Archiwa tagu: Reforma ekstraklasy

Reforma. Piękne słowo. Stanowiące przede wszystkim idealny kamuflaż dla psucia czegoś, co już działa. W imię konkretnych interesów. Zazwyczaj partyjnych, ale nie tylko…

Ta, o której będzie mowa, dotyczy piłki nożnej. Gra już się rozpoczęła. Pierwsza na boisko wyszła Ekstraklasa, występując z irracjonalnym wnioskiem o zlikwidowanie podziału punktów, ale pozostawienie systemu ESA-37. To kompletna bzdura, bo oczywistą oczywistością jest fakt, że ten najbardziej niesprawiedliwy punkt rozgrywek, czyli odbieranie klubom połowy wypracowanego dorobku, paradoksalnie stanowi jedyny atut całego modelu.

Nic więc dziwnego, że PZPN skorzystał z okazji i z tak wystawionej piłki przeprowadził zabójczą kontrę. Zbigniew Boniek przedryblował pół boiska ośmieszając rywali barwnym wywiadem, potem postawił na zespołowość, oddając inicjatywę najbardziej zainteresowanym, czyli właścicielom i prezesom klubów, a na końcu huknął z dystansu na temat powiększenia ligi do 18 drużyn.

To jasny sygnał, że właśnie do takiego rozwiązania będzie PZPN dążył. W dodatku znajdzie poklask tych, którzy od lat bezskutecznie dobijają się do elity, w nadziei na telewizyjne frukty, jakie się z nią wiążą. A ponieważ byli i są za słabi, by przedrzeć się przez obecne wąskie gardło awansów, poszerzenie mostu stanowi dla nich wymarzoną szansę.

Co ciekawe, pomimo tak oczywistych manewrów nie słychać na razie otwartej i szerokiej debaty. A przecież koronny argument zwolenników powiększenia brzmi absurdalnie. Ich zdaniem jesteśmy rzekomo zbyt dużym krajem, by Ekstraklasa liczyła 16 drużyn. Panowie, naprawdę waszym zdaniem wszystko zależy od wielkości i przelicznika liczby klubów na kilometr kwadratowy? A gdzie w tym wszystkim jakość, czyli realny wyznacznik wartości produktu? Patrząc obiektywnie większość osób kręcących się przy piłce zdaje sobie sprawę, że powinno się pójść w drugą stronę – zmniejszenia liczebności do 12, a może nawet 10 zespołów, które mogłyby rozgrywać cztery rundy, czyli 36 kolejek. Bo o ile nawet mecze Legii z Lechem nie są gwarancją wielkiego widowiska, to zdecydowana większość obecnego terminarza gwarantuje tylko mecze marne i marniejsze.

O pomyśle powiększenia Ekstraklasy powiedziano i napisano (także w tym miejscu) już wiele. Ale znacznie lepiej przemawia to, co dzieje się na boiskach pierwszej ligi. Nie chodzi nawet o fakt przekształcenia walki o awans w wyścig ślimaków i związane z tym wyniki, które trudno już nazwać sensacjami czy wypadkami przy pracy, ale o sam poziom rozgrywek i infrastrukturę, jaką dysponuje wiele klubów.

Żaden z zespołów czołówki – a przecież to pojęcie odnosi się obecnie do ponad połowy całej stawki – nie gwarantuje podniesienia poziomu rozgrywek tak zwanej elity. Ba, nie daje nawet obietnicy, że beniaminkowie zastąpią tegorocznych spadkowiczów w jakościowym stosunku jeden do jednego, a poprzeczka nie wisi bynajmniej zbyt wysoko.

Nie jest chyba przypadkiem, że najgłośniej za opcją rozbudowy Ekstraklasy optują ci, którzy mogą na tym zyskać, dzięki sklonowaniu związanych z nią etatów: piłkarze, trenerzy i sędziowie. Natomiast wielce wymowną wstrzemięźliwość zachowują kibice, którzy i tak co tydzień oceniają atrakcyjność obecnej formuły pozostawiając – poza pracującymi na rekordy stadionami absolutnego polskiego topu – puste miejsca na trybunach, oraz telewizja zmagająca się ze słabnącą średnią oglądalnością rozgrywek (vide raport Ekstraklasa Piłkarskiego Biznesu).

Dolewanie letniej wody do szesnastozespołowego towarzystwa dodatkowo spotęguje ten efekt dwóch ekstraklasowych prędkości. Im więcej będzie meczów, tym ich mniejsza atrakcyjność. Dlatego od lat powtarzam, że najlepszym rozwiązaniem byłaby liga licząca dziesięć, no, może dwanaście drużyn.

