Archiwa tagu: Rozwój Katowice

Zbliżający się raczej szybko niż powoli kolejny sezon piłki kopanej zapowiada się fascynująco. Nie chodzi tu bynajmniej o jakiś skok jakościowy, bo tego akurat spodziewać się trudno. Mam na myśli ferment mentalny, jaki mają szansę wywołać w skostniałych futbolowych strukturach Termalica Bruk-Bet Nieciecza na szczeblu ekstraklasy i Rozwój Katowice na jej zapleczu. Tak się bowiem złożyło, że obaj beniaminkowie nijak nie przystają do schematów obowiązujących w tych rozgrywkach.

Nieciecza to kaprys bogacza, trochę przypominający Groclin Zbigniewa Drzymały, z tą różnicą, że Grodzisk Wielkopolski jest piętnaście razy większy niż małopolska wieś, w której sportowego cudu dokonali Danuta i Krzysztof Witkowscy. Awans Termaliki wisiał w powietrzu od kilku lat, ale Słonie traciły szansę w ostatnich kolejkach, co stało się świecką pierwszoligową tradycją. W tym roku jednak żarty się skończyły i Nieciecza okazała się najpopularniejszą wsią Rzeczpospolitej. Pytanie brzmi: czy uda się jej przetrwać i zachować wyjątkowość. Zdroworozsądkowy pułap płac zawodników, budżet oparty na pieniądzach prywatnych, a nie publicznych, a także (przynajmniej na razie) precyzyjna polityka transferowa to rękawica rzucona prezesom żerującym na kasie publicznej, nieponoszącym realnej odpowiedzialności za jej marnowanie i psującym rynek przepłacaniem zawodników. Jeśli ten eksperyment się powiedzie, wówczas prezydenci miast powinni to zjawisko dokładnie przemyśleć i wyciągnąć wnioski.

Pod identyczną lupę warto wziąć też Rozwój. Katowicki klub pod każdym względem stanowi przeciwwagę dla GKS-u. Tam solidnie opłacani piłkarze, tutaj pół składu trenującego wtedy, gdy nie koliduje to z pracą na kopalni. Tam milionowe zastrzyki z miasta, tutaj łatanie budżetu środkami od sponsorów i z transferu Arkadiusza Milika. Teraz wyobraźcie sobie sytuację, w której tenże Rozwój znajdzie się w tabeli wyżej niż GieKSa. Czy nie będzie to oznaczało kompletnego krachu dotychczasowej polityki miasta i nie stanie się argumentem dla jej krytyków uważających, że inwestowanie w sport powinno się zatrzymać na szczeblu dziecięco-młodzieżowym?

Oczywiście romantyzm prezentowany przez Termalicę i Rozwój jest solidnie podszyty materializmem, bo jak mawiał skazany za korupcję Janusz Wójcik, bez sianka nie ma granka. W całej tej zabawie chodzi jednak o to, by ilość sianka (wróble ćwierkają, że Nieciecza wciąż preferuje namacalną gotówkę) była racjonalna w stosunku do jakości „towaru”. Kompletnie nie rozumiem na przykład kolejnej decyzji władz Kielc, ratujących Koronę, której wartość sportowa jest mizerna, a o patologiach dotyczących wydawania poprzednich transz było głośno w całej Polsce. Doprawdy, brak odporności na powielany co kilkanaście miesięcy szantaż: albo dacie miliony, albo się wycofamy z rozgrywek, źle świadczy o tamtejszych radnych, w dodatku wywiera dodatkową presję na ich kolegów z innych miast. I jest tak samo dyskusyjny, jak deklaracja prezydent Zabrza, że Górnik nie jest na sprzedaż, oznaczająca, że mieszkańcy tego miasta – chcąc nie chcąc – muszą go utrzymywać. Może jednak w tak kosztownej i długoterminowej wizji należałoby przeprowadzić referendum? I dlatego właśnie z ciekawością oczekuję nowego sezonu – czy okaże się, że jednak można inaczej?

Atak na zakończenie i raczej w formie post scriptum: beniaminkiem – trzecioligowym – powinien być także Ruch Ra-dzionków. Powinien, ale nie jest. Naprawdę trzeba mieć nie lada głowę, by pierwsze miejsce w lidze nagradzać koniecznością rozegrania barażu. Dwie grupy czwartej ligi to o jedną za dużo, jednak zamiast radykalnego cięcia wybrano półśrodek, który stanowi kolejny niezrozumiały regulaminowy absurd.

