Archiwa tagu: reforma ligi

O tym, że Zbigniew Boniek jest zwolennikiem powiększenia Ekstraklasy wiadomo od dawna. Teraz jednak wygląda na to, że szef polskiej piłki zamierza dokonać tej operacji bez znieczulenia i w trybie nagłym – prezes PZPN chciałby, by liga liczyła 18 zespołów już od najbliższego sezonu, Aby tak się stało już w bieżących rozgrywkach z elity spadłby tylko jeden zespół, natomiast drugi wystąpiłby w barażach z czwartą drużyną 1. ligi, z której aż trzy drużyny awansowałyby bezpośrednio.

Zdaniem autorów pomysłu rozbudowanie Ekstraklasy miałoby służyć podniesieniu jej poziomu. Czy naprawdę można uwierzyć, że rozcieńczenie i tak słabego produktu, jakim jest obecnie polska Ekstraklasa, może przynieść taki efekt? Wystarczy zresztą spojrzeć na frekwencję ze zdecydowanej większości stadionów elity oraz z czołówki jej zaplecza, by zdać sobie sprawę, że to przelewanie z pustego w próżne przyniesie spadek nawet tych nielicznych wskaźników, którymi zarządzająca rozgrywkami spółka lubi się jeszcze chwalić. Bo o poziomie sportowym świadczą wyniki w europejskich pucharach.

Najbardziej zabawny jest argument, że jesteśmy zbyt dużym krajem, by Ekstraklasa liczyła „zaledwie” szesnaście drużyn. Poziom rozgrywek pokazuje jasno, że ilość obywateli nie przeszła w jakość ligowców, których większość wygląda jakby na boiska trafiła z przymusowego poboru tylko dlatego, że obecny rozmach ligi wymusił posiadania pokaźnej liczebnie kadry.

W całej tej sprawie trzeba pamiętać także o jeszcze jednym, może nawet najważniejszym aspekcie: nie zmienia się zasad w trakcie gry! Reguły spadków i awansów były dla wszystkich jasne w momencie inauguracji sezonu i majstrowanie przy nich w momencie, gdy tabela ma już określony wygląd z pewnością będzie budziło podejrzenia o nieczyste, zakulisowe manipulacje wynikające z sympatii lub antypatii osób za to odpowiedzialnych.

Żeby sprawa była jasna. Obecny system rozgrywek z punktem zwrotnym w  postaci dzielenia na pół dorobku zgromadzonego po  30. kolejkach, nie przypada mi do gustu. To przede wszystkim premiowanie słabszych i zrównywanie szans w dół, czyli swoisty sportowy komunizm.

To moja prywatna opinia, ale wiem, że nie odosobniona. Zresztą przy okazji rozmów z  trenerami i prezesami klubów odnoszę wrażenie, że z obecnym regulaminem jest jak z  PSL-em czy kiedyś Samoobroną: nikt się nie przyznaje, że za nimi głosował, a wyniki mówią coś innego.

W miarę postępów każdego sezonu coraz wyraźniej widać powody tego  ukrytego koniunkturalizmu. To świadomość, że ten najbardziej niesprawiedliwy punkt może okazać się ostatnią deską ratunku, gdy powinie się noga. I właśnie z taką sytuacją mamy do czynienia w Górniku Zabrze.

Dwanaście miesięcy temu, zbliżając się do półmetka rozgrywek, na Roosevelta zgodnym chórem mówiono, że oddanie połowy dorobku to rabunek w biały dzień. Że nie po  to piłkarze wygrywają kolejne mecze, by w rundzie finałowej zaczynać właściwie wszystko od nowa, zwłaszcza w grupie spadkowej, gdzie zespoły z górnej jej części zamiast świętego spokoju znów stają oko w oko z Grozą. Po roku ten sam Górnik krytykę systemu schowa do      kieszeni. Gdy się leży blisko dna świat wygląda całkiem inaczej…

Miniony tydzień w polskiej piłce upłynął pod znakiem decyzji dotyczącej systemu rozgrywek. Kluby – zwłaszcza w kontekście dzielenia punktów – były spolaryzowane, Spółka Ekstraklasa przypomniała im, że mają jedynie głos doradczy, a PZPN jednomyślnie utrzymał obecne zasady, czego orędownikiem był prezes  Zbigniew Boniek.

Koronnym argumentem za  podziałem, czyli działaniami w stylu Janosika – zabraniu najbogatszym, by dać nadzieję najbiedniejszym – było utrzymanie odpowiedniego poziomu emocji. Dzielenie wywalczonego w  30. kolejkach dorobku przez dwa sprawia, że dodatkowe siedem kolejek w ogóle ma sens. Sprawiedliwość schodzi więc na  dalszy plan, liczy się przyciąganie uwagi kibiców i sponsorów.

Operacja zostanie przeprowadzona w najbliższą środę przed północą, ale obserwując finisz ligowców nie sposób oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z pudrowaniem trupa. Sztuczne pompowanie emocji nie zmienia faktu, że poziom większości meczów jest mizerny i już nie tylko walka o mistrzostwo Polski, ale i o  miejsce w  czołowej ósemce, przypomina wyścig żółwi. Kości jakoś nie trzeszczą, słupki się nie łamią, ot, piłkarze odhaczają kolejne 90 minut na boisku.

Kibice też to widzą i czują, co widać po frekwencji m.in. na śląskich stadionach. No cóż, całe szczęście, że chociaż pomysł powiększenia ligi został na razie odłożony ad acta.

Prezesi klubów ekstraklasy jak co roku zastanawiają się nad kształtem kolejnych rozgrywek. Dwanaście miesięcy temu w publicznych wypowiedziach wszyscy byli przeciwko dzieleniu punktów po fazie zasadniczej, ale gdy przyszło co do czego, czyli do  głosowania, wszyscy podtrzymali ten punkt regulaminu.

Czy tym razem zdecydują się na (kontr)reformę okaże się już wkrótce. Na pewno jednak uważnie wsłuchują się w głosy z szatni, a w tej na pomyśle dzielenia nie zostawia się suchej nitki. – To nie fair – twierdzi stanowczo np. Robert Warzycha, dyrektor sportowy Górnika Zabrze. – Mamy na koncie 35 punktów i nie jesteśmy nawet pewni utrzymania!

Nie ulega wątpliwości, że obecny system promuje słabszych, zmniejszając ich – uczciwie wypracowane na boisku – straty do lepszych. Ot, takie podnoszenie poziomu emocji w stylu Robin Hooda, który zabiera bogatym, by oddać biednym. Doprawdy, trudno nazwać to rozwiązanie uczciwym.

Jeszcze dziwniejszym pomysłem od dzielenia wydaje się mnożenie. Bytów ligowych mianowicie. Idea powiększenie ekstraklasy podpierana fałszywą teorią, że całkiem duży kraj powinien mieć równie dużą ligę, jest z gruntu widzenia fałszywe. Bo klubów organizacyjnie i sportowo gwarantujących prawdziwą ekstraklasę jest znacznie mniej niż tych, które obecnie w niej występują.