W sporcie, pod wpływem emocji, łatwo stracić głowę. Czasem kończy się to wybuchem agresji – jak w przypadku Marka Ziętary, trenera hokejowego Podhala, który rzucił się z pięściami na sędziego, czasem depresją – jak u Tysona Fury’ego, bokserskiego mistrza świata wszech wag, zamieniającego swój pas ze złota na pasek białego proszku, a czasem zwykłą katastrofą – jak u Pawła Fajdka na igrzyskach olimpijskich w Rio.

Zazwyczaj takie przypadki mają wymiar indywidualny, czasem zespołowy. Tymczasem ostatnio pojawił się wirus szaleństwa mającego przełożenie na całe zbiorowości, przede wszystkim piłkarskie. Jego podstawowym objawem jest bezgraniczna maksymalizacja, a jedną z pierwszych zidentyfikowanych ofiar był Michel Platini. Francuz nie tylko rozwinął Ligę Mistrzów poza granice absurdu i w efekcie oglądamy w niej kluby żenująco słabe sportowo i wnoszące w wianie swoje kibolstwo przynoszące wstyd ojczyźnie, ale poszedł jeszcze dalej i wymyślił mistrzostwa Europy z udziałem niemal wszystkich chętnych i w takiej też formule organizacyjnej. Sprzątanie po Platinim trwa, ale sytuacja znienacka wymknęła się spod kontroli w wymiarze światowym, gdy Gianni Infantino oświadczył, że na mundialu mogłoby występować nawet 48 drużyn.

Kraj nad Wisłą też nie zdołał się obronić przed zarazą. Prezes Lecha Poznań ujawnił, że Ekstraklasa najprawdopodobniej również rozmnoży się przez pączkowanie i zamiast szesnastu zespołów będzie w niej grało osiemnaście. Konia z rzędem temu, kto wyjaśni ten projekt racjonalnie, nie posługując się argumentem, że jesteśmy dużym krajem w środku Europy. Bo według takiego schematu, powinniśmy mieć też kilkudziesięciu wybitnych pływaków, kolarzy, lekkoatletów i tenisistów, o koszykarzach nie wspominając.

A ponieważ tak nie jest, trzeba na sprawę spojrzeć od innej strony. Na przykład takiej, że już przy obecnym kształcie Ekstraklasy odsetek meczów słabych i bardzo słabych jest bliski masy krytycznej i kolejny zastrzyk w postaci kilkudziesięciu piłkarzy, którzy nawet teraz nie mają miejsca w elicie, może doprowadzić tę bylejakość do eksplozji. Poza tym stara życiowa prawda mówi, że lepsze jest uczucie lekkiego niedosytu niż przejedzenia połączonego z dolegliwościami żołądkowymi.

Prezesi klubów ekstraklasy jak co roku zastanawiają się nad kształtem kolejnych rozgrywek. Dwanaście miesięcy temu w publicznych wypowiedziach wszyscy byli przeciwko dzieleniu punktów po fazie zasadniczej, ale gdy przyszło co do czego, czyli do  głosowania, wszyscy podtrzymali ten punkt regulaminu.

Czy tym razem zdecydują się na (kontr)reformę okaże się już wkrótce. Na pewno jednak uważnie wsłuchują się w głosy z szatni, a w tej na pomyśle dzielenia nie zostawia się suchej nitki. – To nie fair – twierdzi stanowczo np. Robert Warzycha, dyrektor sportowy Górnika Zabrze. – Mamy na koncie 35 punktów i nie jesteśmy nawet pewni utrzymania!

Nie ulega wątpliwości, że obecny system promuje słabszych, zmniejszając ich – uczciwie wypracowane na boisku – straty do lepszych. Ot, takie podnoszenie poziomu emocji w stylu Robin Hooda, który zabiera bogatym, by oddać biednym. Doprawdy, trudno nazwać to rozwiązanie uczciwym.

Jeszcze dziwniejszym pomysłem od dzielenia wydaje się mnożenie. Bytów ligowych mianowicie. Idea powiększenie ekstraklasy podpierana fałszywą teorią, że całkiem duży kraj powinien mieć równie dużą ligę, jest z gruntu widzenia fałszywe. Bo klubów organizacyjnie i sportowo gwarantujących prawdziwą ekstraklasę jest znacznie mniej niż tych, które obecnie w niej występują.