Debata. To słowo, o które trudno się ostatnio nie potknąć. Debatują kandydaci do najprzeróżniejszych funkcji, debatują „środowiska”, politycy, mieszkańcy, obywatele, dziennikarze i celebryci. Wszyscy i o wszystkim. Złote myśli, celne riposty, błyskotliwe skojarzenia… Tyle tylko, że gdy przychodzi do zderzenia z takim trudem wykuwanych modeli i rozwiązań z realnym życiem, wszystko nagle bierze w łeb. Bo życie, jak wiadomo, pełne jest niespodzianek i zasadzek. Zwłaszcza zasadzek.

W  jedną z nich, zresztą własnoręcznie zmajstrowaną, widowiskowo wpadły właśnie Katowice, w których debat – również tych poświęconych sportowi – było ostatnio co najmniej kilka. I wtem teorie przestały pasować do rzeczywistości. Historia wygląda mianowicie tak: miasto, które hojnie pompowało miliony złotych w GKS, stając się właścicielem klubu, ma nie lada problem. Otóż jak na złość, w okolicznościach tak niewiarygodnych, że aż do bólu prawdziwych, do pierwszej ligi znienacka awansował Rozwój, klub z tego samego miasta co GieKSa, ale w przeciwieństwie do niej, nie należący do gminy w sensie właścicielskim.

Awans na zaplecze ekstraklasy w wykonaniu piłkarzy, z  których większość poza kopaniem piłki musi zarabiać na życie kopaniem węgla, to nie tylko sukces, ale i wielkie wyzwanie. Także infrastrukturalne. Bo stadion Rozwoju nie spełnia wielu wymogów, co oznacza albo konieczność poważnej inwestycji, albo grę na innym obiekcie. Ta pierwsza bez pomocy miasta będzie niemożliwa do zrealizowania, ale po co komu taka inwestycja, skoro w planach jest już budowa nowego stadionu miejskiego na Bukowej (czyli de facto stadionu GKS-u). Patrząc logicznie, naturalnym rozwiązaniem byłaby przeprowadzka na tę arenę także Rozwoju, i to od zaraz, bo nawet w obecnym stanie stadion ten na pierwszą ligę wystarcza.

Tu pojawia się jednak pierwszy problem, czyli kibice. Fani GKS-u nie wyobrażają sobie dzielenia się „swoim” stadionem i próbują ten pomysł torpedować, co w perspektywie ewentualnego wcielenia go w  życie, już jeży włosy pod czapkami policjantów z prewencji.  Także szefowie obu klubów świetnie wiedzą, że implikacje związane z awansem Rozwoju – nie tylko te kibicowskie – trudno traktować z przymrużeniem oka. Bo przebieg tej gry może się skończyć pokerowym all-in, czyli wszystko albo nic.

Podobnie jak w pokerze, także tu chodzi o pieniądze. GKS bez pomocy miasta nie da sobie rady, Rozwój też liczy na  coś więcej niż tylko zwyczajową nagrodę za sukces sportowy.  Na razie dostał z urzędu czarną polewkę, ale z góry wiadomo,  że będzie wykorzystywał każdą okazję, by jednak kilka kawałków tortu z urzędniczego stołu dla siebie zgarnąć. Argumenty ma, i to solidne, bo grając na  tym samym szczeblu rozgrywek co GKS, spełnia dokładnie taką samą rolę nośnika reklamowego dla miasta. Dlaczego więc akurat z tej puli ma dostawać mniej?

Zapytacie: a gdzie tu zasadzka? Otóż jest. I to wyrafinowana. Jakakolwiek pomoc Katowic, służąca wzmocnieniu Rozwoju pod względem sportowym, a nawet infrastrukturalnym, może być traktowana jako działanie przez miasto na…  niekorzyść własnej spółki, bo przecież Rozwój jest dla GKS-u konkurencją! I w ten właśnie sposób poprzednie władze Katowic przygotowały obecnym niezły pasztet: przejmując GKSna  swoje utrzymanie, sprawiły, że nie może być mowy o równym traktowaniu klubów z jednego miasta i występujących na tym samym poziomie rozgrywek.

Katowicka lekcja powinna dać do myślenia samorządom w całej Polsce. Przejąć klub za publiczne pieniądze jest łatwo, ale prawdziwa zabawa zaczyna się później (patrz m.in. Zabrze i Kielce). No i w dodatku każdy może się nagle doczekać swojego Rozwoju…