Archiwa tagu: Rio 2016

Statystycznie da się udowodnić wszystko. Politycznie zresztą też – nawet to, że białe nie jest białe, a czarne czarne. Jednak są fakty, których podważyć nie sposób i które nawet spod najbardziej nachalnej propagandy sukcesu zawsze złośliwie zamrugają kaprawymi oczkami.

Tak właśnie jest z oceną startu polskich sportowców na igrzyskach w Rio. Bo niby wszystko jest cacy (wszak pękła granica 10 medali, którą po raz ostatni udało się pokonać w 2000 roku w Sydney) to jednak w tej łyżce miodu zdaje się mieścić spora beczka dziegciu. Generalnym wskaźnikiem olimpijskich osiągnięć jest bowiem klasyfikacja medalowa. A w niej kraj znad Wisły znalazł się dopiero na trzydziestym trzecim miejscu. To najgorszy rezultat w powojennej historii polskich startów. I trudno doszukać się w tym przypadku, skoro przeglądając statystyki dowiadujemy się, że gorszy jakościowo bilans medali mieliśmy w… 1956 roku (1-4-4)!

Warto też przyjrzeć się proporcjom zdobyczy do liczebności polskiej kadry: w Brazylii jeden medal przypadł na 22 olimpijczyków, a złoty na 121, chociaż pojechało 25 osób więcej niż cztery lata temu do stolicy Wielkiej Brytanii… Takie dane powinny stanowić przyczynek do dyskusji o finansowaniu polskiego sportu zawodowego kosztem podstawowego ćwiczenia dzieci i szkolenia młodzieży oraz rozbudowy infrastruktury.

Może więc jednak warto wrócić do dawnego pomysłu wyżej podpisanego, by państwowymi przygotowaniami olimpijskimi objąć jedynie sztandarowe gwiazdy, a resztę na zasadzie zakładu: jeśli znajdziesz się w ósemce lub pobijesz rekord kraju otrzymasz (lub opiekujący się tobą związek) zwrot kosztów przygotowań. A jeśli nie? No cóż, zawsze będziesz mógł wpisać do CV olimpijską przygodę.

Rio jest daleko. Bardzo daleko. Dojechać się nie da, dojść tym bardziej. Można by popłynąć, ale najpierw trzeba dotrzeć np. do Genui, a potem spędzić dwa tygodnie na statku. W dwuosobowej kabinie i ze zwiedzaniem portów po  drodze, przy ustrzeleniu promocji, można się nawet zmieścić w cenie 2.500 zł za osobę. Powrót samolotem do Frankfurtu za 1.600 zł i  stamtąd do  kraju pociągiem za niespełna 200. Gdyby Polski Komitet Olimpijski w taki sposób wysłał do Rio reprezentację na przyszłoroczne igrzyska z  pewnością zrobiłby furorę. I  jeszcze zarobił, bo sponsorzy z  pewnością chętnie dawaliby po kilka groszy za  kliknięcie, a tych – zakładając z eskapady relację online – byłyby miliony.

Narodowy Komitet woli jednak rozwiązania bardziej sztampowe. Najchętniej wsadziłby wszystkich olimpijczyków do samolotu i wysłał wprost do Brazylii. Jak się okazuje najprostsze rozwiązania są jednak najtrudniejsze i najdroższe: na takie przedsięwzięcie w  kasie PKOl brakuje całej góry pieniędzy. Co więcej, dziura jest jeszcze większa, bo hotel, który zarezerwowano w Brazylii… nie zostanie zbudowany na czas! Trzeba więc szukać nowego lokum, już wiadomo, że sporo droższego. Spadkobiercy de Cubertina podnieśli więc larum i zadzwonili po pomoc do Ministerstwa Sportu. W grę wchodzi kilka milionów złotych.

I tu powstaje zasadnicze pytanie: dlaczego za tę eskapadę mamy płacić wszyscy, czyli i  pan, i pani, i ja. Tym bardziej, że budżet i tak przeznacza 170 milionów zł na przygotowania grupy najlepszych reprezentantów.  A może trzeba odwrócić ten punkt widzenia i zapytać  dlaczego PKOl, mający w ręku potężny symbol marketingowo-reklamowy w postaci pięciu kółek, nie dał rady przekonać sponsorów, dla których kilkanaście milionów złotych to nie pojęcie teoretyczne, a namacalna gotówka leżąca w  bankowym sejfie, do głębszego sięgnięcia do kieszeni? Albo polityków do przyjęcia powszechnego w cywilizowanej części  świata wzorca, w którym Komitet jest agendą Ministerstwa Sportu?  Może warto też zastanowić się nad zaciśnięciem pasa przez sam Komitet? Czy reprezentacja musi być tak liczna? A może na  koszt PKOl wysłać tylko elitę z szansami na medale? Reszta spełniających tak zwane minima też może się wybrać, ale na zasadzie zakładu: jeśli nie znajdziesz się w  dziesiątce najlepszych twój związek odda pieniądze za brazylijską podróż, wikt i opierunek. W  końcu w przypadku medalu ten sam związek (a przynajmniej ich zdecydowana większość) dostaje od państwa całkiem spore dodatkowe profity. Jeśli nie stać nas na prowadzenie bezpłatnego biura podróży dla zawodników, których największym osiągnięciem będzie złożenie podpisu na olimpijskiej fladze, to takie rozwiązanie nie jest bezduszne – jest racjonalne.

A propos związków sportowych. Tu dopiero jawi się duże pole do popisu. Nie znalazłem nigdzie informacji czy zdając sobie sprawę z krytycznej sytuacji z towarzyszenia ekipie zrezygnowali ich prezesi?  I w  ogóle czy liczba pozostałych oficjeli zostanie ograniczona do  minimum niezbędnego dla sprawnego funkcjonowania misji? I na ile zredukowana (dobrowolnie zlikwidowana?) zostanie grupa sponsorska, którą PKOl zabiera ze sobą z  wdzięczności za  wsparcie otrzymywane od  ich firm, co pozwoliłoby otrzymane pieniądze w całości przeznaczyć na  właściwy cel.

Problem wyprawy i pobytu olimpijczyków musi zostać rozwiązany szybko. Jeśli stanie się tak bez udziału pieniędzy z budżetu krajowego nic nam do tego, jednak jeśli będzie konieczny kolejny zastrzyk publicznej gotówki wówczas każda z tych złotówek musi być równie publicznie rozliczona. Zwłaszcza, że jak uczy historia liczebność sportowców nie ma żadnego wpływu na ilość wywalczonych medali, która od  2004 jest stała i wynosi 10.