chęci uniknięcia za wszelką cenę zajęcia w pomeczowych statystykach ostatniego miejsca w zespole, nie licząc oczywiście bramkarza. Niewykluczone więc, że podczas przyszłorocznych meczów (system składający się z dwóch kamer, komputera oraz serwera z urządzeniami dodatkowymi do końca roku zostanie zainstalowany na wszystkich stadionach) zobaczymy niezwykłe obrazki. Na przykład takie, że także piłkarze nie biorący udziału w akcji będą żwawo przebierać nogami czy wykonywać krótkie sprinty, by poprawić swoje parametry.

Nawet jednak w takim przypadku najciekawsze będą porównania rodzimych gwiazdek z zawodnikami, którzy do niedawna biegali po trzecioligowych, ale zagranicznych (np. hiszpańskich) boiskach, i którzy w Ekstraklasie od razu zaczęli dzielić , rządzić i błyszczeć.

Z poczuciem humoru jest jak z białymi lwami: wszyscy o nich słyszeli, ale spotyka się je rzadko. Dlatego do dziś z wielką sympatią wspominam ekstraklasowca, który poważnym tonem i przy zachowaniu kamiennej twarzy – co jest atutem rasowego komika – stwierdził, że gdyby zarabiał tyle, co Robert Lewandowski, to byłby w stanie grać na podobnym poziomie. Bo nic tak człowieka nie motywuje (a może powiedział „trenuje”?) jak góra pieniędzy.

Kilkanaście dni temu na podobnie błyskotliwy dowcip zdobył się sam Lewandowski. Snajper Bayernu, również w rozmowie z dziennikarzem, oświadczył, że jego zespół wydaje za mało pieniędzy na transfery. Miał jednak pecha – po drugiej stronie stołu siedział Niemiec, a ta nacja pęka ze śmiechu zazwyczaj dopiero wtedy, gdy reszta świata spogląda po sobie mocno skonfundowana. Nie inaczej było i tym razem. Na przykład Karl-Heinz Rummenigge, który nawet w bawarskim stroju ludowym wygląda mało śmiesznie (a przyznacie, że to duża sztuka), na opublikowanym w wywiadzie żarcie nie poznał się wcale. Ba – niemal śmiertelnie się obraził, a jego odczucia podzieliło wielu pobratymców. Z jednym może wyjątkiem – Uli Hoennessa. No, ale akurat prezydent Bayernu miał sporo czasu podczas więziennych wieczorów, by zacząć doceniać dobrą rozrywkę.

Tak naprawdę jednak tylko rodacy Lewandowskiego wyrazili uznanie dla dowcipu, z hukiem pękając ze śmiechu. Wszak wydane przez Bayern „grosze” to około 100 milionów euro, czyli kwota, która stanowi sześciokrotność transferowych przelewów z wszystkich szesnastu klubów Ekstraklasy w poprzednim sezonie. I to z Legią włącznie, na którą przypadło ponad 60 procent sumy. Krótko mówiąc: skąpstwo mistrzów z Monachium zostało wykazane subtelnie, ale czarno na białym. Ale żeby docenić takie tło wypowiedzi „Lewego” faktycznie trzeba być Polakiem a nie Niemcem…

Pamiętając wszakże, że naprawdę ten się śmieje, kto się śmieje ostatni, nie można jednak tracić nadziei, że nawet Beckenbauer kiedyś zrozumie, o co w tym gagu tak naprawdę Lewandowskiemu chodziło.

Nigdy nie ukrywałem, że żądania kibiców dotyczące ich wpływu na funkcjonowanie klubu i decyzje podejmowane przez ludzi nim zarządzających uważam za absurdalne. Zapewne za chwilę usłyszę argument, że piłka to biznes inny niż wszystkie, ale pozwolę sobie nie zgodzić się z taką wyjątkowością. To samo mogą wszak powiedzieć na przykład przedstawiciele środowisk kultury, a jednak kiniarze nie przeprowadzają z widzami konsultacji ile mają kosztować bilety na seanse, księgarze nie zwracają się do czytelników o zgodę czy okładka powieści może być niebieska, a filharmonicy nie pytają melomanów o skład sekcji skrzypiec.

Tym niemniej obserwując z trybun sobotni mecz GKS-u Katowice z Wigrami Suwałki przyszła mi do głowy pewna koncepcja. Otóż interesującym rozwiązaniem byłaby możliwość wymuszenia zmiany w składzie poprzez decyzję widowni. Upraszczając: kibice byliby odpowiednikami jurorów w teleturniejach, którzy mogą pozbyć się z programu wyjątkowo nieutalentowanych uczestników. Wyobrażacie sobie te emocje, gdy wskaźnik na barwnym telebimie (wymaganym przez podręcznik licencyjny) zbliża się do wymaganej bariery wyliczanej każdorazowo tak, by istotne były głosy sympatyków obu drużyn? No i ten czynnik motywacyjny dla samego zagrożonego…

W przypadku wyjątkowo nędznych spotkań system taki stanowiłby dla widowisk wręcz ratunek i magnes przyciągający kibiców. A poza tym, stosując modną ostatnio zasadę symetrii, skoro (czasami na siłę) wybiera się najlepszego zawodnika meczu, to dlaczego nie można wybierać największego patałacha?

Powyższe wywody to oczywiście żart, ale być może nie pozbawiony jednak całkiem logiki. Zwłaszcza, że inspirujący go wspomniany na wstępie mecz zakończył się czymś bardziej wstrząsającym od jego poziomu i wyniku, a mianowicie wyczuwalnym kompletnym zrezygnowaniem widzów, którzy zamiast sportowego deseru dostali niestrawną breję.

To naprawdę nieludzkie. W Legii Warszawa wstrzymano wypłacanie tak zwanych wyjściówek, czyli złotówek należnych za samo przebywanie na boisku. Będzie tak do czasu, gdy zespół wygra trzy mecze z rzędu albo wywalczy mistrzostwo Polski, co w ekstraklaso-wych realiach nie musi być tożsame. W szatni podniósł się podobno lament, twit-ter rozgrzał do czerwoności, a mnie zadziwiło powszechne zdziwienie. Naprawdę tak trudno pojąć, że ktoś poszedł po rozum do głowy i odwrócił Wójcikową zasadę „bez sianka nie ma granka”?

Cała sprawa pokazuje zdegenerowanie piłkarskiego środowiska, które – biorąc pod uwagę jakość dostarczanego produktu – należy do najbardziej przepłacanego w Europie. Jestem ciekawy, jak piłkarze Legii zareagowaliby na nowinkę rzuconą żartem przez jednego z moich przyjaciół. Zaproponował on mianowicie, by w przypadku kompromitującej porażki zarobki każdego z zawodników spadały do poziomu ich odpowiednika w drużynie zwycięskiej (oczami wyobraźni widzę Michała Pazdana stojącego do kasy po równowartość pieniędzy, jakie za swoją grę otrzymuje stoper Sheriffa Tiraspol). Oczywiście zawsze jest ryzyko, że jeden czy drugi menedżer uprze się, by zasada ta działała także w drugą stronę, ale biorąc pod uwagę międzynarodowe występy naszych klubów można uznać, że dla ich budżetów byłoby to ryzyko warte podjęcia.

System finansowania funkcjonujący w polskich klubach, wysokość kontraktów czy właśnie struktura zarobków piłkarzy, która niespecjalnie motywuje do wysiłku, od dawna wywołują śmiech przez łzy. Podobnie zresztą jak kreatywna księgowość (w rubryce przychody, z rocznym wyprzedzeniem, każdy może wpisać np. zyski ze zdobycia dowolnego trofeum), koryta jakimi płynie rzeka pieniędzy transferowych (polecam ujawnioną niedawno mailową korespondencję Legii w temacie pozyskiwania nowych graczy) i obiecanych złożonych wcześniej obietnic związanych z gratyfikacją za osiągnięcie celu (licencyjna nowela Ruchu odnośnie premii za awans do czołówej ósemki).

Biorąc to wszystko pod uwagę fakt roztrwonienia przez mistrzów Polski profitów z Champions League jest logiczny. Po prostu w Legii uznano, że duża gotówka to duży kłopot, więc czym prędzej się jej pozbyto, ponownie wyrównując szanse całej ligi. Bezdyskusyjnie dałbym jej za to nagrodę specjalną w kategorii „finansowe fair play”.